Takie dwa bukiety dostałam od koleżanki mojego syna w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Jak powszechnie wiadomo, można mnie kupić kwiatami. Koleżanka mieszkała z nami przez te dwa tygodnie, bo jej współlokatorka miała kontakt z kimś z wirusem i musiała się kwarantannować.

Przy okazji prezentuję nowy kolor ścian – wprawdzie nie widać dokładnie, wyglądają trochę jak białe, ale to nie jest biel, Dulux mówi, że to ‘pebble drift’. Dobrze się kojarzy i nareszcie nasz duży pokój nie wygląda jak piwnica. Zostawiłam specjalnie ten krzywy górny róg, żebyście sobie zobaczyły jak się odróżnia od białego sufitu. Kominek też dostał nowe ubranko – farba tablicowa, kocham. Wszystko to zrobione jeszcze we wrześniu, ale się chyba jeszcze nie chwaliłam, że trzy lata po kupnie domu nareszcie pomalowaliśmy ściany:) U mnie zawsze wszystko się toczy wolno – do dziś nie mamy parapetów, to już dwa lata po wymianie okien.

Bardzo miła z niej dziewczyna, tej koleżanki, ciepła, uczuciowa, sympatyczna, została role model dla Mo, która od też chce się teraz malować, ‘jak Ren’. Na moje wyjaśnienia, że nie można się malować do szkoły stwierdziła, że będzie tylko na weekendy:D

Mo ją po prostu kocha. W Adka uczucia nie wnikam, nie ma co zmuszać do deklaracji.

Trochę miałam więcej luzu wcześniej, ale już się skończyło.

Teraz 50 esejów do sprawdzenia. Nowe wykłady do zrobienia.

A w dodatku zaczęła mi się klasa hybrydowa – raz w tygodniu jestem w szkole, w całym rynsztunku i gadam do studentów obecnych w klasie i w Internecie. Całość jest nagrywana.

W zeszły piątek zobaczyłam przyszłość – studenci mieli prezentacje na zaliczenie, których nie zdążyli skończyć tydzień wcześniej, kiedy mieli zajęcia z innym wykładowcą. Moja rola polegała na połączeniu wszystkich na moim Zoomie, a ponieważ miałam za chwilę kolejny wykład dwu godzinny w innej sali, musiałam wyjść w czasie, kiedy prezentacje online jeszcze trwały. Ze mną wyszły osoby dotychczas obecne w sali – też mieli jakieś swoje niecierpiące zwłoki potrzeby.

W klasie został włączony komputer ze studenckimi prezentacjami, które się wyświetlały na tablicy, studentami słuchającymi przez Internet i jednym wykładowcą biorącym udział z domowych pieleszy. Klasa zupełnie pusta, tylko migający ekran. Zajęcia duchów.

Politycy partii przewodniej w kraju dociskają gazu i pędzą na czołówkę ze ścianą, kretyni u władzy grają na poparcie (małej garstki) jeszcze większych kretynów. Nie sądzę, żeby Polska wyszła z Unii, niemniej jednak taka idiotyczna postawa wyrzuca nas z korytarzy UE prosto na zapyziałą orbitę nieśmiesznych lokalnych satrapów. Nie tak się robi dyplomację.

Ech, nawet ja – całe życie w gorącej wodzie kąpana, z nerwami na wierzchu i kompleksami jak kule u obu nóg – tyle się nauczyłam w tej Irlandii, że negocjacje nie polegają na robieniu z siebie wujka wariatuncia i stawiania się w sytuacji przegranej, takiej, która tylko obnaży nasz brak jakiekokolwiek znaczenia. To jak słynne ‘czy wiecie kim ja jestem!’ (na co Kajko mówi do Kokosza “zobacz, biedny człowiek, nie wie kim jest!”) Żałośnie i smutno i straszno.

Cała moja nadzieja w młodej Polsce, w tych wszystkich wioskowych dziewczynach stadnie chodzących na Zumbę (pozdrawiam Iksia!), które są w stanie powiedzieć do księdza ‘pokaż macicę!’. Czekam, kiedy one przejmą władzę.

Beczka na ciężkie czasy

albo moje luksusowe życie w pandemii.

Po pierwsze, praca z domu – w ogóle mnie nie obciąża, a wręcz przeciwnie, można powiedzieć, że mnie odciąża, wręcz wyzwala mnie z pewnych ograniczeń. Na przykład mogę podczas przerwy w wykładach poleżeć sobie na sofie, albo nastawić zupę dla całej rodziny. W ogóle pozycja horyzontalna w czasie pracy bardzo mi się podoba, pozwala na szybszą regenerację sił i chciałabym również po pandemii mieć taką możliwość, święty Mikołaju. (Pamiętam jak w ciąży marzyłam o ‘pokoju socjalnym’ w pracy, żeby choć przez chwilkę móc sobie poleżeć w przerwach między wykładami… Marzenia się jednak spełniają, nieważne, że pięć lat później i tylko dzięki ogólnoświatowemu stanowi wyjątkowemu).

Chodzenie ciągle w takich samych ciuchach (nie, nie TYCH samych! jeśli tak przeczytałaś, to wróć!) – u mnie zestaw obowiązkowy to bawełniana bluzeczka w paseczki i spodnie od piżamy – jest również bardzo relaksujące, nie muszę codziennie od rana dumać jak się ubrać, nie muszę nic prasować, chodzić na obcasach ani ściskać się ołówkowymi spódnicami (nie, żebym to robiła przed pandemią, ale zdarzało się, że przemykając po korytarzach fabryki jakaś niewymarła jeszcze część mojej toksycznej kobiecości na widok kobiety eleganckiej podnosiła głowę i pytała pogardliwie ‘a ty?’). A teraz wystarczy bluzeczka w paseczki, z ewentualnie dopiętym białym kołnierzykiem, jakbym chciała bardziej uroczyście (jeszcze się nie zdarzyło, ale jakby co…).

Jestem ponadto w tej dobrej sytuacji, że państwo Irlandzkie ma takie same prirorytety, jak ja: dzieci cały czas chodzą do szkoły. Nie ukrywajmy – dziecko w domu by mnie dobiło. Ale równocześnie największy stres rodzica małego dziecka – kto zostaje w domu kiedy dziecko ZNOWU JEST CHORE (w tym roku szkolnym już trzy razy!) – w pandemii po prostu nie istnieje. I tak jesteśmy w domu. Cały czas. BINGO. Szach-mat życie! Brak konieczności lawirowania pomiędzy pracami i kombinowania z godzinami, zwolnieniami i zarobkami to po prostu luksus, wisienka na torcie, moja prywatna pandemia +

Zamknięte sklepy to już w ogóle mały pikuś i w ogóle mnie nie ruszają – w tym roku jesteśmy biedni (boże, czy kiedykolwiek nie byliśmy?), bo płacimy za studia Mi, więc WRĘCZ cieszę się, że mnie nic nie kusi. Restauracje, spa, kluby fitness, salony kosmetyczne i fryzjerskie, nocne kluby, wycieczki zagraniczne, koncerty, mecze, płatne wystawy, wyprawy jachtem, loty balonem, loty w kosmos i inne podobne atrakcje praktycznie zawsze były w moim kajeciku zaksięgowane w zakładce “nie niezbędne do życia”, a zatem byty nieistniejące, liczby nierzeczywiste, wobec czego trudno mi odczuwać ich brak. Jakbym chciała poszastać pieniędzmi, mogę sobie zamówić jedzenie na wynos:D

Jedyne, za czym naprawdę tęsknię to loty do Polski, ale przecież byłby to skandal, gdyby mi już ZUPEŁNIE niczego nie brakowało, prawda?

Oraz na szczęście jesteśmy zdrowi, ale tutaj pukam w niemalowane.

Oprócz tego nie czuję się w ogóle ograniczona w moim jestestwie, moja wolność jest wolna z maską czy bez, a noszenie jej jest mi doskonale obojętne – dokładnie tak, jak z majtkami: nawet w największe upały społeczeństwo upiera się, żeby mieć je na sobie, a jakoś nikt za bardzo nie protestuje, że uwierają, obcierają, powodują grzybicę i nie można przez nie oddychać;)*

Hmmm…

Przestałam się bać.

Wygląda na to, że praktycznie od zawsze żyję w Ciężkich Czasach, Pandemia to moje drugie imię, a Kryzys to mój partner życiowy, razem sobie oto żyjemy od wielu lat swoim małym, monotonnym, nudnym i biednym życiem, bo niewidzialna ręka rynku tak nam pociągnęła z liścia na samym początku dorosłości, taki nam lockdown wprowadziła, że teraz mało co nas rusza.

Niczego mi nie brakuje, jestem szczęśliwa i spokojna, a moja beczka mi w zupełności wystarcza.

Ale beczka jest ważna, bo nawet Diogenes nie spał gdzie popadnie.

* Wiem, że są osoby, które mają problemy z płucami i dla nich noszenie maski może być faktycznie niewskazane. Ale w moim otoczeniu osoby, które najbardziej narzekają na noszenie masek to te same, które palą szlugi. I co im zrobisz;)

Lata później

Mijają trzy lata, odkąd wprowadziliśmy się naszego domu i codziennie dziękuję za to losowi, a w zimie nawet dwa razy dziennie. Dom jest ciepły (szczególnie po wymianie okien i ociepleniu) i suchy, idealny na Irlandzki listopad i grudzień. I styczeń. I luty.

Mamy sypialnię, pokój Adka, pokój dzienny i mały pokoik w sam raz na home office albo gabinet, jak to się kiedyś nazywało. Wystarczająco miejsca, by sobie nie przeszkadzać, kiedy oboje prowadzimy zajęcia.

Jakoś dobrze się mamy tej zimy, pomimo okoliczności przyrody.

Siedzimy w domu, ale mamy dom. Siedzimy sobie na głowie, ale się lubimy, więc nie jest to szczególnie upierdliwe. Mamy pracę, którą bez problemu da się wykonywać zdalnie. Mamy szczęście. Czasem sobie myślę o tych wszystkich ludziach stłoczonych w wynajmowanych mieszkaniach z przeciągami, o ścianach w kolorze Magnolia, ludziach martwiących się zasiłkiem, wynajmem i nieuchronną podwyżką czynszu, gdy tylko już będzie można. Byliśmy o krok od takiej sytuacji, od osunięcia się w przepaść, zapadnięcia w ruchome piaski, gdzie im bardziej się porusza nogami, tym głębiej się człowiek zakopuje, od chorób dzieci z ciągłego wdychania grzyba na ścianach, od wiecznego szarpania się i martwienia, od kiełkującej depresji, żywiącej się natłokiem ludzi na metr kwadratowy podłogi i spraw na głowę. Jakoś nam się udało.

Pracą się nie martwię – bo właściwie nie ma czym, mali ludzie muszą podskakiwać, żeby wydawać się większymi. Nawet samym sobie. Wydaje się, że sprawa jest wyciszana od góry, bo żadne odgłosy do mnie nie dochodzą, choć zawsze zostaje paranoja, że to po prostu MNIE nikt nic nie mówi;D

Znowu posadziłam tulipany i szafirki, czekam jeszcze na cebulki moich ukochanych białych, muszę też dokupić donice. W najciemniejszym miesiącu w roku trzeba pamiętać, że przyjdzie wiosna i nie można wtedy zostać bez tulipanów.

40 lat później

Jeszcze tydzień temu

napisałabym coś w stylu ‘Każdy zna taką osobę. Osobę, która wbije ci nóż w plecy w najmniej spodziewanym momencie.’ (choć akurat w przypadku TEJ OSOBY noża w plecach spodziewam się ZAWSZE).

Albo ‘Nieszczęściem ludzi głupich jest to, że ciągle muszą udowadniać, że głupi nie są’. Albo nawet ‘Głupia pizda. Inaczej o niej nie myślę’.

I wszystko to byłoby prawdą, a jednak tak nie napiszę.

Nieporozumienia w pracy często wymykają się spod kontroli i im MNIEJSZĄ praktyczną wartość ma sedno sporu, tym bardziej sprawa jest rozdmuchana i idzie na (symboliczne) noże.

Bo sedno sporu bardzo rzadko jest tą kwestią, o którą się spór na pierwszy rzut oka toczy, bo on zwykle dotyczy samego jądra naszego ja – naszych kompleksów, uprzedzeń, zazdrości, strachu i znikomości.

Parę miesięcy temu zostałam poproszona o radę przez młodego wykładowcę i nie zgodziłam się wtedy z opinią pewnej osoby z mojej pracy, a co gorsza, ów wykładowca, zresztą prawnik, zgodził się z moją interpretacją i posłuchał MOJEJ rady. Wydawało się wtedy, że osoba-której-nie-będę-obrzucać-inwektywami (za często) uznała moją rację, bo wysłała ugodowego maila jeszcze w sierpniu. Niestety, kiedy tydzień temu wykładowca zwrócił się do nas z finalną prośbą, osobie coś się odwidziało i wytoczyła ciężkie działa.

Nie wiem, może powinnam wtedy odpuścić i napisać coś w stylu ‘Może lepiej będzie, jak posłuchasz V’ – ale znacie mnie – jestem trochę przemądrzała i ZAWSZE MAM RACJĘ, a tym bardziej wtedy, kiedy naprawdę mam:) Poza tym znając tę osobę wiem, że ustąpienie sugeruje jej jedynie, że oto zostałaś pochyłym drzewem i można skakać.

Więc odpuścić oczywiście nie mogłam, ale wszystko grzecznie, nadając temu formę ‘academic disagreement’. Osoba-o-której-staram-się-nie-mówić-źle-ale-myslę-że-jest-głupią-p… zaczęła sprawę rozdmuchiwać, i dmuchała tak, aż opary dotarły do Head of School, czyli głównej szefowej (odpowiedzialnej za kwestie akademickie), oprócz tego zaatakowała również mnie (choć bez personaliów) i obsmarowała wykładowcę (tym razem z personaliami) na naszej zamkniętej, pięcioosobowej grupie nauk społecznych – musielibyście widzieć jak mi głowa parowała kiedy to czytałam i jak Mi okładał mi ją lodem, bym nie wdała się w głupią przepychankę. Afera została rozdmuchana, a jak każdy pracownik fabryki wie, kiedy słuchy zaczynają docierać do samej góry zaczyna się robić niebezpiecznie, bo góra nie lubi być niepokojona.

Młody wykładowca znalazł się na celowniku.

Nasza reputacja – departamentu Nauk Społecznych – została podważona.

A moja bezpośrednia szefowa, po mailu z samej góry i nieprzespanej ze stresu nocy, zrezygnowała ze stanowiska.

Młody wykładowca pewno pluje sobie w brodę, że w ogóle chciał zrobić ze studentami coś oryginalnego i ciekawego, a nie zwykłe ‘Napisz esej na temat teorii, która najlepiej wyjaśnia bla bla bla’.

A wszystko to dlatego, że ktoś nie mógł przeżyć tego, że ktoś inny zgodził się ze mną, a nie z nią. I tak poleciało. Bezpośrednia szefowa nie zdaje sobie sprawy, że tak naprawdę jest ofiarą tej tej-którą-bezgłośnie-obrzucam-inwektywami, bo osoba owa jest od wielu lat jej protegowaną.

I kiedy układam sobie to wszytko w głowie przychodzi mi na myśl, że osoba, której jednak nie będę obrzucać inwektywami, żyje w jakimś okropnej rzeczywistośći wiecznej walki, w jakimś Hobbsowym stanie ‘wojny wszystkich przeciwko wszystkim’, w Darwinowskim świecie, gdzie tylko silni wygrywają, gdzie musisz kogoś zagryźć, żeby nie zostać zagryzionym, albo się podlizać, kiedy jeszcze nie jesteś dość silny, żeby zagryźć i gdzie ludzie muszą bez przerwy pokazywać, że są mądrzejsi, lepsi i w ogóle bardziej zasługują na to, żeby być słuchanym.

Z osobą ową mamy długą historię – w sumie nie wiem czego? Nawałabym to prześladowaniem, ale być może jest to po prostu konflikt. Dwa lata temu odkryłam, że wyssała sobie z palca pytanie egzaminacyjne (dzielimy razem przedmiot – ona uczy dziennych a ja wieczorowych, każda z nas układa po pięć pytań i kiedy przesłała mi swoje pytania zorientowałam się, że pyta się studentów o NIEISTNIEJĄCĄ teorię, po prostu kartki w podręczniku jej się skleiły, nigdy nie przyznała się do błędu, moderator wymusił zmianę pytań, a ja nie nagłośniłam sprawy wyżej, czego obecnie żałuję), sześć lat temu, będąc w wysokiej ciąży zrobiła mi karczemną awanturę, kiedy zapytałam się o materiały, które mogę wykorzystać szykując się na zastępstwo za nią, czyli o coś, co jest u nas zwykłą praktyką.

W międzyczasie jest dla mnie bardzo miła, np. chce mi przesłać słuchawki dla dziecka POCZTĄ, kiedy się na naszej zamknięj grupie poskarżyłam, że Mo słucha bardzo głośno bajek i trudno mi pracować jak dzieci nie chodzą do szkoły.

Więc nie ogarniam. I naprawdę chciałabym już wrócić do mojej beczki.

Być może będę musiała zmienić beczkę. Niech tylko Mi skończy studia.

Nie piszę, bo cały czas sprzątam po bombie, a w głowie przeszłam tę historię tam i z powrotem sto razy, a teraz dochodzę do wniosku, że nie wiem, czemu się tak nakręciłam i dałam porwać temu tornadu. Czas przypomnieć sobie Diogenesa.

Ale tydzień dopiero się zaczynał…

W poniedziałek odkryłam, że właśnie tego dnia mija termin złożenia papierów egzaminacyjnych do moich dwóch przedmiotów. Jest to okropnie upierdliwa robota, której naprawdę nie cierpię, bo nie tylko trzeba ułożyć pytania z przedmiotu zgodne z poziomem nauczania (na przykład na pierwszym roku nie można używać wyrazów ‘analyse’, czyli przeprowadź analizę, w ogóle nie można używać takich słów, jak ‘discuss’, czyli poddaj dyskusji itd itp), ale też jeszcze wymysleć odpowiedzi zaznaczając, co studenci powinni napisać na trójkę, a co na piątkę. A w dodatku Mo wróciła ze szkoły z kolejną skargą na kolegę, który w świetlicy podszedł ją od tyłu i walną pięścią w głowę, krzycząc, że jej rysunki są okropne. Sytuacja jest dodatkowo skomplikowana, bo jego rodzice to nasi dobrzy znajomi, z uwagi na których wybraliśmy właśnie tę szkołę. Z tym wszystkim skończyłam robotę koło pierwszej w nocy i tak się nakręciłam, że nie nie zasnęłam aż do szóstej rano.

We wtorek rano pojechałam do świetlicy poprosić, aby nauczycielki bardziej zwróciły uwagę na to co się dzieje. Na szczęście miałam tylko jeden wykład wieczorem, ale musiałam się do niego przygotować, a w głowie cały dzień przerabiałam jak mam porozmawiać z naszymi przyjaciółmi. Dziecko ma problemy z agresją i nie byłam do końca pewna, czy oni o tym wiedzą, czy po prostu o tym z nami nie rozmawiają. Po setnym obróceniu problemu w głowie postanowiłam rozmowę na razie odłożyć na później.

Środa przebiegła normalnie, jak to zwykle bywa przed burzą. Miałam dużo pracy i sobie spokojnie pracowałam zadowolona, że podjęłam właściwą decyzję.

A w czwartek wybuchła bomba.

To był tydzień

pełen fajerwerków i emocjonalnych wybuchów, ostrych jazd bez trzymanki i niespodziewanych zakrętów akcji, ocierający się o szaleństwo.

Miał się zacząć dość łagodnie Halloweenowym ulicznym przyjęciem dla dzieci, bo skoro nie można chodzić po domach, to będziemy sobie chodzili po naszej ulicy, grzecznie i z dystansem społecznym. Na pomysł wpadła jedna sąsiadka i od właściwie miesiąca mamy się umawiały co gdzie i kiedy, zrobiły zrzutkę i kupiły sztuczne ognie, słodycze, gorącą czekoladę, dynię do bicia (piniata), papier toaletowy do obwiązywania mumii, przygotowały wypieki, stoły i dekoracje. Ja za bardzo nie miałam czasu, więc tylko udawałam, że pomagam – kupiłam papierowe kubki i talerze z motywem okolicznościowym:D

Przyjęcie udało się nadspodziewanie, było sto i jedna atrakcja, dzieci na jeden wieczór wstąpiły do nieba, a raczej w inne czeluście, wszystkie poprzebierane, napchane słodyczami, obwiązywały samochody papierem toaletowym, rzucały kapiszonami, w karnawałowym szaleństwie biegały w tę i z powrotem po ulicy i w ogóle miały niesamowitą zabawę. A na koniec seans filmowy na świeżym powietrzu, bo na szczęście nie lało – opatulone kocami i zaopatrzone w gorącą czekoladę oglądały The Night Before Christmas.

Rodzice też się bawili.

Ja zabawy nie miałam w planach, ale (niestety/na szczęście – zależy którego dnia po byłoby zadane to pytanie) udzielił mi się nastrój bachanaliów, tym bardziej, że my też byliśmy przebrani.

To my, makijaz by Ren

Nawet nie zakupiłam żadnego alkoholu, ale tak skutecznie zostałam poczęstowana, że siedziałam do trzeciej rano, po tym jak Mo zupełnie padła koło 11, jakby jej ktoś wyciągnął bateryjki i Mi zabrał ją do domu.

Na niebie świecił ogromny, niebieski księżyc, żółty, piętrowy kotobus

ghibli-gifs.tumblr.com post 82038221598 photoset_iframe ghibli-gifs  tumblr_n1jq9mEa0W1sujz4s 500 false | Studio ghibli, Ghibli, Totoro

autobus pomylił trasę i przejechał przez naszą ulicę, a policjanci pilnujący porządku zatrzymali się przy nas i spytali o żelki.

I być może dlatego, kiedy koło dwunastej zaczął padać deszcz, ośmioro rodziców niedobitków bardzo nieodpowiedzialnie schroniło się w jednym z domów. A tam jadło, piło i lulki paliło do (prawie) rana). Ja tam też byłam, miod i wino pilam, ale obiecuję poprawę;) Zwiódł nas ciągnący ulicami tłum, wino wypite na ulicy, albo zachód słońca…

Niedziela, jak się domyślacie, była ciężka, ale tak naprawdę halloween był tylko wstępem do emocjonalnej karuzeli całego tygodnia.

Co za czasy

Nie piszę, bo próbuję choć trochę się uspokoić, ułagodzić, przemyśleć, nabrać dystansu, ale się nie da, jak historia dzieje się na naszych oczach, jak wieje wiatr historii, jak szaleje tornado losu i nie wiadomo kogo zmiecie, a kto się ostanie. A najbardziej się tego boję, że się w ogóle nie boję, a powinnam się bać, bo jak idzie rewolucja to trzeba się bać. I to jest najstraszniejsze.

Brawo dziewczyny, brawo młodzież, cieszę się, jestem z nimi na tych ulicach, choć przeważnie tylko duchem, bo przecież w innym kraju, bo przecież mamy lockdown, a ja swoje obowiązki i pracę. Młodzież się wkurwiła, i jak to młodzież – gorące głowy – pojechała po całości, ale bez takiego zarzewia, bez takiego zacietrzewienia, wkurwienia, bez tego ‘wypierdalać’, które mi też ciężko było krzyczeć na demonstracji, żadna zmiana nie jest możliwa. Jestem z nich dumna – 20 lat religii katolickiej w szkołach i wciskania kitu na nic się zdało, pokolenie JP2 schowało się nareszcie do lamusa.

Martwi mnie oczywiście czas w jakim to wszystko się dzieje, jak w jakimś złym śnie – wszystko jednocześnie, wszystko na raz, 20 000 zakażonych (czy raczej wykrytych testami) i bunty na ulicach, to się nie może skończyć dobrze i naprawdę wygląda, jakby ktoś to zaplanował, tylko nie spodziewał się aż takiego odzewu.

Napięcie jest prawie dotykalne, jak wyładowanie elektrostatyczne, kiedy się szura wełnianymi skarpetami po plastikowych panelach podłogowych, jak ta błyskawica na plakatach i twarzach prostestujacych. Wyrok Trybunału nieKonstytucyjnego będzie albo gwoździem do trumny dla obecnego rządu, albo ostatnią deską ratunku w kraju pogrążonym w rosnącym chaosie pandemii, z coraz większą liczbą przypadków śmiertelnych i zupełnie zakorkowaną służbą zdrowia. Bo władza będzie mogła zwalić na protesty. Myślę, że sprawa nie jest jeszcze przesądzona, jest to właśnie ta chwila w historii, ten moment, kiedy ma się wrażenie, że rzeczywistość dopiero się staje, kiedy następuje kreacja świata na naszych oczach.

Dla rozrywki czytam sobie TVP info i NAPRAWDĘ jest to rzeczywistość kompletnie alternatywna, odklejona po całości, rzeczywistość z paździerza i dykty, podparta styropianem. To mnie uspokaja, bo nabieram pewności, że ten świat już się skończył – jeśli nie teraz, to za chwilę, za 5 minut, za parę lat. Ale na zawsze. W dodatku odkryłam, że można komentować i bardzo mnie to śmieszy, że na oficjalnej stronie TVP jest pięć komentarzy na krzyż a większość bez ogódek jedzie po partii rządzącej ;D Mimo, że trzeba się zalogować kontem z fb. I taki mały troll się we mnie obudził, trolik, naprawdę malutki i w miarę grzeczny, odkopałam swoje alter ego na fb (mam taką sekretną personę, którą kiedyś używaliśmy do prowadzenia strony kina społecznego, ma bardzo adekwatny pseudonim) i też dokładam swoje trzy grosze, bez wulgaryzmów i napieprzania, tylko rzucam drobniaki komentarzy partii na tacę, taki perlisty, szyderczy śmieszek, może nie aż takich lotów jak dziadki z Muppet Show, ale radochę mam.

TWÓJ KOT GŁOSOWAŁBY NA HOŁOWNIĘ – JA NA LEWICĘ.