Wszyscy przeżyliśmy święta (niektórzy nawet zmartwychwstali), a zatem możemy cieszyć się resztą życia.
U mnie dziś ostatni tydzień zajęć, mimo, że pracuję tylko trzy dni w tygodniu, ten tydzień był naprawdę obciążający – dużo rzeczy na wczoraj, dużo kombinacji przez lewe ramię, dużo organizacyjnych pierdół, w których nie jestem dobra. Zauważyłam, że w pewnym momencie za dużo szczegółów, które muszę doglądnąć, robi mi w głowie rozpierdol i zaczynam latać jak opętana gubiąc po drodze rzeczy i zapominając o ważnych sprawach. Oczywiście trochę się już nauczyłam to ogarniać, mam kalendarz, mam notes, mam pamięć podręczną w postaci męża, ale w jakiś dziwny sposób kajobraz po bombie to mój stan naturalny, jakiś prymitywny sposób na radzenie sobie z rzeczywistością, który już dawno nie jest sposobem, a ja ciągle go odtwarzam.
Część z tego jest mną, czuję, że ‚ja tak lubię’, jak na przykład kiedy gotuję to lubię jak kuchnia wygląda jakby piorun strzelił, nie cierpię sprzątać w trakcie, jakby to ograniczało moją kreatywność. Za to ogromną satysfakcję sprawia mi sprzątanie po, kiedy nagle wszystko wraca do stanu przed wybuchem.
Oczywiście burdel przy gotowaniu jest niegroźny, nie przeszkadza nikomu – mężowi zostało tylko zdziwienie, że nie obieram warzyw nad kompostownikiem, tylko nad talerzem, albo w chwilach wiekszej fantazji bezpośrednio nad blatem, a dopiero potem to sprzątam. Ciekawe jest to, że każdy z nas ma taki taki wewnętrzny wzorzec emocjonalno-behawioralny, kolorowy motyw przeplatających się stanów ducha i powiązanych zachowań, który się uaktywnia w różnych sytuacjach, przy czym w niektórych jest niegroźny, jak przy gotowaniu, w innych po prostu przeszkadza, a czasem może stać się niebezpieczny. Bo tu nie chodzi o to do końca o to CO się robi, o konkretne gesty czy czyny, ale jak to, co się robi, jest powiązane z konkretnym stanem ducha i jak bardzo automatycznie się to włącza w pewnych sytuacjach – im bardziej automatycznie, tym bardziej niebezpiecznie.
Śmieszne, terapia nie zmieniła odruchowych wzorców, ale sprawiła, że je zauważam i łatwiej mi mieć do nich większy dystans, w jakis sposób mnie śmieszą zamiast obezwładniać, a to pozwala się głębiej nie zakopywać i nie oscylować pomiędzy automatycznym schematem i poczuciem winy. Podobnie może to działać w zachowaniach nałogowych – i podobnie się z tym pracuje – opiera się na zauważaniu, jak się ktoś czuje, kiedy sięga, a to jest właśnie bycie swiadomym, że wzorzec się uaktywnia automatycznie – reflekcja może pomóc w przerwaniu tego automatyzmu.
W głowie pętają mi się też myśli o narcyzmie.
Dość powszechna jest obecnie opinia, że żyjemy w świecie, gdzie jest coraz więcej narcyzów, wydaje się mnóstwo poradników pop psychologii jak żyć z narcyzem, albo jak sobie radzić z narcyzem w pracy, ludzie identyfikują narcyzów po godzinnej rozmowie i tak dalej, jednym słowem określenie zrobiło zawrotną karierę. Wydaje się, że coś w tym jest, ale nie to, co się myśli.
Po pierwsze, powszechnie myli się indywidualizację – proces społeczny, w którym bardziej zaczyna się liczyć jednostka w stosunku do społeczności – z narcyzmem. W społeczeństwie współczesnym kultura z kolektywnej zmienia się w indywidualną, przoduje tu oczwiście USA, ale też kraje Europejskie nie zostają w tyle. W kulturze indywidualnej, mówiąc w skrócie, bardziej liczy się nasza wygoda, niż to, że się ciocia Jadzia obrazi i mam wrażenie, że tak jest właśnie rozumiany narcyzm – jako takie skupienie się na sobie, swego rodzaju egocentryzm. A to nie jest istotą narcyzmu.
Narcyz to jest osoba, która tak bardzo nie wie kim jest, albo nie czuje się wartościowa, że potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wartości z zewnątrz – jak w micie o Narcyzie i Echo. Narcyz potrzebuje Echo, żeby wiedzieć kim jest, wpatruje się w swoje odbicie, bo nie czuje się KIMŚ, nie ma tego wewnętrznego przekonania, że zasługuje na miłość, nie czuje, że ma prawo być jaki jest, czasem w ogóle nie czuje, że jest JAKIS, dopóki inni ludzie nie posłużą mu za lustro do odbicia jego własnego obrazu. Dla narcyza nie jest ważne, jak się czuje, właściwie nawet własna wygoda nie jest ważna – najważniejsze jest, jak wygląda, że się czuje i jak inni ludzie postrzegają, że on się czuje. Narcyz czuje wewnętrzny przymus, żeby być taki, żeby ludzie go podziwiali, zauważali, cenili, bo jak go podziwiają, to dopiero się czuje godny podziwu i wartościowy. Narcyz właśnie pójdzie do cioci Jadzi, mimo, że ciocię ma w dupie, bo ważne jest dla niego, żeby być postrzeganym jako ktoś dobry i wrażliwy na potrzeby innych. Narcyz wrażliwy wysprząta cały dom, wymyje wszystkie okna, nagotuje się jak głupi, a potem będzie narzekał, że nikt go nie docenia;)
Literatura bowiem rozróżnia narcyzm wielkościowy (jak np Trump) i narcyzm wrażliwy, delikatniejszy, mniej błyszczący. Te osoby łatwo zranić, bo tak samo jak narcyzi wielkościowi potrzebują uznania, ale nie są na tyle silni, żeby sobie je wziąć – często czują się niedoceniani, czują, że naprawdę należą się im szczególne względy, ale jakoś nikt im nie chce ich dać, inni ludzie ciągle nie zauważają, jacy oni są fajni i tak dalej.
Narcyzem każdy się rodzi i powoli z tego stanu wyrasta. Noworodek nie wie, kim jest, dopiero się tego uczy – Winnicott mówił, że dziecko przegląda się oczach mamy, która dzięki temu, że go widzi, daje mu jakąś tożsamość. Jest to naturalny proces, krok po kroku, powoli, jak to Nitzsche pisał ktoś ‚się staje kim się jest’, dlatego niektórzy mówią o pierwotnym narcyźmie – bo nie rodzimy się wiedząc, kim jesteśmy. Ale ta tożsamość się kształtuje i w końcu przychodzi taki czas, że musimy mieć tak dużo pomocy z zewnątrz – czyli podziwu i uznania – żeby znać swoją wartość. Momentami oczywiście dalej tego potrzebujemy wszyscy, tego zewnętrznego podparcia, jak człowiek który miał wypadek potrzebuje kuli, żeby się oprzeć – ale generalnie zdrowy i dojrzały dorosły robi różne rzeczy nie po to, żeby ktoś WIDZIAŁ, że je robi, i przez to dał mu potwierdzenie jego wartości, tylko dlatego, że te rzeczy są dla niego ważne.
W jakimś stopniu też każdy z nas ma narcystyczne cechy – lubimy być podziwiani i zauważani, ale u zdrowego człowieka to nie jest dominujące pragnienie, to nie jest jedyne, co warto w życiu robić. Nie-narcyz będzie robił ważne rzeczy również wtedy, kiedy NIKT NA TO NIE ZWRÓCI UWAGI, będzie po prostu robił swoje.
Czyli wychodzi na to, że narcyzowanie jest performatywne – to robienie czegoś tylko i wyłącznie dla publiczności. No i tu wracamy do obecnej kultury, która wydaje sie wzmacniać ten rys – te wszystkie blogi, hehe :D, instagramy, influencerzy, jutuberzy, twitterzy i tak dalej. Kiedy ważne staje się, że ktoś NAS OGLĄDA i podziwia, a niekoniecznie to, jak się naprawdę czujemy. W momencie, gdy uwaga niknie, pojawia się rozpacz, bo nagle nas nie ma – czujmy się jak dziecko, którego mama nie widzi i nie słyszy, a to jest przerażające.
Równocześnie chyba wszyscy trochę zazdrościmy narcyzom, szczególnie tym wielkościowym – bo wydaje się, że oni robią to, co chcą, są wspaniali i wszystko im się w życiu udaje. I stąd być może uczucie satysfakcji, kiedy ‚cieszymy się z cudzego nieszczęścia’, gdy wyjdzie na jaw jakieś szydlo z worka i okaże się, że ktoś nie jest wcale taki idealny, z czego żyją portale plotkarskie.
Myślę sobie, że wielu ludzi zazdrości Trumpowi i go podziwia w jakiś sposób, a on bierze sobie ten podziw aż do zakrzywienia rzeczywistości, bo kiedy ktoś go nie podziwia, T uważa to za jakiś błąd systemu. Ale równocześnie bardzo wyraźne jest to kompulsywne poszukiwanie wartości w oczach innych, T jest nieszczęśliwy, kiedy świat nie chce mu dać tych nagród i hołdów, co sugeruje, że gdzieś tam jednak to poczucie wartości jest wybrakowane.
Smutna jest ta wewnętrzna pustka narcyza, potwornie męczące musi być to ciągłe zabieganie o podziw, a równocześnie może to być strasznie dla świata niszczące.















