Nareszcie leje

Ostatnie tygodnie w Irlandii pełne były słońca i radości, jeśli ktoś liczył na romantyczną mżawkę czy sentymentalną zadumę w zachmurzonym, łagodnym krajobrazie, to się przeliczył. Świeciło słońce, dawało po oczach i skórze, co z tego, że temperatura lewno dociągała do 16 stopni, w porywach do 20, było tak słonecznie, że przypomniała się moja alergia i musiałam w czeluściach apteczki odszukać steryd do nosa, którego w Irl raczej nie używam. Ale już dzisiaj wszystko wróciło do normy. Leje. Stęskniłam się za deszczem.

Nowy zawód powoli i delikatnie wsącza się w moje życiu. Słowo ‚powoli’ dobrze to ujmuje, bo jest to posuwanie się do przodu tiptopkami. Trochę z powodu mojej nogi, oczywiście – na trzy miesiące musiałam spauzować przyjmowanie nowych klientów – a trochę dlatego, że muszę zrobić na to miejsce, a to nie jest takie proste – moja pierwsza praca, z której się utrzymuję i która na razie finansuje całe to hobby, zajmuje mi trzy wieczory w tygodniu. To znaczy nie akurat teraz, ale w czasie roku akademickiego, a wiadomo, że klienci mają czas raczej popołudniami i wieczorami, no i już przekonałam się na własnej skórze, że rano jest trudniej. Musiałam zatem podjąć decyzje, ach jak nie lubię podejmować decyzji! zwłaszcza tych, co są obarczone ryzykiem i niepewnością. No, ale na ranne godziny mnie zawiodły, więc czas zmienić założenia. Może jak już będę sławna, to ktoś się skusi.

Wczoraj humor taki sobie, dotarło do mnie, że mam gwóźdź w nodze i że już tak będzie zawsze. Gwóźdź mnie pije i przeszkadza w ćwiczeniach i boję się, że tak zostanie, chyba po cichu liczyłam, że jak blachę mi wyjmą to już będzie z górki, jak ktoś mi napisał. A tu guzik. A raczej gwóźdź. Alei próbuję chodzić bez buta orto, najpierw pojedyncze kroczki do toalety w niedzielę, teraz już nawet wchodzę po schodach. Ogromny sukces – człapię jak osiemdziesięcioletnia babcia, żółw Zenon mnie wyprzedza na luziku. Załamało mnie to wczoraj, to okropne uczucie, że coś mi w nodze zawadza (TAKE IT OUT!!!), Mi mówi, że to dlatego, że oczywiście cisnęłam jak mały kazio z ćwiczeniami, jak tylko mi pozwolili, a powinnam powoli i stopniowo.

Z tego wszystkiego (i jeszcze innych rzeczy) nie lecę w tym roku w czerwcu do Pl – i tak nie mogłabym pojechać sobie w moje góry, więc wyjazd traci połowę uroku. Posiedziałabym z mamą, pogadałabym z tatą, ale to duży wysiłek dla Mi, bo musiałby przywozić i odwozić Mo codziennie, a przy jej ilości zajęć jest to skomplikowane, więc chyba nie ma sensu.

Czuję, że jestem w takim miejscu, że wokół mnie same ruchome elementy, bardzo trudno to wszystko poukładać i jeszcze muszę wszystko robić powoli. Ale staram się, w przyszłym tygodniu spotykam się z jedną właścicielką kliniki, bo tam, gdzie obecnie jestem mam tylko jeden wieczór do dyspozycji. Ale jak będę pracować cztery wieczory w tygodniu, to kiedy będę ze swoim dzieckiem? Na szczęście dziecko rośnie. Ale trochę to wszystko trudne.

Tydzień jak dym

No co to był za tydzień, gęsty od wszystkiego!

We wtorek miałam ostatnie spotkanie z mistrzami magii i ortopedii, widziałam zdjęcia, nareszcie wiem, co mi wyciągnęli z nogi, otóż trzy śruby i blachę, została samotna jedna śruba, będzie sobie samotnie siedzieć i pipkać na bramkach.

W poniedziałek miałam klienta pierwszy raz na kozetce:)

A jeszcze wcześniej, w niedzielę, w pierwszy majowy weekend zrobiliśmy znowu ognicho i wszystko śmierdziało dymem przez trzy dni. Prawdziwe majowe ognicho, wprawdzie w misie, ale z kiełbaskami i maszmalołami, Mo początkowo chciała tylko rodzinnie, ale skończyło się na dzieciakach z ulicy smażących z nią polskie kiełbasy. Mo nałożyła dzinsową katanę i swoje społeczne self, widziałam ten błysk w oku i gest odrzucania włosów, w tym dżinsie i tych swoich włosach amerykański blond, jak sie kiedyś wyraziła się fryzjerka, wyglądała już jak prawdziwa nastolatka. Chłopacy w nią patrzeni jak w obrazek, Lu cały dumny opowiadał Ca co robili z Mo przez cały dzień, że najpierw na ulicy grali w one in four, potem u niego w domu w darts, czyli rzutki, potem się lali wodą, bo przecież maj i słońce, a potem rozpaliliśmy wreszcie ognicho, to już było tak fajnie, że będą to wspominać do końca życia, te majowe wieczory, ten ogród i dziewczynkę z gołymi nogami.

Old money blond bez pieniędzy

Żeby zainaugurować nowe życie zostawiłam jedna kulę w szpitalu. Z butem orto juz nie używam, ale jedna jeszcze może być potrzebna, jak będę chodzić bez orto. Powiedzieli, że mogę, ale ostrożnie, na razie się boję 🤯 Stopa jest obecnie jak drewniany klocek doczepiony do nogi. Teraz rehabilitacja, dostalam taśmę w szpitalu i będę ćwiczyć. Podobno za dwa miesiące mogę próbować jeździć na rowerze, a za rok biegać. Jest nadzieja🙂

Jutro zajęcia, tym razem o tym, jakie są podobieństwa neurozy i psychozy, czyli ciekawie.

Alergie

U nas ciągle majówka, bo dziś bank holiday, czyli wszyscy mają wolne. Oprócz mnie, bo zgodziłam się dziś przyjąć klienta/pacjenta, w ciągu roku jest 10 poniedziałkowych dni wolnych i trochę to zaburza pracę.

Wstałam trochę zła, bo znowu mam czerwone oczy doświadczalnych królików, i to nie od narkotyków, jak śpiewał klasyk. I do tego czerwone swędzące placki na twarzy, przeglądam zatem w pamięci, co wczoraj był spożywane i znajduję potencjanego winnego w postaci musztardy (kwas cytrynowy). Mogły to być jeszcze truskawki.

Te cyrki ze skórą to napewno nie menopauza, bo po pierwsze jeszcze nie mam, po drugie od zawsze, od kiedy pamiętam, miałam dziwne alergie.

Kiedyś lata temu w Pl zrobiłam sobie testy skórne w Instytucie Alergologii i wyszło mi uczulenie na wszystko, co tam mi podali, oprócz pleśni:D (dokładniej: Aspergillus, bo Agniecha pisze ze sa rozne rodzaje plesni). Czyli białko jaja kurzego, truskawki, brzoza, żyto, polopiryna i sama nie wiem co jeszcze, bo było ich ze dwadzieścia, sam nie wiem co się tam jeszcze zmieści, jak pisał inny klasyk. Nie duża alergia, nie zagrożenie życia, ale upierdliwe czerwone swędzące placki, okresowo oczy królika i ogóle poczucie niefajności. Trzydzieści lat temu odczulałam się na pyłki traw i żyto, trwało to parę lat i pomogło, to znaczy dziś nie umieram od kataru, tylko trochę mnie nos swędzi.

Mam alergie pokarmowe (np orzechy, najbardziej włoskie, niestety, jaka, ale to olewam, bo nie mocno, truskawki, też czasem olewam), wziewne (pyłki traw, brzozy, żyta) i kontaktowe (nikiel! nie mogę nosić żadnych zegarków).

Ale największym odkryciem uczuleniowym, dzięki któremu jakość mojego życia wskoczyła na inny poziom, jest zdemaskowanie metyloisothiazolinone, benzoisothiazolinone, czyli …isothiazolinone, konserwanta, który jest dodawany masowo do płynów do mycia naczyń, mydeł w płynie, szamponów, balsamów do włosów, nawilżanych chusteczek dla niemowląt, farb do ścian, klejów i tak dalej. Jest dużo badań o szkodliwości tej substancji, ale została zakazana na razie tylko w kosmetykach, które zostają na skórze, czyli np. kremach, dalej można jej używać np. w mydle w płynie. Skutkiem czego albo a) nie mogę myć rąk w pracy i toaletach publicznych albo b) muszę nosić w torebce moje własne małe mydełko i zostać oficjalnie panią wariatką (mamy toalety na uczelni wspólne ze studentami).

…Isothiazolinone (MI) odkryłam kiedy zamieszkaliśmy w naszym nowo kupionym i pomalowanym domu. Zaraz po tym, jak się wprowadziliśmy zaczęła mnie piec i swędzieć twarz i oczy i nie przestało przez pół roku: pół twarzy, powieki, oczy, skóra głowy i szyja, wszystko pokryte bylo swedzacymi plamami, a skóra na rękach zaczęła pękać. Trafiłam wtedy przypadkiem na stronę STOP Methyloisothiazolinone (MI) i wszystko wskoczyło na miejsce: MI było w moim szamponie, odżywce do włosów, płynie do mycia naczyń i FARBIE KTÓRĄ POMALOWALIŚMY CAŁY DOM. Po pól roku farba się wywietrzyła, a ja wywaliłam wszystkie produkty z MI i od tej pory nabożnie sprawdzam etykietki i nie używam, jeśli coś ma MI w składzie, co czasem nie jest proste. Przestała mnie swędzieć skóra głowy, a z rąk zeszla mi egzema, którą miałam od zawsze. Na przykład zwykłe płyny do mycia naczyń wszystkie mają jakieś MI, jak ten, co mi kupił synek ostatnio, bo nam się skończył nasz:

Benzisothiazolinone

Od trzech dni z tego względu naczynia myje Mi, mam dobrą wymówkę.

Z alergiami największy problem taki, że to niestety nie jest rzecz statyczna, to znaczy, że można się uczulić na coś, na co nigdy wcześniej się nie reagowało. Tak u mnie na przykład jest z awokado – jadłam sobie jadłam ze smakiem, bardzo lubiłam, aż nagle prawie dostałam zapaści w domu, potem sobie znowu spróbowałam maluteńko, na czubeczku noża i ścięło mnie na na dobre – byliśmy akurat ze znajomym w ogrodzie botanicznym, wzięłam gryza buły z sosem z awokado, położyłam się na trawniku i nie wstałam przez trzy godziny, serce mi nawalało i było mi słabo. Mąż się pytał, czemu próbowałam, no ale wiadomo czemu: tylko eksperyment prawdę ci powie.

A teraz wychodzi na to, że muszę przeprowadzić śledztwo w sprawie kwasku cytrynowego, bo coś mnie wyraźnie dręczy od miesiąca, a nic innego mi nie przychodzi do głowy, no, może oprócz truskawek.

Z tego wszystkiego, kiedy już znajdę krem który mi dobrze robi na twarz, nawilża i łagodzi i NIE PODRAŻNIA, to się go trzymam wręcz fanatycznie, no chyba, że się uczulę;D

Zastanawiałam się skąd u mnie te wszystkie alergie – na pewno mam skłonności rodzinne, bo mama też miała egzemę na rękach, dlatego to tato prał nasze pieluszki, ale najbadziej chyba to dały mi po garach antybiotyki. Jako niemowlak spędziłam pół roku w szpitalu, gdzie zarazili mnie bakterią szpitalną – dokładniej gronkowcem złocistym, którą potem leczyli seriami przeróżnych antybiotyków, a teraz mamy mocne dowody, że antybiotyki, szczególnie przyjmowane we wczesnym dzieciństwie, są związane z późniejszym wystąpieniem alergii i astmy. W ogóle w tych latach 70tych to się nie przejmowali antybiotykami – walili równo, z czymkolwiek przyszło się do lekarza pediatry, zawsze wychodziło się z receptą na antybiotyk.

Ps. Zapomnialam oczywiście o kocie, psie, chomiku i śwince morskiej – na szczęście mamy żółwia,  na żółwie nie mam.

Uczulenie na chamstwo

Nie no zmieniłam tytuł,  bo brzmiał obrzydliwie:P

Nowy sławny buc zdemaskowany i opisany, tym razem to kobieta, jak widać bycie świnią nie jest związane z płcią, ale to już wiedzieliśmy po Maszy Potockiej i Barbarze Fudalej. Jak to jest że tak wielu sławnych ludzi, zwłaszcza w światku artystycznym, jest takimi agresywnymi burakami, oszustami i mitomanami zapatrzonymi tylko we własny tyłek? W sumie może nie jest ich więcej niż gdzie indziej, tylko moje oczekiwania są inne. Mam taką brzydką satysfakcję, trochę dziecinną, że cała ta złość jej wyszła na twarz, bo nie wygląda dobrze, a jest prawie w moim wieku.

A propos wyglądania, całe uczulenie zeszło mi z oczu i niestety chyba są to produkty mleczne. Na wszelki wypadek odstawiłam też pomidory i cytrynę oczywiście, bo wiem, że reaguję. Ale znikły również różne swędzące plamki z ramion i ogólnie czuję, że nic mnie nie podrażnia, więc niestety będzie pożegnanie z serami, nad czym oczywiście ubolewam, bo ja kocham sery, a szczególnie swędzące śmierdzące.

W każdym razie kremy The Ordinary i CeraVe są świetne, ale The Skin Diary jest boski. Nie namawiam nikogo, bo drogi niemożebnie, ale to jest mój kawałek luksusu i (jak na razie) oceniam, że warto. Co roku bez wyrzutów sumienia wydaję swój bonus bożonarodzeniowy z pracy na kremy i jeszcze żaden mnie tak nie oczarował, jak właśnie ten, a testowałam całą półkę Clarins, Lancome i Estee Lauder, na wszystkie przedziały wiekowe, choć przyznać muszę, że ten jest najdroższy. Zachęciłam się zatem na dzienną wersję, choć muszę teraz uskładać. The Ordinary i CeraVe polecam już bez żadnych zastrzeżeń. Świechna się pyta co na słonko – mam jakiś koreański, ale już chyba stary, więc rzutem na taśmę kupiłam następny bardzo chwalony na forach i zobaczymy. Może napiszę jak będzie się sprawował.

Majowy weekend przed nami, z powodu mojej nogi nie planowaliśmy żadnych dalszych peregrynacji, ale że nic już nie boli myślę o jakiś (bliskich) wycieczkach. A może tylko ogród, Mo już zarezerwowała czas na palenie ogniska.

Kończę powoli przebijanie się przez eseje, prezentacje i raporty, już bliżej niż dalej. I już niedługo zacznie się moja ulubiona część pracy nauczyciela akademickiego, czyli CZYTANIE LITERATURY, żeby być na bieżąco. Na razie podczytuję Milanovic’a The World Under Capitalism i Yuval-Davis et al. Bordering, nie mogę się doczekać kiedy nie będę musiała czytania przerywać wypocinami studentów. Oprócz tego jestem w połowie Losu, który dziedziczysz, książki, którą już chyba wszyscy czytali, a w której najbardziej brakuje mi przypisów! Jest fajnie napisana, ale jednak bardziej popularyzatorska, niż dogłębna, zbyt pop-psycho, bo własne interpretacje przemieszane są z bardzo dobrze już ugruntowanymi teoriami i modelami. No i epigenetyka mogłaby być lepiej wyjaśniona, no ale może to znudziłoby normalnego czytelnika, chociaż nie wiem, czy grupy metylowe wpływające na ekspresję genów są takie bardzo niezrozumiałe, bez przesady. Nie ma tam też nic o neuropsychoanalizie, a to chyba najważniejszy otwarty ostatnio horyzont badań mniej więcej w temacie ksiazki i niektóre odkrycia są tak ekscytujące, że aż wywołują u mnie ciarki.

Bardzo mi przykro, że mnie nie ma

Przed operacją rozmyślając o tym ‚a co jeśli ..’ mówię mężowi gdzie są hasła do komputera i że w razie czego musi zawiadomoć klinikę, żeby mogli poinformować pacjentów.

Na to mąż, żebym napisała maila z automatyczną datą wysłania na za dwa dni, gdybym się nie obudziła z narkozy: ‚Jeśli czytasz tego maila to znaczy, że nie żyję. Bardzo mi przykro, że umarłam i musisz szukać innego terapeuty. Z dobrych wieści – nie musisz już płacić za sesję, którą opuściłeś!‚*

*u nas się płaci za odwołane sesje, bo jeśli ktoś rezerwuje daną godzinę, to nie mogę już mieć nikogo innego w tym czasie.

Oddział św Marxa

Wróciłam, przeżyłam, starałam się nie nakręcać, choć wiadomo – gdzieś tam z tyłu głowy zawsze jest ‚a co jak się nie obudzę?’ W sumie doszłam do wniosku, że to nie jest najgorsza śmierć – właściwie nie wiesz, że umierasz, po prostu się nie budzisz, ale to poczucie, że mnie po prostu nie będzie, jest nie do objęcia rozumem, i chyba jednak przeraża (choć podobno Freud mówił, że nie możemy się bać śmierci, bo sobie właśnie tego nie umiemy wyobrazić. Nie wiem, czy się zgadzam).

Panu anestezjologowi jeszcze trułam d.. przed samą operacją, czy czasem nie jest to nowa sala po remoncie i streściłam mu koszmarną historię tej kobiety w ciąży, której podali podtlenek azotu zamiast tlenu, wprawdzie nie wiedziałam jak powiedzieć ‚podtlenek’ więc powiedziałam ‚azot’, ale chyba się ogólnie zrozumieliśmy – ma nie być żadnego podmieniania ciągów gazów! Tym razem mnie wwieźli na salę operacyjną przytomną i musiałam sama przejść na stół, ale widziałam te wielkie okrągłe lampy jak z seriali oraz jaki mają ładny widok z sali na całą panoramę Dublina. Bosz, czemu nie zostałam lekarzem, uwielbiam, no cóż, w następnym życiu. Na dodatek żadne z moich dzieci nie czuje zewu krwi, szkoda.

Jak czasem Mo się pyta o coś związane z ciałem i zaczynam tłumaczyć w oparciu o moją ograniczoną wiedzę z biologii ze szkoły średniej (ale za to później rozwijaną z pasją, choć fragmentarycznie), to po pięciu minutach przerywa ‚stop lecturing me!’.

W każdym razie zamknęłam oczy po ósmej i dwie sekundy później otworzyłam o 10 w sali wybudzeń, gdzie pielęgniarka anestezjologiczna tłumaczyła coś młodziutkiej studentce, która wyglądała jakby nie była pełnoletnia. Zawsze mnie te dzieciaki, które mają takie poważne miny, bo wiedzą, że to są poważne sprawy, rozczulają. Jak już mogłam mówić, porozmawiałam sobie ze studentką, była dopiero na drugim roku i tak wyglądała.

Pobyt w szpitalu był cudowny.

Zawsze jestem zaskoczona, jak bardzo się tutaj opiekują pacjentem – to nie tak, że nie popełniają błędów, bo wiadomo, ale naprawdę pacjent ma wrażenie, że ten cały personel jest dla niego – wrażenie optymalnego zaopiekowania.

Po godzince z sali wybudzeń zawieźli mnie na oddział św Marka ….

(na marginesie rozmowa lewaków, kiedy dzień przed tłumaczyłam Mi:

-Będę w Mark’s Ward.

-O, Marx Ward, naprawdę? Nie spodziewałem się tego – dziwi się Mi.

-No tak, tak jak za pierwszym razem. Przecież już tam byłam.

-Jakoś mi umknęło, że to Marx Ward. Wow, Karl Marx Ward, naprawdę?- upewnia się.

-Saint Mark-apostrof-s- Ward!)

… gdzie leżałam sobie jeszcze trzy godziny, a pielęgniarki co chwilę sprawdzały jak się czuję, dostałam oczywiście tościka z marmoladą i herbatkę, poprosiłam o dokładkę;D, bo od rana przecież nic nie jadłam. Na łóżku z boku miałam dziwnego starszego pana, którego dziwne historie zupełnie mnie nie męczyły, wręcz z przyjemnością pokonwersowałam sobie przez dwie godzinki, pielęgniarka tylko sprawdzała co chwilkę, czy pan mnie nie wykończył. Pan urodził się na Achill Island, potem miał tysiąc przygód na całym świecie, był trochę paranoiczny i co jakiś czas uśmiechał się jak Jack Nicholson w Lśnieniu, ale przecież w szpitalu byłam bezpieczna, zresztą pod ręką miałam dzwonek alarmowy;D więc zagłębianie się w dziwny świat pana było interesujące. Pan mi na koniec przyniósł wodę mineralną ze sklepiku, chyba żeby odwdzięczyć się za wysłuchanie, no i mam teraz dobre rozeznanie który pub na Achill Island jest najlepszy i żeby nocować jednak poza wyspą, bo zdzierstwo. Jedziemy na Achill Island, ahoj przygodo!

Kiedy w drodze powrotnej caka rozanielona rozwodziłam się na tym, jak wspaniale się czułam zaopiekowana, mąż przytomnie zauważył, że dali mi niezłe dragi, fentanyl i oxicośtam, te, które tak wspaniale uzależniają, więc może moja ocena jakości opieki zdrowotnej w irlandzkich szpitalach nie jest obiektywna, hehe. Ale podobne wrażenia miałam z porodu, dziesięć lat temu – czułam, że ten cały system istnieje po to, żeby mi pomóc przejść przez to wydarzenie w najbezpieczniejszy i najbardziej komfortowy sposób. Do dziś mam dobre wspomnienia z porodu, nawet napisałam list dziękczynny do położnej, która akurat wtedy miała dyżur (Mi mówi, że byłam jeszcze pod wpływem podtlenku azotu, nomen omen).

O 14 mogłam już wyjść do domu, ale czekałam na Mi, który przybył o 15, potem jeszcze pół godzinki czekaliśmy na lekarza, ale że ten zaczał kolejną operację, wyszłam bez porozmawiania, więc co dokładnie mi wyciągnęli, a co zostawili w nodze dowiem się dopiero za tydzień, na wizycie kontrolnej. To jedyny minus.

No a dziś proza życia, rana ciągnie i szczypie, wiadomo, zrobili mi z nogi taką bułę opatrunkiem, że ciężko się wciska do buta ortopedycznego i boli, więc muszę te parę dni wyluzować i pozwolić sobie na leżenie w łóżeczku. Fenantylu już nie mam dożylnie, więc świat na powrót zrobił się kanciasty, na pocieszenie jest słońce. Na szczęście pacjentów mam dopiero w przyszłym tygodniu.

Mo chora – musiałam ją zabrać w poniedziałek ze szkoły – więc siedzimy sobie we dwójeczkę, ona na swoich bajach, a ja na swoich na razie, ale mamy plany zajęć wspólnych.

Ogólnie relaksik, choć podciągnę trochę sprawdzanie esejów.

Boże to już lato

W niedzielę rozpoczęliśmy sezon ogrodowy.

To znaczy żadnych prac nie ruszyłam, ale za to mieliśmy gości.

Dziewczyny smażą maszmaloły

Nakręciłam się na imprezy letnie, Mo chce oczywiście co tydzień palić, oraz musimy wszystkich zaprosić, co w sumie ma sens – nie ma nic fajniejszego niż spotykanie się wokół ogniska, nawet takiego w misie. Wygodne te misy bardzo w małym ogrodzie.

Teraz cały dom pachnie ogniskiem.

Wszystkie prace ogrodowe czekają, oprócz koszenia, bo dzielnicowy Pan Kosiarz przychodzi co dwa tygodnie. Kosimy, bo mam tak okropne uczulenie na pyłki traw, że szkoda mi bardziej siebie, niż przyrody.

A propos uczulenia, od dwóch tygodni mam czerwone placki koło oczu, zaczęło się od psiknięcia lakierem do włosów. Co mnie podkusiło nie wiem, w sumie wiem, chciałam ładnie wyglądać, w każdym razie od tego czasu nie mogę tego uspokoić, bo to nie tylko lakier, oczywiście, tylko mnóstwo rzeczy mnie uczula, ale delikatnie i przeważnie małe dawki nie szkodzą tak bardzo. Ale teraz już równia pochyła – reguję na cytrynę (i kwasek cytrynowy, który jest w wielu kosmetykach), prawdopodobnie produkty mleczne, pomidory i cholera wie co jeszcze, znowu muszę poodstawiać połowę produktów i modlić się, że coś wyczaję. Korzyść z tego, że znalazłam fajne kosmetyki serii The Ordinary – ich nawilżający krem ma reperować uszkodzoną barierę skórną i to jest strzał w dziesiątkę! Cena jest fajna i nie wiedziałam, że można mieć taką fajnie nawilżoną, jak się ma tak wrażliwą. Z tej desperacji, że na wszystko reaguję kupiłam sobie naprawdę luksusowy krem na noc, bo jestem tego warta;) nie smaruję nim tylko okolic oczu, żeby dodatkowo nie podrażniać, co oczywiście mnie wkurza, bo nigdzie indziej taki mocny krem nie jest tak potrzebny jak właśnie wokół oczu. Ale wszystko powoli.

Skerries

Od tygodnia wszystkie media trąbiły w Irlandii, że oto zbliża się najgorętszy weekend roku, więc trzeba było się gdzieś wybrać. Destynacja zawsze jest wynikiem kompromisów – teraz pomiędzy moją możliwością chodzenia, a raczej niemożliwością, a wizją ‚nudy’ mojej córki (muzeum – nuda, kościoły stare – nuda, wycieczka przez las w poszukiwaniu starych celtyckich symboli wyrytych na kamieniach – nuda). W tych okolicznościach morze zawsze wygrywa, bo Mo może siedzieć nad nim godzinami grzebiąc w piachu albo kamieniach, pomimo wstępnego marudzeni (wyyyycieczka, nieeee), ale wszystkie bliskie miejscówy morskie blisko Dublina mamy objeżdżone, więc tym razem wymyśliłam Skerries. Chciałam też sama prowadzić, bo ostatnio mało mam okazji do jeżdżenia po autostradach i zauważyłam, że oddaję Mi kierowanie jak gdzieś dalej jedziemy, bo on częściej z pracy jedzie w dłuższe trasy, a ja się zaczynam bać jeżdzić autostradą, więc nie zgadzam się na to.

Skerries okazało się bardzo przyjemnym nadmorskim miasteczkiem, z takimi cudeńkami:

Oraz takimi:

Młyn został założony na tych terenach przez mnichów w 12 wieku, były to dwa wiatraki i młyn wodny, częścią posiadłości była także piekarnia, działająca do lat 80tych. Cały kompleks jest obecnie własnością gminy, z kawiarnią i sklepikiem z pamiątkami, na weekendy na dziedzińcu odbywa się Farmers Market ze  stoiskami typowymi dla farmers market, czyli miody, drewno, warzywa eko, sadzonki itd. Trochę mi szkoda było tych wystawiających, bo wiadomo, że obecnie takie stoisko to żaden biznes, może bardziej jako reklama jakiejś specyficznej działalności, jak na przykład ekologiczna hodowla bydła. Sama miałam ochotę kupić kilo wołowiny od krów karmionych trawą, ale mi się przypomniało, że znowu rozważam przejście na wege.

Mają tez w Skerries fajną knajpę, o której kiedyś gdzieś czytałam same dobre rzeczy, głównie takie, że żarcie niewyszukane, ale dobre jakościowo. Rzeczywiście okazało się pyszne. Nie wiem, czemu to takie trudne, żeby mieć po prostu dobre jedzenie, ze świeżych produktów, bez jakiś wyszukanych pomysłów.

Poza tym mają morze, które akurat wczoraj wyglądało zjawiskowo.

Mo pokazuje gwiazdę na jednej ręce

Mi się oczywiście wykąpał (powietrze: 19, woda 10), czego mu strasznie zazdrościłam.

Mi pływa

Poza tym SAUNA nas samym morzem, na czubku cypla, już sobie zaplanowałam wyjście do sauny ze szwagierka w lipcu – 45 minut w saunie, a potem hop do morza! Podobna jest bliżej nas, w innym małym nadmorskim miasteczku Rush i tam goście od sauny sprzymierzyli się z goścmi od jogi i można się zapisać na sesję jogi w sobotę o 8.30, potem sauna 45 min a potem kąpiel w morzu, wszystko za niewygórowaną kasę 30 euro. Tak wyobrażam sobie niebo i przysięgam, że kiedyś wstanę o tej 7 z sobotę, zjem malutkie śniadanko i pojadę do Rush. Howgh.

Jest coś odświeżąjącego w pojechaniu do nowych miejsc i odkrywaniu dla siebie nowych widoków, zapachów i smaków. Mo nie chciała wracać z plaży, bo wiadomo – kamienie, woda, skały, małże, glony, fale, cóż może być ciekawszego.

Dzisiaj dzień ogrodowy, zamierzam wyciąć suche badyle malin i je spalić, Mo zamierza piec maszmaloły. Ogród woła o ratunek, a kupione petunie o posadzenie.