Pierwszy dzień wakacji

No to wakacje. Przeżyliśmy upał stulecia, następny w przyszłym roku.

Dziś Mo pierwszy dzień na obozie gimnastycznym, tzn. tylko pół dnia, ale przynajmniej nie siedzi w domu, kiedy ja jestem zajęta.

Wczoraj miała w końcu swoje urodzinowe party w Irl. Dzień był piękny, słoneczny, ale nie upalny, idealny na garden party. Nie miałam żadnego planu, wręcz postanowiłam pojść na żywioł, czego przez pół imprezy żałowałam, a drugie pół sobie gratulowałam.

Mo zaprosiła koleżanki (i kolegę) z klasy i trzech chłopaków z ulicy, jej najlepszych przyjaciół. Zapomniałam, że dzieci dziesięcio-jedenastoletnie już nie bawią się spontanicznie razem, nie to co pięciolatki, więc utworzyly sie dwie grupy, które w dodatku trochę momentami nie wiedziały co ze sobą zrobić, jak już upiekły kiełbaskę i ufarbowały podkoszulki.

Przez dwie godziny dzieciaki bardziej się obwąchiwały, niż integrowały, a ja już przestawałam ufać swojej zasadzie, że trzeba dać dzieciom przestrzeń, a sobie coś wymyślą i zaczęłam się nakręcać, że trzeba było je gdzieś wziąć, do jump zone albo coś, gdzie wszystko byłoby zorganizowane, a ja miałabym spokój.

Ale powoli powoli, zaczynali ze sobą rozmawiać, a w końcu impreza wskoczyła na zupełnie inny poziom, kiedy Ad przyprowadził znajomych, a ci znajomi zaczęli grać z nimi w grę w słowną. Nagle się wszystko rozkręciło, dzieci zaczeły  kibicowac i rywalizować, tacy otwarci młodzi dorośli to przydaliby się na każdym przyjęciu. Ach, lubię tych znajomych syna, jedna koleżanka jest zastępcą dyrektora w teatrze dublińskim (jest tu taki program angazu dla mlodych), kolega wykłada literaturę połoudniowoamerykańską. I będzie uczył przedmiotu ‚Kino Kubańskie’, wyobrażacie sobie? Kino kubańskie!

A teraz ostatnie trzy tygodnie przed wyjazdem do Pl. Dziś sie popłakałam u mojej pani, trochę zdziwiona, że pewne rzeczy dalej wywołują emocje, ale w piątek przez chwilę czułam, że tonę, że spadam w dól, a tam nie ma dna. Uczucie minęło, ale zdziwiła mnie jego intensywność i to, że nie tak łatwo było w trakcie pamiętać, że rzeczy nie są takimi, jakimi się czasem wydają. A człowiek jest kruchy.

Chciałam pisać o psychozie, bo bardzo ciekawe rzeczy sobie słucham, ale mam ten luksus, że psychoza  razie może poczekać.

Z konkretów- przyszła ikea i będziemy sobie robić biblioteczke psychoanalną w sypialni.

Gorący temat

Koniec czerwca dał popalić. Wiadomo, że zmiana klimatyczna to ściema, albo spisek mafii rządzącej światem i nawet tu, w Irl też nas dopadły macki. W nocy z czwartku na piątek spałam na podłodze w salonie, Mo na sofie obok, w sypialni na górze wytrzymał tylko Mi, ja nie mogłam oddychać. 27 stopni przy tak ogromnej wilgotności (70%) to nie przelewki. Wilgotność sprawia, że upał staje się naprawdę nie do wytrzymania.

Ale tydzień jak złoto, słońce słońce słonce, ostatnie dni szkoły. Mo dzielnie chodziła do ostatniego dnia, tutaj nie ma tej plagi z polskiej szkoły, że czerwiec to pustki w placówce, wszystkie dzieci siedzą grzecznie w szkole, może dlatego, że do końca roku nie znamy ocen – nie ma żadnego poprawiania, wyciągania, powtarzania. Oceny opisowe dostajemy mailem w wakacje.

Dziś ostatnie zadanie przed wakacjami – przyjęcie urodzinowe Mo, która się uparła, że musi choć raz mieć party w Irlandii. Tort kupiony, pizza również i polskie paluszki jako polski akcent, bo przeciez nie może być przyjęcia bez polskich paluszków. Nic nie piekę ani nie gotuję, tutaj nie ma takiego zwyczaju, dzieciaki oczekują tortu i pizzy. A nie, przepraszam, mam jeszcze kiełbaski na ognisko, bo Mo zażyczyła sobie ognisko (w misie), to mamy drugi polski akcent, kiełbasy właśnie. W nocy śniło mi się, że mamy mało zabaw i gier i czemu nie kupiliśmy rolki papieru do rysowania, czyli się trochę jednak stresuję.

Wczoraj mama koleżanki Mo wyciągnęła mnie na sportową imprezę do lokalnego centrum, razem z panią która brała udział w Olimpiadzie w latach 80tych poćwiczyłam sobie na nowo urządzonej siłowni i zachęciłam się bardzo. Pani zaimponowała mi postawą i kondycją, lepsza od mojej! Siłka jest super spoko! Maszyna do wiosłowania jest boska! Coś czuję, że będę niedługo jak bohaterowie House of Cards. Mo spróbowała w siatkówkę, pan ją chwalił i oto może będzie chodzić, to może być ciekawe w kontekście jej wzrostu – jest namniejsza w klasie.

Pogoda dla Bogaczy

Taki dzień jak kryształ, że nie wiadomo, co zrobić, szkoda go na wszystko.

A więc pogoda jak złoto, tak, że przez chwilę rozważałam pojechanie nad morze, tak po prostu, rano, zaraz po rehabilitacji, bo mogę. Ale wyobraziłam sobie powrót przez całe miasto w tym upale i w zaczynających się korkach i wymiękłam.

Upały.

Nawet ja jestem zmęczona, w tych małych domkach trudno wytrzymać w takich temperaturach, dobrze, że okna mamy otwieralne, bo jak się tu wprowadziliśmy były jednoszybowe, a do tego z malutką uchylna szparką na górze. Na marginesie – musiałam uszczelnić naszą sypialnię akurat przed upałami stulecia! 😀

Pan rehabilitant mówi, że jest postęp, 8 stopni dorsi flex i 5 stopni plantar flex lepiej niż trzy tygodnie temu, czyli w zakresie normy obecnie. Ale druga noga dużo bardziej giętka, w koncu chodzilam na balet (ktos z Eocka pamieta na Placu Solnym?), więc ta pierwsza odstaje. ‚Zawsze mi pan daje nadzieję’ mówię dziś do pana Seamusa od rehabilitacji. Bo wprawdzie chodzę już cały czas bez kuli, ale boli, ciągnie, idę powoli jak babuleńka, a teraz jeszcze kolano zaczęło mi uciekać, a tu Seamus mówi, że jest super postęp i że wspaniale. Dołożył mi ćwiczenia na mięśnie ud i nad kolanem, na to kolano, no i muszę w końcu ten basen zacząć ze dwa razy w tyg odwiedzać, no i siłkę. Jeszcze się nie przeszłam, heh.

Wolałabym pływać w oceanie…

Oglądam drugą serię The Pitt, z wyrzutami sumienia, ale nie ma, że boli (bo jak to tak – wszyscy w pracy, a ja seriale oglądam?:D) – muszę to superego trochę też potrenować, co nie?  Bo noga powinna odpoczywać, ćwiczenia i nozki do góry, powiedział pan Seamus, po malowaniu pokoju wieczorami była jak bania, muszę uważać i zapierdalać na spokojnie, człowiek to nawet się musi nauczyć o siebie dbać.

W pracy pustki i luzy, poprawkowe eseje wrzucone do systemu, wszystko na razie przycichło. Skupiam się na czytaniu literatury fachowej, Ogden dobrze wchodzi, Biona dalej męczę, ten to nie umiał prosto pisać.

Dochodzą do nas w Irl nieciekawe pomruki z UK, jakby szła burza, upadające imperium zaczyna nieładnie podśmierdywać. Ceny wzrosły, koszt życia podskoczył i kto jest winny? oczywiście imigranci, a szczególnie uchodźcy. I zasiłkowcy, wszyscy mają wszystko za darmo i na wszystko ich stać i tylko dzielni Polacy/klasa średnia/ludzie którzy pracują (niepotrzebne skreślić) zapierdalają na tych nierobów. Imperium, które tak niedawno wysysało zasoby i bogactwo z całego świata, Indie, Kompania Wschodnioindyjska, która przez lata transferowała kasę z najbiedniejszych rejonów świata do Tłustej Brytanii, handlującej mydłem, powidłem i niewolnikami, nakradli, naznosili tych mumii i innych zabytków i tak dalej, natłukli tych Burów (którzy z kolei natłukli Zulusów, oczywiście, ale to inna historia), nazwozili drewna z Irlandii, gdzie wycięli wszytkie lasy i przy okazji zagłodzili 1/4 ludności, całe to bogactwo świata jeszcze do dzisiaj przeżuwaja i trawią, ale już ich dopada klimat końca.

Ech. I Brexit, z dumy i głupoty, z pychy imperialnej i wkurwienia i ten cały Farage, klaun taki jak Borys, ten, który im taki bigos zgotował oto teraz triumfuje w sondażach. Referendum oparte na post-prawdzie stworzyło świat, w którym wszystkiemu winni są uchodźcy. Nie obrzydliwie bogaci, którzy wyprowadzają swoją kasę do rajów podatkowych, równocześnie korzystając z bezpieczeństwa i w miarę funkcjonującej demokracji, dzięki podatkom właśnie. W kraju, gdzie 56 najbogatszych ma tyle, co 27 milionów.

Najbardziej to nie lubię tego przepychania się, kto płaci podatki na kogo i licytowanie się, kto da mniej. Miarą lewactwa, czy lewicowości mówiąc ładniej, dla mnie jest właśnie stosunek do podatków – nie do lgiebete, nie do aborcji, nie do kościoła, ale do podatków właśnie, bo to jest prawdziwy probierz solidarności społecznej. Zawsze będą jacyś freerajderzy, co wykorzystują, i zawsze są frajerzy, co płacą, ale wolę być frajerem, niż chujem, bo oto okazuje się, że lekarze na kontraktach więcej publicznej kasy wyciągają przez rok, niż samotna matka na zasiłku przez całe swoje życie, no proszę… A jednak my – społeczeństwo – i tak powinniśmy pomagać, bo bieda ma większy wpływ na mózg dziecka, niż ‚genetyczne’ IQ czy wychowanie. A jak – niedajboże – przydarzy nam sie cukrzyca, to nie będziemy musieli nerki sprzedawać, żeby mieć na insulinę, jak w USA.

A teraz już dzień coraz krótszy

Powinnam zmienić tytuł, bo co to za ‚Świętojańska’ jak to Palinocka albo noc Kupały jest, albo stara cudowna Sobótka!

W każdym razie przesilenie letnie udało się nam nad wyraz, sprzedaliśmy dziecko i wyruszyliśmy tylko we dwójkę na południe tańczyć nago wokół symbolu falliczego, palić ognisko na brzegu oceanu, prowadziłam ja, a mąż zabawiał mnie rozmową i muzyką.

Była to oczywiście noc magiczna, co do tego nikt już chyba nie ma wątpliwości. Dotarliśmy na dzika plażę

A potem siedzieliśmy sobie wokół płomieni i żałowaliśmy tylko, że żadnego sprzętu do wicia wianków nie przytargaliśmy. Noc bezchmurna, księżycowa, gwiezdna, słuchaliśmy szumu morza i gadaliśmy na tematy wszelkie. Miałam ochotę zanurzyć się w zimne, czarne tonie, bo fale były maleńkie, a morze spokojne,

ale rozsądek zwyciężył, myślę, że to moja lewa stopa do mnie przemówiła, że może jednak nie byłby to najlepszy pomysł, bo tu dno często kamieniste. W każdym razie dotrwaliśmy do północy, to znaczy my starsze pokolenie byśmy jeszcze dalej trwali, bez problemu, tylko młodzież zaczęła marudzić, że są głodni i że zimno, to się zlitowaliśmy i zabraliśmy młodzież do domu. W domu dokończyliśmy nocne Polaków rozmowy z koleżanką Freyą i poszliśmy spać po 2.30, poganiani przez poczucie, że zaraz ta nocka się skonczy.

Następnego dnia po śniadanku i dalszej głębszej rozkmince filozoficzno-społecznej pojechaliśmy, tym razem tylko we dwójeczkę, z powrotem na plażę, tym razem inną.

A tam się wykąpałam!

Pływałam!!!!

Mójboże było bosko bosko bosko, mam nowe ukochane buty – kroksy, które bez problemu wkładam na stopę spuchniętą i mniej spuchniętą, idealnie mi podpierają podbicie, a do tego można w nich pływać.

Pływanie wróciło mi wiarę, że będzie dobrze, że może wrócę do biegania.

Wracaliśmy we dwójeczkę nabombani rozmowami po same uszy, zadowoleni, wymoczeni, obsmażeni słońcem, obsmagani wiatrem od morza, śmierdzący ogniskiem jak szynki wędzone.

Czemu życie nie może sie składać tylko z takich dni? 😀

W każdym razie umówiliśmy się na oglądanie gwiezdzistego nieba w sierpniu.

Z powrotem kierował Mi, bo ja bym się wlokła stówką autostradą, a musieliśmy dziecko odebrać z dworca o siódmej wieczorem.

Dziecko stęsknione, my też, fajnie się tak stęsknić:D

Teatrzyk Czerwony Balonik przedstawia

No to machnelam pokój z Zytą na słuchawkach, kolor wygląda obłędnie i od razu chcę przemalować cały dom.

Mi podmalowal tylko na gorze od szafy. Książki musiały pójść do holu i okazało się, że zdecydowanie bardziej tam pasują niż kosz na brudy😅

Jedna strona
W nocy ksiazki się rozmnażają
Kosz na brudy
Stosik korytarzowy.
Stwierdziłam, że ta ściana potrzebuje stosika, prawda, że jej ładnie?

Tu ponizej jeszcze nieporządek szafeczny, ale balonik!!!

Druga strona, proszę zwrócić uwagę jak pasuje do pierwszej

Do balonika mam jeszcze krzeselko:

Stoi tu, bo pasuje do balonika

W dzien kolor wpada w niebieski, w nocy robi się zielony.

Dziś cały dzień leje, wkrótce porośnie nas gąszcz i nie dostanę się nawet do furtki. Pan do koszenia nie dotarł.

Noga puchnie i boli, ale staram się być dobrej myśli.  Postępy w zakresie ruchu mierzę na milimetry, ale milimetr dziennie to 36 cm za rok!

Jutro porywają nam dziecko, tzn duże dziecko zabiera małe dziecko na dwudniowa wycieczkę do rodziców dziewczyny dużego dziecka, którzy mieszkają w byłym domu Bobbiego Sandsa, bohatera walki Irlandczykow w Irl Północnej. Można wyguglac sobie. Rodzice nie chcą żadnej tablicy pamiątkowej (a IRA wiele razy prosila), bo się boją ataków ze strony tzw. Unionistow. Taka to historia ciągle żywa.

Czerwiec, czy może być coś piękniejszego?

Nie wiem, co mnie tak porwało, że nic nie pisałam, bo przecież nie pracuję w czerwcu, hehe. Zajęta się zrobiłam bardzo, udręczył mnie zielony notesik dręczyciela, ale też imprezy, spotkania, załatwianie spraw dawno przekładanych. No i sprawy terapeutyczne, o matko, samo spisywanie 1 sesji to 2-3 godz🙄

A zatem melduję, że pomalowałam drzwi wejściowe na jasny, stalowy błękit, miało to wyglądać pięknie z buraczkami na ścianie, a wyszło tak, że każdy fan Westham United by się ucieszł. Błękit podłapuje odblask od buraczków i ma fioletowy odcień.

No i teraz myślę – kupować chodnik z błękitami i słomą i buraczkami, żeby jakoś spiąć te kolory, czy przemalować na miętowy. Dylematy życia i śmierci, jak widać;D

Poza tym skończyłam trzeci rok szkolenia klinicznego – jeszcze dziś czeka mnie rozmowa czy przeszłam dalej, w każdym razie godziny z klientami robię, superwizję mam, esesje napisałam, więc chyba do przodu. No i z tej okazji w sobotę było u mnie przyjęcie ogrodowe, ach, cóż może być lepszego niż ogrodowe przyjęcie, zwłaszcza w jeden z niewielu słonecznych dni w Irlandii! Było bosko, nabrałam ochoty na zapraszanie gości. Ale ja jestem leniwa pani domu i zarządziłam pot luck party, czyli każy coś przynosi. Oczywiście żarcia było tyle, że na koniec rozdawałam wszystkim z powrotem do domu, co w sumie fajne jest, bo ktoś przyniósł sałatkę i hummus, a wziął sobie ciasto i cały zadowolony. A ja przecież nie zjem tylu ciast i chrupków i sałatek. Ja tylko użyczyłam swój dom i zrobiłam wegański bigos;D który smakował nie-rdzennym Irlandczykom, a rdzenni dyskretnie pozostawiali swoje porcje pod ławką w ogrodzie;D Powinnam im powiedzieć, że to bardzo specyficzne danie i nie każdemu smakuje😁

Koniec roku szkolnego, to znaczy wkrótce. W międzyczasie zakończyły się zajęcia muzyczne w dwóch szkołach, posłałam Mo do nowej l, bo się zwolniło miejsce, ale że stara była opłacona do końca roku, to chodziła do dwóch przez cztery miesiące. Okazało się, że bardzo lubi grać na pianinie, jak kiedyś nastawiałam zegarek na 10 minut i marudziła, teraz wieczorem się ze mną wykłóca, że jeszcze musi pograć i przedłuża w nieskończoność. Za to 15 minut czytania przed snem to ciągle walka 😀 Nie mogę tego zrozumieć, jak niemoje dziecko – nie lubi czytać, uwielbia grać na pianinie.

Maluję naszą sypialnię.

Od 8 lat była po prostu biała, bo pary mi nie starczyło na żadne urządzanie i wymyślanie, trudno urządzać bez koncepcji, ani weny. Dopiero kiedy dostałam Prawdziwy Obraz na któreś urodziny wszystkie kolory wskoczyły na swoje miejsce i wymyśliłam mint green – taki niebiesko-zielony, jasny. Przez chwilę zastanawiałam się nad takim bardziej sage, żeby się spinał z łazienką, ale tam, raz się żyje! Teraz u nas co pokój, to inna historia. No i maluję. Pokażę, jak skończę, a co. Jeszcze tylko nieśmiertelny regał Billy, biały z szybami, na biblioteczkę psychoanalną i art i będzie cudnie.

Mam kolejnego klienta, ach, jakbym chciała, żeby ze mną został! Wydaje mi się, że złapałam kontakt na pierwszej konsultacji, ale niestety, przez to, że wyjeżdżam niedługo na całe 5 tygodni do Polski, mogę z nim zacząć terapię dopiero po powrocie. Dałam mu wybór – albo decyduje się zostać ze mną, i wtedy mamy jeszcze jedną konsultację przed moim wyjazdem, albo czuje, że nie może czekać i wtedy odysłam go do kliniki, może jest ktoś, kto mam może go od razu przyjąć.

Zwykły zjadacz chleba

Dopiero co przetoczyla sie po netach dyskusja o Tokarczuk używającej AI I oczywiście Twardoch też został o to zapytany. Okazał się tu zupełnym ortodoksem – nie używa i nie będzie uzywal, uważa, że czytelnik pragnie dowiedzieć się, co myśli autor, nie czatgpt. W tym kontekście przypomnial mi się najnowszy wywiad z Dukajem, który akurat uważa zupelnie odwrotnie:

https://wyborcza.biz/biznes/7,177150,32827898,dukaj-cyfrowi-ksiazeta-wierza-w-przesiadke-w-cyfrowe-zycie.html

Używa, będzie używał i twierdzi, że niedługo nie odróżnimy książek pisanych przez AI od tych nie, a większość pisarzy będzie w jakimś stopniu korzystała, jeśli już nie korzysta, pomimo głośnych zaprzeczeń.

Nie wiem jak to będzie, chciałabym żyć w świecie Twardocha, ale realistycznie patrząc myślę, że nastanie świat Dukaja. No i akurat Dukaja nie można posądzić o niedostatki warsztatu pisarskiego, bogactwo jego języka i wyobraźni ustawia go w pierwszej lidze polskich pisarzy, niezależnie, czy się lubi ten rodzaj literatury czy nie, wiec to nie tak, że tylko słabi mają pokusę.

Ale jest jedna rzecz, w której AI jest i będzie słaby: jak to jest żyć w ciele.

Bo splotło mi się to akurat z tematem, wokół którego sobie krążę w myślach ostatnio, o ciele i cielesności. Czytam sobie Ogdena i on mówi o takim naprymitywnejszej fazie rozwoju ja, kiedy dziecko jeszcze nic naprawdę nie wie i nie kuma i ma tylko cielesne, czyli zmysłowe odczucia, jeszcze nie połączone w żadne myśli (dla fanów teorii pschoanalitycznych – jest to stan wcześniejszy, bardziej prymitywny od schizo-paranoidalnego, bo schizo-paranoidalny odnosi się do obiektów czyli rzeczy, a ten skupia się na powierzchni, nawet obiekty jeszcze nie istnieją w świadomości). Ten stan oczywiście nie jest tylko ograniczony do dziecięctwa, jest to po prostu pierwsza warstwa naszego ja, która się osadza w psychice. Teoria psychodynamiczna twierdzi, że w czasach kryzysu człowiek często się regresuje do tych wcześniejszych stanów, bo utrzymanie dorosłego self wymaga dużo wysiłku (bardzo mi to współgra z tym, co obecnie widzę u moich rodziców, ale to inna historia). W każdym razie to jest ta pierwsza warstwa naszej psychiki, pierwsze bycie w świecie, wszystko co przychodzi potem jest w tym zmysłowym odbieraniu świata osadzone. Bardzo trudno się o tym myśli, czy też pisze, bo to jest poziom dużo poniżej języka i w ogóle jakiegoś kognitywnego przerabiania świata, ale to jest taka rama, osnowa, nad którą się całe człowieczeństwo nasze i myślenie i uczucia nadbudowuje, czy raczej w czym się zakorzenia. Tak mi się to łączy jeszcze z tym, co mówi Solms o świadomości, że wynika z odbierania informacji z otoczenia i dostosowywania się do rzeczywistości.

No i AI tego nie ma, co moim zdaniem ma naprawdę poważne konsekwencje dla wiarygodności jego opisu świata. (Oczywiście zaraz zwolennicy AI powiedzą, że można je podłączyć do termometru czy hygrometru itd, ale to są pojednyncze kanały połączenia z rzeczywistości, a my mamy równocześnie włączone tysiące takich kanalików, które w dodatku są zintergrowane ze sobą i połączone z innymi ludźmi). Może kiedyś będzie miało, ale to już fantazja Lema, do której naprawdę daleko obecnym modelom językowym.

I tak mi się przypomniało, że kiedy byłam dzieckiem zdarzał mi się taki stan ciała i umysłu, takie uczucie – poczucie, takie bardzo specificzne fizyczne odczuwanie, jakbym była równocześnie malutka i bardzo duża, jakby owinięta w miękką watę, nadmuchana i wypełniająca sobą całą przestrzeń, a równocześnie jednowymiarowa.

Bardzo trudno to opisać, bo nie był to stan intelektualny, tylko takiego właśnie czucia zmysłowego ciała. Było to bardzo przyjemne i najczęściej zdarzało się tuż przed snem, pamietam, że leżałam w łóżeczku i próbowałam ‚wejść’ w ten stan, czasem się udawało, a czasem nie. Myślałam sobie o tym i nawet sie zastanawiałam, czy wszyscy go mają, jak na przyklad uczucie, że sie chce siku, czy tylko ja, parę razy ‚przyszedł do mnie’ również w dorosłości i zamierałam wtedy w bezruchu, żeby tylko go nie spłoszyć. Jest to stan błogości, spokoju i bezpieczeństwa, ale nie są to w żadnym stopniu uczucia, tylko realne fizyczne wręcz doznania czuję się objęta i owinięta czymś miękkim i ciepłym i spokojnym. Myślę, że to zapisane we mnie wspomnienie właśnie takiego stanu przed-myśleniem, wspomnienie, kiedy mnie mama (albo tato) obejmowali, kiedy czułam się całkowicie zanurzona w tym objęciu, bezpieczna, taka malutka, a równocześnie taka duża, bo wypełniająca sobą całą przestrzeń wokół, a te ramiona też w jakiś sposób były częścią mnie, bo nie odróżniałam jeszcze wtedy gdzie mama, a gdzie ja.

Takie i inne zmysłowe wrażenia z ciała i otoczenia poprzez ciało, różne stany fizyczne, są już tłem, najczęściej zintegrowane z myśleniem tak idealnie, że nawet ich nie zauważam, biały szum, który jest gdzieś tam zawsze, teraz otoczony myślami i ideami i uczuciami. Ale większość naszego dnia upływa na sprawdzaniu tego tła, a raczej rejestrowaniu jego zmian, czuciu że duszno, albo ciepło, albo śmierdzi, albo pachnie babcią i domem, i to w dużym stopniu wpływa na nasze codzienne bycie, na to, jak sie mamy. Nasz świat symboliczny się z tego wywodzi, jest dodatkową nakładką na te informacje z ciała, nakładką, która właśnie powstała po to, żeby te informacje ze zmysłów bardziej efektywnie wykorzystywać. 

No i AI ma tylko tę nakładkę, która bez całej reszty jest całkiem bezrozumna, mam wrażenie. Czat jest tylko zwykłym manipulatorem symbolami, ale te symbole nie mają przecież zakorzenienia w jego rzeczywistości. I to mnie w sumie pociesza:)

A ja może jestem zwykłym zjadaczem chleba, ale ten chleb ma konkretny smak, ma chropowatą skórkę i ciemnobrązowy kolor, a pachnie tak, że można pół królestwa oddać.

Chleb mojego Mi

(Na marginesie – słuchałam sobie też ostatnio o DID, dysocjacyjnym zaburzeniu tożsamości, dawniej – osobowości wielorakiej, i też mi się to układa w jedną całość, bo DID polega na odłączeniu się od poczucia tego, co akurat dzieje się z ciałem i wobec tego jest zaburzeniem, bo nie pozwala zintegrować sygnałów z rzeczywistości, ale jest oczywiście też bardzo sprytną obroną, bo pozwala na ochronienie self kiedy te sygnały mówią, że dzieje się coś strasznie złego.)

Drobne radości obsesjonatki

Notesik dręczyciela wypełniony po brzegi, ale negocjuję. Z samą sobą.

Na weekend udało nam się odhaczyć dwie roboty, niby krótkie, ale upierdliwe, w stylu takich, które trzeba kreatywnie obmyśleć przed zabraniem się do pracy.

Ach jak mi się nie chciało, ale przekonałam swój mózg, że to dla jego dobra, że nic tak nie odmładza jak bycie kreatywnym i uczenie się nowych rzeczy, a cóż może – dla osoby, która żyje w literkach i ideach – być bardziej nowego i kreatywnego, od wymyślenia jak zatkać dziury w suficie, przez które nam wieje do sypialni.

Robotę tę odkładałam siedem lat, bo najpierw myślałam, że trzeba dostać się do tych dziur od strychu i ocieplić cały obrąb dachu, który ma taki lekki spad już nad naszą sypialnią, ale to duża robota, więc każdej zimy marzłam i marzyłam o ociepleniu i planowałam jak to w lecie załatwię, a potem przychodziło lato i już było mi ciepło, więc były ważniejsze rzeczy. Ale z biegiem lat (hehehehe) dotarło do mnie, że być może w ogóle nie wolno tego ocieplać, tej podsufitki, bo tam przecież powinieni być przewiew, żeby nie było wilgoci.

(Wiem, że to nudne i bardzo przepraszam za takie dłużyzny, mnie też to tak nudziło, może dlatego to tyle trwało.)

No i jak w końcu to do mnie dotarło, że muszę po prostu li i jedynie zakleić czymś te 3.5 centymentrowe, w przekroju, dziury to zaczęłam myśleć, ale nic by z tego myślenia nie było, gdyby nie zmaterializowało się u mnie styropianowe pudełko po odwilżaczu, który zakupiliśmy niedawno, z którego właśnie mogłam wyciąć te kułeczka, które mogłam wykorzystać do włożenia w sześć dziur, jak myślałam na początku, a w trakcie pracy okazało się, że w osiem, w tym jedna o nieregularnym kształcie O_O Taka epopeja z dziurami. Codziennie powtarzałam mężowi, że musimy dziś w końcu zatkać te dziury, z czego on się naigrywał. W każdym razie w końcu wykoncypowałam: styropian, przyklejony do takiej specjalnej siatki do ścian (nie pytajcie, swego czasu kupiłam całą rolkę, bo przecież trzeba mieć w domu), na to gips szpachelką – szpachlował mąż – no i voila! Zwycięstwo! wszystko zaklejone. Dziury są w schowku na boiler w rogu sypialni, więc teraz trzy razy dziennie otwieram drzwiczki do schowka i patrzę się na ten cud.

Druga robota, którą również pchnęliśmy w weekend, to uszczelnienienie zlewu, który już dwa razy silikonowałam, więc tym razem podjęłam decyzję, że nie ma to tamto – zupelnie wyciągamy zlew i robimy to od podstaw. Oszczędzę wam opisu całego procesu, na który składa się odkręcanie kolanka i rurek od ciepłej i zimnej wody i tak dalej, wystarczy tylko, że napiszę, że hydrauliki uczyłam się z jutuba, ale daliśmy radę. Zlew wyciągnięty, uszczelka uszczelniona plasyelina hydrauliczną, według instrukcji internetowych mistrzów, teraz tylko czekam na przeźroczystą taśmę, żeby to jeszcze na mur beton zabezpieczyć i zrobione. Boże, nawet nie wiecie jak jestem z siebie (i męża) dumna, z niczego innego ostatnimi czasy nie byłam taka dumna!

A cały ten długi wstęp był mi potrzebny, żeby oznajmić, że po tak pracowicie spędzonym weekendzie, z przyjemnością udałam się na spotkanie z Twardochem, który nie dojechał, i Margo, która na szczęście dojechała. Szkoda byłoby nie pójść, bo impreza okazała się być 5 minut od mojego domu, o czym przeczytałam na blogu Margo w niedzielę rano, to już bliżej być nie mogło, no ale przecież bym nie poszła, gdybym nie lubiła Twardocha. Ani kolezanki. Ale lubię, to mu wybaczyłam nieprzyjechanie, ciekawie mówił i sensownie, nawet odpowiedź na dość naiwne pytanie prowadzącej miała sens (pytanie: jako członek mniejszości śląskiej, czyli ktoś, kto wie jak to jest być wykluczonym, czy łatwiej mu krytykować czy też dystansować się od nacjonalizmu – na co Twardoch przytomnie, że przecież śląskość to też jest nacjonalizm i wdał się w dywagacje czym się różni nacjonalizm małych ojczyzn od nacjonalizmu kraju dominujacego, jak na przykład Rosji, przez chwilę miałam ochotę zabrać mikrofon i opowiedzieć o różnych typach nacjonalizmu – czyli defensywnym i ofensywnym i tak dalej, ale ofuknęłam Panią Mądralińską, że to nie jej wykład i żeby mi nie robiła siary;)

Szkoda mi było trochę organizatorów, którzy się bardzo kajali i przepraszali, że nie przyjechał, a tu czytam u Margo, że Twardoch nigdy nie miał zamiaru przyjeżdżać i od razu zrobiło mi się ich mniej szkoda. Ja tu książkę kupuję, donacje donuje, a tu takie kwiatki??? No ale impreza wygląda na dość niedofinansowaną, zresztą nie wiem, czemu się tak czepili tego budynku gminy w Inchicore, miejsce nie jest zbyt reprezentatywne i zawsze tam pachnie wilgocią. Ale fajnie było poznać kogoś, kogo zna się tylko z blogów i posłuchać niegłupiego, a bardzo znanego, autora. No i mam najnowszą książkę, którą z przyjemnością sobie przeczytam.