Karma

W domu cisza.

Zawiozłam Mo do koleżanki. Samochodem. Trenuję z Mi, przełożyli mi egzamin na 14 lutego.

Człowiek to jednak istota symboliczna. Wystarczyło tylko wczoraj rozebrać choinkę i już czuć, że idzie wiosna. Ciepło. Wilgotno. Jasno.

Nareszcie odkopałam się ze światecznych esejów – wczoraj sprawdziłam ostatnią partię. Teraz trzy tygodnie spokoju. Wiosna. Prace ogrodowe.

W czwartek wieczorem ukradli mi mój rower 😦

Przypięłam pod pracą o dziewiątej rano, o ósmej wieczór już go nie było. Na szczęście nie elektryczny, ale dwa lata temu kosztował tysiąc euro. Zupełnie nie wiem jak teraz dopniemy cały plan z odwożeniem i przywożeniem Mo. No i boję się zostawiać teraz elektryka pod szkołą. Myślałam, że jest tam bezpiecznie, bo wiecznie kręcą się studenci. Wyszłam wieczorem z pracy i nie mogłam uwierzyć własnym oczom, im bardziej oglądałam to miejsce, tym bardziej go nie było, obeszłam barierki dookoła, przeszłam się jeszcze kawałek w dół i w górę ulicy, jakby złodziej mógł być tak głupi, żeby go gdzieś tam zostawić. Nieprzyjemne uczucie, trochę nierzeczywiste, przez chwilę nie możesz uwierzyć, że dzieje się to naprawdę.

Śni mi się teraz, że kradną mi walizy, jakieś rzeczy, ciągle biegam i czegoś szukam i nie mogę uwierzyć, że tego nie ma.

Będę musiała kupić nowy.

Następnego dnia kierowniczka pyta, czy bym nie podjęła się pełnienia obowiązków szefowej zespołu na dwa miesiące, za dodatkowe wynagrodzenie prawie dokładnie odpowiadające cenie roweru. Karma jednak dziwnie działa. Żmijessa jest bowiem na zwolnieniu z powodu migreny. Współczuję ludziom z migreną, ale jestem pewna, że Żmijessa coś knuje, już od dłuższego czasu wydaje się jakby nie e na, jakby jej za bardzo na tej pracy nie zależało. Od września pracuje tylko dwa dni w tygodniu, ze sztuczną emfazą perrorowala niedawno, jak to trudno znaleźć opiekę nad dziećmi w Irlandii, wobec czego musiała sobie wziąć urlop rodzicielski na trzy dni w tygodniu. Tereferekuku, jedzie mi tu czołg i tak dalej. Znam ją jak zły szeląg i intuicja mówi mi, że ma już coś innego na oku, tylko musi szybko skończyć doktorat, który zaczeła pięć lat temu. Właściwie siedem chyba. No i super, zawsze dobrze NIE mieć kogoś takiego w pracy, niż mieć. Choć zaczynam się obawiać, że w ciągu tych lat powoli powoli stała się moją ‘frenemy’, wrogiem-przyjacielem, nauczyłam się wymieniać słowa z nią słowa jak sztuczny miód, opowiadać głodne kawałki i nie poświęcać jej za dużo uwagi, bo z góry wiem jak się zachowa.

Muszę przywieźć Mo od koleżanki.

DNA

Mo nie lubi czytać.

Niby ma dopiero 7 lat, niby jeszcze ma czas, ale ja w jej wieku przecież odkryłam już rozkosz czytania. A tu czytamy z nią codziennie, kupujemy komiksy i śmieszne książki dla dzieci, sami czytamy bez ustanku (choć większość, niestety, na komputerze), a ta ciągle jeszcze traktuje czytanie jak karę. Oboje jesteśmy humanistami, dziadkowie ze strony Mi to polonistka i poeta. Nagradzany, hehe, ale to inna historia.

Skąd się te dzieci biorą?

Jest za to dobra z matmy. Następna. Kiedyś, dawno temu, nie wiem skąd – z przedszkola albo z internetu – przytargała dziewczyny nie są dobre z matmy. ‘Girls and NOT good at maths, mama!’. Strasznie mnie to wtedy ruszyło, wiadomo, cholerne stereotypy, choć myślałam, że może akurat ona nie jest dobra. Bywa. Nie każdy musi.

A tu się okazuje, że jest świetna. Uwielbia zadania domowe. Tak, jak czytanie, to ciągła walka – to jeszcze stronę, mówiłaś, że przeczytasz 4! Nie! nie nie nie! – z matmy robi dodatkowe zadania z RADOŚCIĄ. Podsumowanie tygodnia. Extra zagadki matematyczne. Ostatnio się nawet pomyliła i zrobiła zadania z miesiąca do przodu. Bez problemu. O przepraszam, jedyny problem jest taki, że nie umie przeczytać poleceń;D

Jedziemy do Wietnamu

Znowu słońce. I ciepło, tym razem jakieś 8 stopni, czyli ponad dziesięć stopni różnicy od zeszłego tygodnia. Typowa Irlandzka zima. Praktycznie nie włączamy w dzień ogrzewania, z ziemi wystają już całkiem pokaźne zielone pędy, mam wrażenie, że cały świat przycupnął i czeka, jeszcze tylko tydzień-dwa i będzie można oficjalnie zaczynać wiosnę, wtedy pędy dostaną przyśpieszenia i zacznie się zielone szaleństwo. Mo zaczęła już produkcję Wielkanocnych ozdób, które powoli rozpychają się na kominku, choć w dużym pokoju ciągle jeszcze króluje choinka (wiem, wiem). Wystój wnętrza dominują zatem bożonarodzeniowo-wielkanocne przepychanki. Sugerowałam, zamiast od razu, z grubej rury, króliczki i jajka, łagodne przejście do św. Walentego, ale prychnęła pogardliwie, że to za małe święto, żeby nawet wyciągać kredki. Phi.

Egzamin mi odwołali, a potem wyznaczyli nowy termin. Mam jeszcze dwa tygodnie. Z każdą kolejną jazdą idzie mi gorzej, może dlatego, że zmieniam instruktorów jak rękawiczki, a każdy ma trochę innych styl prowadzenia lekcji. Ostatnio zapomniałam jak się parkuje przy krawężniku i dwa razy w niego walnęłam, a oznacza to ostatecznie i na miejscu oblany egzamin.

Właśnie chciałam uroczyście ogłosić na blogu, że Mo nie była chora przez SIEDEM tygodni, ale zdążyła się rozłożyć pomiędzy moją chęcia, a przekuciem jej w czyn, w sobotę wieczorem, patrzę: szkliste oczy i stan podgorączkowy. Tylko tym razem jakoś to lepiej idzie i dziś jest już praktycznie zdrowa. Jeszcze nie odtrąbię sukcesu, tfu tfu, ale wszystko na to wskazuje, że katar został na swoim miejscu, czyli jest tylko katarem, a nie zapaleniem oskrzeli. Zastanawiam się, co się zmieniło od tych siedmiu tygodni i jedyne, co mi przychodzi na myśl, to to, że przestała chodzić do Polskiej szkoły. Nie no, wiem, że to przypadek…. ale czy na pewno? Hehe.

Jedziemy do Wietnamu.

To znaczy dopiero planujemy, dopiero dziś szczerze mówiąc przyszła mi ta myśl do głowy, ale wszyskie kołcze internetu zawsze powtarzają, że trzeba swoją nieświadomość traktować jak przygłupie dziecko i mówić jej, co będzie się robić, jakby się to już robiło. Tonem nie znoszącym sprzeciwu.

A zatem jedziemy do Wietnamu.

Za rok.

Albo dwa.

Jest to piękny socjalistyczny kraj z przyjaznymi ludźmi, niesamowitym jedzeniem i przecudną przyrodą, i właśnie usłyszałam, że mnie WOŁA głębokim głosem.

Mróz

W dni takie jak dziś czuję, że chyba jednak uda się nam przeżyć ten styczeń. Zimno, ale świeci słońce. Dzień dłuższy od najkrótszego o 36 minut.

Zaczynam zajęcia.

Powoli odkopuję się ze stosów esejów, miałam mieć w tym semestrze luz, ale na razie nie widać Luz Island na horyzoncie . Wcisnęli mi dodatkowe godziny, postawiłam warunek i się zgodzili, więc teraz zaciskam zęby i trzymam mocno, bo dodatkowa kasa akurat starczy, mam nadzieję, na moje rewolucyjne plany. Które niestety bardzo dużo kosztują. Ale się wszyscy zdziwią! Ha! Rodzina popiera, co zanotowałam z pewnym zaskoczeniem, nikt jeszcze nie powiedział mi, że się nie nadaję.

Mo zawzięła się i nie choruje, chodzi na basen i jeździmy do szkoły na rowerze, ale terroryzuję ją zjadaniem warzyw – z lubością opowiadam jej straszne historie, jak to chłopczyk stracił wzrok, bo nie jadł warzyw. True story. Najważniejsze, żeby była zdrowa, traumy będzie mogła sobie przegadać na terapii ;D

Może się to szybko zmienić, bo w klasie ognisko covida zatacza coraz większe kręgi. Ale, dzięki moim chytrym knowaniom, jesteśmy ubezpieczeni – nie mam wykładów w poniedziałki rano, wtorki i piątki. Daje mi to ogromny spokój ducha, już nie musimy kłócić się z Mi, kto tym razem MUSI iść do pracy.

Ćwiczę z Mi jazdę do tyłu po łuku i zawracanie. Umówiłam jeszcze 10 godzin dodatkowych lekcji. Jedyne, czego mi jeszcze potrzeba to odrobiny szczęścia. Ale nie wszystko można kupić za pieniądze. Bądź płacąc w naturze.

Leje

Pracowe zobowiązania spadły na mnie jak ściana deszczu w ten wtorek, w drugim tygodniu stycznia. Przebijałyśmy się z Mo przez sztorm jadąc na lekcję muzyki, deszcz przesiąkał przez nasze kurtki, spodnie, czapki i rękawice, wiatr spychał nas z drogi i wiał niestrudzenie w twarze. Jechałam po chodniku, w takich okolicznościach pustym, ale serce wciąż mi podchodziło do gardła, kiedy mijały nas ciężarówki. Niestety, rower elektryczny nie zapobiega kompletnemu przemoczeniu, ani zwianiu z trasy. Potem Mo poszła na lekcję, a ja stałam w hallu i kapałam wodą, z rękawów i brzegów kurtki, wyciskałam rękawiczki i czapkę i próbowałam uratować książkę z nauki jazdy. Powrotna droga była chyba jeszcze gorsza, bo mimo, że na chwilę przestało lać, przemarzłyśmy na kość w przemoczonych ciuchach.

W domu długa lista rzeczy do zrobienia, maili do wysłania, szkoleń do odbycia, prac do poprawienia, studenci czekają na oceny i uwagi, ja na razie na nic nie czekam, bo chwila przerwy nie tak prędko. Grypa uśpiła moją czujność i pozwoliłam sobie spokojnie poodpoczywać, o ja niegrzeczna! Zgodziłam się też nieopatrznie na dodatkowe zajęcia z Amerykanami, a teraz okazało się, że to 5.5 godziny tygodniowo – co ja z nimi będę robić? Przecież nie będziemy się mogli na siebie patrzeć po godzinach trzech!

Poniedziałek

Niskie, zimowe słońce kładzie się plamami na drzwi i niebieską ścianę. Obok wciąż stoi choinka, chcieliśmy się nią jeszcze nacieszyć po przyjeździe.

Lubię siedzieć w “dużym” małym pokoju kiedy świeci slonce, pokój wtedy wydaje się jasny.

Mo poszła dziś do szkoły, Mi do więzienia, ja pracuję z domu.

W całym domu cisza, a ja po pierwsze się wyspałam w ten poniedziałkowy poranek. Dom w miarę ogarnięty, okna przecież były myte na święta. Przyjemnie siedzi się w posprzątanym domu.

Muszę wystawić parę ocen i próbuję się nie rozpraszać. Kawka smakuje, ale mogłoby być lepiej, bo jednak mleko owsiane z aldika jest kiepskie. Zamówiłam na dziś z Tesco już takie moje dobre, takie, które jest nawet lepsze niż to od krowy. Pan z Tesco przywiezie nam zakupy po południu, to jednak ogromna wygoda i luksus, z którego trudno mi zrezygnować. Szkoda mi czasu na chodzenie po sklepie.

Jak to w styczniu, wracam również do diety, na wyjeździe ciężko trzymać się w ryzach, więc jadłam czasem produkty nie całkiem, powiedzmy, koszerne. A to trochę masła dodane, a to panierka, jak w górskim schronisku, gdzie byliśmy szczęśliwi, że w ogóle coś udało nam się zamówić, nie zaglądałam więc kurze w zęby, choć całą bułę z wierzchu ściągnęłam. W domu mam już opracowany system, ale jedzenie na mieście to jak z tego kawału:

Najbardziej kompatybilna z moją dietą okazała się kuchnia japońska: bez mleka i masła, z panierką tylko ryżową, ryby, ryż, kiszone warzywa i owoce morza. A muszę wrócić do bardziej restrykcyjnego jedzenia, bo czuje, ze stawy zaczynają boleć. Na razie mam ciągły stan zapalny tylko jednego palca, ale nie mogę go uspokoić.

Styczenie są trudne, ale coś czuję, że tym razem może być nie być tak źle. Może dlatego, że w środku siebie jestem spokojna tym spokojem z lasu i przytulania do mamy.

Dostałam zaproszenie

na które czekałam pół roku. Na egzamin. Teraz zaczynam się bać.

Wróciłyśmy do stęsknionego Mi, któremu już smutno było. (Pod ziemią, w ogródku…;D). Nam było smutno stamtąd wyjeżdżać, Mo stwierdziła, że jest happy and sad równocześnie. Skończyły się codzienne szaleństwa z kuzynami.

Ja osłabiona tą okropną grypą, ale na szczęście gorączka odpuściła dwa dni przed lotem. Wróciłam prosto do pracy, pół godziny po przyjeździe miałam zebranie na które chciałam zdążyć, bo nie wystąpiłam o urlop na piątek i jeszcze w samolocie musiałam sprawdzić oceny i wysyłałam maila 2 minuty przed startem.

Bycie na etacie jest pod tym względem całkiem nowym doświadczeniem – muszę prosić o URLOP! No wiecie co! Jestem rozpieszczonym dzieckiem, nigdy dotychczas nie byłam ograniczana urlopem – kiedy nie miałam wykładów, to nie musiałam być dostępna. Na szczęście dalej nie jest to tak, jak w normalnej pracy, bo oprócz rzeczy, które muszę dopilnować, mam dość dużą swobodę. I w tym półroczu również dużo czasu – jak na razie pracuję dwa dni w tygodniu (i trzy wieczory). Trochę o to zawalczyłam, trochę tak się szczęśliwie złożyło, że nie dołożyli mi niczego w poniedziałek, a godziny z piątku przełożyli na czwartek, kiedy ich poinformowałam, że mam już inne zobowiązania. Byłam gotowa zrezygnować z godzin, bo tak naprawdę wyrabiam swój cały przydział i mam jeszcze trochę, czyli 1/3, ponad. Wolne piątki i poniedziałki są mi oczywiście potrzebne, żeby leżeć do góry brzuchem, no i w razie czego, jakby Mo się rozchorowała, bo Mi nie może w te dni pracować z domu.

Dziś w Dublinie piękna pogoda, ale jestem tak słaba po chorobie, że cały dzień spędzam pod kocem. Dawno takiego czasu nie miałam. Czeka na mnie druga książka Twardocha, Królestwo, w Polsce grypa dała mi skończyć Chołod, który dostałam pod choinkę. Książka okrutna, krwawa i przykra, ale kawał dobrej literatury. Polecam. Zaczęłam Biegunów Tokarczuk, ale jakoś tak nie rzucają mnie na kolana, może dlatego, że odłożyłam na parę dni i się zdekoncentrowałam. Straciłam wątek, puściłam narrację, wyszłam na brzeg z wartkiego nurtu rzeki. A, jak wiadomo, dwa razy do tej samej rzeki wejść jest trudno.

Poza tym nie mam długiego, rozpinanego swetra, a za każdym razem jak mi się jakiś w sklepie podoba myślę sobie ‘co tam będę kupować, zrobię sobie!’. I tak mija drugi rok, a jak ciągle nie mam ciepłego swetra. Ale już wiem, jakiego powinien być koloru – kanarkowy żółty. Mechaty i z wzorami.

Takajedna Trolla mówi, że mam jakąś bombę za pazuchą, i to jest prawda, trochę taką bombę mam, trzymam sobie, na razie w głowie, obracam wte i wewte, trochę się nią cieszę i trochę boję. Jakby wybuchła, to bardzo zmieniłaby moje życie (nie, nie jestem w ciąży;). Jak wybuchnie, to zostanę kimś innym.

Ale to jeszcze długa droga.

Idziemy jeszcze dalej

lub jeszcze głębiej w czasie, bo przecież o świętach nic nie wspomniałam, jeszcze, a jeśli teraz tego nie zrobię, to nigdy tego już nie zrobię. A przecież nie możecie bez tego żyć, prawda? 😊 Ale będzie skrótowo, jak z kronikarskiego obwiązku, w krótkich, żołnierskich słowach:

Święta spędziliśmy z Adkiem i Ren, którzy przyjechali prawie tydzień przed, żeby posprzą… nie, stop, pospotykać się ze znajomymi i posiedzieć w Dublinie. Fajnie było mieć ich tutaj, choć wychodzili codziennie wieczorem, wracali w nocy, a spali w dzień😄

Zostali z nami aż do Wiglii. Ulepiliśmy razem pierogi i uszka, a Ren tak się to podobało, że chce również lepić pierogi na dzień św. Patryka. Zielone, ze szpinakiem? Nawet ja spróbowałam pierożków, a raczej uszek, bo zrobiłam sobie ciasto bezglutenowe. Wyszło niby bezglutenowe, ale z glutem, bo ciasto nie dało się cieńko rozwałkować i było grube i niesmaczne. Z nadzieniem i barszczem w miarę, ale nie będę powtarzać w przyszłym roku – muszę chyba kupić cieńkie płaty ciasta ryżowego w sklepie chińskim i spróbuje z nich.

Dzieci wyjechały w Wigilię w nocy do rodziców Ren, do Północnej Irlandii. Chyba będziemy musieli zorganizować spotkanie rodziców w końcu.

Święta byłyby cudowne, gdyby nie to, że za krótkie, bo w drugi dzień świąt lecieliśmy, a raczej leciałyśmy z Mo do Polski, więc następnego po Wigilii musiałyśmy się pakować.

Ale za to w Polsce było jak trzeba, jak wiecie.

Kolejna wyprawa

Bo dwa dni wcześniej byłam znowu w mojej ulubionej chatce, tej bez prądu i bieżącej wody, tej, do której idzie się  dwie godziny pod górę, a z dzieciakami nawet cztery. A byliśmy właśnie z barcholcami – brat wziął swoich dwóch, a ja Mo. Wchodziliśmy już po ciemku, miały czołówki, więc oczywiście przygoda, choć Mo ‘trochę bolały nóżki’. 

Śmieszne z tymi dziećmi, najbardziej marudzą jak idą po prostym, a kiedy pod koniec było naprawdę stromo, ciemno i ogólnie trudno, to ‘nóżki’ już nie bolały.

Ale aż do chatki nie było zupełnie śniegu, choć dla nas to dobrze, bo po śniegu, zwłaszcza świeżym, to idzie się wyjątkowo ciężko. Posiedzieliśmy w chacie trochę wieczorem, przy stole, przy świeczkach i graniu na gitarze, bo akurat przyszła fajna brygada młodych studentów AWF-u. Studenci przynieśli sobie dwie wielkie butle coli na popitkę i nasze oczywiście, czy mogą trochę, a tamci, że tak, ale muszą zagrać o colę w karty. Ale żeby w ogóle wejść do gry, to trzeba coś postawić. Musiały barcholce wyskoczyć z żelków i oczywiście przegrały, i żelki i colę. Ale zabawa była nieziemska.

Dzieci w końcu poszły spać, a ja uskuteczniałam nocne Polaków rozmowy ze swoim starym kolegą tak skutecznie, że koło 11 też już padłam, pigwówka jest jednak bardzo zdradliwa, bo choć wódka, tej mocy się nie czuje. 

Następnego dnia wybraliśmy się na szczyt, na porządny obiad do schroniska, a na przełęczy zupełna zmiana scenografii.

Zawieje i zamiecie śnieżne. Góry nadal groźne. Nie było daleko, więc doszliśmy, mimo niesprzyjających warunków, choć w sumie jakie to niesprzyjające – w zimie to przecież normalne, że śnieg siecze w twarz i nie widać nic na odległość pięciu metrów.  Zawinęłam Mo jak babuleńkę szalikiem  wokół kaptura, dała się nawet namówić na spodnie na te swoje rajstopki, ale buty miała marne, bo co takie półkozaczki na warunki zimowe jak na Czomolungmie. Bardzo się ślizgała, a do tego zamarzło jej oko – jak je zamknęła na chwilę to powieka górna przymarzła jej do dolnej, jak nie omieszkała później wyjaśnić ze szczegółami. 

A do tego schronisko na szczycie okazało się zamknięte. Na szczęście miła pani Czeszka, którą jakiś dobry duch gór przysłał, zapewniła nas, że trochę niżej inna Bouda otwarta.

To niby prosty odcinek, ciągle w dół, ale przy takiej widoczności prawie się zgubiliśmy. Ale, jak się domyślacie, drodzy czytelnicy, skoro to piszę, jednak przeżyliśmy, dotarliśmy bowiem, a nawet zjedliśmy pysznie a klasycznie smażeny syr s hranolkamy a smazeny kurak dla mnie, popiliśmy czym się dalo i daliśmy radę wejść jeszcze raz na przełęcz i zejść, tym razem już po Polskiej stronie, dzieciaki żałowały tylko, że nie wzieły sanek, bo do samej chatki byłaby niezła jazda. Musieliśmy niestety wracać do domu, zabraliśmy więc zostawione w chacie plecaki, i jeszcze nie opuściliśmy polany, a dzieciory od razu ‘mama/ciocia, a kiedy tu znowu przyjdziemy??’, co traktuję jako swój wielki sukces, bo jak widzicie nie była to kaszka z mleczkiem, tylko prawdziwa górska wyprawa z wszelkimi tego słowa niedogodnościami. 

Mo była już latem, ale zimą, to jest zupełnie inna historia.

Takie pożegnania to lubię

Minęło już tyle dni i wypadałoby coś napisać. Choć i tak pewnie nikt nie czeka, tylko tak mi się wydaje, no, ale miło mieć takie wyobrażenia.

Leżę w łóżku, dziś jest trochę lepiej. Tylko 38 stopni przez cały dzień, to mniej o 2 stopnie niż wczoraj. Czyli już przyszło przełamanie, przynajmniej taką mam nadzieję. Po wszystkich świąteczno- sylwestrowych szaleństwach dopadła mnie w końcu krążąca po Polsce grypa, tak po prawdzie sama sobie na nią trochę zapracowałam. Ale szkoda mi było tych dni, żal tych wrażeń i spotkań, żeby siedzieć w domu i się wzmacniać herbatą z miodem, bo ‘czuję się troche niewyraźnie’. Więc nie zważając na dojmujące uczucie, że coś mnie gryzie, choć jeszcze żadnych objawów poza zmęczeniem nie miałam, no i może lekkim bólem mięśni, który jednak łączyłam z noszeniem ciężkiego plecaka dwa dni wcześniej, pojechałam na jednego z dziwniejszych Sylwestrów w moim życiu.

Najpierw wylądowałyśmy na Sylwestrowym koncercie przebojów operetkowych w małym mieście na Dolnym Śląsku, średnia wieku na widowni 65+. I małomiasteczkowa elita – pięknie poubierane panie, gdzieniegdzie całe rodziny trzypokoleniowe, dziewczynki z kokardami w gładko uczesanych włosach, chłopcy z muszkami i błyszczącymi butami. Przeboje od czardasza po walce Sztraussa, czyli dla mnie najgorszy rodzaj muzyki, bądźmy szczerzy, estetyka operetkowa, starsza sopranistka i konfenansjer-tenor, pianista, skrzypek, klarnecista i do tego wszystkiego tancerka tańców wschodnich. Niezapomniane wrażenie, choc takie, którego w życiu raczej nie będę powtarzać. Male miasteczko w nocy, w tych wszystkich światłach świątecznie przystrojone, wyglądało jakbyśmy byli we Włoszech, albo innej Toscanii, klimat jak z La Nuovo Cinema Paradiso. Jeśli ktoś oglądał.

Po pierwszej części wieczoru pojechałyśmy świętować Nowy Rok dalej, tym razem tak, jak lubię – do lasu. Sylwester na szczycie z ogniskiem, śpiewami, muzyką i nalewkami był najlepszy na świecie, zwłaszcza, że musiałyśmy najpierw tam dojść, co zabrało nam dobrą godzinę i tak przysłowiowego szampana o północy (bo naprawdę to była pigwówka) otworzyłyśmy jeszcze na szlaku. Było cudnie. Niczego z tego bym nie odała i niczego nie żałuję, choć zaraz po przyjeździe miałam już 39.5. Zupelnie nie wiem, jak z taka gorączką łaziłam po tych górach, po raz kolejny przekonałam się, że duch góruje nad materią. Wczoraj miałam juz 40 stopni przed tym, jak w końcu wzięłam coś na zbicie.

Ale to jeszcze nie wszystko…