Dopiero co przetoczyla sie po netach dyskusja o Tokarczuk używającej AI I oczywiście Twardoch też został o to zapytany. Okazał się tu zupełnym ortodoksem – nie używa i nie będzie uzywal, uważa, że czytelnik pragnie dowiedzieć się, co myśli autor, nie czatgpt. W tym kontekście przypomnial mi się najnowszy wywiad z Dukajem, który akurat uważa zupelnie odwrotnie:
Używa, będzie używał i twierdzi, że niedługo nie odróżnimy książek pisanych przez AI od tych nie, a większość pisarzy będzie w jakimś stopniu korzystała, jeśli już nie korzysta, pomimo głośnych zaprzeczeń.
Nie wiem jak to będzie, chciałabym żyć w świecie Twardocha, ale realistycznie patrząc myślę, że nastanie świat Dukaja. No i akurat Dukaja nie można posądzić o niedostatki warsztatu pisarskiego, bogactwo jego języka i wyobraźni ustawia go w pierwszej lidze polskich pisarzy, niezależnie, czy się lubi ten rodzaj literatury czy nie, wiec to nie tak, że tylko słabi mają pokusę.
Ale jest jedna rzecz, w której AI jest i będzie słaby: jak to jest żyć w ciele.
Bo splotło mi się to akurat z tematem, wokół którego sobie krążę w myślach ostatnio, o ciele i cielesności. Czytam sobie Ogdena i on mówi o takim naprymitywnejszej fazie rozwoju ja, kiedy dziecko jeszcze nic naprawdę nie wie i nie kuma i ma tylko cielesne, czyli zmysłowe odczucia, jeszcze nie połączone w żadne myśli (dla fanów teorii pschoanalitycznych – jest to stan wcześniejszy, bardziej prymitywny od schizo-paranoidalnego, bo schizo-paranoidalny odnosi się do obiektów czyli rzeczy, a ten skupia się na powierzchni, nawet obiekty jeszcze nie istnieją w świadomości). Ten stan oczywiście nie jest tylko ograniczony do dziecięctwa, jest to po prostu pierwsza warstwa naszego ja, która się osadza w psychice. Teoria psychodynamiczna twierdzi, że w czasach kryzysu człowiek często się regresuje do tych wcześniejszych stanów, bo utrzymanie dorosłego self wymaga dużo wysiłku (bardzo mi to współgra z tym, co obecnie widzę u moich rodziców, ale to inna historia). W każdym razie to jest ta pierwsza warstwa naszej psychiki, pierwsze bycie w świecie, wszystko co przychodzi potem jest w tym zmysłowym odbieraniu świata osadzone. Bardzo trudno się o tym myśli, czy też pisze, bo to jest poziom dużo poniżej języka i w ogóle jakiegoś kognitywnego przerabiania świata, ale to jest taka rama, osnowa, nad którą się całe człowieczeństwo nasze i myślenie i uczucia nadbudowuje, czy raczej w czym się zakorzenia. Tak mi się to łączy jeszcze z tym, co mówi Solms o świadomości, że wynika z odbierania informacji z otoczenia i dostosowywania się do rzeczywistości.
No i AI tego nie ma, co moim zdaniem ma naprawdę poważne konsekwencje dla wiarygodności jego opisu świata. (Oczywiście zaraz zwolennicy AI powiedzą, że można je podłączyć do termometru czy hygrometru itd, ale to są pojednyncze kanały połączenia z rzeczywistości, a my mamy równocześnie włączone tysiące takich kanalików, które w dodatku są zintergrowane ze sobą i połączone z innymi ludźmi). Może kiedyś będzie miało, ale to już fantazja Lema, do której naprawdę daleko obecnym modelom językowym.
I tak mi się przypomniało, że kiedy byłam dzieckiem zdarzał mi się taki stan ciała i umysłu, takie uczucie – poczucie, takie bardzo specificzne fizyczne odczuwanie, jakbym była równocześnie malutka i bardzo duża, jakby owinięta w miękką watę, nadmuchana i wypełniająca sobą całą przestrzeń, a równocześnie jednowymiarowa.
Bardzo trudno to opisać, bo nie był to stan intelektualny, tylko takiego właśnie czucia zmysłowego ciała. Było to bardzo przyjemne i najczęściej zdarzało się tuż przed snem, pamietam, że leżałam w łóżeczku i próbowałam ‚wejść’ w ten stan, czasem się udawało, a czasem nie. Myślałam sobie o tym i nawet sie zastanawiałam, czy wszyscy go mają, jak na przyklad uczucie, że sie chce siku, czy tylko ja, parę razy ‚przyszedł do mnie’ również w dorosłości i zamierałam wtedy w bezruchu, żeby tylko go nie spłoszyć. Jest to stan błogości, spokoju i bezpieczeństwa, ale nie są to w żadnym stopniu uczucia, tylko realne fizyczne wręcz doznania – czuję się objęta i owinięta czymś miękkim i ciepłym i spokojnym. Myślę, że to zapisane we mnie wspomnienie właśnie takiego stanu przed-myśleniem, wspomnienie, kiedy mnie mama (albo tato) obejmowali, kiedy czułam się całkowicie zanurzona w tym objęciu, bezpieczna, taka malutka, a równocześnie taka duża, bo wypełniająca sobą całą przestrzeń wokół, a te ramiona też w jakiś sposób były częścią mnie, bo nie odróżniałam jeszcze wtedy gdzie mama, a gdzie ja.
Takie i inne zmysłowe wrażenia z ciała i otoczenia poprzez ciało, różne stany fizyczne, są już tłem, najczęściej zintegrowane z myśleniem tak idealnie, że nawet ich nie zauważam, biały szum, który jest gdzieś tam zawsze, teraz otoczony myślami i ideami i uczuciami. Ale większość naszego dnia upływa na sprawdzaniu tego tła, a raczej rejestrowaniu jego zmian, czuciu że duszno, albo ciepło, albo śmierdzi, albo pachnie babcią i domem, i to w dużym stopniu wpływa na nasze codzienne bycie, na to, jak sie mamy. Nasz świat symboliczny się z tego wywodzi, jest dodatkową nakładką na te informacje z ciała, nakładką, która właśnie powstała po to, żeby te informacje ze zmysłów bardziej efektywnie wykorzystywać.
No i AI ma tylko tę nakładkę, która bez całej reszty jest całkiem bezrozumna, mam wrażenie. Czat jest tylko zwykłym manipulatorem symbolami, ale te symbole nie mają przecież zakorzenienia w jego rzeczywistości. I to mnie w sumie pociesza:)
A ja może jestem zwykłym zjadaczem chleba, ale ten chleb ma konkretny smak, ma chropowatą skórkę i ciemnobrązowy kolor, a pachnie tak, że można pół królestwa oddać.

(Na marginesie – słuchałam sobie też ostatnio o DID, dysocjacyjnym zaburzeniu tożsamości, dawniej – osobowości wielorakiej, i też mi się to układa w jedną całość, bo DID polega na odłączeniu się od poczucia tego, co akurat dzieje się z ciałem i wobec tego jest zaburzeniem, bo nie pozwala zintegrować sygnałów z rzeczywistości, ale jest oczywiście też bardzo sprytną obroną, bo pozwala na ochronienie self kiedy te sygnały mówią, że dzieje się coś strasznie złego.)