Skerries

Od tygodnia wszystkie media trąbiły w Irlandii, że oto zbliża się najgorętszy weekend roku, więc trzeba było się gdzieś wybrać. Destynacja zawsze jest wynikiem kompromisów – teraz pomiędzy moją możliwością chodzenia, a raczej niemożliwością, a wizją ‚nudy’ mojej córki (muzeum – nuda, kościoły stare – nuda, wycieczka przez las w poszukiwaniu starych celtyckich symboli wyrytych na kamieniach – nuda). W tych okolicznościach morze zawsze wygrywa, bo Mo może siedzieć nad nim godzinami grzebiąc w piachu albo kamieniach, pomimo wstępnego marudzeni (wyyyycieczka, nieeee), ale wszystkie bliskie miejscówy morskie blisko Dublina mamy objeżdżone, więc tym razem wymyśliłam Skerries. Chciałam też sama prowadzić, bo ostatnio mało mam okazji do jeżdżenia po autostradach i zauważyłam, że oddaję Mi kierowanie jak gdzieś dalej jedziemy, bo on częściej z pracy jedzie w dłuższe trasy, a ja się zaczynam bać jeżdzić autostradą, więc nie zgadzam się na to.

Skerries okazało się bardzo przyjemnym nadmorskim miasteczkiem, z takimi cudeńkami:

Oraz takimi:

Młyn został założony na tych terenach przez mnichów w 12 wieku, były to dwa wiatraki i młyn wodny, częścią posiadłości była także piekarnia, działająca do lat 80tych. Cały kompleks jest obecnie własnością gminy, z kawiarnią i sklepikiem z pamiątkami, na weekendy na dziedzińcu odbywa się Farmers Market ze  stoiskami typowymi dla farmers market, czyli miody, drewno, warzywa eko, sadzonki itd. Trochę mi szkoda było tych wystawiających, bo wiadomo, że obecnie takie stoisko to żaden biznes, może bardziej jako reklama jakiejś specyficznej działalności, jak na przykład ekologiczna hodowla bydła. Sama miałam ochotę kupić kilo wołowiny od krów karmionych trawą, ale mi się przypomniało, że znowu rozważam przejście na wege.

Mają tez w Skerries fajną knajpę, o której kiedyś gdzieś czytałam same dobre rzeczy, głównie takie, że żarcie niewyszukane, ale dobre jakościowo. Rzeczywiście okazało się pyszne. Nie wiem, czemu to takie trudne, żeby mieć po prostu dobre jedzenie, ze świeżych produktów, bez jakiś wyszukanych pomysłów.

Poza tym mają morze, które akurat wczoraj wyglądało zjawiskowo.

Mo pokazuje gwiazdę na jednej ręce

Mi się oczywiście wykąpał (powietrze: 19, woda 10), czego mu strasznie zazdrościłam.

Mi pływa

Poza tym SAUNA nas samym morzem, na czubku cypla, już sobie zaplanowałam wyjście do sauny ze szwagierka w lipcu – 45 minut w saunie, a potem hop do morza! Podobna jest bliżej nas, w innym małym nadmorskim miasteczku Rush i tam goście od sauny sprzymierzyli się z goścmi od jogi i można się zapisać na sesję jogi w sobotę o 8.30, potem sauna 45 min a potem kąpiel w morzu, wszystko za niewygórowaną kasę 30 euro. Tak wyobrażam sobie niebo i przysięgam, że kiedyś wstanę o tej 7 z sobotę, zjem malutkie śniadanko i pojadę do Rush. Howgh.

Jest coś odświeżąjącego w pojechaniu do nowych miejsc i odkrywaniu dla siebie nowych widoków, zapachów i smaków. Mo nie chciała wracać z plaży, bo wiadomo – kamienie, woda, skały, małże, glony, fale, cóż może być ciekawszego.

Dzisiaj dzień ogrodowy, zamierzam wyciąć suche badyle malin i je spalić, Mo zamierza piec maszmaloły. Ogród woła o ratunek, a kupione petunie o posadzenie.

Najdroższa guma do żucia w życiu

Wstałam raniutko, miałam być na czczo, więc nawet żadnej kawki, wzięłam tylko prysznic i ubrałam się, taksówka zamówiona wczoraj czekała. Kurs do szpitala kosztował 45 euro, w taxi w plecaku znalazłam gumę do żucia, cała ucieszona, że fajnie, że nie tylko nogi umyte, ale i oddech będzie świeży.

Na oddziale zajęły się mną pielęgniarki, wypytały mnie o wszystko, wypełniły papiery, przebrałam się w gustowną piżamkę, która się nie zapina na plecach, rzeczy schowałam do plecaka, który dostał kod kreskowy, taki sam, jak na mojej kostce i został zabrany przez salową do depozytu. Pan salowy zawiózł mnie na łóżku na salę przed operacyją (też ogólnie dostępna winda, Roksanko). Tam znowu wywiad, a potem pan anestezjolog poprzypinał mi różne elektrody, czepek na głowę i już miałam wjeżdżać na salę, gdy poprosiłam pana anestezjologa o chusteczkę, aby wypluć gumę.

I nagle zonk. Gumy nie wolno przed narkozą. Przyszła pielęgniarka, potem druga, a na końcu specjalistka anestezjolog, która podjęła ostateczną decyzję, że musimy czekać co najmniej 6 godzin po żuciu gumy.

😱

Nikt mi nie powiedział.

😭😭😭

Mówię, że czekam, że mam ciekawą książkę na dole (Freedom Franzena, ale to się czyta!!!).

Salowy zwiózł mnie na dół, z powrotem na oddział. Posiedziałam, a raczej poleżałam pół godzinki, aż przyszedł ortopeda i oznajmił, że niestety, nie ma sensu dziś operować, bo nawet, jakby dali radę (a nie wiadomo, bo mają jakąś skomplikowaną rekonstrukcję potem), to będzie za późno, żeby mogli mnie wypisać do domu po narkozie i musiałabym zostać na noc w szpitalu. Nie chciałam zostać na noc w szpitalu, a szpital też jakoś niechętny był mnie gościć, podejrzewam, że chodzi o dodatkowe koszty, bo nagle zostałabym pacjentką szpitalną i zaczełyby się im osobodoby mnożyć w exelu. Dali mi zatem tosta z marmoladą, ściagnęłąm seksowną koszulkę i obcisłe majteczki, ubrałam cywilne ciuchy i do widzenia. Do domu.

Znowu taxi 45 euro, bo Mi akurat ma umówione spotkanie.

Żartuję, zbuntowałam się i wróciłam autobusem wbrew woli męża, bo to przecież to ja decyduję jak się czuję i czy dam radę. Oklamalam go, ale zaoczędziłam 40 euro😄

No i guma do żucia zamiast 90 euro kosztowała mnie 55, bo dwa autobusy i kawka, ale bez kawki to na pewno nie dałabym rady.

Operacja za tydzień.

O zasadzkach analogów

Jutro operacja, doktor potwierdził, że pod pełną narkozą, trochę peniam, ale damy radę.

Dziś kolejny raz nowy klient, już się nie czuje tak niebezpiecznie;) a dlaczego się czułam przestraszona to długa historia, w sumie może i na bloga, albo i nie, jeszcze nie wiem, w każdym razie do rozważenia na potem.

Dziś nagle pogoda jak koniec maja, choc to koniec kwietnia, słońce, słońce, słońce, ja cały dzień tam i z powrotem, ale ukradziona chwilka w parku cudowna. Miałam trochę czasu, chciałam usiąść w słońcu i poprzeglądać notatki na łonie przyrody, bo czemu by nie. Ale cudem uniknęlam kompletnej wtopy, bo miałam mój terapeutyczny zegarek na rękę (ciemny, analogowy, duże, wyraźne cyfry), zagłębiłam się zatem w notatki, też analogowe, w zeszycie, przeglądałam uwagi z poprzednich sesji i pisalam przypominajki dla siebie, po chwili sprawdziłam godzinę i pomyślałam sobie, że dziwne, wydawało mi się, że mam niecałą godzinkę przerwy, a mam prawie dwie. Po dłuższej chwili chcialam coś sprawdzić na komputerze, otworzyłam, a tam godzina później, zrobiło mi się gorąco, zerwałam się i z powrotem do samochodu, na szczęście zdążyłam.Nie przestawiłam analogowego zegarka, o matkobosko. Wyobraźcie sobie – druga sesja, a terapeutka pomyliła godziny 😱🤠

Czy zabił ktoś tokarza? Czy często się to zdarza?

Środa, dopiero dziś czuję, że mam wolne.

Wczoraj jeszcze spotkanie ze studentką rano, potem moja pani, potem zakupy, zabieram Mo ze szkoły, potem jeszcze open evening w pracy, no i spisywanie sesji na dzisiejszą superwizję, i niby mam wolne, a jeżdżę przez pół miasta w tę i z powrotem. Na szczęście jest tyle ciekawych rzeczy do słuchania w aucie! Ciemne okulary, łokieć przez okno, kawka w termosie i głośniki na full, okazało się, że uwielbiam jeździć samochodem, no kto by pomyślał.

W poniedziałek nowy klient wieczorem, więc cały dzień trochę niespokojna (mąż – będziesz sama wieczorem w budynku z facetem, którego nie znasz, który w dodatku ma jakieś problemy?). Na szczęście okazało się, że nie jestem sama, ale na wszelki wypadek kupiłam sobie taki zegarek-panic button, który mogę schować pod rękawem. Jak widać przeżyłam;) ale zegarek,  jakby co, mam. Pracę oczywiście konsultuję na superwizji, ale takie są realia, że aby dobrze pracować, muszę się czuć bezpiecznie. O takich rzeczach się za dużo nie mówi, choć fantazje gdzieś tam się snują w zbiorowej wyobraźni, co widać w serialach jak Rodzina Soprano czy The Patient, w którym pacjent porywa terapeutę, wyjawia mu, że jest seryjnym zabójcą i prosi o pomoc w okiełznaniu morderczych impulsów;D W każdym razie zmieniłam ustawienia na fb, muszę też dokończyć inne porządki.

Zmieniając trochę temat, córeczka w międzyczasie walnęła kolejne cztery zakładki do książek:

A wokół wiosna, przymierzam się do prac ogrodowych.

W czeluści pudła na czapki i szale znalazłam przepiękną jedwabną chustkę – idealnie się zgrała ze swetrem wełnianym, który gryzie mnie w szyję.

Chustkę musiałam ukraść z domu, stary jedwab, cieńki jak pajęczyna, pewno z Mody Polskiej albo innej Telimeny, cały w drobnych dziurkach, które zacerowałam.

Rozczula mnie jak bardzo jest delikatny, trochę kojarzy mi się z mamą. Mam problem z wełną, bo jestem bardzo na nią uczulona, ale ją lubię, bo to takie ciepłe i szlachetne włókno (Mi mówi, że wcale nie prawda, bo strzyżenie owiec to dla nich tortury). W każdym razie, kiedy wełna dotyka bezpośrednio mojego ciała wyskakują tam czerwone swędzące placki, dlatego muszę nosić jedwab przy dekolcie.

Jestem sama w domu, słońce świeci, pralka szumi, dopiero teraz czuję, że odpoczywam.

Za tydzień operacja.

Banki mydlane

Ściana tekstu, jak ściana deszczu, nie wiem kogo to wszystko obchodzi, co pałęta mi się po głowie, ale mój blog moje klocki, więc wrzucam.

Oprócz tego życie płynie, w piątek miałam ostatnie zajęcia w szkole w tym roku akademickim, właściwie nie zajęcia, ale pilnowanie studentki piszącej test. W sobotę wstałam raniutko, pogoda całkiem wiosenna, czyli akurat świeciło słońce, cały dom jeszcze spał, kiedy wsiadłam w moją hondkę i popędziłam na zajęcia.

Wczesno poranne kwietniowe słońce, czyli jakby taka mgła słoneczna, zimno, a niby ciepło, domy i trawniki przyproszone złotym pyłem. Puste ulice, bo kolejny dzień protestów paliwowych i wszyscy, co tylko mogli, to zostali w domach. Muzyka w głośnikach, kawka w termosie. Jadę, w środku mnie wznoszą się w górę i pękają malutkie kolorowe wesołe banieczki. Potem cały dzień zajęć, ciekawe i trochę męczące jednocześnie, tym razem było o borderline. Przerwa, kawka, przerwa, kanapki na lunch, siku, znowu przerwa i grupa. Jak zwykle było niesamowicie ciekawie i żywo, choc wykładowczyni podpadła mi jednym małym komentarzem, ale powstrzymałam się z moimi uwagami i nie wdałam się w dyskusję, z czego jestem niesamowicie dumna, haha. (Ja się nie boje kłócic z władza, ale jestem dumna, że się powstrzymałam, bo nie bylo to potrzebne. Uczę sie:).

Niedziela była jak zasłużony odpoczynek, późno wstaliśmy, relaksik, lunch, spacer tylko z Mo, bo Mi zawirusowany w łóżku. A w parku było tak:

Mo nie dala sie namowic na spacer wokół parku, tylko siedziała na drzewie i rysowała.

Znajdź Mo
Wieczorem zrobiła zakładki do książek

Kwiecień miesiącem narcyzów

Wszyscy przeżyliśmy święta (niektórzy nawet zmartwychwstali), a zatem możemy cieszyć się resztą życia.

U mnie dziś ostatni tydzień zajęć, mimo, że pracuję tylko trzy dni w tygodniu, ten tydzień był naprawdę obciążający – dużo rzeczy na wczoraj, dużo kombinacji przez lewe ramię, dużo organizacyjnych pierdół, w których nie jestem dobra. Zauważyłam, że w pewnym momencie za dużo szczegółów, które muszę doglądnąć, robi mi w głowie rozpierdol i zaczynam latać jak opętana gubiąc po drodze rzeczy i zapominając o ważnych sprawach. Oczywiście trochę się już nauczyłam to ogarniać, mam kalendarz, mam notes, mam pamięć podręczną w postaci męża, ale w jakiś dziwny sposób kajobraz po bombie to mój stan naturalny, jakiś prymitywny sposób na radzenie sobie z rzeczywistością, który już dawno nie jest sposobem, a ja ciągle go odtwarzam.

Część z tego jest mną, czuję, że ‚ja tak lubię’, jak na przykład kiedy gotuję to lubię jak kuchnia wygląda jakby piorun strzelił, nie cierpię sprzątać w trakcie, jakby to ograniczało moją kreatywność. Za to ogromną satysfakcję sprawia mi sprzątanie po, kiedy nagle wszystko wraca do stanu przed wybuchem.

Oczywiście burdel przy gotowaniu jest niegroźny, nie przeszkadza nikomu – mężowi zostało tylko zdziwienie, że nie obieram warzyw nad kompostownikiem, tylko nad talerzem, albo w chwilach wiekszej fantazji bezpośrednio nad blatem, a dopiero potem to sprzątam. Ciekawe jest to, że każdy z nas ma taki taki wewnętrzny wzorzec emocjonalno-behawioralny, kolorowy motyw przeplatających się stanów ducha i powiązanych zachowań, który się uaktywnia w różnych sytuacjach, przy czym w niektórych jest niegroźny, jak przy gotowaniu, w innych po prostu przeszkadza, a czasem może stać się niebezpieczny. Bo tu nie chodzi o to do końca o to CO się robi, o konkretne gesty czy czyny, ale jak to, co się robi, jest powiązane z konkretnym stanem ducha i jak bardzo automatycznie się to włącza w pewnych sytuacjach – im bardziej automatycznie, tym bardziej niebezpiecznie.

Śmieszne, terapia nie zmieniła odruchowych wzorców, ale sprawiła, że je zauważam i łatwiej mi mieć do nich większy dystans, w jakis sposób mnie śmieszą zamiast obezwładniać, a to pozwala się głębiej nie zakopywać i nie oscylować pomiędzy automatycznym schematem i poczuciem winy. Podobnie może to działać w zachowaniach nałogowych – i podobnie się z tym pracuje – opiera się na zauważaniu, jak się ktoś czuje, kiedy sięga, a to jest właśnie bycie swiadomym, że wzorzec się uaktywnia automatycznie – reflekcja może pomóc w przerwaniu tego automatyzmu.

W głowie pętają mi się też myśli o narcyzmie.

Dość powszechna jest obecnie opinia, że żyjemy w świecie, gdzie jest coraz więcej narcyzów, wydaje się mnóstwo poradników pop psychologii jak żyć z narcyzem, albo jak sobie radzić z narcyzem w pracy, ludzie identyfikują narcyzów po godzinnej rozmowie i tak dalej, jednym słowem określenie zrobiło zawrotną karierę. Wydaje się, że coś w tym jest, ale nie to, co się myśli.

Po pierwsze, powszechnie myli się indywidualizację – proces społeczny, w którym bardziej zaczyna się liczyć jednostka w stosunku do społeczności – z narcyzmem. W społeczeństwie współczesnym kultura z kolektywnej zmienia się w indywidualną, przoduje tu oczwiście USA, ale też kraje Europejskie nie zostają w tyle. W kulturze indywidualnej, mówiąc w skrócie, bardziej liczy się nasza wygoda, niż to, że się ciocia Jadzia obrazi i mam wrażenie, że tak jest właśnie rozumiany narcyzm – jako takie skupienie się na sobie, swego rodzaju egocentryzm. A to nie jest istotą narcyzmu.

Narcyz to jest osoba, która tak bardzo nie wie kim jest, albo nie czuje się wartościowa, że potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wartości z zewnątrz – jak w micie o Narcyzie i Echo. Narcyz potrzebuje Echo, żeby wiedzieć kim jest, wpatruje się w swoje odbicie, bo nie czuje się KIMŚ, nie ma tego wewnętrznego przekonania, że zasługuje na miłość, nie czuje, że ma prawo być jaki jest, czasem w ogóle nie czuje, że jest JAKIS, dopóki inni ludzie nie posłużą mu za lustro do odbicia jego własnego obrazu. Dla narcyza nie jest ważne, jak się czuje, właściwie nawet własna wygoda nie jest ważna – najważniejsze jest, jak wygląda, że się czuje i jak inni ludzie postrzegają, że on się czuje. Narcyz czuje wewnętrzny przymus, żeby być taki, żeby ludzie go podziwiali, zauważali, cenili, bo jak go podziwiają, to dopiero się czuje godny podziwu i wartościowy. Narcyz właśnie pójdzie do cioci Jadzi, mimo, że ciocię ma w dupie, bo ważne jest dla niego, żeby być postrzeganym jako ktoś dobry i wrażliwy na potrzeby innych. Narcyz wrażliwy wysprząta cały dom, wymyje wszystkie okna, nagotuje się jak głupi, a potem będzie narzekał, że nikt go nie docenia;)

Literatura bowiem rozróżnia narcyzm wielkościowy (jak np Trump) i narcyzm wrażliwy, delikatniejszy, mniej błyszczący. Te osoby łatwo zranić, bo tak samo jak narcyzi wielkościowi potrzebują uznania, ale nie są na tyle silni, żeby sobie je wziąć – często czują się niedoceniani, czują, że naprawdę należą się im szczególne względy, ale jakoś nikt im nie chce ich dać, inni ludzie ciągle nie zauważają, jacy oni są fajni i tak dalej.

Narcyzem każdy się rodzi i powoli z tego stanu wyrasta. Noworodek nie wie, kim jest, dopiero się tego uczy – Winnicott mówił, że dziecko przegląda się oczach mamy, która dzięki temu, że go widzi, daje mu jakąś tożsamość. Jest to naturalny proces, krok po kroku, powoli, jak to Nitzsche pisał ktoś ‚się staje kim się jest’, dlatego niektórzy mówią o pierwotnym narcyźmie – bo nie rodzimy się wiedząc, kim jesteśmy. Ale ta tożsamość się kształtuje i w końcu przychodzi taki czas, że musimy mieć tak dużo pomocy z zewnątrz – czyli podziwu i uznania – żeby znać swoją wartość. Momentami oczywiście dalej tego potrzebujemy wszyscy, tego zewnętrznego podparcia, jak człowiek który miał wypadek potrzebuje kuli, żeby się oprzeć – ale generalnie zdrowy i dojrzały dorosły robi różne rzeczy nie po to, żeby ktoś WIDZIAŁ, że je robi, i przez to dał mu potwierdzenie jego wartości, tylko dlatego, że te rzeczy są dla niego ważne.

W jakimś stopniu też każdy z nas ma narcystyczne cechy – lubimy być podziwiani i zauważani, ale u zdrowego człowieka to nie jest dominujące pragnienie, to nie jest jedyne, co warto w życiu robić. Nie-narcyz będzie robił ważne rzeczy również wtedy, kiedy NIKT NA TO NIE ZWRÓCI UWAGI, będzie po prostu robił swoje.

Czyli wychodzi na to, że narcyzowanie jest performatywne – to robienie czegoś tylko i wyłącznie dla publiczności. No i tu wracamy do obecnej kultury, która wydaje sie wzmacniać ten rys – te wszystkie blogi, hehe :D, instagramy, influencerzy, jutuberzy, twitterzy i tak dalej. Kiedy ważne staje się, że ktoś NAS OGLĄDA i podziwia, a niekoniecznie to, jak się naprawdę czujemy. W momencie, gdy uwaga niknie, pojawia się rozpacz, bo nagle nas nie ma – czujmy się jak dziecko, którego mama nie widzi i nie słyszy, a to jest przerażające.

Równocześnie chyba wszyscy trochę zazdrościmy narcyzom, szczególnie tym wielkościowym – bo wydaje się, że oni robią to, co chcą, są wspaniali i wszystko im się w życiu udaje. I stąd być może uczucie satysfakcji, kiedy ‚cieszymy się z cudzego nieszczęścia’, gdy wyjdzie na jaw jakieś szydlo z worka i okaże się, że ktoś nie jest wcale taki idealny, z czego żyją portale plotkarskie.

Myślę sobie, że wielu ludzi zazdrości Trumpowi i go podziwia w jakiś sposób, a on bierze sobie ten podziw aż do zakrzywienia rzeczywistości, bo kiedy ktoś go nie podziwia, T uważa to za jakiś błąd systemu. Ale równocześnie bardzo wyraźne jest to kompulsywne poszukiwanie wartości w oczach innych, T jest nieszczęśliwy, kiedy świat nie chce mu dać tych nagród i hołdów, co sugeruje, że gdzieś tam jednak to poczucie wartości jest wybrakowane.

Smutna jest ta wewnętrzna pustka narcyza, potwornie męczące musi być to ciągłe zabieganie o podziw, a równocześnie może to być strasznie  dla świata niszczące.

Chrzanię wielkanocną kuchnię

Poświąteczne puzzle. Kolejny klient/pacjent się zgłosił i moje godziny zacznają wyglądać jak tetris: pacjenci/klienci, terapia, superwizja, szkoła, zajęcia dodatkowe Mo, od września znowu Amerykanie, których muszę wpisać w grafik, wychodzi z tego ból głowy, a teraz z klientami jeszcze większy. W to popołudnie, które mam akurat wolne w pracy, gabinet jest zajęty przez kogo innego, jeden pacjent pracuje na zmiany, czyli będę musiała rezerwować dwa różne dni i tak dalej. Mi pociesza, że na początku zawsze jest trudno, a ja układam tę układankę starając się mieć wiarę, że się da. Powoli.

Świąteczna zastawa pochowana, dostałam na 50tkę Bolka i już zawsze będzie bolek, na wieki wieków amęt. Lubię, a w dodatku nie mam miejsca na inne uroczyste talerze i miski.

Jedzenie świąteczne furrory nie zrobiło, okazało się, że u mnie w domu wszyscy kręcą nosem na weganski żurek, oprócz męża i mnie,  oraz nie ma amatorów białej kiełbasy – Mo nie lubiła, dziewczyna mojego syna nie je mięsa, Mi wiadomo największy woke w domu. Ciasto pistacjowe to już w ogóle tylko ja wcinam – okazało się, że smak zbyt intensywny dla pozostałych. Tak bywa. Mogłam zrobić bigos, no ale przecież to wielkanoc. Ta wielkanoc to za bardzo nie ma oryginalnej kuchni ani nic ciekawego, w Polsce jeszcze zawsze czekało się na nowalijki, ale teraz to żadna atrakcja, jak ogóry i szczypiory w Lidlu przez cały rok, więc nowości nie robią już stołu. No to co – chrzan?? kurcze blade.

Przez święta łyknęłam Instytut Żulczyka i prawie kończę Czarne Słońca. Instytut taka trochę kryminałka, czytadło, jak na Żulczyka proste, każda postać to stereotyp, ale dobrze wchodzi. Czarne Słońce to literatura odpychająca, dystopijna, nużajaca się w zgrozie i obrzydliwości i musiałam troche odpoczywać po pewnych paragrafach, ale jako czytadło dobra. Taka przerażająca fikcja polityczna, co by było gdyby faszole z kościołem przejęli władzę. Może trochę zbyt blisko rzeczywistości się robi i nie wiem, czy da sie w Pl czytać z dystansem – i tu trochę się cieszę, że nie mieszkam w ojczyźnie ani na łonie. Ojciec Prezydent, my ass.

Hail Mary skończyliśmy i mam mieszane odczucia. Naiwność filmu trochę odrzuca, ale też trochę pociąga – chyba brakuje nam wszystkim takich pozytywnych wizji właśne w tym momencie historii, kiedy tak na świecie się spierdoliło, a demencyjni wariaci robią co chcą. Ale czułam sie troche jak przedszkolak no i kto czytał braci Strugackich, tego Amerykańska wersja obcych nie ruszy. Dla mnie to taki trochę manifest Amerykanów, że jednak można zobaczyć w irakijczyku człowieka – bo tak mi się ten alien kojarzył, taki wytwór pustynni. Takie kino bardziej ku pokrzepieniu serc (no i jak ci obcy mogą latać ale nie znają promieniowania rentgenowskiego ani teorii względności?? Nie rozszczepili atomu??)

Ostatni tydzień zajęć w szkole. Staram się trochę posprawdzać zaległych wypocin, ale już wiem, że nie dam rady wszystkiego. Za to w klasie znowu będziem oglądać Pavee Lackeen i La Haine. I dobrze.

Zielono

Święta mijają swoim tempem.

Wczoraj byliśmy tylko we trójkę. Ad z Re miał przyjść później, a moja córeczka NIE LUBI ŻADNEJ ŚWIĄTECZNEJ POLSKIEJ potrawy, zaplanowałam zatem świąteczny obiad i nie robiliśmy nic specjalnego na śniadanie czekając na nich. Finalnie okazało się, że samolot z Edynburga był zabukowany po kokardkę i dali im po 250 e za to, że przylecą w nocy, więc będą dopiero dziś. Ten brak świątecznego śniadania zrył mi głowę i cały dzień mi czegoś brakowało, jak to nie wolno traktować zbyt swobodnie rytuałów.

Święta bez większych przygotowań w dodatku, bo ja jestem jeszcze trochę wyjęta. Ale zastanawiając się, czy mi się przyda glonojad na szyby postanowiłam sprawdzić w praktyce ile zajmuje mycie samych szyb, sprawdzając okazało się, że machnęłam wszystkie okna w domu w ciągu mniej więcej godziny z małym hakiem. Czyli się nie przyda, nie mam wielkich połaci szkła ani szklarni, a najgorsze są ramy. Żeby tradycji stało się zadość omietliśmy z Mi wszystkie kąty, on poodkurzał, ja odgruzowałam kominek, po cichu pozdejmowałam trochę ozdób halloweenowych i bożonarodzeniowych, ale akcja skończyła się, jak zaczęłam rozmontowywać długi łańcuch papierowy, co nam umila przestrzeń w pokoju od listopada, wparowało moje dziecko i łańcuch musi zostać.

Żeby trochę tę moją córeczkę upolszczyć i wciągnąć w przygotowania postanowiłam, że zrobimy mazurek z kremem pistacjowym, który moja córeczka własnoręcznie udekoruje. Lukier niestety wyszedł trochę za bardzo ciągnący się i nie dało się nic precyzyjnie wyrysować, ale pocieszałąm ją, że to pierwsza próba:

Dziś przyszli Ad z Re, wiec się postaraliśmy i kiedy wypasowalam biały obrus poczułam, że są święta.

W ogrodzie wszystko już ruszyło:

Ciasto na szczęście nikomu nie smakowało oprócz mnie, więc mam na tydzień,  jak to zawsze trzeba robić pod swój smak.

Mi w sobotę poszedł biegać w tę zieloność, przyszedł i go wąchałam, pachniał trawą i potem, ach, jak mu zazdroszczę!

Ja od jutra o samej wodzie:)

Blachara

Nie piszę, bo mnie wessało, mówiłam, tylko wrócę do pracy zaraz się zacznie!

Rany, hopsałam już sobie jako ta rusałka, w poniedziałek nawet kul zapomniałam do szkoły, bo tak już dobrze mi się chodzi w bucie, a tu dziś na kolejnej wizycie w szpitalu okazało się, że BLACHA MOŻE PĘKNĄĆ i muszę jeszcze się podpierać kulami. No i jeszcze w bucie parę tygodni.

Niby wszystko dobrze, ładnie się zrasta, widać już zręby tkanki kostnej, ale jeszcze za trzy tygodnie operacja wyjęcia blach, potem znowu rekonwalescencja przez cztery tygodnie i dopiero wtedy fizjoterapia i rehabilitacja i będę mogła próbować chodzić bez buta ortopedycznego.

Noż kurcze blade cholera jasna ileż można kuśtykać!

Muszę powściągać swoje tendencje do nie da się – jakto się nieda, bo już cisnęłam ćwiczenia tej stopy, a okazało się, że to blacha blokuje, a ja mogłam ją złamać.

Zapytałam się kiedy będę mogła biegać, podobno za rok.

Za to mam chyba kolejnego klienta, ale będę mogła się z nim spotkać dopiero za dwa tygodnie.

No dobra, wracam do moich studentów, boszszsz jeszcze tylko trzy godzinki i święta!