Poczucie humoru

Czas leniwie płynie w domu, ledwo wstaję, a już jest południe. Lubię spać i śnić, spanie to prawdziwa kontrkultura, w opozycji do kultury zapierdolu, luksus, który nic nie kosztuje, na pewno zdrowsze niż oglądanie rolek. Myśl z tyłu głowy, że ‚muszę odpoczywać’ powoduje, że bez wyrzutów sumienia śpię do 9. 30. Codziennie. Świat jest mniej kanciasty i zdecydowanie mniej bolesny, jak człowiek jest wyspany. Jeszcze zarzucam na noc kodeinę na raz, ale już niedługo.

Jak już się wyśpię, schodzę (trudno to nazwać chodzeniem, hehe), zjeżdżam na pupie na dół, bo jednak po schodach pewniej się czuję obecnie w parterze, mój ukochany mąż przynosi mi z góry kołderkę, dmuchaną poduchę do trzymania nogi w górze i różne inne niezbędne bambetle, które poprzedniego wieczora pieczołowicie zaniósł na górę, razem z herbatką, wodą, bananem i lekami (nienawidzę w środku nocy odkryć, że nie mam banana).

W dużym pokoju na stoliku od kawy już na mnie czeka śniadanko – owsianka z owocami – i kawka. Powłóczę się po blogach, poczytam co tam panie w polityce i tak mi czas zlatuje do południa. (Niektórzy to mają dobrze). Potem lunch, sałatka, którą sama sobie robię odkąd moja córeczka poszła do szkoły, następnie trochę popracuję – jakieś sprawdzanie esejów, jakieś slajdy, maile, jeszcze ostatnie dokumenty, bo legalnie do końca tego tygodnia jestem przecież w pracy – i tyle. Żałuję, że nie będę uczyła mojego ukochanego przedmiotu (omg, do czego to doszło, żeby tęsknić za pracą!). Ale zrobiłam gościowi trochę materiałów na pierwszy wykład, mam nadzieję, że go nie położy.

Tylko jutro muszę się sprężyć i przeżyć osiem godzin na zajęciach. (I wstać o 6 rano i się wykąpać). Wezmę sobie wygodną poduszkę, kocyk, termosiki, oraz sałatkę, którą dziś zrobiłam z komosy ryżowej z granatem, oliwkami, pistacjami, cebulką, ogórkiem i kolendrą. Założę szerokie szarawary w czarno biały ząbek psa i wełniany sweterek w kolorze wściekła fuksja, całości dopełni zielny akcent gipsu na lewej nóżce. Mój prywatny kierowca mnie zawiezie i pomoże mi wejść na górę z całym dobrodziejstwem inwentarza. Zadbam o siebie jak mogę, a w sumie fajnie będzie zobaczyć wszystkich, bo od miesiąca nigdzie nie byłam, bywam tylko w szpitalach.

Ale najważniejsza wiadomość tygodnia jest taka, że mogę prowadzić. Chirurg tylko się zapytał, czy mam automat i stwierdził ‚nawet gdybym pani obciął nogę, to mogłaby pani prowadzić, haha!’ No i ma rację.

Uwielbiam poczucie humory chirurgów.

🍀🍀🍀

Wyczekaliśmy się w tym szpitalu jak głupi, duzy szpital, ze 100 osob w kolejce do kliniki. Najpierw rejestracja, potem pielęgniarka, potem rtg, a na końcu spotkanie z chirurgiem, który operował. Nie widzialam go po operacji – jeszcze spałam, kiedy on poszedł do domu, bo tego dnia nie miał dyżuru. Ale warto było czekać, bo  dowiedzialam sie, że udało mu się poskładać moją pogruchotaną stopę do kupy, czyli zrobić wszystko co trzeba i nie bedzie kolejnej operacji! Wyraźnie był zadowolony swoją robotą, nie mógł się napatrzeć na moją nogę rtg, a ja się strasznie ucieszyłam, bo kolejne cięcie to kolejne tygodnie w gipsie, a już jestem miesiąc po wypadku. No to teraz tylko ‚od 6 do 12 tygodni w gipsie’:) Za 4 miesiące już tylko będą mi wyjmować blachy ze środka, śruby zostają. Dostałam nowe ubranko na nogę, dużo lżejsze.

🌳🙂🍀

Siedzieliśmy w tym szpitalu cały dzień na owsiance i kawie, wiec jak wyszlismy po 5 to Mi mnie zaprosił na fantastyczne jedzenie do palestyńskiej knajpy. Niestety,  zaparkowalismy jakieś 200 m od knajpy, coś mi strzeliło do głowy, że dam radę,  bo co to jest 200m, prawda? W połowie drogi o kulach w strugach deszczu byłam pewna, że zaraz się położę na tym chodniku, co za głupi pomysł. Naprawdę ledwo doszłam, ja to potrafie mierzyc sily na zamiary i sobie dołożyć do pieca, zatrzymywałam się pod latarniami, żeby się o coś oprzeć i odpocząć, a kiedy weszłam do środka ledwo mogłam mówić i osunęłam się na najbliższe siedzenie😄

Baba ganoush, tabouleh i pizza weganska dla Mi, zgrilowany kurak dla mnie

Ale było warto:) to nasze pierwsze wyjście od miesiąca gdziekolwiek i przez chwilę się poczułam jak normalny człowiek. No i tabouleh, moja ukochana surówka!

Chyba trzeba sie pogodzic, że jestem inwalidką na razie, ech.  Jak skończyliśmy Mi po prostu podjechał po mnie i zatrzymał się na awaryjnych na ulicy, bo nie było szans, żebym doszła.

Jeszcze tylko odebraliśmy Mo od Adka, ( który wczesniej zapomniał, że miał ją odebrać z lekcji muzyki, biedulinka czekała pół godziny sama w szkole i bała się, że się znowu coś stało) i nareszcie w domu.

Ale dałam radę i wobec tego w sobotę idę na zajęcia do kliniki. Wezmę sobie kocyk, poduszkę, lunch, termos z kawą i termos z herbatą i będę sobie siedziała na dywanie, z notatnikami i oloweczkami i odpowiednią nogą wyprostowaną. Problemem będzie tylko dojście, jak się przekonałam, bo zajęcia są w samym centrum, gdzie oczywiscie nie można nigdzie zaparkować. Ale muszę, inaczej mi nie zaliczą zajęć klinicznych, bo jedne już opuściłam.

A z pracy mam zwolnienie od poniedziałku na kolejne 6 tygodni😃 Ale w pracy przecież nie mogę siedzieć na podłodze, c’nie?

W górę serca

Zimno. W nocy palce wystające z gipsu mam zupełnie przemarznięte, muszę sobie zrobić mini skarpeteczkę na sam czubek stopy. Kupiłam se elektroniczny hygro- i termo-metr i mam zabawę sprawdzając na telefonie jak szybko spada temp po wyłączeniu kaloryferów (bardzo szybko).

Nie wiem, czy wiecie, ale w Irl nie ma centralnego ogrzewania i nie grzeje się cały czas, kaloryfery są włączane na chwilę i wyłączane jak zrobi się ciepło. Więszkość ludzi ma boilery na gaz albo olej opałowy, piece na węgiel zostały w Dublinie już w 1990 zakazane, od tego czasu mamy najczystsze powietrze w Europie, ha! To tak a propos tych złych ekologów. Od 2022 zakaz obowiązuje w całym kraju i nie ma, że boli. Obecnie w nowym budownictwie już nawet nie wolno instalować boilerów na gaz ani olej, tylko pompy ciepła albo elektryczne, nie wolno też budować domów z kominkiem, ale za tym większość Irlandczyków płacze, bo to ich ukochana tradycja narodowa – ja sama mam trzy kominki, prawie w każdym pokoju! (przypomniało mi się, że muszę jeszcze jeden zatkać, bo mi teraz wieje).

Ściągnęłam Tar i The Whale, oraz Red coś tam, wygląda na to, że w czasie choroby będę mogła zobaczyć co tam w kinie amerykańskim piszczy (nic ciekawego pewno;). Zrobię sobie Miesiąc Amerykański, jak w Lidlu.

Zaczęłam sweter, to znaczy zrobiłam na razie próbnik, haha. Ale piękne trzy sweterki z Benettona do mnie lecą, na razie utknęły na lotnisku w Milano. W sklepie kolejne przeceny, no i widzę, że potrzebuję przecież butów! Ech.

Powoli odkopuję się z esejów i prac licencjackich, praca dobrze mi robi na głowę.

Nastrój w porządeczku, a nawet lepiej, może prawdziwym sekretem zdrowia psychicznego jest wysypianie się? 😀 MI wstaje teraz o siódmej, ja też postanawiam i jakoś tak się dzieje, że otwieram oczy po 9. W nocy śni mi się, że leżę na skałach, a ocean ciągnie mnie do wody za tą poturbowaną nogę.

Ciekawa sytuacja światowa, którą trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony, oczywiście że działania trumpa na arenie międzynarodowej podnoszą włosy na głowie, widać, że amerykanie traktują Amerykę Pld jak swoje własne podwórko, a ich wchrzanianie się w sprawy Brazylii, Chile, Nikaragui, Ekwadoru, Panamy, Meksyku, Haiti, Gwatemali, Republiki Dominikańskiej, zamachy stanu przeciwko lewicowym przywódcom (Allende!), finasowanie i zbrojenie prawicowych bojówek i juntas są legendarne i nigdy nic dobrego z nich nie wynikło. Z drugiej strony Maduro był prawdziwym ch.., dyktatorem, który doprowadzał swój kraj do ruiny, który traktował Wenezuelę jak swoją prywatną dzierżawę i dzielił się zyskami tylko ze swoimi poplecznikami, poza tym który robił głównie interesy z Rosją (i oczywiście Chinami), no i cała ta akcja spowodowała, że Rosja wtopiła kupę szmalu!

Obalenie Nicolasa Maduro przez siły amerykańskie może oznaczać dla Rosji wielomiliardowe straty. Kreml przez lata inwestował ogromne środki w wenezuelski sektor naftowy i finansował reżim w Caracas, licząc na długoterminowe korzyści strategiczne i gospodarcze. Teraz przyszłość tych inwestycji stoi pod znakiem zapytania. (…) Według wyliczeń agencji Reuters, w latach 2006–2017 Rosja przekazała Wenezueli oraz państwowej spółce naftowej PDVSA łącznie około 17 mld dol. w formie kredytów, inwestycji i wsparcia finansowego. Pierwsza znacząca pożyczka, opiewająca na 2,2 mld dol., trafiła jeszcze do Hugo Cháveza. W 2009 roku podpisał on kontrakty na zakup rosyjskiego uzbrojenia, w tym czołgów T-72 i systemów obrony przeciwlotniczej S-300. (…) W 2017 r. Władimir Putin zgodził się na odroczenie spłaty zadłużenia o 10 lat, z terminem regulowania zobowiązań w latach 2024–2027. W zamian Rosja uzyskała dostęp do kluczowych aktywów energetycznych. Państwowy koncern Rosnieft stał się głównym wierzycielem reżimu Maduro, obejmując udziały w najważniejszych wenezuelskich złożach ropy. Caracas spłacało Moskwę surowcem, który Rosnieft sprzedawał następnie na rynkach światowych. Po objęciu PDVSA sankcjami w 2020 r. Rosnieft formalnie wycofał się z Wenezueli, sprzedając swoje aktywa nowemu podmiotowi — Roszarubezhneft, spółce w całości kontrolowanej przez rosyjskie państwo. Był to zabieg mający ograniczyć skutki sankcji, ale nie rozwiązał fundamentalnego problemu politycznego ryzyka.’

Innymi słowy, ch.. bomki strzelił Putinowi i to jest dobra wiadomość!

Rzadko cytuję takie ściany tekstu, ale chciałam wam powiedzieć, moi drodzy, w górę serca, akurat przewrotnie TEN kretnizm może być dla nas dobry:D

Ale biedna ta Ameryka Płd. Wykorzystywana przez wszystkich, najpierw przez Europę, potem przez USA, a cały czas przez własne elity, które się oczywiście wywodzą z Europy. Wydaje się, że grzechem pierworodnym jest ogromna koncentracja ziemi i bogactwa przez post-kolonialne elity, to, co dało sie zrobić w Europie – parcelacja wielkich majątków, np reformy rolne w Polsce, Land League w Irlandii – zostało zablokowane w Ameryce Pld. No i monokulturowa gospodarka, paradoskalnie, ich żyzna ziemia i zasoby naturalne trzymają gospodarki w zacofaniu, bo zyski z uprawy monokulturowej latyfundiów są takie, że gospodarki nie muszą/nie chcą się modernizować. To jak XVII wieczna Polska i szlachta handlująca zbożem i wyciskająca wszystko co się da z pracy chłopa pańszczyźnianego. I ciągła tęsknota lewicowa, bohaterowie zbiorowej wyobraźni jak Che Guevara, który na szczęście umarł młodo, nie tak jak Castro, który niestety nie umarł odpowiednio wcześnie.

Ale muszę coś wiecej poczytać

A jutro wizyta w szpitalu, zobaczymy jak się zrasta i jakie są prognozy na przyszłość.

Jak przegrałam debatę

Poniedziałek zaczął się dobrze.

To znaczy nie dla wszystkich, bo Mo miała taką małą malutką nadzieję, że tutaj też tyle śniegu napada, że zamkną szkołę. Kazała mi sprawdzać prognozy pogody przed spaniem, a potem uczyłyśmy się prawdopodobienstwa (mamo, jaka jest SZANSA, że zamkną szkołę? 2%. Czyli zamkną??) …

…Pamiętam, że w dzieciństwie było to moje Wielkie Zimowe Marzenie, no i teraz wam oczywiście zazdroszczę! Ja wiem, że lawiny, że brak prądu, że zawalone dachy, ale takie małe dziecko we mnie nie może się napatrzeć na zdjęcia z Polski…

Niestety. Szansa była mała, a pobudka o 7.20 bolesna – ale nie dla mnie, bo ja się tylko przewróciłam na drugi bok, hehe. (Od paru dni Mo męczyła nas, żebyśmy zrobili TRENING wstawania o siódmej, nie udało się jej ani razu dobudzić nas przed 9.)

Ale poniedziałek zaczął się dobrze, bowiem się właśnie dowiedziałam, że jest szansa, że praca zapłaci mi pełną pensję przez trzy miesiące zwolnienia. Przyznam, że bardzo mnie to ucieszylo, bo kredyt, bo wydatki, bo gabinet, bo teraz leki, a zasiłek chorobowy w Irl wynosi dużo mniej, niż zarabiam. Spędzało mi to sen z powiek do tego stopnia, że wczoraj wieczorem wymyśliłam, że kupię sobie knee scooter

i będę śmigać do pracy, na te wykłady, na których muszę być osobiście.

Mi się tylko pukał w głowę i przewracał oczami.

Ale nie idę na zwolnienie w tym tygodniu, dopóki jeszcze nie muszę być w szkole. I tak mam eseje i prace licencjackie do sprawdzenia, przygotuję też trochę materiałów dla kogoś, kto przejmie na parę tygodni moje ukochane dziecko, nowy przedmiot o migracji. Nie chcę żeby mi go ktoś spartolił i uczył nie po linii partyjnej😁 bo to ja decyduję o czym będziemy rozmawiać na zajęciach. Ale muszę zostawić materiały w takim razie, bo sam se z głowy nie wyskrobie.

Południe, słońce dalej świeci. Na dworze badzo zimno. Napisałam do szefowej, zadzwoniłam do szpitala.

Nawet w dupie można się urządzić.

Tesco przyniosło zakupy.

Zaczęłam czytać książkę od syna, 1000 stron, chyba chciał, żeby mi starczyło na cały rok.

Mam parę filmów do obejrzenia, może się przekonam do współczesnego kina amerykańskiego (nie ma szans😁)

I prawie wygrałam debatę z koleżanką, która zawsze ma gorzej (nieee, spoko, na pewno nie jest złamana! Gdyby była złamana, to byś nie mogła w ogóle na niej stanąć! Jest złamana?? Ooo, ale nieee, pokaz zdjęcie, eeee, moja wyglądała o wiele gorzej! Spoko! Bedzie dobrze! Będziesz miała operację? Oooo, tooo nawet lepiej! ja bez operacji to musiałam mieć sześć tygodni w gipsie, żeby się zrosła! Bedziesz miała śruby? Eeee, zobaczysz, po tygodniu bedziesz mogła śmigać! Moj tato miał śruby i po tygodniu jeździł na nartach! Masz nogę w gipsie i będziesz miała drugą operację i nie wiadomo ile w gipsie???? (Ja: ale cieszę się, że nie jest tak źle, ty to miałaś ciężko!!!) Koleżanka: nieee no, dałam radę, tylko ta nuda siedzenia w domu mnie dobijała!

😆

Moja perspektywa

Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba…

Moj punkt widzenia, od dwóch tygodni

Takie piekne kolczyki mąż mi kupił w Porto. Trzy pary, ‚bo wiem, że gubisz i żebyś się martwiła ‚😅 (obrazeczek zimowy by Mo).

No i pierwsza książka skończona w 2026:

(Zamierzam zapisywać, bo najwyraźniej mam jakiś kompleks😆)

Dobra. Wywiad z nowojorskim psychoanalitykiem. Lata 70′, stara Freudowska szkoła, najbardziej konserwatywne myślenie o psychoanalizie, kiedy analitykiem mógł zostać tylko ktoś po studiach medycznych. I Nowy York😃Tweedy, okulary szylkretowe, kozetki i zimny, wycofany terapeuta. Krytyka innych szkół, jako tych, co niepotrzebnie odkrywaja koło (Kohut, Jung, Ferenczi, Adler, rozśmieszyli mnie ‚wyklęci Kleinisci’ – stare rany dalej bolą, hehe), troche dobrych słów o Winnicott’cie – ale jak nie powiedzieć dobrego słowa o gościu, który na swojej liście warunków koniecznych dla terapii, umieszcza punkty ‚analityk jest realnie obecny, żywy i oddychający’ oraz ‚analityk nie ulega zniszczeniu’. Pierwszy rozdział to wprowadzenie do teorii, trochę przynudnawe, ale potem dużo plotek o środowisku, o pacjentach, udanych i nieudanych terapiach, hierarchicznej organizacji, kasie i rywalizacji. Pomyślałyby kto, że terapeuci, tfu, przeanalizowani analitycy są od tego wolni😄 Kto zna środowisko, ten wie, że nie, co więcej, wyobrażanie sobie, że tak, to myślenie magiczne i dziecięce omnipotentne postrzeganie rodziców. Ale – jakby powiedział Giodano Bruno – a jednak się kręci.

Aaaa, i widzielismy La Jetee – pierwowzrór 12 Małp, ale to jest kino!

Jeszcze straszniejszy i jeszcze dziwniejszy. Francuskie i Brytyjskie filmy są tak dużo lepsze od Amerykańskich, że aż niemożliwe. Mam przesyt amerykańskim kinem, ten ich styl opowiadania, te maniery kulturowe, ten sposób zachowania, zawsze taki trochę ‚over the top’. Np Brytyjskie kino familijne Nativity! – niby to samo, co w setkach innych filmów, niby jakaś wersja świątecznego Kevina, a jednak broni się wdziękiem, niby sztampa, ale mniej sztampowa niż zwykle, i do tego te angielskie detale!

Dwie rzeczy

Po pierwsze kaczka

Dzisiejsza kaczka

Po drugie… umyłam sobie nogę! Takie akrobacje muszę wyczyniać, żeby się umyć, że codziennie tylko zęby, ręce,  twarz. Co trzy dni włosy i inne rzeczy, wiadomo. Ale nogi, moi drodzy, nogi są najtrudniejsze do mycia i dziś właśnie wymyśliłam, jak umyć sobie tę jedną zdrową stopę. Great success😄

A po trzecie, od wczoraj odstawiłam dragi przeciwbóle w dzień. Teraz tylko morfinka, tfu, kodeinka i panadolek w nocy, bo w dzień taka śnięta nie mogę być, już się zaczęłam zastanawiać, czy narkoza mi nie przepaliła reszty komórek mózgowych, czytam eseje i nic nie rozumiem. Już nie boli cały czas, czyli idzie ku dobremu. (Ale czeka mnie jeszcze jedna operacja 😭😭😭)

Stary człowiek i może!

Nigdy nie robię podsumowań minionego roku, bo przecież data nie ma znaczenia, ale leżenie do góry cyckami przez 23 godziny, z przerwą na mycie zębów, generuje różne pomysły.

A zatem zacznę od rzeczy najważniejszych, zrobiłam dwie czapki na drutach. Jedną dużą, jedną małą, obie ciepłe, jedna delikatna i elegancka, druga to po prostu czapiszcze, miała być na polską zimę, akurat by się przydała. Ale się nie przyda, hahaha.

Po drugie, nie wiem, wszyscy piszą o książkach, a ja się czuję jak ten łoś bo jak to – czytam i nie piszę, że czytam? to może wcale nie czytam? zaczynam się zastanawiać, bo skąd to niby wiem, że czytam, jak nie piszę, że czytałam? No nie jest to proste. To napiszę, żeby było czarne na białym i żeby w przyszłości jakiś czatgpt wiedział, jakby co, bo inaczej przepadnę w mgle przeszłości, jak ci bezimienni Rzymianie, o których pojęcia nie mamy, bo nawet prosa na kredyt nie brali żeby ich długi ktoś chciał zapisac, a zatem przeczytałam parę książek, niektóre do połowy, z niektórych tylko rozdział, czasem ten, który mnie interesował, często ten, który musiałam, skonsumowałam również dziesiątki artykułów z literatury fachowej, mniej lub bardziej sensownej. Czasem ciekawej. I oczywiście postanawiam znowu uroczyście czytać więcej literatury pięknej, ale co zrobię, jak z tą piękną problem, bo większość jest niestety brzydka, albo nudna, albo płaska. Albo głupia i nie trzyma się kupy.

Po trzecie, po raz pierwszy w życiu złamałam nogę i nie jest to doświadczenie, które chciałabym powtarzać. W zeszłorocznych noworocznych życzeniach, kiedy mówiłam o ‚próbowaniu nowych rzeczy’ nie miałam na myśli łamania nóg, ktoś mnie źle zrozumiał. To teraz już mówię wyraźnie, żeby nie było nieporozumienia: nie, dziękuję, byłam, widziałam, przeżyłam i nie chcę dokładki.

Po czwarte, Mo zaczęła grać mi na pianinku z prawdziwą przyjemnością, co uznaję za SWOJE osiągnięcie. Trzy lata wożenia bachora tam i z powrotem i piłowania czachy ‚a ćwiczyłaś dzisiaj? nie, nie musisz, to jest twoja sprawa, tylko mi powiedz, to zrezygnujemy i nie będziemy niepotrzebnie płacić’. A teraz co wieczór włącza disco light, siada i z emfazą gra swoje ulubine melodyjki i własne kompozycje, dla mojej nogi, żeby się zrastała. Po namyśle stwierdzam, że warto było złamać.

W tym roku również zakończyłam moją przygodę z Hogwartem. Skonkludowałam roczną obserwację niewinnego infanta, nie przerobiwszy go na macę, ale na 3000 słów ciężkich wypocin, założyłam uroczyste szaty i podczas ceremonii przy wtórze organów i podniosłego pienia wręczono mi dyplom magistra Magii, Snów i Miazmatów Duszy Ludzkiej na podstawie 16.500 słów napisanych (nie przesadzam) własną krwią. Często po nocy i w rozedrganiu. Przeszłam zatem do kolejnego etapu i zostałam Adeptem Magii, Snów i Miazmatów Duszy Ludzkiej w Praktyce Klinicznej, a w grudniu pierwszy bogu ducha winny człowiek zwrócił się do mnie po pomoc. Szkoda, że stało się to trzy dni po tym, jak złamałam nogę, no ale przecież noga do interpretacji snów nie jest potrzebna, prawda?

Oprócz tego z Mi kąpaliśmy się w zimowym morzu (19 stycznia), kontynuowaliśmy bieganie, ale słabo, wiec się nie liczy, a w pracy państwo irlandzkie zaaprobowało plan wlewania oleju do głowy studentom przez następne pięć lat, co oznacza, że pracy w pracy nie zabraknie. To dobrze, bo musze z czegoś opłacić gabinet, z którego na razie w ogóle nie korzystam i jak widać, nie prędko skorzystam. (Chyba, że sama będę tam leżeć na kozetce, hmm, może to nie głupi pomysł?)

Kończąc ten przydlugi wpis dodam, że wszystko to zdarzyło się w roku, w którym skończyłam 50 lat, nieprawdą jest zatem, że starzy ludzie nie moga. Stary człowiek też może. A raczej morze.

Jak nie być upierdliwą

Sekret jest tylko jeden, i tak, to jest właśnie to, o czym myślicie (odpowiedź znajdziecie na końcu wpisu).

Jak każda królowa przyjmuję wizyty. Dziś kolejna koleżanka, co prawda musiałam się trochę ogarnąć, umyć głowę, zmienić piżamkę, ale fajnie jest jak ktoś chorego odwiedzi.

Z Mi siedzimy już sobie trochę na głowie, po początkowej mobilizacji, kiedy człowiek jest wrzucony w całkiem inną rzeczywistość, przychodzi nowa codzienność, która jest po prostu męcząca. I tak mam szczęście, że ma urlop, więc może służyć jako przynieś, podaj, pozamiataj, ale to, jak wiadomo jest dość męczącą rolą. Staram się nie być upierdliwą babą, której wszystko przeszkadza, i muszę przyznać, że dragi w tym wybitnie pomagają. Nie wchodzę zatem do kuchni i nie kontroluję, czy posprzątał blat, przecież wystarczy, że mam podanie śniadanie, obiad, kolację, herbatkę, kołderkę, książeczki, jabłuszko i leki. Kołdrę z góry przyniesioną, nadmuchiwaną poduszkę do trzymania stopy w górze nadmuchaną i sto trzy inne rzeczy, które nagle robią się niezbędnie potrzebne.

Stan ducha pozytywny, nastrój stabilny, emocje zrównoważone, na razie wygląda na to, że to przeszkoda, którą się pokonuje, wymaga to wysiłku i kombinowania, wszystko jest trudniejsze, ale przecież nie niemożliwe.

Podobno, żeby zachować pogodę ducha na starość trzeba robić rzeczy trudne i frustrujące, sprawdziłam zatem dziś dwa eseje, walcząc w dodatku z zamykającymi się powiekami, od razu karma na starość podskoczyła.

(Kupiłam sobie w nagrodę trzy sweterki z benettona, jest przecena, a zanim zrobię swój upłyną eony. A swetrów nigdy za dużo, zwłaszcza w Irlandii. Powinnam wyczaić też jakieś staniki, bo nic tak kobiecie nie poprawia humoru, ale na razie fundusze się skończyły – muszę zapłacić za gabinet, z które na razie nie korzystam, hehe.)

Poza tym solapadine ma w sobie kodeinę, która w wątrobie zamienia się w morfinę, no i już wiem dlaczego cały dzień jestem jak kwiat lotosu, podsypiam i wkręcają mi się jakieś delulu. Ale najważniejsze, że do przodu.

Kronika leżenia

W nocy sny. Jadę wielką, starą ciężarówką, nie wiem czemu zatrzymuję się na środku miasta, do kabiny włażą mi jakieś dzieciaki, wyrzucam je, ale teraz nie mogę ruszyć. Pedał gazu jest taki malutki, a kabina taka wielka, jest jeszcze hamulec o kształcie deskorolki, który widzę pierwszy raz w życiu. Zastanawiam się jak sobie poradzę, ale jestem zdeterminowana, będę próbować. Budzę się o pierwszej i nie mogę spać, środek nocy, dwie godziny do kolejnej dawki, żeby noga przestała boleć. Czytam, staram się ignorować ból nogi, oraz po chwili ból żołądka, przecież nie zejdę w nocy po schodach do kuchni i nie znajdę tabletek w apteczce, w końcu budzę Mi i proszę o przyniesienie Rennie. O trzeciej łykam jedne i drugie dragi, zawijam się w kołdrę i cała spocona w końcu zasypiam.

Rano układam rzeczy na stoliku od kawy.

Wiem, że muszę mieć plan, żeby zachować porządek w głowie i spokój. Więc eseje, muszę zacząć sprawdzać eseje, odłożyć komórkę, skupić się na książkach. (A co z książkami na komórce?). Zacząć przygotowywać wykłady do nowego przedmiotu. Wyciągnąć wełnę, puszysty moher i merino w kolorze brzoskwini przełamanej wyblakłą różą, i w końcu zacząć robić ten sweter, który ma być jak ptasie mleczko, różowo koralowa chmurka na zimę. Petit Knits, przypomina mi się wzór swetra w kolorze starego złota, który zrobiłam dla mojej córeczki, którego on nie chciała nosić, ale nie pozwoliła nikomu oddać.

Robię sobie okłady z literatury fachowej, czytam Segal i o Segal. Uspokaja mnie jej rozumienie duszy ludzkiej, bez uproszczeń i ułatwień, prawdziwa królowa ciemności. Urodziła się w Warszawie, za młodu sympatyzowała z Trockistami, potem wojna, ucieczka do Londynu, studia medyczne i analiza u Klein, żywej legendy. Jak nikt inny rozumiała dwie rzeczy: sztukę oraz ciemną stronę natury ludzkiej, tę całą destrukcję, którą nosimy w sobie na codzień.

W tym czasie Mo z Mi nad morzem, wysyłam ich na wycieczkę, coby sobie odetchnęli i odpoczęli:

Kiedy ich nie ma, znowu śpię. Potem przywożą mi sushi znad morza.