Cudownie mieć ogród

Mo znowu przeziebiona, wiec na weekend nici z wyjazdu.

Zatem przenieśliśmy się do ogrodu.

Bylo warto.

Zrobilam dwa prania

I zaległam z książeczką na trawce

W cieniu, bo inaczej nie dało się wytrzymać

Miałam coś posadzić,  ale może jutro😄

Coś tam rośnie 😄

Najgorzej, ze nie podlałam 😬

Wstanę rano, kawka i podlewanie.

Najlepsza Nowina!

Ach, dziś nie mogę się uspokoić, muszę napisać, choć powinnam skończyć jeszcze jedną pracę.

Ale trafiłam na NAUKOWE POTWIERDZENIE mojej diety.

Pisałam o niej nie raz, właściwie do znudzenia tu i ówdzie, ale że na samym początku dieta jest szalenie restrykcyjna i wymaga wielu poświeceń, ludzie puszczają przeważnie koło uszu;) Rozumiem, bo przeciez jeszcze nigdy żaden anonim z internetu nie przekonał nikogo do jakiś durnych diet😄😉

W skrócie dla niezorientowanych: od sześciu lat mam diagnozę RZS – kto ma, ten wie jakie to upierdliwe – ale nigdy nie brałam żadnych leków i nie mam żadnych objawów, stany zapalne się wycofały po trzech miesiącach. Jestem pod kontrolą szpitalnego oddziału reumatologii, który raz w roku woła mnie na badania i odsyła, bo dalej nie mam objawów. Zawsze opowiadam lekarzom o diecie, ale oczywiście nie biorą poważnie – jeszcze jedna wesoła hipiska, której się wydaje, że dietą wyleczyła sobie nieuleczalną chorobę autoimmunologiczną (tu heheszki jak nie patrzę).

Kto choć raz miał rzut RZS wie, jaka to koszmarna choroba i jak koszmarnie się człowiek czuje podczas rzutów – nie tylko stawy bolą, ale całe ciało czuje się, jakby miało grypę. Do tego nastrój siada (najnowsze badania pokazują, że zapalenie ogólnoustrojowe ma wpływ na obniżenie nastroju! wrzucę linki, jak odszukam), a życie w ogóle jaki się do dupy.

Moja dieta, którą można nazwać zmodyfikowanym Protokołem AIP, była koszmarnie restykcyjna na samym początku (można sobie wyguglać jak bardzo – AIP Protocol), ale już od paru lat wyszłam z fazy restrykcji i nie przestrzegam ściśle zasad, bo jestem w stanie zauważyć, co mi szkodzi. Dieta działa, ale jak to bywa na początku różnych wielkich odkryć, nie wiadomo było co naprawdę działa, ani jaki jest mechanizm, więc wykluczony był gluten i masę innych rzeczy, które mogą uwrażliwiać.

Ja od trzech lat jem już gluten, więc eksperymentalnie przekonałam się, że wykluczenie glutenu nie jest konieczne, ale podejrzewam, że wykluczenie to skorelowane jest ze zmniejszeniem się stanu zapalnego, bo z odstawieniem glutenu przestalam się napychac białym chlebkiem, tościkami, ciasteczkami, rogalikami itd itp, czyli wszystkie pro zapalne wysoko przetworzone produkty bez dobrego błonnika poszly w odstawkę (teraz czasem sobie pozwolę). Ale ciemny chlebek jest zdrowy, szczególnie na zakwasie, najlepiej z różnych zbóż – mąki żytniej, orkiszowej i tak dalej (oczywiście, jak ktoś nie ma celiaklii!). Wprowadziłam też z powrotem fasole, grochy i ciecierzyce itd, a za to powoli porzucam mięso, a na protokole je się dużo mięsa. Odstawiłam mleko i przetwory mleczne, bo przekonałam się, że na nie reaguję. Nie jem orzechów, bo mimo, że zdrowe, mnie uczulają, tak samo cytryna i wszystko z kwasem cytrynowym i oczywiście awokado. Ale dzięki diecie polubiłam wszystkie dziwne warzywa, jak np plantany, słodkie ziemniaki, yamy i tak dalej, dalej je czasem kupuję.

A dziś posłuchałam sobie wywiadu z profesorką reumatologii ze Stanfordu i oto okazuje się, że nauka nareszcie mnie dogoniła, bo są obecnie mocne dowody, że moja dieta leczy i może odwrócić rzs. Dla niedowiarków proszę bardzo: prof Tamiko Katsumoto w wywiadzie o tym, jak można zatrzymać RZS.

To jest naprawdę fantastyczna wiadomość, bo choroby autoimmunologiczne dotychczas były traktowane jako nieuleczalne – w momencie wykrycia antygenów na twoje własne tkanki, jedynymi lekami były te obniżające odporność (metotrexat itd), które mają bardzo dużo negatywnych skutków ubocznych (np. metotrexat upośledza dzielenie się komórek, dlatego wolniej rosną włosy i paznokcie, nie wolno zachodzić w ciążę, bo dziecko będzie miało wady rozwojowe i tak dalej). Profesorka mówi o swoich pacjentach, którzy po paru tygodniach na diecie mogli zmniejszyć dawki leków.

Dieta najprawdopodobniej działa na wszystkie autoimmunolo, bo wszystkie one mają podobny mechanizm powstawania: zaburzenie biomu w jelicie, czyli różnych szczepów bakterii, które wytwarzają nie tylko substancje potrzebne nam do życia, ale stanowią też nasz największy organ odpornościowy. I nie, łykanie probiotyków nie pomoże i nie wystarczy, np. w Aktimelu jest tylko JEDEN SZCZEP dobrych bakterii, a powinniśmy mieć … PIĘĆDZIESIĄT do optymalnego funkcjonowania.

Wychodzi na to, że jestem w samej awangardzie nauki:D Wszystkim niedowiarkom polecam wywiad.

A jaką dietę zaleca pani profesor?

W skrócie: jak najwięcej jak najbardziej zróżnicowanych warzyw i owoców, nawet malutko, nawet jedną łyżeczkę, jak wiecej nie ma – chodzi o jak najbardziej zróżnicowany błonnik roślinny, bo nim właśnie żywią się te dobre bakterie jelitowe, które nami rządzą – czyli jemy tęczę:)

Jem tęczę,  codziennie.

(Oczywiście nie to, na co jesteśmy uczuleni!). Chia seeds. Len, najlepiej zmielony. Oliwa z oliwek ekstra virgin. Kurkuma (nie za dużo, jako przyprawa). WSZYSTKIE owoce! Odstawienie wysokoprzetworzonych i słodkich produktów. Ograniczenie mięsa i białka zwierzęcego. Wprowadzenie różnych kiszonek – prof Spector mówi nawet o trzech porcjach kiszonki dziennie (nie jestem pewna czy to w tym odcinku, czy gdzieś indziej, ale znajdziecie sobie) – a zatem popijamy kombuchę (mi robi mój Mi od paru lat), jemy chlebek tylko na zakwasie, zamawiamy miso soup w Japanese restaurant, wcinamy kapustkę kiszoną albo kimchi, pijemy naturalne jogurty albo lepiej kefiry, jak ktoś nie reaguje na mleko.

Bądźcie zdrowi, a ja wracam do sprawdzania prac, został ostatni licencjat:))))

Mistrz snów

W głowie się nieco przewietrzyło, co się miało przemielić – przemieliło.

W niedzielę deszcz. I występ. Tym razem w Royal Irish Academy of Music, sam budynek jest przepiękny, wchodzi się do typowego domku z okresu georgianskiego jak do króliczej nory, bo z tyłu rozciągają się hektary nowoczesnych wnętrz, sale wykładowe i koncertowe.

Obcięty fortepian, bo siedziałam w pierwszym rzędzie i nie mogłam się cofnąć:(

Po występie z Ad i Re Yamamori, restauracja pewniak, jedyna, gdzie moje młodsze dziecko nie wybrzydza. Mo zamówiła weganski Ramen, Mi weganskie bento, Ad bento z łosiem, a Re tofu stek w sosie mango, tam jest wszystko pyszne i CZEMU NIE MOGĘ TAM JESC CODZIENNIE. Sos mango kocham. Ja wzięłam dorsza w tempurze, ach! Dorsz przyszedł z cytryna, dlatego dziś leczę swędzące plamy na powiekach i pod oczami, wczoraj jeszcze dołożyłam sobie śmierdzącym serkiem z pleśnią, jak już cierpieć, to przynajmniej niech będzie za co 😄 (ale dalej nie jestem na sto procent pewna co mi wywoluje taka reakcje, mam za mało cierpliwosci, żeby bawić się systematycznie w dietę wykluczającą.)

Odkryłam, że z pewną delikatną ekscytacją zaczęłam oczekiwać sesji z klientem, jakkolwiek podejrzanie to brzmi😄 Ten osobnik wydaje się łatwiejszy niż mój wcześniejszy klient, bo niestety, z zaburzeniami tak samo jak z chorobami – im kto mniej chory, tym większe szanse na poprawę funkcjonowania i przerobienie dysfunkcyjnych wzorców, no i łatwiej się pracuje. Niesprawiedliwe, jak wiele rzeczy w życiu. Każdą sesje spisuję, zabiera mi to z dwie – trzy godziny, moja superwizorka wymaga bardzo dokładnych notatek z sesji, łącznie z moimi odczuciami i small talkiem na dzien dobry (już wiem, że small talk to tylko klient, ja muszę ‚dać mu miejsce do fantazji i projekcji’). Pasuje mi to, bo chcę wyrobić sobie dobre nawyki od samego początku, a tu każdy niuans niesie informacje o stanie ducha i świecie wewnętrznym osoby, która siedzi naprzeciwko. Usiadł jak najdalej ode mnie, na brzeżku kozetki? A może od razu wygodnie rozmoscil się na siedzisku? Czy też usiadł tak blisko, że bezwiednie odsunęłam fotel? To są wszystko informacje, które omawiamy na superwizji, oczywiście wszystko w kontekscie tego, z czym człowiek przychodzi, bo inaczej byłoby to jak wróżenie z fusów.

Dziś za to miałam spotkanie z rehabilitantem, dostałam nowy zestaw ćwiczeń i błogosławieństwo na siłownię. I rower stacjonarny za tydzień-dwa.

A Mi znalazł mój pierścionek, zgubiony dwa miesiące temu – przy strzepywaniu koca spadł na podłogę w sypialni, słyszeliśmy jak podskakuje, ale od tego czasu jak kamień w wodę. Szukałam go wszedzie, odsuwalam łóżko i komody, zaglądałam do schowka, już byłam pewna, że wpadł w szparę w podłodze i koniec, bo przecież nie będziemy desek zrywać. Pożaliłam się Mi, że brakuje mi tego pierścionka, a jemu się PRZYŚNIŁO GDZIE JEST. Ludzki umysł jest jednak magicznym i tajemniczym miejscem.

Nastroj najlepiej ilustruje dzisiejszy outfit:

Muszę więcej rzeczy w pepitkę, bo lubię.

Binge

Kto mi poleciał serial The Pitt będzie się smażył w piekle. Od tego serialu nie można się oderwać!

W piąteczek spokojnie sobie na wyluzkę zaczęłam dwa odcineczki, wczoraj już walnęłam pięć, a naprawdę rzadko zdarza mi się tak zwany binge. O matko jak ja kocham medyczne seriale! A ten jest naprawdę dobry, cudowna Ameryka w pigułce, koroporacje dla których szpitale to zysk dla akcjonariuszy i ludzie na pogotowiu czekający 2 dni na lekarza. A wczoraj w dodatku był idealny dzień na oglądanie, cały dzień padał deszczyk, temp 10 w porywach do 12, Mi poszedł na pro-Palestyńskie demo jako nasz przedstawiciel (tak, można być filosemitą i anty-Izraelitą), a ja najpierw ogarnęłam naszą sypialnię i poodkurzałam, a potem seriale, przerywane przejrzeniem szafy Mo. Jakoś to się wszystko spina, oglądanie seriali i sprzątanie, ma podobną energię i pomogło mi na mielenie w głowie. Ale pod koniec dnia przypomniało mi się, że mam dwa eseje do napisania na swoją praktykę kliniczną, zostały mi tylko dwa tygodnie ech.

Dziś idziemy na kolejny występ muzyczny Mo, tym razem z inną szkołą, występ będzie w Royal Irish Music Academy;D Kawałek Mo ma tylko dwie minuty, więc to nic takiego, bardziej chodzi o oswajanie dzieci z wielką sceną i widownią. Ale za poprzedni występ dostała wyróżnienie i będzie grała znowu na koncercie laureatów. Bardzo się poprawiła muzycznie od kiedy zaczeła grać z przyjemnością, w grudniu wymyśliła, że będzie dawać koncetry wieczorem dla mojej nogi, żeby się dobrze zrastała, grała swoje wymyślone melodie i tak oto niepostrzeżenie polubiła granie.

Piekło zamarzło

Cisnę sprawdzanie prac, zaraz wyślę kolejny przedmiot i z głowy. Ale w malutkich przerwach rzucam okiem na prasówkę – lubię być na bierząco.

I co ja widzę? Piekło zamarzło, głowny ekonomista Financial Times powołuje się na Marksa:

Z danych historycznych wiemy, że jeśli odbiera się szanse młodym, którzy są przyszłością narodu, to jest to gotowy przepis na ogromne problemy społeczne, ekonomiczne i polityczne. (…)

Jeśli faktycznie znaleźlibyśmy się w świecie, w którym 90 proc. osób nie ma pracy – nie mówię, że tak się stanie i nie wierzę w taką skalę zmian, ale przyjmijmy taki scenariusz – to w nim zmienia się wszystko. Trzeba by przyjąć rozwiązanie, w którym zwrot z kapitału i zyski musiałyby w jakiś sposób wracać do społeczeństwa. Co mówił Karol Marks? Zwrot z kapitału musi być rozdzielony na całą populację. Tyle że to byłby już zupełnie inny układ polityczny i społeczny.

Rozmawiałem o tym wczoraj z Daronem Acemoglu, niedawnym laureatem Nagrody Nobla. Nasze wnioski są jasne: ludzie muszą pracować. Nie wystarczy tylko mieć dochód. Oczywiście, jest on potrzebny do życia, ale ludzie muszą też czuć, że są potrzebni i że wnoszą swój wkład w rozwój społeczeństwa. 

NIe musi 90% być bez pracy, wystarczy 40 i będziemy mieli nowy faszyzm. Bosz, rozmawiam o tym ze studentami od prawie piętnastu lat, zmiany widać od conajmniej trzydziestu. Cieszę się, że nawet FT się budzi.

A Memcen bardzo obrażony na UK, że go przetrzymała na granicy przez trzy godziny. No biedaczek, trąbi o suwerenności i niewpuszczaniu imigrantów, a raz został sam potraktowany jak imigrant i płacze.

O obcięciu świadczeń dla starych i schorowanych Ukraiców nawet nie chce mi się pisać. Smutne.

Nastrój dalej taki sobie, coś tam mi się w duszy mieli. Świetlica zapowiedziała, że dzieci mogą być tylko zapisane na 5 dni albo wcale, Mo się załamie, bo wszystkie jej koleżanki z klasy przestają chodzić. A ja patrzę na wyłaniający się plan zajęć na przyszły rok i nie wiem jak to poukładać.

Bez bez bez

W czeluściach bloga znalazłam takie zdjęcie Mi. Prawda, że ładny?

Przypomniała mi się nasza impreza Haloweenowa sprzed paru lat, którą spędziliśmy jako Dead Kennedys – ja byłam Johnem, a Mi – Jackie.

Mo ma dziś występ w szkole muzycznej, więc przed wyjściem do szkoły kradnie jeszcze pięć minut na granie:

W niedzielę za to robiła fikolki:

A wcześniej walnęla takie obrazeczki:

Owoce by Mo

Ja skończyłam sweter, ale jeszcze jakieś guziki chyba? Myślę.

Skończyłam sweter
Bez bez bez

Czytam Winnicotta Deprivation and Delinquency o dzieciakach z tendencjami przestępczymi, u Winnicotta jak u nikogo innego można znaleźć ukojenie, bo on widział cała tę krzywdę i traumę, nie pomniejszając ewentualnej destrukcyjności.

Prawie skończyłam An Unquiet Mind Key Redfield Jamison, autobiografia profesorki psychiatrii, wykładowczyni i klinicystki z diagnozą choroby afektywnej dwubiegunowej i to na tym bardziej psychotycznym spektrum, czyli z halucynacjami. Wgląd z pierwszej ręki, ciekawe, dobra, solidna literatura, ale widać, że nie jest pisarką.

Ja za to cierpię chyba na chorobę studentów medycyny, bo zaraz u siebie zdiagnozowałam bi-polar 😀 Może nie mam halucynacji, ani takiej skrajnej manii, ale stany maniakalne, kiedy wszystko błyszczy i się łączy i ma sens i pasuje, to spokojnie u siebie rozpoznaję. No i oczywiście doły 😄

W temacie opisów zaburzeń z pierwszej ręki, skończyłam również Darkenss Visible Williama Styrona, tym razem autobiograficzny opis epizodu ciężkiej depresji, to akurat bardzo dobrze napisane, nic dziwnego – to znany autor, napisał m.in. Wybór Zofii.

Pomiędzy tym sprawdzam, ostatnie kawałki, ostatnie prace egzaminacyjne, ostatnie licencjaty, wystawiam oceny, wysyłam do moderacji i z każdym zamkniętym przedmiotem czuję się coraz lżejsza. Jeszcze trochę.

Nareszcie leje

Ostatnie tygodnie w Irlandii pełne były słońca i radości, jeśli ktoś liczył na romantyczną mżawkę czy sentymentalną zadumę w zachmurzonym, łagodnym krajobrazie, to się przeliczył. Świeciło słońce, dawało po oczach i skórze, co z tego, że temperatura lewno dociągała do 16 stopni, w porywach do 20, było tak słonecznie, że przypomniała się moja alergia i musiałam w czeluściach apteczki odszukać steryd do nosa, którego w Irl raczej nie używam. Ale już dzisiaj wszystko wróciło do normy. Leje. Stęskniłam się za deszczem.

Nowy zawód powoli i delikatnie wsącza się w moje życiu. Słowo ‚powoli’ dobrze to ujmuje, bo jest to posuwanie się do przodu tiptopkami. Trochę z powodu mojej nogi, oczywiście – na trzy miesiące musiałam spauzować przyjmowanie nowych klientów – a trochę dlatego, że muszę zrobić na to miejsce, a to nie jest takie proste – moja pierwsza praca, z której się utrzymuję i która na razie finansuje całe to hobby, zajmuje mi trzy wieczory w tygodniu. To znaczy nie akurat teraz, ale w czasie roku akademickiego, a wiadomo, że klienci mają czas raczej popołudniami i wieczorami, no i już przekonałam się na własnej skórze, że rano jest trudniej. Musiałam zatem podjąć decyzje, ach jak nie lubię podejmować decyzji! zwłaszcza tych, co są obarczone ryzykiem i niepewnością. No, ale na ranne godziny mnie zawiodły, więc czas zmienić założenia. Może jak już będę sławna, to ktoś się skusi.

Wczoraj humor taki sobie, dotarło do mnie, że mam gwóźdź w nodze i że już tak będzie zawsze. Gwóźdź mnie pije i przeszkadza w ćwiczeniach i boję się, że tak zostanie, chyba po cichu liczyłam, że jak blachę mi wyjmą to już będzie z górki, jak ktoś mi napisał. A tu guzik. A raczej gwóźdź. Alei próbuję chodzić bez buta orto, najpierw pojedyncze kroczki do toalety w niedzielę, teraz już nawet wchodzę po schodach. Ogromny sukces – człapię jak osiemdziesięcioletnia babcia, żółw Zenon mnie wyprzedza na luziku. Załamało mnie to wczoraj, to okropne uczucie, że coś mi w nodze zawadza (TAKE IT OUT!!!), Mi mówi, że to dlatego, że oczywiście cisnęłam jak mały kazio z ćwiczeniami, jak tylko mi pozwolili, a powinnam powoli i stopniowo.

Z tego wszystkiego (i jeszcze innych rzeczy) nie lecę w tym roku w czerwcu do Pl – i tak nie mogłabym pojechać sobie w moje góry, więc wyjazd traci połowę uroku. Posiedziałabym z mamą, pogadałabym z tatą, ale to duży wysiłek dla Mi, bo musiałby przywozić i odwozić Mo codziennie, a przy jej ilości zajęć jest to skomplikowane, więc chyba nie ma sensu.

Czuję, że jestem w takim miejscu, że wokół mnie same ruchome elementy, bardzo trudno to wszystko poukładać i jeszcze muszę wszystko robić powoli. Ale staram się, w przyszłym tygodniu spotykam się z jedną właścicielką kliniki, bo tam, gdzie obecnie jestem mam tylko jeden wieczór do dyspozycji. Ale jak będę pracować cztery wieczory w tygodniu, to kiedy będę ze swoim dzieckiem? Na szczęście dziecko rośnie. Ale trochę to wszystko trudne.

Tydzień jak dym

No co to był za tydzień, gęsty od wszystkiego!

We wtorek miałam ostatnie spotkanie z mistrzami magii i ortopedii, widziałam zdjęcia, nareszcie wiem, co mi wyciągnęli z nogi, otóż trzy śruby i blachę, została samotna jedna śruba, będzie sobie samotnie siedzieć i pipkać na bramkach.

W poniedziałek miałam klienta pierwszy raz na kozetce:)

A jeszcze wcześniej, w niedzielę, w pierwszy majowy weekend zrobiliśmy znowu ognicho i wszystko śmierdziało dymem przez trzy dni. Prawdziwe majowe ognicho, wprawdzie w misie, ale z kiełbaskami i maszmalołami, Mo początkowo chciała tylko rodzinnie, ale skończyło się na dzieciakach z ulicy smażących z nią polskie kiełbasy. Mo nałożyła dzinsową katanę i swoje społeczne self, widziałam ten błysk w oku i gest odrzucania włosów, w tym dżinsie i tych swoich włosach amerykański blond, jak sie kiedyś wyraziła się fryzjerka, wyglądała już jak prawdziwa nastolatka. Chłopacy w nią patrzeni jak w obrazek, Lu cały dumny opowiadał Ca co robili z Mo przez cały dzień, że najpierw na ulicy grali w one in four, potem u niego w domu w darts, czyli rzutki, potem się lali wodą, bo przecież maj i słońce, a potem rozpaliliśmy wreszcie ognicho, to już było tak fajnie, że będą to wspominać do końca życia, te majowe wieczory, ten ogród i dziewczynkę z gołymi nogami.

Old money blond bez pieniędzy

Żeby zainaugurować nowe życie zostawiłam jedna kulę w szpitalu. Z butem orto juz nie używam, ale jedna jeszcze może być potrzebna, jak będę chodzić bez orto. Powiedzieli, że mogę, ale ostrożnie, na razie się boję 🤯 Stopa jest obecnie jak drewniany klocek doczepiony do nogi. Teraz rehabilitacja, dostalam taśmę w szpitalu i będę ćwiczyć. Podobno za dwa miesiące mogę próbować jeździć na rowerze, a za rok biegać. Jest nadzieja🙂

Jutro zajęcia, tym razem o tym, jakie są podobieństwa neurozy i psychozy, czyli ciekawie.

Alergie

U nas ciągle majówka, bo dziś bank holiday, czyli wszyscy mają wolne. Oprócz mnie, bo zgodziłam się dziś przyjąć klienta/pacjenta, w ciągu roku jest 10 poniedziałkowych dni wolnych i trochę to zaburza pracę.

Wstałam trochę zła, bo znowu mam czerwone oczy doświadczalnych królików, i to nie od narkotyków, jak śpiewał klasyk. I do tego czerwone swędzące placki na twarzy, przeglądam zatem w pamięci, co wczoraj był spożywane i znajduję potencjanego winnego w postaci musztardy (kwas cytrynowy). Mogły to być jeszcze truskawki.

Te cyrki ze skórą to napewno nie menopauza, bo po pierwsze jeszcze nie mam, po drugie od zawsze, od kiedy pamiętam, miałam dziwne alergie.

Kiedyś lata temu w Pl zrobiłam sobie testy skórne w Instytucie Alergologii i wyszło mi uczulenie na wszystko, co tam mi podali, oprócz pleśni:D (dokładniej: Aspergillus, bo Agniecha pisze ze sa rozne rodzaje plesni). Czyli białko jaja kurzego, truskawki, brzoza, żyto, polopiryna i sama nie wiem co jeszcze, bo było ich ze dwadzieścia, sam nie wiem co się tam jeszcze zmieści, jak pisał inny klasyk. Nie duża alergia, nie zagrożenie życia, ale upierdliwe czerwone swędzące placki, okresowo oczy królika i ogóle poczucie niefajności. Trzydzieści lat temu odczulałam się na pyłki traw i żyto, trwało to parę lat i pomogło, to znaczy dziś nie umieram od kataru, tylko trochę mnie nos swędzi.

Mam alergie pokarmowe (np orzechy, najbardziej włoskie, niestety, jaka, ale to olewam, bo nie mocno, truskawki, też czasem olewam), wziewne (pyłki traw, brzozy, żyta) i kontaktowe (nikiel! nie mogę nosić żadnych zegarków).

Ale największym odkryciem uczuleniowym, dzięki któremu jakość mojego życia wskoczyła na inny poziom, jest zdemaskowanie metyloisothiazolinone, benzoisothiazolinone, czyli …isothiazolinone, konserwanta, który jest dodawany masowo do płynów do mycia naczyń, mydeł w płynie, szamponów, balsamów do włosów, nawilżanych chusteczek dla niemowląt, farb do ścian, klejów i tak dalej. Jest dużo badań o szkodliwości tej substancji, ale została zakazana na razie tylko w kosmetykach, które zostają na skórze, czyli np. kremach, dalej można jej używać np. w mydle w płynie. Skutkiem czego albo a) nie mogę myć rąk w pracy i toaletach publicznych albo b) muszę nosić w torebce moje własne małe mydełko i zostać oficjalnie panią wariatką (mamy toalety na uczelni wspólne ze studentami).

…Isothiazolinone (MI) odkryłam kiedy zamieszkaliśmy w naszym nowo kupionym i pomalowanym domu. Zaraz po tym, jak się wprowadziliśmy zaczęła mnie piec i swędzieć twarz i oczy i nie przestało przez pół roku: pół twarzy, powieki, oczy, skóra głowy i szyja, wszystko pokryte bylo swedzacymi plamami, a skóra na rękach zaczęła pękać. Trafiłam wtedy przypadkiem na stronę STOP Methyloisothiazolinone (MI) i wszystko wskoczyło na miejsce: MI było w moim szamponie, odżywce do włosów, płynie do mycia naczyń i FARBIE KTÓRĄ POMALOWALIŚMY CAŁY DOM. Po pól roku farba się wywietrzyła, a ja wywaliłam wszystkie produkty z MI i od tej pory nabożnie sprawdzam etykietki i nie używam, jeśli coś ma MI w składzie, co czasem nie jest proste. Przestała mnie swędzieć skóra głowy, a z rąk zeszla mi egzema, którą miałam od zawsze. Na przykład zwykłe płyny do mycia naczyń wszystkie mają jakieś MI, jak ten, co mi kupił synek ostatnio, bo nam się skończył nasz:

Benzisothiazolinone

Od trzech dni z tego względu naczynia myje Mi, mam dobrą wymówkę.

Z alergiami największy problem taki, że to niestety nie jest rzecz statyczna, to znaczy, że można się uczulić na coś, na co nigdy wcześniej się nie reagowało. Tak u mnie na przykład jest z awokado – jadłam sobie jadłam ze smakiem, bardzo lubiłam, aż nagle prawie dostałam zapaści w domu, potem sobie znowu spróbowałam maluteńko, na czubeczku noża i ścięło mnie na na dobre – byliśmy akurat ze znajomym w ogrodzie botanicznym, wzięłam gryza buły z sosem z awokado, położyłam się na trawniku i nie wstałam przez trzy godziny, serce mi nawalało i było mi słabo. Mąż się pytał, czemu próbowałam, no ale wiadomo czemu: tylko eksperyment prawdę ci powie.

A teraz wychodzi na to, że muszę przeprowadzić śledztwo w sprawie kwasku cytrynowego, bo coś mnie wyraźnie dręczy od miesiąca, a nic innego mi nie przychodzi do głowy, no, może oprócz truskawek.

Z tego wszystkiego, kiedy już znajdę krem który mi dobrze robi na twarz, nawilża i łagodzi i NIE PODRAŻNIA, to się go trzymam wręcz fanatycznie, no chyba, że się uczulę;D

Zastanawiałam się skąd u mnie te wszystkie alergie – na pewno mam skłonności rodzinne, bo mama też miała egzemę na rękach, dlatego to tato prał nasze pieluszki, ale najbadziej chyba to dały mi po garach antybiotyki. Jako niemowlak spędziłam pół roku w szpitalu, gdzie zarazili mnie bakterią szpitalną – dokładniej gronkowcem złocistym, którą potem leczyli seriami przeróżnych antybiotyków, a teraz mamy mocne dowody, że antybiotyki, szczególnie przyjmowane we wczesnym dzieciństwie, są związane z późniejszym wystąpieniem alergii i astmy. W ogóle w tych latach 70tych to się nie przejmowali antybiotykami – walili równo, z czymkolwiek przyszło się do lekarza pediatry, zawsze wychodziło się z receptą na antybiotyk.

Ps. Zapomnialam oczywiście o kocie, psie, chomiku i śwince morskiej – na szczęście mamy żółwia,  na żółwie nie mam.

Uczulenie na chamstwo

Nie no zmieniłam tytuł,  bo brzmiał obrzydliwie:P

Nowy sławny buc zdemaskowany i opisany, tym razem to kobieta, jak widać bycie świnią nie jest związane z płcią, ale to już wiedzieliśmy po Maszy Potockiej i Barbarze Fudalej. Jak to jest że tak wielu sławnych ludzi, zwłaszcza w światku artystycznym, jest takimi agresywnymi burakami, oszustami i mitomanami zapatrzonymi tylko we własny tyłek? W sumie może nie jest ich więcej niż gdzie indziej, tylko moje oczekiwania są inne. Mam taką brzydką satysfakcję, trochę dziecinną, że cała ta złość jej wyszła na twarz, bo nie wygląda dobrze, a jest prawie w moim wieku.

A propos wyglądania, całe uczulenie zeszło mi z oczu i niestety chyba są to produkty mleczne. Na wszelki wypadek odstawiłam też pomidory i cytrynę oczywiście, bo wiem, że reaguję. Ale znikły również różne swędzące plamki z ramion i ogólnie czuję, że nic mnie nie podrażnia, więc niestety będzie pożegnanie z serami, nad czym oczywiście ubolewam, bo ja kocham sery, a szczególnie swędzące śmierdzące.

W każdym razie kremy The Ordinary i CeraVe są świetne, ale The Skin Diary jest boski. Nie namawiam nikogo, bo drogi niemożebnie, ale to jest mój kawałek luksusu i (jak na razie) oceniam, że warto. Co roku bez wyrzutów sumienia wydaję swój bonus bożonarodzeniowy z pracy na kremy i jeszcze żaden mnie tak nie oczarował, jak właśnie ten, a testowałam całą półkę Clarins, Lancome i Estee Lauder, na wszystkie przedziały wiekowe, choć przyznać muszę, że ten jest najdroższy. Zachęciłam się zatem na dzienną wersję, choć muszę teraz uskładać. The Ordinary i CeraVe polecam już bez żadnych zastrzeżeń. Świechna się pyta co na słonko – mam jakiś koreański, ale już chyba stary, więc rzutem na taśmę kupiłam następny bardzo chwalony na forach i zobaczymy. Może napiszę jak będzie się sprawował.

Majowy weekend przed nami, z powodu mojej nogi nie planowaliśmy żadnych dalszych peregrynacji, ale że nic już nie boli myślę o jakiś (bliskich) wycieczkach. A może tylko ogród, Mo już zarezerwowała czas na palenie ogniska.

Kończę powoli przebijanie się przez eseje, prezentacje i raporty, już bliżej niż dalej. I już niedługo zacznie się moja ulubiona część pracy nauczyciela akademickiego, czyli CZYTANIE LITERATURY, żeby być na bieżąco. Na razie podczytuję Milanovic’a The World Under Capitalism i Yuval-Davis et al. Bordering, nie mogę się doczekać kiedy nie będę musiała czytania przerywać wypocinami studentów. Oprócz tego jestem w połowie Losu, który dziedziczysz, książki, którą już chyba wszyscy czytali, a w której najbardziej brakuje mi przypisów! Jest fajnie napisana, ale jednak bardziej popularyzatorska, niż dogłębna, zbyt pop-psycho, bo własne interpretacje przemieszane są z bardzo dobrze już ugruntowanymi teoriami i modelami. No i epigenetyka mogłaby być lepiej wyjaśniona, no ale może to znudziłoby normalnego czytelnika, chociaż nie wiem, czy grupy metylowe wpływające na ekspresję genów są takie bardzo niezrozumiałe, bez przesady. Nie ma tam też nic o neuropsychoanalizie, a to chyba najważniejszy otwarty ostatnio horyzont badań mniej więcej w temacie ksiazki i niektóre odkrycia są tak ekscytujące, że aż wywołują u mnie ciarki.