A w międzyczasie…

Kupiliśmy sobie takiego potwora. I jestem oczywiście zachwycona, oświadczyłabym się mu, gdyby nie to, że pan elektryk jest pierwszy w kolejce. Jak bym była wolna.

Okazało się, że robot jest najważniejszą osobą w kuchni każdego wegana. Od kiedy pięć lat temu mój mąż zwariował został weganem, wykończyliśmy już trzy blendery, a i tak sernika wegańskiego nie dałam rady zrobić. W akcie desperacji w zeszłym roku kupiłam nurtibullet w Lidlu (50e), ale się okazało, że robiąc sernik z orzechów nerkowca na święta prawie go wykończyłam (a i tak ciasta wystarczyło tylko dla M). Nadaje się jedynie do koktajli, niestety. Postanowiliśmy zatem zagryźć zęby i kupić drogi dobry sprzęt, przy tym nie zależało mi na funkcji gotowania czy też podgrzewania, więc Thermomix na szczęście nie był mi do niczego potrzebny (sprzedaż bezpośrednia potwornie mnie zawsze odstręcza i z zasady nie kupuję tak żadnych produktów).

Po różnych poszukiwaniach zdecydowałam się na właśnie tego potwora z trzech względów: – ma jedną z większych mocy ze wszystkich robotów domowego użytku (1100 wat – Thermomix tylko 400 wat;D), co oznacza, że spokojnie zmieli orzechy:); – duża miska (2.5 litra) oznacza, że nie muszę pasztetów robić na dwa razy; – motor ma 25 lat gwarancji.

Można nim mielić, robić frytki, kroić cebule, szatkować kapustę. Mielić orzechy i przyprawy. Szatkować marchewki i jabłka. Prosto, szybko, bez problemu. Jest oczywiście bardzo duży i ciężki, ale to zrozumiałe – podczas pracy nie podskakuje i nie przesuwa się po blacie.

Zrobiłam już zapiekaną kapustę (mniam!), falafle, z którymi miałam zawsze ogromny problem, bo żaden blender nie mielił surowej, namoczonej ciecierzycy i musiałam robić z gotowanej i falafle się przy smażeniu rozpadały, a tu – proszę! minuta i gotowe!, i pasztet wegański z soczewicy, z mojej ulubionej Jadłonomii, bibli polskich wegan (nie zrobiłam jeszcze dania z jej przepisu, które było by niesmaczne, serio).

Szykuję się na bigos, fantastyczne chili con carne (bez carne oczywiście) i nieskończone ilości paszetetów i past. Oraz oczywiście sernik, którego baza z daktyli z orzechami pistacjowymi jest zawsze największym testem dla blendera.

Is Morinka coming out?

TRZASK! TRZASK! TRZASK! chwila przerwy i znowu TRZASK! TRZASK! TRZASK! Metalowa pokrywa otworu na listy w drzwiach stuka miarowo. Dziewczynki. Grace i Alex. Albo Alex i Ali. Albo Grace, jej brat Luke, Alex, Abgail i Bobby. Albo Holly. Albo jeszcze Lorcan, choć on w sumie raczej nie – ma surowego ojca. Dziewczynki i chłopcy przyszli po Morinkę. Schodzę po schodach, po raz trzeci tego dnia:

IS MORINKA COMING OUT?

No. Morinka is having a nap, is in the park, is helping me in the garden, is flying to the Moon.

Dzieci stoją się się na mnie patrzą podejrzliwie, jaką teraz będę miała wymówkę.

Muszę jeszcze ugotować obiad.

Ale przecież twój mąż może to zrobić.

Chyba nie.

Musisz tylko go poprosić – Grace nie daje za wygraną. Grace jest najbardziej uparta. (I najczęściej ma muchy w nosie, ale to inna historia).

Ok, wyjdziemy za pół godziny – mówię, bo mi zabrakło pomysłów na odmawianie. Oraz dlatego, że chcę, żeby Morinka miała przyjaciół.

Znowu się dałaś zagadać, mówi M. Po co ty się w ogóle wdajesz w dyskusję z dziewczynkami, mówi się im po prostu nie. I tyle.

‘Nie i tyle’ nigdy mi się nie udaje, bo gdyby to było takie proste.

Wychodzę z Mo. Przez chwilę jest lato, Polska, lata 80-te, a my biegamy po podwórku, bandy dzieciaków w letnich sukienkach i krótkich spodenkach. Przyjeżdża pan z lodami, dzieciaki ustawiają się w kolejce, maluchy gubią pieniążki, duże dzieciaki kupują super kwaśne-wykręcające-język cukierki i slasze, czyli pokruszony lód z sokiem. Wszyscy są, a Mo jest częścią wszystkiego. Śmieje się w głos i oblizuje skapującego loda, prawie jej upada na chodnik, Bobby robi minę i nagle śmiechem wybuchają razem. Luke się przyłącza. Dziewczynki patrzą z lekką wyższością – są już duże, mają aż siedem lat, nie tak jak te czteroletnie maluchy. Idziemy bawić się w crocodile colors.

Tego właśnie chciałam.

To się jeszcze pochwalę

drzwiami frontowymi:

Petunie i lobelie. I cyprys (??), a także bluszcz. Nasadziłam jak głupia mnóstwo kwiatuszków, bo nie lubię, jak się skąpi kwiecia. Ale muszę przyznać, że trochę przesadziłam.

Drzwi trzeba pomalować (z daleka nie widać, jak bardzo trzeba) i wobec tego chyba zmienię kolor. Niebieski? Fioletowy?

Dni upływają

na różnych pracach domowych i naprawdę nie sądzę, że ktokolwiek byłby nimi zainteresowany;D Ale jakby co, dla jakiegoś gościa, co naprawdę nie ma co z czasem robić, a najpewniej dla siebie samej, pilnie odnotowuję, że:

  • Prawie skończyliśmy ogrodzenie z wikliny. Jest cudna! I pachnie obłędnie. Szkoda, że ma tak marną trwałość (dwa do trzech lat), bo strasznie, strasznie mi się podoba. Prawie skończyliśmy, bo przysłali ostatnią część, która jest dużo gorszej jakości i oczywiście chcemy wymienić. Stary płot trzymał się na słowo honoru, jak wskazuje poniższy obrazek:
Stary plot
Nowy płot, niestety kwiatki musiały sobie pójść
Z królewną ogrodu, od strony kuchni
  • Przyszedł elektryk i nam W KOŃCU zainstalował nasze cudne, drogie jak cholera luksusowe (każdy wybiera swoje luksusy, prawda?), oddające ciepło wentylatory. Dla zainteresowanych https://www.youtube.com/watch?v=sbsO8FbHUwU . Zakłada się je parami, jeden w jednym, a drugi w drugim pomieszczeniu, one się ze sobą komunikują i naprzemiennie wdmuchują i wydmuchują powietrze (kręcą się raz w jedną, raz w drugą stronę, zmieniają kierunek równocześnie). Kosztowały okropnie dużo, ale nareszcie będę miała I ŚWIEŻE POWIETRZE I CIEPŁO w moim małym pokoju do pracy (9m2?). Kiedy siedziałam tam w zimie długie godziny robiło się przeokropnie duszno (muszę mieć drzwi zamknięte, bo wiadomo – dziecko włazi), otwierałam okno i robiło się przeokropnie zimno. Na razie działają fantastycznie, ale trudno mi sprawdzić, czy rzeczywiście poprawiają jakość powietrza, bo jest lato i drzwi na ogród są bez przerwy otwarte. Ale fachowcem jestem jak na razie zachwycona, Irlandczyk, elektryk, nie znał tego sprzętu, ale wykumał o co chodzi, mimo bardzo ubogich instrukcji instalacji, do tego wykombinował, żeby kabel nie szedł po suficie, albo po ścianie (chowanie w betonie bardzo by podrożyło koszty), tylko przeciągnął go wewnątrz pionu i środek schodów i większość kabli jest schowana. A kabli jest dużo, bo wentylatory muszą być połączone ze sobą (a są w dwóch różnych pokojach), ze źródłem prądu i z pstryczkiem-elektryczkiem. Pan przyszedł, ocenił robotę, odpowiadał na maile i smsy, bez problemu umówił się na konkretny dzień za tydzień i przyszedł PUNKTUALNIE na godzinę, na którą był umówiony. Siedział godzin pięć , wiercił, składał, instalował, ale najwięcej to chodził i myślał, założył nam jeszcze dwie lampki w pokoju (ma jeszcze dokończyć jedną lampkę, bo okazała się bublem) i światełko w kuchni. Zalepił dziury w ścianie i posprzątał po sobie. Prawie, że mu się oświadczyłam;) A muszę tu nadmienić, że wcześniej trzech elektryków odmówiło tej roboty – pierwszy zbyt zajęty, drugi przestał odbierać telefony, a trzeciemu się jakoby dziecko urodziło;D
  • Kwitnie mi passionfruit, kupiony w aldiku po przecenie za 1.5 euro. I powojnik.

Z prac domowych zostało mi jeszcze pomalowanie drzwi wejściowych, podłogi w kuchni (kafle w obrzydliwe pomarańczowo-kremowe maziaje chcę zmienić w kremowe kafle z delikatnym, a może nawet mniej delikatnym niebieskim wzorem, o proszę: https://www.cuttingedgestencils.com/blog/everything-you-need-to-know-to-paint-a-floor-with-a-tile-stencil.html ) i płotu. Płot chcę tylko powapniować. Jeszcze tylko obrazki w ramkach, może lampka na kominek, może przegląd komina przez fachowca i tyle. Koniec na ten rok.

A poza tym im bardziej jestem normalna, tym mniejszą mam potrzebę pisania. A może nie odkryłam jeszcze swojego nowego głosu. Who knows..

Byczę się trochę i lenię. Odpoczywam. Wróciliśmy do tej zimnej i deszczowej Irlandii i od razu tutaj zrobiło się cieplej, nie żeby od razu szaleństwo i upały, ale tak ponad 20 stopni to bywa. Tak, że nawet się kąpaliśmy dwa razy. Och, uwielbiam to zimne morze!

Oprócz tego dni spędzamy na różnych drobnych naprawach i domowych projektach. Usunęłam rdzę z kominka – wsadziłam cały kominek do baseniku Mo i zalałam octem, szkoda, że basenik był trochę za mały i większość kominka wystawała. Postał dzień w takiej kapieli, poszorowałam go trochę druciakami, potem wymyłam proszkiem do pieczenia (nie miałam sody oczyszczonej, ale kto by się tam przejmował), żeby zneutralizować ocet, potem przetarłam terpentyna czy innym śmierdzacym cholerstwem, by na koniec wypolerowac pasta. Postanowilam go nie malować – ma wygladać na stary kominek, którym przecież jest.

Kominek, jeszcze nie przytwierdzony do sciany

Jutro zakładamy ogrodzenie z wikliny, bo po jedej stronie mamy strasznie stary i rozpadajacy się płot, który był wcześniej przysłonięty plastikowym żywopłotem i przerośnięta tuja.

A jednak znowu

była to angina. Dopiero po kolejnych dziesięciu dniach antybiotyku poczułam się lepiej, na tyle, by cieszyć się wyjazdem do Polski. Bardzo spadła mi odporność po tym potwornie pracowitym roku akademickim, nawet nie stresującym, nawet nie ciężkim psychicznie, tylko okropnie, strasznie pracowitym, bez chwili wytchnienia. Mam nauczkę, że to, że dam radę, nie koniecznie oznacza, że powinnam. Troszkę więcej zarobiliśmy, ale też mieliśmy dodatkowe koszty biletów i lekarzy.

Poleciałam zatem do Pl chora, z gorączką na antybiotyku, prosto na imprezę rodzinną. Która, o dziwo, się udała i w sumie dobrze się bawiłam, na tabletach, bez odrobiny alkoholu. Tańczyłam. Impreza była pod tytułem spotkanie rodzinne, w świetlicy wiejskiej, w malutkiej wiosce na południu Polski, gdzie w ’45 osiedlili się moi dziadkowie po przyjeździe ze Lwowa. A właściwie z Tarnowa, bo ze Lwowa to wcześniej musieli uciekać. A właściwie to z Kościejowa, bo nie mieszkali we Lwowie. Dziadkowie byli nauczycielami i została im przydzielona malutka wiejska szkoła, z mieszkaniem tuż nad nią. W szkole zaraz po wojnie uczyło się 170 dzieci – niewiarygodne, jak się popatrzy na liczbę dzieci obecnie. Moja babcia uczyła klasy 1-3 (chyba łączone) i wszystkich przedmiotów ścisłych, dziadek biologii, przyrody, muzyki. Babcia była surowa, ale sprawiedliwa, dziadek w życiu i w szkole kierował się fantazją i swobodą. ‘Renia, to mogę wziąć dziś dzieciaki do lasu na wycieczkę?’ “Władziu, to nie można tak, byłeś wczoraj’. Za jakiś czas babcia zagląda do klasy, a tam już dziadka i dzieci nie ma. Powiedział im, że jeśli chcą mieć lekcję przyrody na łące, to muszą wychodzić cichutko, na paluszkach, żeby się babcia nie zorientowała. A na łące dzieciaki moczyły nogi w strumyku, słonko przygrzało i dziadek zasnął;)

Czułam się tam jak u siebie, pomimo, że nigdy w tej wsi nie mieszkałam. Ale mówiły do mnie te dróżki, pagórki, laski, łąki, pola, były znajome do bólu. Mo biegała z kuzynami, tańczyła do dwunastej, oglądała jaszczurki, motyle i kwiatki.

Byliśmy otoczeni bliższą i dalszą rodziną, ludźmi, którzy są częścią mojego krajobrazu wewnętrznego, choć z wieloma nie rozmawiałam od stu lat. Byłam otoczona moim rodzeństwem i ich progeniuturą, moimi rodzicami i ich rodzeństwem. Ludźmi, z którymi często rozmawiam i na bieżąco wiemy co u nas, co jednak nie wystarcza. Jakby umysł był w kontakcie, ale ciało potrzebowało fizycznej bliskości, żeby poczuć się bezpiecznie.

W jakiś dziwny sposób odpoczęłam. I w końcu wyzdrowiałam.

Leżę

dalej. Choć wczoraj musiałam podejść do biura paszportowego, bo przecież potrzebujemy nowego paszportu. Lało, wiało i było przeraźliwie zimno, a w poczekalni włączyli klimę i zmarzłam na kość.

Ale jeszcze wczoraj czułam się dobrze, na tyle, że zaczęłam nawet po południu porządkowanie papierów pracowych. Oraz umyłam podłogę. O trzeciej w nocy obudziłam się z bólem gardła i łamaniem kości. Noż k@$#ć! Cholerne choroby!

Dziś tylko poleguję, ale i pogoda znowu nie nastraja do niczego innego. Dziewięć stopni i pada, w czerwcu!

W lepszych chwilach cieszę się, że mam wolne i mogę leżeć – nie wyobrażam sobie, że musiałabym teraz chodzić do pracy, a na moim kontrakcie za zwolnienia mi nie płacą. W gorszych chwilach przeżuwam, że to chorowanie to przecież bezpośrednia konsekwencja zupełnego wyeksplatowania organizmu w trakcie roku szkolnego. W którym w siedem miesięcy trzeba zmieścić dwanaście miesięcy normalnej pracy.

W piątek mamy (znowu!) lecieć do Polski na imprezę rodzinną, a ja nie mogę wstać z łóżka. Chyba muszę iść jutro znowu do lekarza (55 euro), bo jeśli to powrót anginy, to co ja zrobię na weekend na zadupiu w Polsce ze szczękościskiem i czterdziestoma stopniami gorączki?

Jak macie niezawodne rady na podniesienie odporności po antybiotykowej terapii to błagam, podzielcie się. Wszystkie moje są dla człowieka w miarę zdrowego – bo przecież teraz nie dam rady na rowerze, a i zimna kąpiel raczej mi nie pomoże.