Jakby luksusowo

Rybeńka napisała, że lubi wracać do codzienności, ach! ja też! A szczególnie jak mam jeszcze luz, bo moja szkoła zaczyna się w połowie września, podczas kiedy szkoła mojej córki już się zaczęła. To jest prawdziwy luksus.

Siedzę więc porannie w kawiarni na kawce, podczas gdy pan wymienia mi hamulce w elektryku.

Dziś pierwszy raz od wypadku wsiadłam na rower. Jechałam wolno, ostrożnie, cała pokurczona ze strachu. Na rowerze czuję się taka bezbronna. Muszę powoli, muszę uważać – pedałowanie nie sprawia problemów, ale zatrzymywanie się na tej nodze nie jest komfortowe.

Staram się odhaczyć wszystkie pilne zadania z mojego notesika dręczyciela, bo potem przez pół roku nie będę miała czasu na nic. Ostatnia duża robota to położenie paneli na kafelkach w kuchni. Kafle są solidnie położone, ale ich kolor mnie estetycznie torturowal, więc pięć lat temu, w czasie pandemii (może to mnie tłumaczy, tu przewracam oczami) strzeliło mi do głowy, żeby ją pomalować na kremowo. Głupota nie zna granic. Kupiłam specjalną farbę do kafelków i voila! wyglądało ładnie przez 3 miesiące, a potem równia pochyła. Farbę łatwo zadrapać, a do tego zrobiła sie jakaś taka … klejąca, namoknięta, napuchła, chyba przez wilgoć w Irlandii. Jest to chyba jedyna podłoga na świecie, które przyciąga brud, dosłownie, hit dziesięciolecia – samobrudząca się farba do podłogi, a na dodatek nie da się tego brudu tak łatwo wymyć, nawet parową myjką.

Może gdybym polakierowała dodatkowo? nie wiem i nie będę sprawdzała, plan jest taki, że kładziemy panele na kafle i zobaczymy. Wszystko robimy sami, hehe, zobaczymy co z tego wyniknie.

Z prac pilnych zostanie tylko szopa, ale ona jest pilna od 9 lat. Trudno powiedzieć, ile jeszcze wytrzyma, w kontekście najpotężniejszego el ninio od tysiąca lat trudno na to liczyć. Mam wrażenie, że załatwi sprawę i rozniesie szopę w proch, muszę kupić brezent na rowery i skrzynkę na narzędzia. (Dziś odkryliśmy że złamała się wielka gałąź na jabłonce – za dużo jabłek!) Mamy z grubsza plan na zadaszenie z boku domu, żeby trzymać tam rowery, tylko funduszy na razie brak. Bo wychodzi na to, że potrzebny nam również kolejny rower-elektryk.

Poza tym cieszę się, bo w mojej szkole dostałam wykład o Freudzie, ha!

Dorwałam ‚Say Nothing‚ Keefe (jest tłumaczenie polskie Cokolwiek powiesz, nic nie mów) – jedna z ważniejszych współczesnych książek o przemocy i zbrodniach popełnianych w imię wyzwolenia Irl Północnej spod panowania Brytyjczyków. Książka pełna malutkich szczegółów, które pozwalają ten kraj troszkę zrozumieć – na przykład fragment o 38-letniej Jean McConville, porwanej przez IRA, wdowie, matce 14 dzieci, z których przeżyło 10.

MATCE CZTERNAŚCIORGA DZIECI??? Zlitujsienadnami!

Nędznicy w Dublinie

Dni trzeba jednak zapisywać, bo mijają nieuważnie. No i tak: niby mam wolne, a cały czas zajęta jestem. Samo spisanie dwóch sesji to ze cztery godziny – ranyjulek, jak ja sobie dam radę później!

W poniedziałek i dziś pomagałam synowi się przeprowadzić, to znaczy robiłam za transport. Omatko, ile oni tego mają! Poza tym nie wiem, czy dobrze robią – wyprowadzają się z jednego pokoju za 1000 euro do klitki (może 25m2) za 1700 euro, niby świeżo malowane, ale brudne, śmierdzi wilgocią jak w kanałach na planie Nędzników, na klatce schodowej pozdzierane tapety i wiercący w nozdrza zapach kocich sików. Własna łazienka wielkości możę 2m2, z toaletą prawie pod prysznicem, który wygląda na najmniejszy jaki w życiu widziałam. Malutka klitka w starym Georgiańskim domu, wygląda jak prawdziwa współczesna czynszówka. Jedna szafa, jeden malutki stolik, malutka sofa, z wielką plamą. Obrzydliwie brudny piekarnik. Osobna sypialnia, w której mieści się dokładnie łóżko i szafa. Nic więcej.

Nie wiem jak oni się z tymi swoimi hałdami ciuchów zmieszczą, może synowa in-spe w końcu wywiezie część do rodziców. Przypomniało mi się, że mają rzeczy na przechowaniu w Berlinie, w magazynie za który płacą co miesiąc i od roku nie zabrali się za ich przewiezienie. Ale nie wtrącam, nawet nie muszę sie gryźć w język, bo życie właśnie wzięło ich na wychowanie, co mnie cieszy. (Choć mi ich szkoda oczywiście). W klitce nie ma dobrego internetu, na przykład, ani zasięgu, więc praca mojego syna stoi pod znakiem zapytania, nie sprawdzili niczego oczywiście przed podjęciem decyzji. Ech. Bardzo depresyjna czynszówka, w klimacie tej, w jakiej mieszkał Raskolnikow zanim załatwił Alonę Iwanownę. 1700 euro miesięcznie, wyobrażacie sobie? Ale bardzo im zależalo, żeby mieszkać tyko we dwoje, niech im będzie.

Rzeczy niewyobrażalne, rzeczy duże, rzeczy drobne, rzeczy dobre

Dziś miałam kolejnego klienta/tkę. I wiecie co? Czasem aż nie chce sie wierzyć, jak bardzo złe może być życie. Pytanie brzmi, czy można złe życie naprawić? Pytanie retoryczne. Chyba właśnie ta niesprawiedliwość zła najbardziej wgryza się w serce i umysł.

Z tego wszystkiego gratuluję sobie, że niedawno przeczytałam Herman o traumie, bardzo, bardzo mi się przydała na dzisiejszej sesji, kiedy nie wiedzialam o co pytac, bo wszystko boli.

Przypomniały mi się historie cioci Mirci, o których KONIECZNIE muszę napisać, bo jak nie napisać o tym, jak mój pradziadek o niemiecko brzmiącym nazwisku, obywatel Austro-Węgier, po upadku twierdzy Przemyśl w 1915 został wzięty do niewoli przez carską Rosję i wysłany to Donbasu, a potem Taszkientu. Z którego ROK na piechotę szedł do Lwowa, a w połowie drogi akurat wybuchła mu Rewolucja Październikowa, takie to były czasy… W Odessie widział jak bolszewicy przywiązali panom kamienie do szyi i topili ich w Morzu Czarnym. Takie historie, że włosy na baczność stają.

Ciocia ma 96 lat i powinna mieszkać w muzeum jako żywy eksponat. (To ta sama ciocia, co widziała Panoramę Racławicką we Lwowie w 1938 roku i bardzo się wzruszyła jak zobaczyła ją ponownie w zeszłym roku we Wrocławiu).

Z rzeczy drobnych – naprawiłam Mo elektryczne pianino i jestem z siebie bardzo dumna! Rozkręciłam cały instrument i nie dość, że usunęłam usterkę, to jeszcze byłam w stanie złożyć z powrotem, mój mały wewnętrzny Mamoń był w siódmym niebie. A moje dziecko tylko prychnęło phi! don’t be narcissistic! Nikt nie jest prorokiem ww własnym domu;)

Z rzeczy dobrych – przyszła jesień. Nie no, lato jest fajne, ale przemieliły mnie te upały w Polsce na kulkę mięsną, dopiero jak tu przyjechałam poczułam, jak bardzo nie miałam sił we Wrocku w tym słońcu które topi asfalt. A teraz deszczyk sobie delikatnie drobi, można oddychać, spacery są bardzo przyjemne i nareszcie chce się myśleć.

Tyle jeszcze do zrobienia, muszę iść

Już tutaj.

Dziś na spacerze jesień:

Irlandia przywitała nas przyjemnym chłodem, to miła odmiana po słońcu walącym po oczach przeplatanym burzami z piorunami w moim ukochanym mieście.

Zastałam dom ogarnięty, lodówkę wymytą, zakupy zrobione, ale i tak parę dni trwało zanim poukładałam rzeczywistość tak, jak lubię. Parę spraw niedokończonych przed wakacjami doczekało się rozwiązania – przede wszystkim przeglądnęłam książki i  papierzyska w dużym pokoju, część poszła na górę do naszej nowej biblioteczki, część będzie do oddania/wyrzucenia.

Nienawidzę wyrzucać książek, coś we mnie umiera z każdą książką wyniesioną na śmietnik, ale nie mam dobrej odpowiedzi co robić z książkami, do których już nikt raczej nie zajrzy – z których dzieci wyrosły, albo samemu się wyrosło – a nie chce ich żadna biblioteka. Rozwiązanie, które być może tylko udaje, że jest rozwiązaniem, to wywiezienie ich do wielkich koszy wystawionych w niektórych sklepach, gdzie można coś oddać i coś sobie wygrzebać ciekawego. Ale mam podejrzenie, że idzie to wszystko i tak na przemiał. Największy problem mam z książkami po polsku, bo nikt ich nie chce w Irl, a mi jednak trochę serce miękknie na widok Brzechwy, nawet lekko poszarpanego. Ale nie chcę zostawiać sobie tego wszystkiego, bo jednak mam ograniczoną przestrzeń życiową i taki Brzechwa zabierze mi miejsce, gdzie mogłbym na przykład wsadzić – nie wiem – Andre Greena. A pomiedzy dziełami których nikt już nigdy nie przeczyta giną mi te, które chcę trzymać i które będą czytane.

Przenosiłam też na górę do pudeł stosy kserówek, na razie też nie mam serca ich wyrzucić. Dopiero te setki stron z Freuda czy Klein z moimi zapiskami na marginesach uświadomiły mi hektary przeczytanych na studiach rzeczy, a przecież i tak większość literatury mam w formie elektronicznej. Nie wiem skąd bierze mi się ciągłe poczucie, że nic nie czytam, albo jeszcze za mało, że co ja tam robiłam przez te trzy lata, chyba się obijałam. Jak chcę się pochwalić jakąś książką na blogu, to ciężko mi sobie przypomnieć, co ja tam w ogóle czytam.

Pogoda przez tydzień cudowna, ciągle padało, pomyśleć by można, że szum deszczu, chłodna pościel oraz nareszcie wygodne łóżko sprawią, że będę spała jak dziecko, a tu codziennie budziłam się o drugiej lub trzeciej w nocy, z ptakiem nakręcaczem w środku. Bez kawałeczka tabletki nie mogłam ponownie zasnąć, a to prawdziwy dramat. No i rozkminka – czy to menopauza, czy raczej się coś po głowie włóczy. Dopiero dziś spałam całą noc, a miałam sen o końcu świata, o przerażającej globalnej katastrofie, którą jednakże skulona z Mo przeżyłam, a potem odnalazłam Mi. Zrozumiałam, że nareszcie uczucia, które mi się pałętały w ciele, w układzie współczulnym albo innej osi HPA udało mi się zapakować w sen, nareszcie mogę je sobie obrabiać i symbolizować w marzeniach sennych, a ciało może odpocząć.

Przez ostatni tydzień dopadła mnie poza tym rzeczywistość planu zajęć w szkole, okazało się, że jednak tego wykładu, który mam w czasie mojej jedynej godziny z klientem, przenieść się zupełnie nigdzie nie da, musiałam się postawić okoniem, i to ogromnym okoniem, i zrezygnować z zajęć. Inne dni mam tak naćkane, że mierzę się, jak to wszystko ogarnąć. Dotarło to do mnie dopiero jak całość sobie porządnie opisałam w kalendarzu googla, uwzgledniłam zajecia w szkole, wykłady online, odbieranie Mo, jej gimnastykę i muzykę, moje sesje, superwizję oraz dojazdy w te wszystkie miejsca, gdzie muszę być. Ale mam teraz jasność, że na siłę mogę jeszcze wcisnąć ze dwie -trzy godziny i to by było na tyle, będę musiała się w końcu zdecydować jaką ścieżką (zawodową) idę.

Poza tym moje komentarze na blogach niektórych osób wyraźnie pokazują, że chyba stęskniłam się za pracą i naukowymi debatami z przypisami, łatwo się zapędzam w jakieś teoretyczne dywagacje za co bardzo przepraszam!;) W ogóle mam wrażenie, że w dyskusji naukowej, do której jestem jakoś przyzwyczajona, jest trochę tego pokazywania kto ma większego, czyli czyja racja jest oparta o potężniejsze badania i bardziej prestiżowe publikacje;)

Jeszcze tu

To chyba ten moment, żeby coś napisać: jeszcze jestem tu, zaraz będę tam.

Pięć tygodni jak z bicza strzelił, ziuuut! I już. Już po.

Jeszcze tylko samolot, bardzo bardzo późno, jeszcze tylko taxi do domu i noc już we własnym łóżku.

Dom podobno wysprzątany. Mi wyjechał do D już tydzień temu. Poodkurzal, wymył lodówkę i podłogę w kuchni, zmienił pościel i zrobił zakupy, czyli przyjeżdżamy do wygodnego, czystego domu.

A jednak nie jestem pewna – Mo wraca do domu (już się nie może doczekac), a ja?

Oczywiście nie jestem u siebie, kiedy jestem u brata,

U brata

ale u rodziców czuję się prztulnie jak pod ciepłą kołderką (nawet, jeśli za małą). Smutno mi wyjeżdżać, bo ten tramwaj jedzie tylko w jedną stronę.

Nasze dzieci

Mam tyle rzeczy w środku, które może opiszę. A może nie. Nie wiem, czy chcę nadawać kształt wspomnieniom – boję się, że już zawsze zostaną takie, jak o nich napiszę. A przecież jeszcze nie wiem.

Wieczór którego nie było

Potrzebuję oddechu. Znajomi bardzo zapraszają do siebie, jeszcze są do wtorku w górach.

Kupili 200 letnią chałupę, którą cudownie wyremontowali, kuszą mnie ogniskiem i nową pracownią ceramiczną, Mo będzie mogła sobie coś wypalić w glinie.

Marzę o wyrwaniu się tylko na jeden wieczór, tylko na parę godzin, już widzę to gwiaździste niebo, las po horyzont i spokój taki, jaki może być tylko tam. I gadanie przy nalewce albo cydrze i ognichu. Moze nocna kąpiel w wannie na stoku, w ziołach pod gwiazdami.

Ale Mo wróciła znad jeziora poprzedniego dnia przed północą z moim bratem i rano bardzo nie chce nigdzie jechać. Daję jej czas, w międzyczasie brat przyprowadza 96 letnia ciocię Mircię, z którą bardzo chciałam się spotkać (ciocia to temat na długą opowieść, ale nie teraz). Kawa, ciasteczka, herbata, obiad z ciocią, siostrą i rodzicami.

W końcu udaje mi się Mo namówić parę godzin później, nie mogę się doczekać tej chwili przerwy od wszystkiego, przedtem muszę dokładnie się spakować, posprzątać i przygotować do przeprowadzki, bo musimy się wyprowadzić z pokoju na górze (nieważne dlaczego). Kiedy w końcu wszystko zapinam na ostatni guzik – opatrunek zmieniony, rosół zjedzony, historie cioci o upa wysłuchane, walizki zniesione z drugiego piętra stoją w hallu, bluza z długimi rękawami i spodnie ubrane przez córkę – i już mam wychodzić, staję w drzwiach tarasu i nagle robi się zupełnie ciemno. Ściana deszczu przerywana piorunami. Stoję tak dziesięć minut trzymając się jeszcze nadziei, ale pioruny walą, a ja się waham, Mo gotowa w progu wyczuwa mój niepokój i mówi, że nigdzie nie jedzie, że nie chciała jechać, sama zaczynam mieć wątpliwości, bo dojedziemy na sam wieczór, gdybym była sama nie miałoby to znaczenia, ale z dzieckiem, chyba się tak po prostu boję, obleciał mnie strach, poza tym nici z kąpieli pod gwiazdami.

W końcu dzwonię do znajomych, że przepraszam, że nie ma to sensu chyba jednak w taką pogodę, że autobus, że pociąg, a potem jeszcze będą nas musieli odebrać ze stacji i w ogóle. Nawet nie bedzie ogniska. Jest mi smutno i bardzo chce mi się płakać.

W deszczu odprowadzam ciocię do brata.

Wszyscy ciasno upchani w kieszonkach

Wszędzie chodzę z zieloną torebką.

Noszę ze sobą same najpotrzebniejsze rzeczy, a więc dwie szminki, labelkę, krem sterydowy na ręce, krople na uczulenie do oczu, lusterko, kartę do bankomatu, nitkę do zębów, witaminę C w saszetce, pilnik do paznokci, gumę do żucia, 55 złotych w papierku i monecie, telefon, lusterko, krem do rąk, rachunki za zakupy rodziców, tusz do rzęs, fenistil, ciemne okulary, kabelek do power banku (power bank w plecaku), jedną chusteczkę (cała paczka gdzie indziej). Podpaskę. Listę zakupów. Czarny japoński cieńkopis 0.5. Mogłabym ewentualnie zostawić tusz to rzęs i jedną szminkę w kosmetyczce w którejś z łazienek – na przykład tę różową, czerwoną zostawiając w kieszonce torebki – bo cała reszta nie wiadomo kiedy się nagle (i zupełnie niespodziewanie) okazuje się niezbędnie potrzebna. NIEZBĘDNIE. Bo na przykład rodzice mają płyn do mycia naczyń Ludwik,  po myciu naczyń którym okropnie swędzą mnie ręce, więc smaruję sterydem (niestety). (Oczywiście kupiłam dobry płyn do naczyń, bez metyloizothiazolinone, ale ktoś go znowu schował). Poza tym te kosmetyczki w kółko noszę z łazienki rodziców do naszej łazienki na górze, przez trzy piętra, potem biegam z ta nogą z góry na dół, albo z dołu do góry, zależy gdzie akurat jestem w tym momencie, i szukam. Czy na pewno nić dentystyczna jest w kosmetyczce? a może jednak w walizce/plecaku/na stoliku nocnym?

Noszę wszędzie, czyli na parter do rodziców, na pierwsze pietro do siostry, a potem na drugie piętro, do naszej sypialni. Do brata za rogiem. Do sklepu. Na kawę z przyjaciółką i do tramwaju.

Wszystkich moich bliskich też najchętniej umieściłabym w torebce.

Żebym nie musiała od jednego do drugiego, zmienić mamie opatrunek na odparzenie pod piersią (upały!), skoczyć do apteki, brat dzwoni, czy bym nie przyszła dziś na 2-3 godziny, bo ma ważnego calla w pracy, pracuje z domu, a tu dzieci trzy latka i sześć same włażą do basenu w ogrodzie. Mo schodzi z góry, że jest głodna, a taty znowu nie upilnowałam – wprawdzie nalał mamie zupę, jak prosiłam przez telefon, ale sam właśnie wcina drugą kromkę szczodrze posmarowaną miodem. (Ma cukrzycę). Cukier wystrzela w kosmos, piszę do opiekunki, która była rano, czy tato wziął insulinę. Nie widziała, ja też nie widziałam. Chyba tak. Cholera. Chowam kolejny miód do szuflady, są tam już trzy, nie znajdzie, nie będzie pamiętał przecież, ale kiedy pójdzie do sklepu z całą listą zakupów (z których nie kupi nic) znowu kupi sobie miód, pasztet i śledzie. Kolejny miód, kolejny pasztet, kolejne śledzie.

Siostra po operacji stopy dzwoni, czy nie przyszłabym na drugie piętro do niej na kawkę. Jeszcze nie może chodzić.

Wracam od brata, rodzice siedzą przy stole w ciszy.

Mama przygarbiona, zamknięte oczy, może śpi? Kiedy wchodzę przez taras głośno do nich mówię, żeby się nie przestraszyli.

-Chodź córko – mówi ojciec – porozmawiaj z nami, co tam u ciebie?

Więc mówię, nie ważne, że to samo mówiłam wczoraj, tato nie pamięta, mogę opowiadać dokładnie te same historie.

-A co u Mi? Ooo, to fajną ma pracę! A co u A? To ile ma lat Mo? A kiedy wyjeżdzasz? Ooo, to jeszcze trochę z nami będziesz!

Tato nie pamięta, a dla mamy to nie ma znaczenia, ją cieszy sam mój głos, to, że jestem, nie ważne, co mówię, ważne, że rozmawiam.

Mama też chce brać udział w rozmowie:

-A co ja teraz robię? – pyta. Kiedyś odpowiadałam „nie wiem mamuś, a co robisz? co chcesz robić?”,  ale już tak nie odpowiadam, bo wtedy mama na to „nie wiem, czekać na kolację?” Więc tylko mówię:

-Siedzisz sobie i rozmawiasz ze mną.

-A coś mam robić? – mama nie daje za wygraną. – Chyba zakropić oczy muszę, bo mi się zepsują zupełnie!

-Pani Bożena zakropi ci oczy wieczorem mamuś, nie teraz, jest dopiero 15.

Mama chce siusiu. Mama chce pić. I miskę z wodą, żeby umyć ręce. Myje długo i głęboko, po łokcie. Potem dziesięć minut wyciera ręcznikiem, dokładnie, osobno wszystkie palce.

Mamy nie da się pośpieszyć.

Mama jest już zupełnie ślepa i porozumiewa się identyfikacją projekcyjną. Zawsze wiem, w jakim jest nastroju, wystarczy, że stanę koło niej, albo potrzymam ją za rękę. Czasem jej mówię o moich trudnych sprawach i nagle, z nienacka, jakby z innego wymiaru mówi mi coś bardzo mądrego. Trafnego. Jak wtedy, kiedy skarżyłam się na moją koleżankę z pracy, a mama tylko „ona jest jak dziecko, po prostu nie potrafi inaczej”.

I nagle cała złość mija.

W nocy śni mi się, że karmię piersią małego, białego, kudłatego pieska. Myślę sobie ‚znowu ludzie będą się dziwnie patrzeć, ale ten piesek jest taki malutki i inaczej nie przeżyje’.

Kompot

Zawsze wpadam w tę Polske jak śliwka w kompot, za dużo spraw, za dużo ludzi, za dużo wszystkiego. Jak w sztuce family reunion, gdzie cala rodzina spotyka się na Boże Narodzenie albo Thanksgiving i nagle budzą się rzeczy uśpione przez ostatni rok, a wszystkie emocje z dzieciństwa zaczynają szalony taniec. Coś jak Festen, Reunion, albo Sierpień w Hrabstwie Osage.

*ups, opublikował sie post niedokończony, jak to się w ogóle stało? 😄

Ale zostawiam, nie zmieniam, raczę się kompotem😁

Idziemy przez las pijani od słów

Weekend był oczywiście cudowny, bo najpierw wyjazd do przyjaciół, którzy znaleźli sobie piękne miejsce na ziemi i zbudowali piękny dom.

Jeżeli miałabym się przeprowadzać do Pl to właśnie tam. Rano przy kawce snulismy plany, jak to by było fajnie mieć gabinet w Bolesławcu i dojeżdżać sobie autkiem 20 min., bo na tych drogach lokalnych nie ma korków.  Pod linią drzew na zdjęciu widać tory, gdzie niedługo będzie jeździł pociąg do Wrocka, ech pieknie!

Mo zażywa jacuzzi o zachodzie słońca:

Minimalistycznie, ale wygodnie:

Inspiracją była ‚nowoczesna stodoło’, czyli duże, minimalistycznie urządzone wnętrza i muszę przyznać że wyszło im to przepięknie, z dwupiętrową przestrzenią salonu z kominkiem, czterometrową półką na książki (jak z nich korzystacie? Na górę dajemy tylko te, których nie trzeba czytać 😄 ) i ukrytą dużą spiżarnią, której im bardzo zazdroszczę – jak Narnia, bo wchodzi się do niej przez szafę w kuchni.

Następnego dnia moje góry, mój las i moje miejsce, doszłam bez problemow, jak tam idę to mnie stopa nie boli 😁

Przerwa na sztukę
Maślaczki usmażone na patelni na ognisku nie miały sobie równych

Wypad na spontanie i ekspresowy, bo tylko jeden wieczór

i rano schodzimy.

(Niestety, przez Jelonke tylko przejazdem, nie mieliśmy chwili, żeby kogokolwiek odwiedzać).

Cudnie, ale w międzyczasie nakręciły się różne sprawy, które mi zaburzyły delektowanie się i chłonięcie, posiedzialam do północy przy ognisku, a potem się przewracałam w ciemności z boku na bok do piątej. Ech, trzeba było się upić, a nie żłopac tę czarną herbatę. Nie pomagało to, że odpowiedzialnie postanowiłam zejść raniutko, żeby zdążyć na autobus do Jelonki po 10.

Trzeba było się upić, zaszaleć i nie być odpowiedzialną.

Teraz tylko nie przesadzać

Och niestety, muszę już nadpisać ten przepiękny obrazek, cudne jezioro z trzcinami, łódkami, kajakami i wkurzającym grodzeniem i luksusowy dom.

Wrócimy tam.

Jechaliśmy do Wro w deszczu, który trwał dwa dni, a potem nagle się zrobiło 37 stopni🙄 Na poddaszu, gdzie śpimy, gorąco jak w piekle, na szczęście siostra założyła klimę w pokoju parę lat temu, bez tego nie wyobrażam sobie spania. W nocy Mo zasypia w pokoju, a my w holu na sofie ogladamy, nie ma tam klimy, więc gorąco. W pokoju klima szumi, wyłączam, robi się gorąco, budzę się, włączam, nie mogę zasnąć bo szumi. Przerzucam się z boku na bok, w końcu zasypiam z 1/5 tabletki, dobrze, że mam. Rano długo śpimy, chłodno, zanim się nagrzeje miną godziny.

Mamunia jak królewna daje się obsługiwać, bierze udział w życiu na poły, ale jeszcze pamięta, jeszcze składa w całość fragmenty życia. Na szczęście są opiekunki rano i wieczorem, karmią, podają leki, ugotują zupę, przypilnują ojca. Ojciec coraz bardziej skonfundowany,  jeszcze nas rozpoznaję, jeszcze zdarza mu się przypomnieć sobie co mu mówiłam dwa dni temu, albo że był Adek, albo ze mieszkamy w Irlandii, ale już zaczyna się gubić z obsługą Libry na komórce, śpi cały dzień, a wieczorami ogląda na youtubie AI o Rokossowskim. Przy wyłączonych głośnikach, bo odłączyły mu się i zapomniał jak się podłącza do komputera. Nieporadność. Zagubienie. Starość.

Niby mam wakacje, ale cały dzień jestem zajęta. A to wizyta u optyka, żeby pomóc zamówić okulary szwagrowi, a to brat dzwoni, czy bym nie zajęła się dziećmi, bo przedszkole zamknięte, a to siostra prosi o zalatwienie wizyty mamie. Mama, tato, siostra, brat, Mo, Mi, zakupy. Apteka, warzywniak, rozmowy ze szwagierka. Rozmowy z synem. A to wszystko w upale, który smaży mózg. Mo cały dzień siedzi w zaciemnionym pokoju, z włączonym nawiewem, Mi męczy się kolejny dzień u dentysty.

Pomiędzy tym wszystkim ortopeda i tomograf komputerowy, no nie proszę państwa okazało się, że mam plamisty zanik kości. 🫢 I teraz wszystko jasne dlaczego mnie tak boli.

Prawdę mówiąc ucieszyłam się diagnozą jak wariatka, ‚ty jesteś wręcz tym podekscytowana’ mówi mąż, a ja nareszcie wiem, co się dzieje i co robić. Teraz fizjoterapia, fizjoterapia, fizjoterapia. I masaże. Głaskanie stopy. Mizianie. To jest choroba nerwów, którym się cały czas wydaje, że są na wojnie. Więc nie przesadzać, mówi lekarz, lepiej mniej niż więcej, ‚jakby mnie pan wyczuł ‚ odpowiadam, bo jestem cisnieniowcem. Nad morzem robiłam 15 tys kroków, pan doktor tylko się za głowę złapał.

Bardzo mi trudno nie przesadzać.

Ale nareszcie wyrwaliśmy się z kołowrotu i jedziemy. Znajomi, cudne dolnośląskie miasteczko, a potem moje ukochane góry. Przesadzę z chodzeniem, oczywiście, ale tylko trochę. Jak się bardzo chce, to nic nie szkodzi🙂