Nareszcie leje

Ostatnie tygodnie w Irlandii pełne były słońca i radości, jeśli ktoś liczył na romantyczną mżawkę czy sentymentalną zadumę w zachmurzonym, łagodnym krajobrazie, to się przeliczył. Świeciło słońce, dawało po oczach i skórze, co z tego, że temperatura lewno dociągała do 16 stopni, w porywach do 20, było tak słonecznie, że przypomniała się moja alergia i musiałam w czeluściach apteczki odszukać steryd do nosa, którego w Irl raczej nie używam. Ale już dzisiaj wszystko wróciło do normy. Leje. Stęskniłam się za deszczem.

Nowy zawód powoli i delikatnie wsącza się w moje życiu. Słowo ‚powoli’ dobrze to ujmuje, bo jest to posuwanie się do przodu tiptopkami. Trochę z powodu mojej nogi, oczywiście – na trzy miesiące musiałam spauzować przyjmowanie nowych klientów – a trochę dlatego, że muszę zrobić na to miejsce, a to nie jest takie proste – moja pierwsza praca, z której się utrzymuję i która na razie finansuje całe to hobby, zajmuje mi trzy wieczory w tygodniu. To znaczy nie akurat teraz, ale w czasie roku akademickiego, a wiadomo, że klienci mają czas raczej popołudniami i wieczorami, no i już przekonałam się na własnej skórze, że rano jest trudniej. Musiałam zatem podjąć decyzje, ach jak nie lubię podejmować decyzji! zwłaszcza tych, co są obarczone ryzykiem i niepewnością. No, ale na ranne godziny mnie zawiodły, więc czas zmienić założenia. Może jak już będę sławna, to ktoś się skusi.

Wczoraj humor taki sobie, dotarło do mnie, że mam gwóźdź w nodze i że już tak będzie zawsze. Gwóźdź mnie pije i przeszkadza w ćwiczeniach i boję się, że tak zostanie, chyba po cichu liczyłam, że jak blachę mi wyjmą to już będzie z górki, jak ktoś mi napisał. A tu guzik. A raczej gwóźdź. Alei próbuję chodzić bez buta orto, najpierw pojedyncze kroczki do toalety w niedzielę, teraz już nawet wchodzę po schodach. Ogromny sukces – człapię jak osiemdziesięcioletnia babcia, żółw Zenon mnie wyprzedza na luziku. Załamało mnie to wczoraj, to okropne uczucie, że coś mi w nodze zawadza (TAKE IT OUT!!!), Mi mówi, że to dlatego, że oczywiście cisnęłam jak mały kazio z ćwiczeniami, jak tylko mi pozwolili, a powinnam powoli i stopniowo.

Z tego wszystkiego (i jeszcze innych rzeczy) nie lecę w tym roku w czerwcu do Pl – i tak nie mogłabym pojechać sobie w moje góry, więc wyjazd traci połowę uroku. Posiedziałabym z mamą, pogadałabym z tatą, ale to duży wysiłek dla Mi, bo musiałby przywozić i odwozić Mo codziennie, a przy jej ilości zajęć jest to skomplikowane, więc chyba nie ma sensu.

Czuję, że jestem w takim miejscu, że wokół mnie same ruchome elementy, bardzo trudno to wszystko poukładać i jeszcze muszę wszystko robić powoli. Ale staram się, w przyszłym tygodniu spotykam się z jedną właścicielką kliniki, bo tam, gdzie obecnie jestem mam tylko jeden wieczór do dyspozycji. Ale jak będę pracować cztery wieczory w tygodniu, to kiedy będę ze swoim dzieckiem? Na szczęście dziecko rośnie. Ale trochę to wszystko trudne.

Tydzień jak dym

No co to był za tydzień, gęsty od wszystkiego!

We wtorek miałam ostatnie spotkanie z mistrzami magii i ortopedii, widziałam zdjęcia, nareszcie wiem, co mi wyciągnęli z nogi, otóż trzy śruby i blachę, została samotna jedna śruba, będzie sobie samotnie siedzieć i pipkać na bramkach.

W poniedziałek miałam klienta pierwszy raz na kozetce:)

A jeszcze wcześniej, w niedzielę, w pierwszy majowy weekend zrobiliśmy znowu ognicho i wszystko śmierdziało dymem przez trzy dni. Prawdziwe majowe ognicho, wprawdzie w misie, ale z kiełbaskami i maszmalołami, Mo początkowo chciała tylko rodzinnie, ale skończyło się na dzieciakach z ulicy smażących z nią polskie kiełbasy. Mo nałożyła dzinsową katanę i swoje społeczne self, widziałam ten błysk w oku i gest odrzucania włosów, w tym dżinsie i tych swoich włosach amerykański blond, jak sie kiedyś wyraziła się fryzjerka, wyglądała już jak prawdziwa nastolatka. Chłopacy w nią patrzeni jak w obrazek, Lu cały dumny opowiadał Ca co robili z Mo przez cały dzień, że najpierw na ulicy grali w one in four, potem u niego w domu w darts, czyli rzutki, potem się lali wodą, bo przecież maj i słońce, a potem rozpaliliśmy wreszcie ognicho, to już było tak fajnie, że będą to wspominać do końca życia, te majowe wieczory, ten ogród i dziewczynkę z gołymi nogami.

Old money blond bez pieniędzy

Żeby zainaugurować nowe życie zostawiłam jedna kulę w szpitalu. Z butem orto juz nie używam, ale jedna jeszcze może być potrzebna, jak będę chodzić bez orto. Powiedzieli, że mogę, ale ostrożnie, na razie się boję 🤯 Stopa jest obecnie jak drewniany klocek doczepiony do nogi. Teraz rehabilitacja, dostalam taśmę w szpitalu i będę ćwiczyć. Podobno za dwa miesiące mogę próbować jeździć na rowerze, a za rok biegać. Jest nadzieja🙂

Jutro zajęcia, tym razem o tym, jakie są podobieństwa neurozy i psychozy, czyli ciekawie.

Alergie

U nas ciągle majówka, bo dziś bank holiday, czyli wszyscy mają wolne. Oprócz mnie, bo zgodziłam się dziś przyjąć klienta/pacjenta, w ciągu roku jest 10 poniedziałkowych dni wolnych i trochę to zaburza pracę.

Wstałam trochę zła, bo znowu mam czerwone oczy doświadczalnych królików, i to nie od narkotyków, jak śpiewał klasyk. I do tego czerwone swędzące placki na twarzy, przeglądam zatem w pamięci, co wczoraj był spożywane i znajduję potencjanego winnego w postaci musztardy (kwas cytrynowy). Mogły to być jeszcze truskawki.

Te cyrki ze skórą to napewno nie menopauza, bo po pierwsze jeszcze nie mam, po drugie od zawsze, od kiedy pamiętam, miałam dziwne alergie.

Kiedyś lata temu w Pl zrobiłam sobie testy skórne w Instytucie Alergologii i wyszło mi uczulenie na wszystko, co tam mi podali, oprócz pleśni:D (dokładniej: Aspergillus, bo Agniecha pisze ze sa rozne rodzaje plesni). Czyli białko jaja kurzego, truskawki, brzoza, żyto, polopiryna i sama nie wiem co jeszcze, bo było ich ze dwadzieścia, sam nie wiem co się tam jeszcze zmieści, jak pisał inny klasyk. Nie duża alergia, nie zagrożenie życia, ale upierdliwe czerwone swędzące placki, okresowo oczy królika i ogóle poczucie niefajności. Trzydzieści lat temu odczulałam się na pyłki traw i żyto, trwało to parę lat i pomogło, to znaczy dziś nie umieram od kataru, tylko trochę mnie nos swędzi.

Mam alergie pokarmowe (np orzechy, najbardziej włoskie, niestety, jaka, ale to olewam, bo nie mocno, truskawki, też czasem olewam), wziewne (pyłki traw, brzozy, żyta) i kontaktowe (nikiel! nie mogę nosić żadnych zegarków).

Ale największym odkryciem uczuleniowym, dzięki któremu jakość mojego życia wskoczyła na inny poziom, jest zdemaskowanie metyloisothiazolinone, benzoisothiazolinone, czyli …isothiazolinone, konserwanta, który jest dodawany masowo do płynów do mycia naczyń, mydeł w płynie, szamponów, balsamów do włosów, nawilżanych chusteczek dla niemowląt, farb do ścian, klejów i tak dalej. Jest dużo badań o szkodliwości tej substancji, ale została zakazana na razie tylko w kosmetykach, które zostają na skórze, czyli np. kremach, dalej można jej używać np. w mydle w płynie. Skutkiem czego albo a) nie mogę myć rąk w pracy i toaletach publicznych albo b) muszę nosić w torebce moje własne małe mydełko i zostać oficjalnie panią wariatką (mamy toalety na uczelni wspólne ze studentami).

…Isothiazolinone (MI) odkryłam kiedy zamieszkaliśmy w naszym nowo kupionym i pomalowanym domu. Zaraz po tym, jak się wprowadziliśmy zaczęła mnie piec i swędzieć twarz i oczy i nie przestało przez pół roku: pół twarzy, powieki, oczy, skóra głowy i szyja, wszystko pokryte bylo swedzacymi plamami, a skóra na rękach zaczęła pękać. Trafiłam wtedy przypadkiem na stronę STOP Methyloisothiazolinone (MI) i wszystko wskoczyło na miejsce: MI było w moim szamponie, odżywce do włosów, płynie do mycia naczyń i FARBIE KTÓRĄ POMALOWALIŚMY CAŁY DOM. Po pól roku farba się wywietrzyła, a ja wywaliłam wszystkie produkty z MI i od tej pory nabożnie sprawdzam etykietki i nie używam, jeśli coś ma MI w składzie, co czasem nie jest proste. Przestała mnie swędzieć skóra głowy, a z rąk zeszla mi egzema, którą miałam od zawsze. Na przykład zwykłe płyny do mycia naczyń wszystkie mają jakieś MI, jak ten, co mi kupił synek ostatnio, bo nam się skończył nasz:

Benzisothiazolinone

Od trzech dni z tego względu naczynia myje Mi, mam dobrą wymówkę.

Z alergiami największy problem taki, że to niestety nie jest rzecz statyczna, to znaczy, że można się uczulić na coś, na co nigdy wcześniej się nie reagowało. Tak u mnie na przykład jest z awokado – jadłam sobie jadłam ze smakiem, bardzo lubiłam, aż nagle prawie dostałam zapaści w domu, potem sobie znowu spróbowałam maluteńko, na czubeczku noża i ścięło mnie na na dobre – byliśmy akurat ze znajomym w ogrodzie botanicznym, wzięłam gryza buły z sosem z awokado, położyłam się na trawniku i nie wstałam przez trzy godziny, serce mi nawalało i było mi słabo. Mąż się pytał, czemu próbowałam, no ale wiadomo czemu: tylko eksperyment prawdę ci powie.

A teraz wychodzi na to, że muszę przeprowadzić śledztwo w sprawie kwasku cytrynowego, bo coś mnie wyraźnie dręczy od miesiąca, a nic innego mi nie przychodzi do głowy, no, może oprócz truskawek.

Z tego wszystkiego, kiedy już znajdę krem który mi dobrze robi na twarz, nawilża i łagodzi i NIE PODRAŻNIA, to się go trzymam wręcz fanatycznie, no chyba, że się uczulę;D

Zastanawiałam się skąd u mnie te wszystkie alergie – na pewno mam skłonności rodzinne, bo mama też miała egzemę na rękach, dlatego to tato prał nasze pieluszki, ale najbadziej chyba to dały mi po garach antybiotyki. Jako niemowlak spędziłam pół roku w szpitalu, gdzie zarazili mnie bakterią szpitalną – dokładniej gronkowcem złocistym, którą potem leczyli seriami przeróżnych antybiotyków, a teraz mamy mocne dowody, że antybiotyki, szczególnie przyjmowane we wczesnym dzieciństwie, są związane z późniejszym wystąpieniem alergii i astmy. W ogóle w tych latach 70tych to się nie przejmowali antybiotykami – walili równo, z czymkolwiek przyszło się do lekarza pediatry, zawsze wychodziło się z receptą na antybiotyk.

Ps. Zapomnialam oczywiście o kocie, psie, chomiku i śwince morskiej – na szczęście mamy żółwia,  na żółwie nie mam.

Uczulenie na chamstwo

Nie no zmieniłam tytuł,  bo brzmiał obrzydliwie:P

Nowy sławny buc zdemaskowany i opisany, tym razem to kobieta, jak widać bycie świnią nie jest związane z płcią, ale to już wiedzieliśmy po Maszy Potockiej i Barbarze Fudalej. Jak to jest że tak wielu sławnych ludzi, zwłaszcza w światku artystycznym, jest takimi agresywnymi burakami, oszustami i mitomanami zapatrzonymi tylko we własny tyłek? W sumie może nie jest ich więcej niż gdzie indziej, tylko moje oczekiwania są inne. Mam taką brzydką satysfakcję, trochę dziecinną, że cała ta złość jej wyszła na twarz, bo nie wygląda dobrze, a jest prawie w moim wieku.

A propos wyglądania, całe uczulenie zeszło mi z oczu i niestety chyba są to produkty mleczne. Na wszelki wypadek odstawiłam też pomidory i cytrynę oczywiście, bo wiem, że reaguję. Ale znikły również różne swędzące plamki z ramion i ogólnie czuję, że nic mnie nie podrażnia, więc niestety będzie pożegnanie z serami, nad czym oczywiście ubolewam, bo ja kocham sery, a szczególnie swędzące śmierdzące.

W każdym razie kremy The Ordinary i CeraVe są świetne, ale The Skin Diary jest boski. Nie namawiam nikogo, bo drogi niemożebnie, ale to jest mój kawałek luksusu i (jak na razie) oceniam, że warto. Co roku bez wyrzutów sumienia wydaję swój bonus bożonarodzeniowy z pracy na kremy i jeszcze żaden mnie tak nie oczarował, jak właśnie ten, a testowałam całą półkę Clarins, Lancome i Estee Lauder, na wszystkie przedziały wiekowe, choć przyznać muszę, że ten jest najdroższy. Zachęciłam się zatem na dzienną wersję, choć muszę teraz uskładać. The Ordinary i CeraVe polecam już bez żadnych zastrzeżeń. Świechna się pyta co na słonko – mam jakiś koreański, ale już chyba stary, więc rzutem na taśmę kupiłam następny bardzo chwalony na forach i zobaczymy. Może napiszę jak będzie się sprawował.

Majowy weekend przed nami, z powodu mojej nogi nie planowaliśmy żadnych dalszych peregrynacji, ale że nic już nie boli myślę o jakiś (bliskich) wycieczkach. A może tylko ogród, Mo już zarezerwowała czas na palenie ogniska.

Kończę powoli przebijanie się przez eseje, prezentacje i raporty, już bliżej niż dalej. I już niedługo zacznie się moja ulubiona część pracy nauczyciela akademickiego, czyli CZYTANIE LITERATURY, żeby być na bieżąco. Na razie podczytuję Milanovic’a The World Under Capitalism i Yuval-Davis et al. Bordering, nie mogę się doczekać kiedy nie będę musiała czytania przerywać wypocinami studentów. Oprócz tego jestem w połowie Losu, który dziedziczysz, książki, którą już chyba wszyscy czytali, a w której najbardziej brakuje mi przypisów! Jest fajnie napisana, ale jednak bardziej popularyzatorska, niż dogłębna, zbyt pop-psycho, bo własne interpretacje przemieszane są z bardzo dobrze już ugruntowanymi teoriami i modelami. No i epigenetyka mogłaby być lepiej wyjaśniona, no ale może to znudziłoby normalnego czytelnika, chociaż nie wiem, czy grupy metylowe wpływające na ekspresję genów są takie bardzo niezrozumiałe, bez przesady. Nie ma tam też nic o neuropsychoanalizie, a to chyba najważniejszy otwarty ostatnio horyzont badań mniej więcej w temacie ksiazki i niektóre odkrycia są tak ekscytujące, że aż wywołują u mnie ciarki.