Jestem tu!

Nie trzeba podpisu
Z synem

(Jak widać nie tylko paseczki.)

Morze polskie, najukochańsze.

Ciepłe, delikatne, jak pradawna zupa z której wszyscy wyszlismy.

Ten zapach!

Mam taki plan, że codziennie się kąpię.

I codziennie idziemy przez las sosnowy 3000 kroków  w tę, i 3000 kroków w tamtę. Spokojnie daję radę.

****

Dla Aski:

Za Dobra Ciocia

Dziś zabralam dzieci tu:

Ale nie mam kiedy książki przeczytać 🤷‍♀️

Jutro rano wylatujemy, to sobie odpocznę i poczytam (już to widzę).

Do paseczków kupiłam spodenki w duże biale grochy, klasyka👌

Wszystko na styk. Jeszcze dziś rano bylam u pana Seamusa fizjoterapeuty, poskarżyłam się że boli i że kustykam, pokiwał głową, powiedzial ze 11 tys. kroków to nic dziwnego, że boli (ww wtorek trochę poszalałam i przegoniłam dzieci po mieście), dołożył nowe ćwiczenia, powiedział że jest postęp i może muszę po prostu wzmocnić niektóre mięśnie. Ale nie przesadzic, a z tym u mnie trudno😅

A może muszę wrócić do chirurga i poprosić o konsultację. Na razie ćwiczę, w Polsce idę do super polecanego ortopedy i zobaczę co mi powie, zobaczymy też co bedzie na wakacjach – być może to się ustabilizuje i trochę przestanie boleć.

Tylko spokój może nas uratować

Las.

Roślinki.

Kanapka z Najlepszego Chleba na Świecie.

Widoki.

Wolność.

W piątek wyjeżdżamy do Pl.

Ostatnie dni z chłopakami, jak na razie bez wiekszych zatargow – choć przyklejeni do komórek bardziej, niż Mo. Trochę jesteśmy zmęczeni, to zrozumiałe – Mi cały czas pracuje na pełnej, w międzyczasie dostał awans i nowe stanowisko – ja trochę na pół gwizdka, jak to nauczyciele w wakacje;D  Klient się znowu położył na kozetce, czyli tu wszystko dobrze, naprawiliśmy relacje. Z chłopakami też przeważnie da się dogadać, jak człowiek ma dystans i pamięta, jak sam był nastolatkiem. Trochę ich biorę pod włos, a trochę odpuszczam i pobyt powoli się kończy w przyjaznej atmosferze, z dość niewielkimi wyładowaniami atmosferycznymi.

Pakuję się.

Czy powinnam przestać kupować ubrania w paseczki? 🤔

Drugi stosik jest zielony i kolejny, mały różowy.

I żółty.

Lecimu z upalnego Dublina do przyjemnie deszczowej i chłodnej Polski😅

Dzień jak podarunek, ale zmęczenie nas dopada

Lato nas rozpieszcza w tym roku w Irlandii.

(Strach tylko pomyśleć dlaczego i jak to może się skończyć  – podobno jak się jeszcze bardziej ociepli, to się AMOC wyłączy i w Irl bedzie jak na Islandii. Ech, trudno pogodzić te duże katastrofy z malymi radościami, jak morze w Rush dzisiaj).

Na lancz kupiliśmy fish & chips, być nad morzem na wyspach i nie kupić choć raz ryby z frytami to grzech. Ale po raz kolejny się przekonalam, że porcje jak dla wielkoludow, nikt nie jest w stanie ich zjeść, połowę frytek przynieśliśmy do domu i jutro będę wyrzucać, bo tłuste stare ziemniaki nikomu nie smakują. Ech, szkoda jedzenia. Ale napychac się tylko po to, żeby nie wyrzucać?

Po drodze na plażę malutka skrzyneczka Little Library, gdzie wyszperałam sobie książkę, którą właśnie pochłaniam (Milk Fed by Melissa Broder). Dobra. Liberalna Żydówka z anoreksją zakochuje się w tradycyjnej Żydówce, która lubi jeść.

Uwiedziona latem i ogólnym klimatem wakacji pozwolilam sobie na loda z automatu, dzis cierpię – czerwone, swędzące plamy na twarzy. Może było coś jeszcze, co mnie uczulilo, na przykład w tej rybie, zawsze na fali entuzjazmu macham ręką a co tam!, a potem żałuję za grzechy i pokutuję przez tydzień. Ale stawy dalej nie bolą, a to najważniejsze. Przysięgam solennie poprawę i na jutro  gotuję komose ryżową, czas wrócić na łono Abrahama, do krainy warzyw i zdrowych ziaren.

Dziś poszlismy na Blake’a do National Gallery, Jamama przypomniała, chciałam już od jakiegos czasu, a to ostatni weekend wystawy.

Choć nie przepadam za romantykami – gotycke zamki i te sprawy, to wiadomo, że Blake miał zdolności profetyczne.

Wujek Mi zabierający dzieciom komorki
Dzieci w szponach komórek
My na przednich siedzeniach modlący się o zlitowanie, kiedy dzieci kłócą się i marudza z tyłu

Dzisiaj w lipcu w Dublinie, jestem

Trzeba pisać, bo czas upływa.

Lipiec kładzie się upałem na drzewach, chodnikach, ulicach, ludziach i zwierzętach.

Kiedy rano odwożę chłopaków wącham jego zapach, to taki rzadki zapach w Irlandii.

W aucie gorąco, mam ciemne okulary i litr wody w butelce z rurką, a wczoraj nawet jechałam w krótkich spodenkach, co zdarzyło mi się tu PIERWSZY RAZ. Droga tam zabiera trochę ponad pół godziny, puszczam sobie i chłopakom podkasty psychiatryczne po angielsku, może coś zostanie im w głowach – wczoraj było o badaniach jak ćwiczenia fizyczne wpływają na zdrowie psychiczne, dziś o lęku społecznym, wywiad z gościem, który przeszedł całą drogę i sobie poradził. Chłopaki jednym uchem słuchają, drugim wypuszczają, do starszego pewno trochę trafia, ma 14 lat a zatem już coś tam rozkminia, dziś widziałam, że nadstawiał uszu, od września idzie do liceum, więc temat na czasie. Wracając dokańczam podcast, albo słucham sobie muzyki, wącham świat i oglądam Dublin latem.

Macham do dzieci na światłach.

Dziś zobaczyłam dziewczynkę – czekała, żeby przejść przez ulicę, mama z pieskami stała na rogu dla bezpieczeństwa, dziewczynka na oko dziewięcioletnia miała przejść przez ulicę sama, wyraźnie podekscytowana, może trochę zdenerwowana. Widziałam ją już wczoraj, dokładnie na tym samym rogu z mamą z pieskami, więc jej pomachałam, dziewczynka zanim pomyślała, to mi odmachała, potem się odwróciła do mamy, jakby przestraszona tym odruchem, bo przecież jestem obcą panią w samochodzie.

Droga na obóz sportowy wiedzie wzdłuż parku, jedziemy długo, bo to największy park w Europie. Park pachnie obłędnie, lipy, róże, trawy i rosliny, których nie sposób nazwać, pył i zapachy z pobliskich piekarni. We wtorek w drodze powrotnej zatrzymujemy się z Mo w Chapelizod i idziemy na łąkę, wystarczy nam dziesięć minut, żałuję, że nie kupiłam kawy w lokalnej kawiarence.

W inne dni zostawiam Mo w domu, nie ma potrzeby, żebym ciągała ją przez całe miasto w upale tam i z powrotem, zdążę ją podrzucić na gimastykę jak przyjadę.

Wtedy wracam sama i zastanawiam się, jak się czuję, że jestem sobą, jak tam w środku jest być mną, kiedy się na tym skupiam, wyczuwam coś wrażliwego i delikatnego w środku, co łatwo zranić, ale też łatwo odrasta, jak rośliny, które co roku ścina się do gołej ziemi.

A oprócz tego akurat dziś czuję radość z tego, że żyję, jestem, oddycham, mogę ten świat wąchać i oglądać. Ćwiczę pilnie codziennie, żeby stopa już przestała się gniewać,  myślę o tym, jak dobrze czuć swoje ciało bez bólu, jak dobrze głęboko oddychać i jechać gdzie się chce.

Próbuję poczuć kto to jest ta ja, ta istota, która czuje i widzi i uzurpuje sobie prawo do myślenia, że świat jest taki właśnie, jaki mi się jawi.

Gały co brały regały

Dalej walczymy z regałem Billy.

Okazało się, że mierzyłam po ścianie, a powinnam po podłodze, bo przecież jest jeszcze LISTWA PRZYPODŁOGOWA, która zabiera nam półtora centymetra, KLUCZOWE 1.5 cm. Jeden wieczór zabrało nam złożenie jednej części Billiego. Drugi wieczór zabrało nam odkrycie tej przykrej prawdy braku półtora centymetra oraz pokonanie załamania. Trzeci wieczór zabrało nam wymyślenie sposobu, żeby się jednak zmieściła – I tu mieliśmy alternatywne rozwiązania a) upier.. listwy przypodłogowej, tak, żeby weszło albo b) upier.. jednej nóżki Billego. Ja byłam za listwą, bo jak ciachniemy nóżkę, to jak będzie regał stał? Mi za nóżką, no i mnie przekonał, bo listwa jest zabytkowa – ma 80 lat no i raczej szkoda by jej było dla mebla z dykty za 100 euro. No, ale to wymagało wymyślenia jakby ta szafka miała się trzymać bez nóżki, wymierzania ile tej nóżki trzeba opitolić, a to nie takie proste, jak wszystkie ściany są krzywe, łącznie z podłogą, a listwa kończy się półokrągło, a my nie mamy kątownika czy jak to się tam nazywa mierzenie ściany pod kątem. Wycinałam zatem kątownik z kartonu, no mówię wam, czułam się jak na zetpete, i tak precyzyjnie wszystko wyliczyliśmy, że oczywiście z pół cm za dużo ciachnęliśmy, ale oczywiście mamy słabą piłę, bo po co nam dobra jak stolarzami nie jesteśmy, więc myślenie czym to podkleić i tak dalej.

Ahoj przygodo.

Z szaleństwem w oczach i potem zalewającym czoło w najgorętszy wieczór w roku bawiliśmy się w rozwiązywanie łamigłówek naturalnych.

Oczywscie mogliśmy zapłacić 100 euro panom, żeby nam regał poskładali, ale gdzie tu zabawa?? I nauka, oczywiście, bo dopiero w takich momentach czuję, że mi mózg rośnie, powierzchnia istoty szarej się powiększa, neurony się reprodukują, no bo co to jest przygotowywanie wykładów, czy nawet prowadzenie zajęć po angielsku w porównaniu z upitoleniem nóżki regałowi Billy, przestawieniem półeczki i wywierceniem dziur, bo dopiero po dwóch dniach i czterech dziurach Mi kapnął się jak włączyć funkcję wiercenia udarowego w naszej wiertarce (właściwie czemu udarowa??), dzięki czemu następne trzy dziury to już była bułka z masłem.

Stan Billiego w środę:

Środa, godzina 21.30

(Chwilą nieuwagi i prawe drzwi założone odwrotnie🤯

Ale najważniejsze, że się albumy mieszczą

Jak widzicie jestem zajęta po same uszy, do tego przyjechała szwagierka z chłopakami, byliśmy nad morzem – z rzeczy dobrych, znowu się kąpałam!!! – byliśmy również na fantastycznej wystawie (zawsze mnie rozczulają ludzie, którzy wbrew wszystkiemu – wbrew represjom politycznym, systemowi, konieczości zarabiania kasy, robienia kariery i tak dalej – tworzą, malują, piszą, jakby cała ta rzeczywistość rzeczywista była tylko nakładką na głębię, jakby hierarchia i władza i bogactwo mniejsze miały znaczenie niż możliwość wyrażenia siebie).

Obstructing the doors could be dangerous – no oczywiscie!

A teraz szwagierka wyjechała, a ja wożę dzieci tam i z powrotem na obozy i z obozów, najpierw chłopaków na sportowy, potem Mo na gimastyczny, potem odwrotnie, zabiera mi to trzy godziny, w przerwach staram się pchnąć szkolenia w pracy, superwizję, spisywanie sesji, szczepionki Mo (odkleszczowe zapalenie mózgu!), kwiatki, pranie, zakupy, gotowanie i sto różnych pierdół.

Regał

Tylko napisałam, zaraz mi się coś w głowie odblokowało, no proszę jak to wszystko działa.

A jednak z nasiąkania spokojem wczoraj nic nie wyszło, bo zaplanowałam jeszcze instalację biblioteczki i zapędziłam mojego biednego Mi, który po ośmiu godzinach pracy był w kosmosie, mówi, że odezwali się do niego wszyscy najbardziej szaleni klienci ze swoimi najbardziej szalonymi numerami roku, nie będę wchodzić w szczegóły, ale jest to prawdziwa jazda po bandzie. Może upał ich zbodźccował, a może też chcą przed wakacjami poczuć, że coś próbują, w każdym razie jak to mówi Mi wszystkie madjołki dzwonią i mailują, a niektórzy wysyłają wiadomości na snapchacie, które to wiadomości po odsłuchaniu znikają…

No i po takim dniu wypełnionym projekcjami i szaleństwem pokonał nas regał Billy, który nie chciał się trzymać ściany, wiertła się przegrzewały i baliśmy się, że się złamią. Nie wiem co jest w tej ścianie nad kominkiem, ale teoretycznie nic nie powinno być, bo to przecież kominek, więc żadnej elektryki ani rur. Kominek jest od dawna nieczynny i zablokowany i jest to czwarty kominek w moim domu, a zatem nie będzie nigdy uruchamiany, więc chciałam mieć tam moje książeczki, żeby je sobie w aurze ognisto piekielnej trzymać, bo to przecież literatura libidinalna i psychoanalna.

Potęga Nieświadomości, czyli jak się wchodzi i wychodzi z czarnej …

W Irl 20 stopni i popadujący deszczyk, czyli cudowny letni komfort. Mam nadzieję, że upał również u was zelżał.

Pierwszy zupełnie wolny dzień, napawam się spokojem. Niczego nie zaplanowałam, oprócz zgarnięcia dziecka z zajęć gimanstycznych i przewiezienia do koleżanki. Czytam. Myślę.

(Wieczorem będziemy budować biblioteczkę).

Zauważyłam, że notki wychodzą tym bardziej płaskie i konkretne, im bardziej mam głowę zajętą przemyśleniami, którymi nie mogę się za bardzo podzielić. W każdym razie nie doceniłam potęgi nieświadomości i dopiero, kiedy klient mi usiadł na kozetce, zamiast leżeć, dotarło do mnie, na jakich głębokościach pracuję i jak bardzo muszę być ostrożna. Moja terapeutka mówi mi, że będę mieć osiemdziesiątkę i dalej będzie mi się zdarzało niedoceniać potęgi nieświadomości – bo nieświadomość to do siebie ma.

W każdym razie jedyne, co mogę powiedzieć, to że niektórze wydarzenia mają ogromną siłę rażenia, a sekretem pracy nie jest wcale brak strachu, czy pewne ich normalizowanie – sekretem jest gotowość wejścia do tej ciemnej wody razem z klientem, a potem oczywiscie umiejętność bezpiecznego z niej wyjścia. A do tego potrzebna jest siła i odporność, bo nie mozna przeciez samemu w tej ciemnej wodzie stracić orientacji. W tym kontekście rządowy projekt regulacji kształcenia terapeuty w Irl, który usuwa wymóg terapii własnej wydaje się … nie wiem, absurdalny po prostu.

Skończyłam jednego Ogdena What Alive Means, zaczęłam Fonagy’iego o mentalizacji (MBP technika pracy z osobami z borderline oparta o idee psychoanalityczne), oraz ciekawą książkę między innymi o tym, jak to się stało, że terapia kognitywno-behawioralna zrobiła taką zawrotną karierę. Autorzy twierdzą na przykład, że badania skuteczności (efficiacy) są formułowane i opisywane w taki sposób, żeby CBT wydawała się skuteczna w porównaniu z brakiem interwencji i wobec tego wydawała się jedyną ‚opartą na dowodach’ (po szczegóły odsyłam do rozdziału drugiego – tutaj tylko dodam, że opisuje np. znane z badań medycznych zjawisko upubliczniania tylko ‚pozytywnych wyników’, kiedy publikuje się tylko te badania, w których wyszły jakieś pożądane korelacje, a pomija te, w których nie wykazano zmiany w oczekiwanym kierunku – a jak pokazuje Goldacre, kiedy ukrywamy połowę normalnego rozkładu krzywej, możemy udowodnić wszystko) i dlaczego ‚terapie głębi’ są wypierane z systemu ochrony zdrowia psychicznego (w skrócie: cięcie kosztów przez firmy ubezpieczeniowe, które również fundują granty na badania).

Dla ciekawych i niezorientowanych: terapie ogólnie dzielą się na tzw. terapie głębi, oparte mniej lub bardziej na psychoanalizie i ideach Freuda (Ferencziego, Winnicotta, Klein, Anny Freud, Horney itd) – tutaj mamy terapie psychoanalityczną, psychodynamiczną (bardzo małe różnice między nimi, czasem tylko to, że w psychodynamicznej nie leży się na kozetce, tylko siedzi;), integratywna, humanistyczną itd. – i terapie bardziej kognitywno-behawioralne (CBT), które pracują na przekonaniach (kognicji) i wypływających z tego zachowaniach, ale nie interesują się za bardzo światem wewnętrzym klienta, symbolizacją i historią dzieciństwa, a już na pewno nie opisują tego wszystkiego terminami typu kompleks Edypa, id, superego czy obiekty wewnętrzne. Generalnie terapia CBT zainteresowana jest głównie symptomami i dopiero później zachowaniami i przekonaniami jakie za nimi stoją. Jeśli klient mówi ‚nikt do mnie nie dzwoni’, terapeuta CBT będzie się starał zobaczyć, czy to prawda – czyli np. zebrać na to dowody, potem stwierdzić, czy nie stoją za tym jakies konkretne zachowania klienta (np wylaczony telefon), potem zachęcić klienta do eksperymentowania z przełamaniem wzorca, a psychoanalityczny będzie próbował zrozumieć (często nieświadome) powody takiego zachowania, uczucia z tym związane, wzorce z dzieciństwa, może nawet próbować to zrozumieć jako nieświadomie prowokowane zachowanie innych – np. obronę przed bliskością i tak dalej. Sednem tu jest zrozumienie dynamiki i symboliki świata wewnętrznego.

Ja widzę to wszystko jako kontinuum – od głębokich struktur psychicznych,  wpływających na to jak jest postrzegany świat i jak jest postrzegane self, analizowanych przez psychoanalityczne metody, po powierzchniowy model myśl-reakcja, którym się zajmuje CBT, czyli po skupianie się na zewnętrznym ‚wyniku’ tych głębokich struktur. Oczywiscie może coś w tym opisie za bardzo uprościłam, specjalistow przepraszam.

No i tak – jeśli pracuje się z symptomem – ‚jestem samotny, nikt do mnie nie dzwoni’, to często się zdarza, że niefunkcjonalny wzorzec zachowania może zostać, powiedzmy, przepracowany, ale zamiast tego wyskoczy inny symptom – bo świat wewnętrzny dalej jest taki sam, nie został w wystarczający sposób poruszony przez to, że ktoś nauczył się, że sam może zadzwonić do drugiej osoby – nieświadome przekonania, czy domniemany wzorzec dalej oddziałują na to, jak ktoś widzi świat, siebie i jak w nim działa w innych obszarach. Bardzo to skomplikowane, a dodajmy jeszcze do tego farmakologię – czyli leki, które wpływają na neuroprzekaźniki jak serotonina, dopamina itd, i znowu – możemy zmienić chemię mózgu, czyli reaktywność na przyklad – ale bez wyregulowania psychiki możemy znowu za jakiś czas znowu być w punkcie wyjścia, kiedy leki przestają działać, albo działając wyciszają również inne, pożądane emocje, niechcacy zubożając świat wewnętrzny.

Ale żeby nie było – CBT też jest ciekawa i ma swoje miejsce, nie zgadzam się jedynie, żeby zajęła całą rabatkę i zagłuszyła wszystkie inne roślinki. Słucham sobie też  np wywiadu z dr Judith Beck, córką Aarona, twórcy CBT, która opowiada o tym, że ona sama raczej nie pracuje litera w literę z protokołami CBT, a do tego uważa, że owa terapia jest … przeważnie źle nauczana. I masz babo placek.

Z rzeczy przyziemnych, położliśmy nowy dywan, pewno, żeby się ugruntować. Stary śmierdział siuśkami (nie pytajcie).

Nie wiem, co robią te poduchy
A tu widac jsk mi sie buraczki na scianie integruja z buraczkami na dywanie