Czerwiec, czy może być coś piękniejszego?

Nie wiem, co mnie tak porwało, że nic nie pisałam, bo przecież nie pracuję w czerwcu, hehe. Zajęta się zrobiłam bardzo, udręczył mnie zielony notesik dręczyciela, ale też imprezy, spotkania, załatwianie spraw dawno przekładanych. No i sprawy terapeutyczne, o matko, samo spisywanie 1 sesji to 2-3 godz🙄

A zatem melduję, że pomalowałam drzwi wejściowe na jasny, stalowy błękit, miało to wyglądać pięknie z buraczkami na ścianie, a wyszło tak, że każdy fan Westham United by się ucieszł. Błękit podłapuje odblask od buraczków i ma fioletowy odcień.

No i teraz myślę – kupować chodnik z błękitami i słomą i buraczkami, żeby jakoś spiąć te kolory, czy przemalować na miętowy. Dylematy życia i śmierci, jak widać;D

Poza tym skończyłam trzeci rok szkolenia klinicznego – jeszcze dziś czeka mnie rozmowa czy przeszłam dalej, w każdym razie godziny z klientami robię, superwizję mam, esesje napisałam, więc chyba do przodu. No i z tej okazji w sobotę było u mnie przyjęcie ogrodowe, ach, cóż może być lepszego niż ogrodowe przyjęcie, zwłaszcza w jeden z niewielu słonecznych dni w Irlandii! Było bosko, nabrałam ochoty na zapraszanie gości. Ale ja jestem leniwa pani domu i zarządziłam pot luck party, czyli każy coś przynosi. Oczywiście żarcia było tyle, że na koniec rozdawałam wszystkim z powrotem do domu, co w sumie fajne jest, bo ktoś przyniósł sałatkę i hummus, a wziął sobie ciasto i cały zadowolony. A ja przecież nie zjem tylu ciast i chrupków i sałatek. Ja tylko użyczyłam swój dom i zrobiłam wegański bigos;D który smakował nie-rdzennym Irlandczykom, a rdzenni dyskretnie pozostawiali swoje porcje pod ławką w ogrodzie;D Powinnam im powiedzieć, że to bardzo specyficzne danie i nie każdemu smakuje😁

Koniec roku szkolnego, to znaczy wkrótce. W międzyczasie zakończyły się zajęcia muzyczne w dwóch szkołach, posłałam Mo do nowej l, bo się zwolniło miejsce, ale że stara była opłacona do końca roku, to chodziła do dwóch przez cztery miesiące. Okazało się, że bardzo lubi grać na pianinie, jak kiedyś nastawiałam zegarek na 10 minut i marudziła, teraz wieczorem się ze mną wykłóca, że jeszcze musi pograć i przedłuża w nieskończoność. Za to 15 minut czytania przed snem to ciągle walka 😀 Nie mogę tego zrozumieć, jak niemoje dziecko – nie lubi czytać, uwielbia grać na pianinie.

Maluję naszą sypialnię.

Od 8 lat była po prostu biała, bo pary mi nie starczyło na żadne urządzanie i wymyślanie, trudno urządzać bez koncepcji, ani weny. Dopiero kiedy dostałam Prawdziwy Obraz na któreś urodziny wszystkie kolory wskoczyły na swoje miejsce i wymyśliłam mint green – taki niebiesko-zielony, jasny. Przez chwilę zastanawiałam się nad takim bardziej sage, żeby się spinał z łazienką, ale tam, raz się żyje! Teraz u nas co pokój, to inna historia. No i maluję. Pokażę, jak skończę, a co. Jeszcze tylko nieśmiertelny regał Billy, biały z szybami, na biblioteczkę psychoanalną i art i będzie cudnie.

Mam kolejnego klienta, ach, jakbym chciała, żeby ze mną został! Wydaje mi się, że złapałam kontakt na pierwszej konsultacji, ale niestety, przez to, że wyjeżdżam niedługo na całe 5 tygodni do Polski, mogę z nim zacząć terapię dopiero po powrocie. Dałam mu wybór – albo decyduje się zostać ze mną, i wtedy mamy jeszcze jedną konsultację przed moim wyjazdem, albo czuje, że nie może czekać i wtedy odysłam go do kliniki, może jest ktoś, kto mam może go od razu przyjąć.

Zwykły zjadacz chleba

Dopiero co przetoczyla sie po netach dyskusja o Tokarczuk używającej AI I oczywiście Twardoch też został o to zapytany. Okazał się tu zupełnym ortodoksem – nie używa i nie będzie uzywal, uważa, że czytelnik pragnie dowiedzieć się, co myśli autor, nie czatgpt. W tym kontekście przypomnial mi się najnowszy wywiad z Dukajem, który akurat uważa zupelnie odwrotnie:

https://wyborcza.biz/biznes/7,177150,32827898,dukaj-cyfrowi-ksiazeta-wierza-w-przesiadke-w-cyfrowe-zycie.html

Używa, będzie używał i twierdzi, że niedługo nie odróżnimy książek pisanych przez AI od tych nie, a większość pisarzy będzie w jakimś stopniu korzystała, jeśli już nie korzysta, pomimo głośnych zaprzeczeń.

Nie wiem jak to będzie, chciałabym żyć w świecie Twardocha, ale realistycznie patrząc myślę, że nastanie świat Dukaja. No i akurat Dukaja nie można posądzić o niedostatki warsztatu pisarskiego, bogactwo jego języka i wyobraźni ustawia go w pierwszej lidze polskich pisarzy, niezależnie, czy się lubi ten rodzaj literatury czy nie, wiec to nie tak, że tylko słabi mają pokusę.

Ale jest jedna rzecz, w której AI jest i będzie słaby: jak to jest żyć w ciele.

Bo splotło mi się to akurat z tematem, wokół którego sobie krążę w myślach ostatnio, o ciele i cielesności. Czytam sobie Ogdena i on mówi o takim naprymitywnejszej fazie rozwoju ja, kiedy dziecko jeszcze nic naprawdę nie wie i nie kuma i ma tylko cielesne, czyli zmysłowe odczucia, jeszcze nie połączone w żadne myśli (dla fanów teorii pschoanalitycznych – jest to stan wcześniejszy, bardziej prymitywny od schizo-paranoidalnego, bo schizo-paranoidalny odnosi się do obiektów czyli rzeczy, a ten skupia się na powierzchni, nawet obiekty jeszcze nie istnieją w świadomości). Ten stan oczywiście nie jest tylko ograniczony do dziecięctwa, jest to po prostu pierwsza warstwa naszego ja, która się osadza w psychice. Teoria psychodynamiczna twierdzi, że w czasach kryzysu człowiek często się regresuje do tych wcześniejszych stanów, bo utrzymanie dorosłego self wymaga dużo wysiłku (bardzo mi to współgra z tym, co obecnie widzę u moich rodziców, ale to inna historia). W każdym razie to jest ta pierwsza warstwa naszej psychiki, pierwsze bycie w świecie, wszystko co przychodzi potem jest w tym zmysłowym odbieraniu świata osadzone. Bardzo trudno się o tym myśli, czy też pisze, bo to jest poziom dużo poniżej języka i w ogóle jakiegoś kognitywnego przerabiania świata, ale to jest taka rama, osnowa, nad którą się całe człowieczeństwo nasze i myślenie i uczucia nadbudowuje, czy raczej w czym się zakorzenia. Tak mi się to łączy jeszcze z tym, co mówi Solms o świadomości, że wynika z odbierania informacji z otoczenia i dostosowywania się do rzeczywistości.

No i AI tego nie ma, co moim zdaniem ma naprawdę poważne konsekwencje dla wiarygodności jego opisu świata. (Oczywiście zaraz zwolennicy AI powiedzą, że można je podłączyć do termometru czy hygrometru itd, ale to są pojednyncze kanały połączenia z rzeczywistości, a my mamy równocześnie włączone tysiące takich kanalików, które w dodatku są zintergrowane ze sobą i połączone z innymi ludźmi). Może kiedyś będzie miało, ale to już fantazja Lema, do której naprawdę daleko obecnym modelom językowym.

I tak mi się przypomniało, że kiedy byłam dzieckiem zdarzał mi się taki stan ciała i umysłu, takie uczucie – poczucie, takie bardzo specificzne fizyczne odczuwanie, jakbym była równocześnie malutka i bardzo duża, jakby owinięta w miękką watę, nadmuchana i wypełniająca sobą całą przestrzeń, a równocześnie jednowymiarowa.

Bardzo trudno to opisać, bo nie był to stan intelektualny, tylko takiego właśnie czucia zmysłowego ciała. Było to bardzo przyjemne i najczęściej zdarzało się tuż przed snem, pamietam, że leżałam w łóżeczku i próbowałam ‚wejść’ w ten stan, czasem się udawało, a czasem nie. Myślałam sobie o tym i nawet sie zastanawiałam, czy wszyscy go mają, jak na przyklad uczucie, że sie chce siku, czy tylko ja, parę razy ‚przyszedł do mnie’ również w dorosłości i zamierałam wtedy w bezruchu, żeby tylko go nie spłoszyć. Jest to stan błogości, spokoju i bezpieczeństwa, ale nie są to w żadnym stopniu uczucia, tylko realne fizyczne wręcz doznania czuję się objęta i owinięta czymś miękkim i ciepłym i spokojnym. Myślę, że to zapisane we mnie wspomnienie właśnie takiego stanu przed-myśleniem, wspomnienie, kiedy mnie mama (albo tato) obejmowali, kiedy czułam się całkowicie zanurzona w tym objęciu, bezpieczna, taka malutka, a równocześnie taka duża, bo wypełniająca sobą całą przestrzeń wokół, a te ramiona też w jakiś sposób były częścią mnie, bo nie odróżniałam jeszcze wtedy gdzie mama, a gdzie ja.

Takie i inne zmysłowe wrażenia z ciała i otoczenia poprzez ciało, różne stany fizyczne, są już tłem, najczęściej zintegrowane z myśleniem tak idealnie, że nawet ich nie zauważam, biały szum, który jest gdzieś tam zawsze, teraz otoczony myślami i ideami i uczuciami. Ale większość naszego dnia upływa na sprawdzaniu tego tła, a raczej rejestrowaniu jego zmian, czuciu że duszno, albo ciepło, albo śmierdzi, albo pachnie babcią i domem, i to w dużym stopniu wpływa na nasze codzienne bycie, na to, jak sie mamy. Nasz świat symboliczny się z tego wywodzi, jest dodatkową nakładką na te informacje z ciała, nakładką, która właśnie powstała po to, żeby te informacje ze zmysłów bardziej efektywnie wykorzystywać. 

No i AI ma tylko tę nakładkę, która bez całej reszty jest całkiem bezrozumna, mam wrażenie. Czat jest tylko zwykłym manipulatorem symbolami, ale te symbole nie mają przecież zakorzenienia w jego rzeczywistości. I to mnie w sumie pociesza:)

A ja może jestem zwykłym zjadaczem chleba, ale ten chleb ma konkretny smak, ma chropowatą skórkę i ciemnobrązowy kolor, a pachnie tak, że można pół królestwa oddać.

Chleb mojego Mi

(Na marginesie – słuchałam sobie też ostatnio o DID, dysocjacyjnym zaburzeniu tożsamości, dawniej – osobowości wielorakiej, i też mi się to układa w jedną całość, bo DID polega na odłączeniu się od poczucia tego, co akurat dzieje się z ciałem i wobec tego jest zaburzeniem, bo nie pozwala zintegrować sygnałów z rzeczywistości, ale jest oczywiście też bardzo sprytną obroną, bo pozwala na ochronienie self kiedy te sygnały mówią, że dzieje się coś strasznie złego.)

Drobne radości obsesjonatki

Notesik dręczyciela wypełniony po brzegi, ale negocjuję. Z samą sobą.

Na weekend udało nam się odhaczyć dwie roboty, niby krótkie, ale upierdliwe, w stylu takich, które trzeba kreatywnie obmyśleć przed zabraniem się do pracy.

Ach jak mi się nie chciało, ale przekonałam swój mózg, że to dla jego dobra, że nic tak nie odmładza jak bycie kreatywnym i uczenie się nowych rzeczy, a cóż może – dla osoby, która żyje w literkach i ideach – być bardziej nowego i kreatywnego, od wymyślenia jak zatkać dziury w suficie, przez które nam wieje do sypialni.

Robotę tę odkładałam siedem lat, bo najpierw myślałam, że trzeba dostać się do tych dziur od strychu i ocieplić cały obrąb dachu, który ma taki lekki spad już nad naszą sypialnią, ale to duża robota, więc każdej zimy marzłam i marzyłam o ociepleniu i planowałam jak to w lecie załatwię, a potem przychodziło lato i już było mi ciepło, więc były ważniejsze rzeczy. Ale z biegiem lat (hehehehe) dotarło do mnie, że być może w ogóle nie wolno tego ocieplać, tej podsufitki, bo tam przecież powinieni być przewiew, żeby nie było wilgoci.

(Wiem, że to nudne i bardzo przepraszam za takie dłużyzny, mnie też to tak nudziło, może dlatego to tyle trwało.)

No i jak w końcu to do mnie dotarło, że muszę po prostu li i jedynie zakleić czymś te 3.5 centymentrowe, w przekroju, dziury to zaczęłam myśleć, ale nic by z tego myślenia nie było, gdyby nie zmaterializowało się u mnie styropianowe pudełko po odwilżaczu, który zakupiliśmy niedawno, z którego właśnie mogłam wyciąć te kułeczka, które mogłam wykorzystać do włożenia w sześć dziur, jak myślałam na początku, a w trakcie pracy okazało się, że w osiem, w tym jedna o nieregularnym kształcie O_O Taka epopeja z dziurami. Codziennie powtarzałam mężowi, że musimy dziś w końcu zatkać te dziury, z czego on się naigrywał. W każdym razie w końcu wykoncypowałam: styropian, przyklejony do takiej specjalnej siatki do ścian (nie pytajcie, swego czasu kupiłam całą rolkę, bo przecież trzeba mieć w domu), na to gips szpachelką – szpachlował mąż – no i voila! Zwycięstwo! wszystko zaklejone. Dziury są w schowku na boiler w rogu sypialni, więc teraz trzy razy dziennie otwieram drzwiczki do schowka i patrzę się na ten cud.

Druga robota, którą również pchnęliśmy w weekend, to uszczelnienienie zlewu, który już dwa razy silikonowałam, więc tym razem podjęłam decyzję, że nie ma to tamto – zupelnie wyciągamy zlew i robimy to od podstaw. Oszczędzę wam opisu całego procesu, na który składa się odkręcanie kolanka i rurek od ciepłej i zimnej wody i tak dalej, wystarczy tylko, że napiszę, że hydrauliki uczyłam się z jutuba, ale daliśmy radę. Zlew wyciągnięty, uszczelka uszczelniona plasyelina hydrauliczną, według instrukcji internetowych mistrzów, teraz tylko czekam na przeźroczystą taśmę, żeby to jeszcze na mur beton zabezpieczyć i zrobione. Boże, nawet nie wiecie jak jestem z siebie (i męża) dumna, z niczego innego ostatnimi czasy nie byłam taka dumna!

A cały ten długi wstęp był mi potrzebny, żeby oznajmić, że po tak pracowicie spędzonym weekendzie, z przyjemnością udałam się na spotkanie z Twardochem, który nie dojechał, i Margo, która na szczęście dojechała. Szkoda byłoby nie pójść, bo impreza okazała się być 5 minut od mojego domu, o czym przeczytałam na blogu Margo w niedzielę rano, to już bliżej być nie mogło, no ale przecież bym nie poszła, gdybym nie lubiła Twardocha. Ani kolezanki. Ale lubię, to mu wybaczyłam nieprzyjechanie, ciekawie mówił i sensownie, nawet odpowiedź na dość naiwne pytanie prowadzącej miała sens (pytanie: jako członek mniejszości śląskiej, czyli ktoś, kto wie jak to jest być wykluczonym, czy łatwiej mu krytykować czy też dystansować się od nacjonalizmu – na co Twardoch przytomnie, że przecież śląskość to też jest nacjonalizm i wdał się w dywagacje czym się różni nacjonalizm małych ojczyzn od nacjonalizmu kraju dominujacego, jak na przykład Rosji, przez chwilę miałam ochotę zabrać mikrofon i opowiedzieć o różnych typach nacjonalizmu – czyli defensywnym i ofensywnym i tak dalej, ale ofuknęłam Panią Mądralińską, że to nie jej wykład i żeby mi nie robiła siary;)

Szkoda mi było trochę organizatorów, którzy się bardzo kajali i przepraszali, że nie przyjechał, a tu czytam u Margo, że Twardoch nigdy nie miał zamiaru przyjeżdżać i od razu zrobiło mi się ich mniej szkoda. Ja tu książkę kupuję, donacje donuje, a tu takie kwiatki??? No ale impreza wygląda na dość niedofinansowaną, zresztą nie wiem, czemu się tak czepili tego budynku gminy w Inchicore, miejsce nie jest zbyt reprezentatywne i zawsze tam pachnie wilgocią. Ale fajnie było poznać kogoś, kogo zna się tylko z blogów i posłuchać niegłupiego, a bardzo znanego, autora. No i mam najnowszą książkę, którą z przyjemnością sobie przeczytam.

Dobre życie

Vertigo na szczęście przeszło, nawet mogłam prowadzić i dojechać do gabinetu, uff. Bardzo dziwna to przypadłość, gdyby mnie to nie spotkało, to bym w to nie uwierzyła.

Pogoda znormalniala, wczoraj z przyjemnością wdychalysmy sobie powietrze po deszczu i oglądałyśmy chmury w zachodzącym słońcu.

Mo wyzdrowiała, ma strupki na wszystkich bąblach, jutro idzie do szkoły. Jadą na wycieczkę, o której opowiadała od pół roku, wiec podejrzewam cudowne ozzdrowienie siłą woli.

Ja przejrzałam front robót letnich i na razie mnie to przeraża😬 – uszczelnić zlew w kuchni, pomalować naszą sypialnię, kupić i skręcić regał w sypialni, położyć coś na tę cholerną podłogę w kuchni, którą 6 lat temu pomalowałam i do której teraz WSZYSTKO SIĘ PRZYKLEJA (winyl? panele?), pomalować lampę na ganku, uszczelnić sufit w naszej sypialni, bosz, tyle prac, a mi się tak nie chce;D Może dodam, że ja jestem tu majstrem, a Mi ewentualnie robolem.

Chore dziecko wczoraj

Ktoś mi sie kiedyś dorwał do mojego zeszycika dręczyciela, gdzie od 2017 zapisuję sobie remonty i summer jobs i machnął taki rysuneczek. Ktoś miał wtedy kolo 2.5 roku. Kto zgadnie co przedstawia? 😁

Z lit fachowej czytam Ogdena Prymitywny Brzeg Doświadczenia i Sztuka Psychoanalizy,  straciłam zdolność czytania lit pięknej 😬 nie wiem, może to minie. Ale mam poczucie, że tak mało wiem, że nie moge sobie pozwolić na rozrywkę. Poza tym rozrywka nudzi, po jednym Siembiedzie nie bardzo się zachęciłam. Może taki czas. Cisnę tego Biona, trzeba było zacząć od późniejszych książek, bo wcześniejsze to naprawdę kompletna czarna magia, czytając jego opisy przypadkow kompletnie nie kumam skąd wysnuł wnioski. Ale takie Learning from Experience już dużo jaśniejsze.

Za namową blogową kupiłam sobie dwie Zyty, zobaczymy.

Vertigo

Dzisiaj do objawów alergii doszło vertigo, czyli zawroty głowy, co za upierdliwa przypadłość!

Ale też trochę śmieszna, choć pierwszy raz jak mi się przydarzyło – może dwa lata temu – wcale nie było mi do śmiechu, bo oczywiście pierwsze, co mi przyszło do głowy, to guz mózgu. Wtedy miałam takie zawroty, że nie mogłam przejść parę kroków do łazienki, bo się zataczałam, musiałam zwolnić się z pracy, bo bym nie doszła, nie mówiąc już o wykładzie, po długim guglaniu postanowiłam spróbować manewrów Epley’a, czyli czegoś, co wygląda jak czary mary na przesunięcie kryształków w uchu, które się może odczepiły i zablokowały nie tam, gdzie trzeba i zobaczyć, czy jest lepiej. I dopiero jeśli nie – dzwonić do GP. Ale pomogło, choć nie od razu.

No i od wczoraj mam znowu vertigo, świat faluje, jak się podnoszę z kanapy, tylko nie wiem czy tym razem to znowu niegrzeczne kryształki, czy wysięk w uchu wewnętrznym od alergii, czy perimenopauzalne hormony, no nic, walnę jeszcze ze cztery Epley’e i zobaczymy. Mąż się od rana podchichruje z moich pozycji na łóżku. Wiecie, że zaburzenia równowagi przydarzają się dwa razy częściej kobietom?

Martwię się tylko tym, że mam dziś pacjenta, mimo bank holiday, mam nadzieję, że dojadę, a podczas sesji nie będzie mi się za bardzo kręciło w głowie.

Przy okazji przypomniało mi się Vertigo, może się dziś skusimy z Mi.

Zobaczymy, bo oglądamy From akurat, które nam bardzo bardzo leży, ulubiony gatunek filmowy mojego męża, czyli ‚mind bending’ – musi być dużo symboliki, musi być nieoczywisty, wysmakowany estetycznie, no i oczywiście nie tylko z drugim, ale trzecim i czwartym dnem, i w tej kategorri From daje radę (IMDB 7.8, w sumie się zgadzam). The Pitt by go wykończył, dlatego całą pierwszą serię machnęłam sama:D