W niedzielę rozpoczęliśmy sezon ogrodowy.
To znaczy żadnych prac nie ruszyłam, ale za to mieliśmy gości.



Nakręciłam się na imprezy letnie, Mo chce oczywiście co tydzień palić, oraz musimy wszystkich zaprosić, co w sumie ma sens – nie ma nic fajniejszego niż spotykanie się wokół ogniska, nawet takiego w misie. Wygodne te misy bardzo w małym ogrodzie.
Teraz cały dom pachnie ogniskiem.
Wszystkie prace ogrodowe czekają, oprócz koszenia, bo dzielnicowy Pan Kosiarz przychodzi co dwa tygodnie. Kosimy, bo mam tak okropne uczulenie na pyłki traw, że szkoda mi bardziej siebie, niż przyrody.
A propos uczulenia, od dwóch tygodni mam czerwone placki koło oczu, zaczęło się od psiknięcia lakierem do włosów. Co mnie podkusiło nie wiem, w sumie wiem, chciałam ładnie wyglądać, w każdym razie od tego czasu nie mogę tego uspokoić, bo to nie tylko lakier, oczywiście, tylko mnóstwo rzeczy mnie uczula, ale delikatnie i przeważnie małe dawki nie szkodzą tak bardzo. Ale teraz już równia pochyła – reguję na cytrynę (i kwasek cytrynowy, który jest w wielu kosmetykach), prawdopodobnie produkty mleczne, pomidory i cholera wie co jeszcze, znowu muszę poodstawiać połowę produktów i modlić się, że coś wyczaję. Korzyść z tego, że znalazłam fajne kosmetyki serii The Ordinary – ich nawilżający krem ma reperować uszkodzoną barierę skórną i to jest strzał w dziesiątkę! Cena jest fajna i nie wiedziałam, że można mieć taką fajnie nawilżoną, jak się ma tak wrażliwą. Z tej desperacji, że na wszystko reaguję kupiłam sobie naprawdę luksusowy krem na noc, bo jestem tego warta;) nie smaruję nim tylko okolic oczu, żeby dodatkowo nie podrażniać, co oczywiście mnie wkurza, bo nigdzie indziej taki mocny krem nie jest tak potrzebny jak właśnie wokół oczu. Ale wszystko powoli.