Wróciłam, przeżyłam, starałam się nie nakręcać, choć wiadomo – gdzieś tam z tyłu głowy zawsze jest ‚a co jak się nie obudzę?’ W sumie doszłam do wniosku, że to nie jest najgorsza śmierć – właściwie nie wiesz, że umierasz, po prostu się nie budzisz, ale to poczucie, że mnie po prostu nie będzie, jest nie do objęcia rozumem, i chyba jednak przeraża (choć podobno Freud mówił, że nie możemy się bać śmierci, bo sobie właśnie tego nie umiemy wyobrazić. Nie wiem, czy się zgadzam).
Panu anestezjologowi jeszcze trułam d.. przed samą operacją, czy czasem nie jest to nowa sala po remoncie i streściłam mu koszmarną historię tej kobiety w ciąży, której podali podtlenek azotu zamiast tlenu, wprawdzie nie wiedziałam jak powiedzieć ‚podtlenek’ więc powiedziałam ‚azot’, ale chyba się ogólnie zrozumieliśmy – ma nie być żadnego podmieniania ciągów gazów! Tym razem mnie wwieźli na salę operacyjną przytomną i musiałam sama przejść na stół, ale widziałam te wielkie okrągłe lampy jak z seriali oraz jaki mają ładny widok z sali na całą panoramę Dublina. Bosz, czemu nie zostałam lekarzem, uwielbiam, no cóż, w następnym życiu. Na dodatek żadne z moich dzieci nie czuje zewu krwi, szkoda.
Jak czasem Mo się pyta o coś związane z ciałem i zaczynam tłumaczyć w oparciu o moją ograniczoną wiedzę z biologii ze szkoły średniej (ale za to później rozwijaną z pasją, choć fragmentarycznie), to po pięciu minutach przerywa ‚stop lecturing me!’.
W każdym razie zamknęłam oczy po ósmej i dwie sekundy później otworzyłam o 10 w sali wybudzeń, gdzie pielęgniarka anestezjologiczna tłumaczyła coś młodziutkiej studentce, która wyglądała jakby nie była pełnoletnia. Zawsze mnie te dzieciaki, które mają takie poważne miny, bo wiedzą, że to są poważne sprawy, rozczulają. Jak już mogłam mówić, porozmawiałam sobie ze studentką, była dopiero na drugim roku i tak wyglądała.
Pobyt w szpitalu był cudowny.
Zawsze jestem zaskoczona, jak bardzo się tutaj opiekują pacjentem – to nie tak, że nie popełniają błędów, bo wiadomo, ale naprawdę pacjent ma wrażenie, że ten cały personel jest dla niego – wrażenie optymalnego zaopiekowania.
Po godzince z sali wybudzeń zawieźli mnie na oddział św Marka ….
(na marginesie rozmowa lewaków, kiedy dzień przed tłumaczyłam Mi:
-Będę w Mark’s Ward.
-O, Marx Ward, naprawdę? Nie spodziewałem się tego – dziwi się Mi.
-No tak, tak jak za pierwszym razem. Przecież już tam byłam.
-Jakoś mi umknęło, że to Marx Ward. Wow, Karl Marx Ward, naprawdę?- upewnia się.
-Saint Mark-apostrof-s- Ward!)
… gdzie leżałam sobie jeszcze trzy godziny, a pielęgniarki co chwilę sprawdzały jak się czuję, dostałam oczywiście tościka z marmoladą i herbatkę, poprosiłam o dokładkę;D, bo od rana przecież nic nie jadłam. Na łóżku z boku miałam dziwnego starszego pana, którego dziwne historie zupełnie mnie nie męczyły, wręcz z przyjemnością pokonwersowałam sobie przez dwie godzinki, pielęgniarka tylko sprawdzała co chwilkę, czy pan mnie nie wykończył. Pan urodził się na Achill Island, potem miał tysiąc przygód na całym świecie, był trochę paranoiczny i co jakiś czas uśmiechał się jak Jack Nicholson w Lśnieniu, ale przecież w szpitalu byłam bezpieczna, zresztą pod ręką miałam dzwonek alarmowy;D więc zagłębianie się w dziwny świat pana było interesujące. Pan mi na koniec przyniósł wodę mineralną ze sklepiku, chyba żeby odwdzięczyć się za wysłuchanie, no i mam teraz dobre rozeznanie który pub na Achill Island jest najlepszy i żeby nocować jednak poza wyspą, bo zdzierstwo. Jedziemy na Achill Island, ahoj przygodo!
Kiedy w drodze powrotnej caka rozanielona rozwodziłam się na tym, jak wspaniale się czułam zaopiekowana, mąż przytomnie zauważył, że dali mi niezłe dragi, fentanyl i oxicośtam, te, które tak wspaniale uzależniają, więc może moja ocena jakości opieki zdrowotnej w irlandzkich szpitalach nie jest obiektywna, hehe. Ale podobne wrażenia miałam z porodu, dziesięć lat temu – czułam, że ten cały system istnieje po to, żeby mi pomóc przejść przez to wydarzenie w najbezpieczniejszy i najbardziej komfortowy sposób. Do dziś mam dobre wspomnienia z porodu, nawet napisałam list dziękczynny do położnej, która akurat wtedy miała dyżur (Mi mówi, że byłam jeszcze pod wpływem podtlenku azotu, nomen omen).
O 14 mogłam już wyjść do domu, ale czekałam na Mi, który przybył o 15, potem jeszcze pół godzinki czekaliśmy na lekarza, ale że ten zaczał kolejną operację, wyszłam bez porozmawiania, więc co dokładnie mi wyciągnęli, a co zostawili w nodze dowiem się dopiero za tydzień, na wizycie kontrolnej. To jedyny minus.
No a dziś proza życia, rana ciągnie i szczypie, wiadomo, zrobili mi z nogi taką bułę opatrunkiem, że ciężko się wciska do buta ortopedycznego i boli, więc muszę te parę dni wyluzować i pozwolić sobie na leżenie w łóżeczku. Fenantylu już nie mam dożylnie, więc świat na powrót zrobił się kanciasty, na pocieszenie jest słońce. Na szczęście pacjentów mam dopiero w przyszłym tygodniu.
Mo chora – musiałam ją zabrać w poniedziałek ze szkoły – więc siedzimy sobie we dwójeczkę, ona na swoich bajach, a ja na swoich na razie, ale mamy plany zajęć wspólnych.
Ogólnie relaksik, choć podciągnę trochę sprawdzanie esejów.