I jedziemy dalej.
Pękła rura.
Woda lała się po ścianie, a co ciekawe, przeciwległej do łazienki. Dlatego najpierw nie zajarzyłam co się dzieje i pobiegłam do sąsiada, że to od niego. Ale przytomnie od razu wyłączyłam korki.

I jedziemy dalej.
Pękła rura.
Woda lała się po ścianie, a co ciekawe, przeciwległej do łazienki. Dlatego najpierw nie zajarzyłam co się dzieje i pobiegłam do sąsiada, że to od niego. Ale przytomnie od razu wyłączyłam korki.

rodzina nie zaakceptowała koloru ściany w łazience.
Mo określiła go najgorszym kolorem świata, ‚nawet kupa jest lepsza’.
Minęły już dwa tygodnie remontu, jesteśmy już wszyscy bardzo zmęczeni. Małe upierdliwości powoli nas zjadają – to mamy kibelek, to nie mamy i musimy sikać w ogrodzie do nocnika i wylewać do kanału, ostatni raz brałam normalny prysznic tydzień temu, na codzień myję się w misce jak nasze mamy i babcie, wszystko jest pokryte białym pyłem a w dużym pokoju ciągle są jakieś graty (blaty, kaloryfery, lustra, lampy, muszle klozetowe itd itp).
Każdy remont to taka mała katastrofa, jak wszystkim wiadomo, z takimi cholernymi męczącymi kur …niespodziankami, jak na przykład wczoraj kiedy Mi pojechał po blaty do Ikei i dzwoni, że blaty się nie zmieszczą do auta, wsadził jeden na deskę rozdzielczą i pękł mu ekranik. W końcu się zmieściły (ekranik był pęknięty wcześniej przeze mnie, o czym mu nie powiedziałam wcześniej), ale musiałam pojechać po niego taxi, bo blaty zasłaniały mu częściowo boczne lusterko i musiał go ktoś pilotować na autostradzie.
Albo dzisiaj, kiedy z głupia frant przymierzyłam do okien kupione i przycięte parapety i okazało się, że są za grube! Był tylko jeden wymiar grubości – 31 mm- na cztery rozmiary szerokości, więc nawet nie przyszło mi do głowy, że nie będą pasować. Jeszcze nie wiemy, co zrobimy, w najgorszym wypadku poszukamy nowych i Piotrek przyjedzie je założyć kiedy tam będzie miał czas w lecie. Albo będzie kuł, ale to lity beton. No i tak się bujamy od przygody do przygody, ale wiadomo, że już bym chciała, żeby się skończyło.
Tym bardziej, że mam jeszcze jeden esej na studia do oddania JUTRO oraz w pracy jest właśnie okres egzaminacyjny i do końca maja muszę wystawić wszystkie oceny, a ze sprawdzaniem prac jestem jeszcze w lesie.
A 28 maja lecę do Polski opiekować się mamą.
Gorąco sobie obiecuję, że już nigdy nie zafunduję sobie takiej kumulacji – nie muszę chyba dodawać, że Mo oczywiście była chora przez ostatni tydzień, w tym dwa dni z gorączką 40 stopni.
Uroczyście oznajmiam zatem, że pluję na kulturę zapierdolu, czniam na bycie busy busy busy, zwracam swój umysł ku refleksji i medytacji oraz wylegiwania się z książką beletrystyczną na czymkolwiek.

Tak to teraz wygląda, ale koniec już jest bliski.
Mam lampkę nad lustro:

Będzie pasowała do naszych drzwi:

Jeszcze tylko lustro, kaloryfer, umywalka z szafką, kibelek, guzik do kibelka (dlaczego te spłuczki są TAKIE DROGIE??), wyciąg do prysznica, szafka, obraz na ścianę i śliczna durnostojka-mydelniczna na parapet.
Znowu dzień jak skarb, słońce, maj, zapachy, taki dzień do kolekcji jak muszla znad morza, a ja tkwię nad papierami. No muszę, niestety trzeba pracować, bo kredyt na remont się sam nie spłaci. Niestety. Ale na szczęście w nieszczęściu, albo nieszczęście w szczęściu, w sumie nie wiem jak o tym myśleć, Mo rozwinęła sobie w piątek przepiękną gorączkę 39.5 stopnia, więc i tak musielibyśmy siedzieć w domu, a zatem nie żałuję.
Łazienka posuwa się do przodu. Wygląda na razie trochę bleee, bo wzięłam sobie radę Marii Killam do serca, że kiedy wychodzisz ze sklepu z kafelkami i boisz się, że łazienka będzie nudna, znaczy to, że dobrze wybrałaś. Ciekawe kafle stają się narzucające po roku, po prostu irytujące po trzech latach, a po pięciu nie do zniesienia. (Uwielbiam te heksagony na podłodze, to było też moje małe marzenie). Ale teraz rozkminiamy czym przełamać tę biel – Mi chce fuksję na ścianie i suficie:D

Piotrek zrobił sobie dziś wolne, pożyczył samochód i pojechał do siebie, wykąpać się, bo nie odpocząć, skoro – jak nam powiedział – ma taką obiecaną małą prackę na niedzielę. Ten człowiek to robot, trochę się zaczynam o niego martwić. Sąsiad mówi, ale ty ufasz ludziom! mówię sąsiadowi – ale ty też masz nasze klucze! Moja intuicja rzadko się myli, choć, oczywiście, jest to możliwe. Po południu Piotrek dzwoni, że złapał gumę. Pech. Mam nadzieję, że jutro przyjedzie naszym samochodem, w sumie remont warty mniej niz samochód, hehe.
Ogród zaczyna przypominać ten fragment wielkiego parku, który ludzie omijają, a dawno posadzone rośliny radzą sobie jak mogą, bez żadnej ludziej ingerencji. Maliny powoli pożerają trawnik, dmuchawce nie niepokojnone przez nikogo dumają nad nietrwałością świata swoimi siwymi głowami, dopóki wiatr nie zawieje, kwitną stokrotki i niebieskie geranium, róże szykują się do zmasowanego ataku kwieciem.
Jest pięknie.
Jeszcze tylko 18 prac do sprawdzenia i 5 licencjatów, mój esej do skończenia, remont łazienki i zrobienie parapetów, wymiana blatu w kuchni i będę miała wolne. (Rany boskie jestem kioskiem).
Nie mogę uwierzyć, że po SIEDMIU LATACH BĘDĘ MIAŁA WANNĘ. I PARAPETY. (oraz niespleśniały blat w kuchni)
Czy tym razem zaczęłam od początku?
Właściwie od samego początku wiedzieliśmy, że będziemy musieli zrobić trzy rzeczy w naszym domu: łazienkę, kuchnię i elektrykę.
Wszystkie te sprawy trzymały się na słowo honoru i stopniowo niektóre przestały się trzymać – prysznic zaczął przeciekać, fronty szafek w kuchni odpadać, blat pleśnieć od spodu, prąd do kuchni, przecięty przez pierwszą ekipę i pociągnięty na kablu od kontaktu, też nie jest jakimś wielkim pewniakiem. Na dodatek od siedmiu lat nie mamy parapetów, nie wydawały się niezbędnie konieczne, a że mamy edukacyjne priorytety, to cierpiały parapety.
Ale łazienka jest położona dokładnie nad naszym dużym pokojem i kiedy pojawiły się żółte plamy na suficie sprawa przeszła z folderu ‚pilne’ do ‚okropnie pilne’. Szczęśliwie zaciekało pod kaflami prysznica, a nie pod kibelkiem😅 i jeszcze dwa lata temu dzielnie przykleiliśmy kafle na klocki lego i zalepiliśmy silikonem wszystkiem możliwe dziury:


Niestety, stropy mamy drewniane, w podłodze idą kable elektryczne, więc wszystko to groziło jakąś piękną katastrofą w najbliższej przyszłości.
I oto Kasia Freya, znana tutaj niektórym blogowiczom, w jakiejś rozmowie kiedyś wspomniała, że ma przyjaciela, który zajmuje się remontami. Piotrek, nazwijmy go tak chroniąc dane osobowe, ma długie kolejki do swoich remontów, bo robi porządnie, szybko i taniej, niż Irlandczycy. Poprosiłam Kasię, żeby nas zapisała do Piotrka, bez pośpiechu, z jakimś rocznym czasowym horyzontem. Piotrek odezwał się chyba miesiąc później – były to bodajże wakacje, albo tuż przed – że właśnie ma okienko i czy chcemy.
Chcieliśmy bardzo, ale się nie składało – a to my jechaliśmy na zaplanowane wakacje, a to jemu się robota w październiku przesunęła, tak, że był dostępny dopiero w listopadzie, a to mi akurat wtedy zaczynał się gorący okres w pracy i na studiach.
W miedzyczasie Piotrek przyjechał z Kasią, oglądnął łazienkę, posłuchał o moich marzeniach (WANNA Z PIANĄ) i strwierdził, że się da. A nie było to takie wcale pewne, bo łazienka ma – uwaga, niespodzianka – 1.50 na 1.80m. A ja niestety pragnę mieć wszystko: wannę, umywalkę i kibelek, bo trudno bez kibelka. W dodatku ta mikroskopijna oaza jest naszą JEDNYNĄ TOALETĄ w domu.
Po paru niespodziewanych zwrotach akcji – w czasie, kiedy Piotrek już miał zaczynać, akurat przyjechał Adek, i to w swoje urodziny, miał być tylko jeden dzień, więc przesunęliśmy remont, a potem odwołali synkowi loty do Paryża, więc jeszcze kolejne dwa dni – wreszcie w ubiegły czwartek przywiozłam Piotrka z pięknego miasta Waterford.
Odpoczął sobie cały czwartek wieczór, a w piątek wieczorem CAŁA ŁAZIENKA BYŁA już ZDEMOLOWANA.
Najmocniej trzymały się klocki Lego:

Piotrek pracuje jak jakaś AI budowlana, od 8 rano często do 8 wieczorem. Wczoraj do 9, bo chciał skończyć podłogę. Przerobił całą kanalizację, żeby zmieściła się wanna musiał przesunąć kibelek, rurki do kaloryfera i rurki z ciepłą i zimną wodą do wanny i umywalki. Tempo robót ma niesamowite, słucha jazzu przy robocie i można z nim pogadać o filmach Jarmusha.
Tylko Kasia mogła nam polecić takiego Piotrka, bo to postać jak z grafomanskiej powieści, gdzie się zdarzają cuda.


Jaka ta Irlandia piękna! Przejechałam dziś 160 kilometrów w jedną stronę (potem zostałam zawieziona w drugą). Pędziłam puściutkimi, wijącymi się dróżkami, tak wąskimi, że ledwo dwie krowy mogą się minąć. Środek dnia, ograniczenie prędkości 80 km na godzinę i miejscowi oczywiście tyle cisną. Na szczęście drogi w większości puste, wszyscy pojechali autostradą ;D
Jechało mi się pięknie, pusto, zielono, w głośnikach Lhasa de Sela. Chyba to lubię. Ale byłam cała spocona, a najbardziej przy wyjeździe z Dublina, gdzie jeżdżą wariaci.
A teraz sprawdzanie, ilość bzdur mnie poraża, ale cóż zrobić, muszę skończyć dziś pierwszą partię.
Wiosna na całego, pachnie kwieciem i badylami, zimny ten maj wprawdzie, ale i tak jest cudownie!
Dziś się spotkałam z moją (pierwszą) mamą, nie moją mamą, ale mamą mojego (potencjalnego) dziecka. Zobaczymy, trzymajcie kciuki. Jeszcze się zastanawia, haha, też bym się zastanawiała czy wpuścić kogoś obcego do domu. Byłyśmy na kawce, bardzo przyjemne wrażenie zrobiła na mnie, ale ważniejsze jest, jakie ja na niej. Ona wydaje się bardzo konkretna i ogarnięta, i tak na przykład napisała do mnie na mojego uniwersyteckiego maila, czyli od razu sprawdziła, że nie ściemniam – jestem studentką. Dobrze to rokuje, że nie jest łatwowierna i nawiedzona. Ale zobaczymy.
Siedzę zagrzebana w esejach i egzaminach, muszę powystawiać oceny do końca maja.
Jutro przywożę naszego pana od remontu, chyba będę sama jechać 160 km O_O po niego i narzędzia. Jak zupełny wariatuńcio, zwany tutaj madjołkiem, jadę drogami krajowymi, bo boję się autostradą ;D
Boję się to mało powiedziane.