Ładnie, nie?Baba Warmińska co jest chłopem, czyli pierwszy gender na ziemich WarminskichWolę morzeNie jest źle, ale jak wyżej:)
Morze skradło moje serce i nic nie może się z nim równać, ale jak z tym się zgodzimy, to mogę przyznać, że tutaj też jest ładnie.
Woda ciepła, słodka.
Dno piaskowo- muliste.
Cały dzień nic nie robimy, tylko śniadanko, kawka, jezioro, obiad, relaksik, spacerek. Życie na daczy w lecie, mogłabym tak całe dwa miesiące 😄 Człowiek ma cały czas wrażenie, że coś się dzieje, dzieci biegają i chcą lody albo pograć albo na spacerek, przyjeżdża ten czy tamten, trzeba powitać, albo pożegnać, zaplanować wyjście nad jezioro albo zakupy.
Są tu ogromne kanie, ale nie wiem, czy się odważę zjeść.
Praca mi trochę humor zepsuła nowym planem zajęć, trzeba będzie powalczyć o przesunięcie jednej godziny, bo zmienili tak, że cały misternie ułożony plan sie wali jak domino. Na razie mówią że się nie da, będziemy negocjować.
Już gdzie indziej, już przenieśliśmy się z najpiękniejszej miejscówki nad Bałtykiem (sorry Teatru!), na Mazury. A właściwie na Warmię. Znowu sosnowy las i zapach, który mi zawrócił w głowie.
Tym razem pławimy się w luksusie, dom jest ogromny i bardzo wygodny, balkony, jasne drewno, duże przestrzenie, przepiękne łazienki przy każdym pokoju, kominek, świetnie wyposażona kuchnia, ekspres do kawy, pralki i suszarki do wyboru. Tarasy. Hamaki.
Jak dla mnie troche za duzo luksusu, ale darowanemu koniowi😁, wiec pławię się i korzystam, wysypiam na szerokim łożu i jem przy ogromnym drewnianym stole.
A do tego jezioro, supy, kajaki, trzcina i ptactwo.
Trochę zazdroszczę, a trochę się po prostu się cieszę, bo możemy się gościć i korzystać i odpoczywać, bo brat też się cieszy, że jesteśmy.
Dopiero teraz jest przestrzeń, żeby pisać.
Bo jak to robić na plaży, na piasku, na stołówce kolonijnej, w domu pełnym dzieci, braci, sióstr, szwagrów i szwagierek?
Mamy tam nad Bałtykiem swoje miejscówki, pensjonat stoi na skraju lasu, a na plażę idzie się pół godziny, można tylko na piechotę albo rowerem, więc nie ma straganów, frytek i tłumów.
Droga pachnie.
Cisza, albo nasze rozmowy o wszystkim i o niczym.
Puste plaże.
(Kocham kiczowate fotki).
Stołujemy się zawsze u kolonistów, tradycyjne obiady jak w sanatorium, z zupą, drugim i kompotem, a do tego pani Ania robi specjalnie dla nas wegańskie albo bezglutenowe, co tam akurat sobie wymodzimy- mistrzostwo świata! Ale trzeba być najpóźniej o 14.30, bo potem stołówka zamknięta, jak to na koloniach;) Więc rano jest najpierw śniadanko, kawka w domu i pierwsze wyjście nad morze, dwa kilometry w jedną, noga za noga, potem plaża, powrót, obiad, drzemka, a potem drugie wyjście. Nad morzem wszystko ma swój czas i swój rytm.
Ale to już za nami, teraz jeziora.
Grzyby, lasy, kajaki.
Wczoraj padało, więc Olsztyn.
Starówka, rzeka Łyna zaraz mi się z Trollą skojarzyła.
Wystawa Dwurnika, niestety w poniedziałki zamknięta.
Smętek, moja ulubiona książka z lat młodzieńczych mi się przypomniała (TropamiSmętka):
Synek kupił rękodzieło dla swojej Re i wylądował na insta pani artystki. Ja kupiłam książkę, może będę czytać:
Powolnym spacerkiem, kawka na rynku, jak to turyści (kawka niestety okazała się kiepska – bosz, kiedy oni się nauczą używać dobre mleko owsiane!!, ale syn mówi, że liczy się całość doświadczenia).
Tylko z czytaniem mi nie po drodze, bo jak tu czytać, kiedy rodzeństwo, ich partnerzy i ośmioro dzieciaków? Głowa mi się resetuje, żadna mądra myśl nie chce zamieszkać;D
Może teraz się uda poczytać, bo do brata przyjechaliśmy w okrojonym składzie.
Jutro rano wylatujemy, to sobie odpocznę i poczytam (już to widzę).
Do paseczków kupiłam spodenki w duże biale grochy, klasyka👌
Wszystko na styk. Jeszcze dziś rano bylam u pana Seamusa fizjoterapeuty, poskarżyłam się że boli i że kustykam, pokiwał głową, powiedzial ze 11 tys. kroków to nic dziwnego, że boli (ww wtorek trochę poszalałam i przegoniłam dzieci po mieście), dołożył nowe ćwiczenia, powiedział że jest postęp i może muszę po prostu wzmocnić niektóre mięśnie. Ale nie przesadzic, a z tym u mnie trudno😅
A może muszę wrócić do chirurga i poprosić o konsultację. Na razie ćwiczę, w Polsce idę do super polecanego ortopedy i zobaczę co mi powie, zobaczymy też co bedzie na wakacjach – być może to się ustabilizuje i trochę przestanie boleć.
Ostatnie dni z chłopakami, jak na razie bez wiekszych zatargow – choć przyklejeni do komórek bardziej, niż Mo. Trochę jesteśmy zmęczeni, to zrozumiałe – Mi cały czas pracuje na pełnej, w międzyczasie dostał awans i nowe stanowisko – ja trochę na pół gwizdka, jak to nauczyciele w wakacje;D Klient się znowu położył na kozetce, czyli tu wszystko dobrze, naprawiliśmy relacje. Z chłopakami też przeważnie da się dogadać, jak człowiek ma dystans i pamięta, jak sam był nastolatkiem. Trochę ich biorę pod włos, a trochę odpuszczam i pobyt powoli się kończy w przyjaznej atmosferze, z dość niewielkimi wyładowaniami atmosferycznymi.
Pakuję się.
Czy powinnam przestać kupować ubrania w paseczki? 🤔
Drugi stosik jest zielony i kolejny, mały różowy.
I żółty.
Lecimu z upalnego Dublina do przyjemnie deszczowej i chłodnej Polski😅
(Strach tylko pomyśleć dlaczego i jak to może się skończyć – podobno jak się jeszcze bardziej ociepli, to się AMOC wyłączy i w Irl bedzie jak na Islandii. Ech, trudno pogodzić te duże katastrofy z malymi radościami, jak morze w Rush dzisiaj).
Na lancz kupiliśmy fish & chips, być nad morzem na wyspach i nie kupić choć raz ryby z frytami to grzech. Ale po raz kolejny się przekonalam, że porcje jak dla wielkoludow, nikt nie jest w stanie ich zjeść, połowę frytek przynieśliśmy do domu i jutro będę wyrzucać, bo tłuste stare ziemniaki nikomu nie smakują. Ech, szkoda jedzenia. Ale napychac się tylko po to, żeby nie wyrzucać?
Po drodze na plażę malutka skrzyneczka Little Library, gdzie wyszperałam sobie książkę, którą właśnie pochłaniam (MilkFed by Melissa Broder). Dobra. Liberalna Żydówka z anoreksją zakochuje się w tradycyjnej Żydówce, która lubi jeść.
Uwiedziona latem i ogólnym klimatem wakacji pozwolilam sobie na loda z automatu, dzis cierpię – czerwone, swędzące plamy na twarzy. Może było coś jeszcze, co mnie uczulilo, na przykład w tej rybie, zawsze na fali entuzjazmu macham ręką a co tam!, a potem żałuję za grzechy i pokutuję przez tydzień. Ale stawy dalej nie bolą, a to najważniejsze. Przysięgam solennie poprawę i na jutro gotuję komose ryżową, czas wrócić na łono Abrahama, do krainy warzyw i zdrowych ziaren.
Dziś poszlismy na Blake’a do National Gallery, Jamama przypomniała, chciałam już od jakiegos czasu, a to ostatni weekend wystawy.
Choć nie przepadam za romantykami – gotycke zamki i te sprawy, to wiadomo, że Blake miał zdolności profetyczne.
Wujek Mi zabierający dzieciom komorkiDzieci w szponach komórekMy na przednich siedzeniach modlący sięozlitowanie, kiedy dzieci kłócą się i marudza z tyłu
Lipiec kładzie się upałem na drzewach, chodnikach, ulicach, ludziach i zwierzętach.
Kiedy rano odwożę chłopaków wącham jego zapach, to taki rzadki zapach w Irlandii.
W aucie gorąco, mam ciemne okulary i litr wody w butelce z rurką, a wczoraj nawet jechałam w krótkich spodenkach, co zdarzyło mi się tu PIERWSZY RAZ. Droga tam zabiera trochę ponad pół godziny, puszczam sobie i chłopakom podkasty psychiatryczne po angielsku, może coś zostanie im w głowach – wczoraj było o badaniach jak ćwiczenia fizyczne wpływają na zdrowie psychiczne, dziś o lęku społecznym, wywiad z gościem, który przeszedł całą drogę i sobie poradził. Chłopaki jednym uchem słuchają, drugim wypuszczają, do starszego pewno trochę trafia, ma 14 lat a zatem już coś tam rozkminia, dziś widziałam, że nadstawiał uszu, od września idzie do liceum, więc temat na czasie. Wracając dokańczam podcast, albo słucham sobie muzyki, wącham świat i oglądam Dublin latem.
Macham do dzieci na światłach.
Dziś zobaczyłam dziewczynkę – czekała, żeby przejść przez ulicę, mama z pieskami stała na rogu dla bezpieczeństwa, dziewczynka na oko dziewięcioletnia miała przejść przez ulicę sama, wyraźnie podekscytowana, może trochę zdenerwowana. Widziałam ją już wczoraj, dokładnie na tym samym rogu z mamą z pieskami, więc jej pomachałam, dziewczynka zanim pomyślała, to mi odmachała, potem się odwróciła do mamy, jakby przestraszona tym odruchem, bo przecież jestem obcą panią w samochodzie.
Droga na obóz sportowy wiedzie wzdłuż parku, jedziemy długo, bo to największy park w Europie. Park pachnie obłędnie, lipy, róże, trawy i rosliny, których nie sposób nazwać, pył i zapachy z pobliskich piekarni. We wtorek w drodze powrotnej zatrzymujemy się z Mo w Chapelizod i idziemy na łąkę, wystarczy nam dziesięć minut, żałuję, że nie kupiłam kawy w lokalnej kawiarence.
W inne dni zostawiam Mo w domu, nie ma potrzeby, żebym ciągała ją przez całe miasto w upale tam i z powrotem, zdążę ją podrzucić na gimastykę jak przyjadę.
Wtedy wracam sama i zastanawiam się, jak się czuję, że jestem sobą, jak tam w środku jest być mną, kiedy się na tym skupiam, wyczuwam coś wrażliwego i delikatnego w środku, co łatwo zranić, ale też łatwo odrasta, jak rośliny, które co roku ścina się do gołej ziemi.
A oprócz tego akurat dziś czuję radość z tego, że żyję, jestem, oddycham, mogę ten świat wąchać i oglądać. Ćwiczę pilnie codziennie, żeby stopa już przestała się gniewać, myślę o tym, jak dobrze czuć swoje ciało bez bólu, jak dobrze głęboko oddychać i jechać gdzie się chce.
Próbuję poczuć kto to jest ta ja, ta istota, która czuje i widzi i uzurpuje sobie prawo do myślenia, że świat jest taki właśnie, jaki mi się jawi.
Okazało się, że mierzyłam po ścianie, a powinnam po podłodze, bo przecież jest jeszcze LISTWA PRZYPODŁOGOWA, która zabiera nam półtora centymetra, KLUCZOWE 1.5 cm. Jeden wieczór zabrało nam złożenie jednej części Billiego. Drugi wieczór zabrało nam odkrycie tej przykrej prawdy braku półtora centymetra oraz pokonanie załamania. Trzeci wieczór zabrało nam wymyślenie sposobu, żeby się jednak zmieściła – I tu mieliśmy alternatywne rozwiązania a) upier.. listwy przypodłogowej, tak, żeby weszło albo b) upier.. jednej nóżki Billego. Ja byłam za listwą, bo jak ciachniemy nóżkę, to jak będzie regał stał? Mi za nóżką, no i mnie przekonał, bo listwa jest zabytkowa – ma 80 lat no i raczej szkoda by jej było dla mebla z dykty za 100 euro. No, ale to wymagało wymyślenia jakby ta szafka miała się trzymać bez nóżki, wymierzania ile tej nóżki trzeba opitolić, a to nie takie proste, jak wszystkie ściany są krzywe, łącznie z podłogą, a listwa kończy się półokrągło, a my nie mamy kątownika czy jak to się tam nazywa mierzenie ściany pod kątem. Wycinałam zatem kątownik z kartonu, no mówię wam, czułam się jak na zetpete, i tak precyzyjnie wszystko wyliczyliśmy, że oczywiście z pół cm za dużo ciachnęliśmy, ale oczywiście mamy słabą piłę, bo po co nam dobra jak stolarzami nie jesteśmy, więc myślenie czym to podkleić i tak dalej.
Ahoj przygodo.
Z szaleństwem w oczach i potem zalewającym czoło w najgorętszy wieczór w roku bawiliśmy się w rozwiązywanie łamigłówek naturalnych.
Oczywscie mogliśmy zapłacić 100 euro panom, żeby nam regał poskładali, ale gdzie tu zabawa?? I nauka, oczywiście, bo dopiero w takich momentach czuję, że mi mózg rośnie, powierzchnia istoty szarej się powiększa, neurony się reprodukują, no bo co to jest przygotowywanie wykładów, czy nawet prowadzenie zajęć po angielsku w porównaniu z upitoleniem nóżki regałowi Billy, przestawieniem półeczki i wywierceniem dziur, bo dopiero po dwóch dniach i czterech dziurach Mi kapnął się jak włączyć funkcję wiercenia udarowego w naszej wiertarce (właściwie czemu udarowa??), dzięki czemu następne trzy dziury to już była bułka z masłem.
Stan Billiego w środę:
Środa, godzina 21.30
(Chwilą nieuwagi i prawe drzwi założone odwrotnie🤯
Ale najważniejsze, że się albumy mieszczą
Jak widzicie jestem zajęta po same uszy, do tego przyjechała szwagierka z chłopakami, byliśmy nad morzem – z rzeczy dobrych, znowu się kąpałam!!! – byliśmy również na fantastycznej wystawie (zawsze mnie rozczulają ludzie, którzy wbrew wszystkiemu – wbrew represjom politycznym, systemowi, konieczości zarabiania kasy, robienia kariery i tak dalej – tworzą, malują, piszą, jakby cała ta rzeczywistość rzeczywista była tylko nakładką na głębię, jakby hierarchia i władza i bogactwo mniejsze miały znaczenie niż możliwość wyrażenia siebie).
Obstructingthedoorscouldbedangerous – no oczywiscie!
A teraz szwagierka wyjechała, a ja wożę dzieci tam i z powrotem na obozy i z obozów, najpierw chłopaków na sportowy, potem Mo na gimastyczny, potem odwrotnie, zabiera mi to trzy godziny, w przerwach staram się pchnąć szkolenia w pracy, superwizję, spisywanie sesji, szczepionki Mo (odkleszczowe zapalenie mózgu!), kwiatki, pranie, zakupy, gotowanie i sto różnych pierdół.