Aaaa zatem Alleluja!
Przed samymi świętami w głowie mi się coś przestawiło i bardzo akuratnie zmartwychpowstałam.
Wiosna, ciepło, jasno, koniec szkoły, będzie dobrze. Słabość mnię tylko ogarnęła przeogromna i rano ledwo oko jedno otworzę, a już marzę, żeby się z powrotem pod moją kołderkę w magnolię wtrabasić, co się czasem udaje, jak nie mam rano szkoły.
W ogóle najlepiej mi sie pracuje w łóżku, i nawet nie na sofie w dużym pokoju, tam trzeba postawę siedzącą trzymać, tylko właśnie w łóżku pod kołderką. Jakaś infekcja długaśna mnie męczy, od ponad miesiąca coś mi w płucach siedzi, od czasu kiedy straciłam głos na tydzień, już umierałam na raka oczywiście, ale teraz nareszcie zaczęłam odkrztuszać i wykasływać i połączyłam kropki i wyszło mi, że pewno znowu mnie zmogła atypowa bakteria, co siedzi w komórkach żywi się ludzką energią, więc i stąd taka słabizna ze mnie. Ale twardo chodzę do pracy, bo gorączki ani innych objawów niet, choć dużo mnie to kosztuje, bo choć rano mogę na chwilkę wskoczyć pod kołderkę, to wieczorami mam zajęcia do 21.30 (buuuuu). A już najgorzej najgorzej jest w środę, kiedy jadę do szkoły na 2 godzinki, potem zawożę Mo na gimnastykę, wracam z nią do domu, jem obiad, jestem zmęczona i jest mi zimno (nie wiem czemu zawsze w środę o 19 jest mi zimno), ale nie ma to tamto, wsiadam na rower i jadę na zajęcia 20-21.30.
Ale jeszcze tydzień 😀 No, te akurat zajęcia to dwa, ale i tak.
Wróciłam zatem do siebie, nie zwariowałam, mimo, że Śmieszny Dziadek wywiercił mi dziurę w głowie, wrócę więc również do zdrowia. Tę bakterię to zwalcza się miesiącami na antybiotyku, bo to cholera straszna jest, ale też jak układ odpornościowy jest w miarę ogarnięty, to człowiek radzi sobie sam.
A jutro znowu huragan, ale tym razem wiosenny, więc fajny.
Magnolia kwitnie
W sobotę trochę zagoniłam rodzinę do sprzątania, bo jeszcze by święta odwolali! Bez mycia okien, uznałam, że to już przesada, ale odkrzurzony cały dom, zmieniona pościel, wypolerowane lustra (hehe jak to brzmi) i wymyte drzwi. Upieczony wegański pasztet i jajka w cebuli i nagle zrobiło się całkiem światecznie.
Ale najważniejsze, że jakoś tak przy okazji zrobiły mi się porządki w głowie i przestała mnie moja trauma straszyć. Możnaby rzec, zmartwychwstałam, bardzo na czasie 😁 Odpuściło mi zupełnie po raz pierwszy od miesiąca, a już żegnałam się z życiem 😉 Prawie na łożu śmierci przebaczyłam ostatnią kłótnię siostrze (czy chciałabym umrzeć pokłócona z siostrą o pierdołę sprzed 20 lat, mimo, że to ona zaczęła?).
Wczoraj zjedliśmy we trójkę uroczyste śniadanie świąteczne, bez stresu, bez pośpiechu, w miłości i pokoju. Świat się jeszcze raz odrodził.
Zadzwonił Adek, że są w Berlinie, właśnie się wprowadzili do pierwszego wspólnego mieszkania, ale się okazało, że jest strasznie brudne. Karma is a bitch;) Poprzednia lokatorka miała koty i nie sprzątała chyba od roku, wszędzie walały się kocie kłaki, a pod poduszkami kocie chrupki (mam nadzieję, że nie kupki). Niestety, Adek ma bardzo poważne uczulenie na koty. W niedzielę rano wysłał mi tylko wiadomość głosową jak mu w płucach świszczy, kazałam mu brać niebieski inhalator od dziewczyny, a jak się będzie dusił to jechać na pogotowie. Jego dziewczyna ma astmę, więc nie jest za ciekawie. Doradziłam im, żeby wymyli dokładnie wszytkie powierzchnie i wyprali wszytko, co się da wyprać. Koty to zło. Kocie alergeny w mieszkaniu urzymują się nawet parę miesięcy. Ciekawe, czy zaczną sprzątać, czy zmienią mieszkanie?
Mich stwierdził, że teraz będą żyli na kocią łapę, haha.
Trudno powiedzieć, ale jedną nóżkę chyba bardziej mam
Trudno mi pisać teraz, głowę mam całą zajętą takimi prywatnymi i intymnymi sprawami i nawet ja sama nie wiem czy nadążam jeśli chodzi o moje rozkminki 😉
Terapia mnie na razie zretraumatyzowała, poruszyła coś bardzo bardzo dla mnie trudnego, już raz kiedyś w praczasach zaliczyłam dół tak głęboki, jak polska podziemna, ale widzę postęp – przed dziesięciu laty, cały świat był jak popiół i nie mogłam spać, teraz sypiam dobrze, a wokół mnie nadal moje ukochane osoby, ulubiony dom, ciekawa praca, popiołu brak. Ale nie jest łatwo, choć jeszcze nie tonę.
Przychodzę do Śmiesznego Dziadka i mówię ‚Albo A i to co myślę, jest prawdą i będzie Koniec Świata, albo B i jestem wariatką’. Nie wiem. Nie wiedziałam, że będzie tak ciężko. Coraz wyraźniej widzę, jak sobie samym opowiadamy historie, jak konstruujemy swoją rzeczywistość tak, żeby nie bolało, jakie wymyślne sposoby ma mózg ludzki, żeby nie zobaczyć prawdy. A prawda gdzieś tam głęboko zapisana w ciałku migdałowatym i innych prymitywnych strukturach, siedzi przykryta zwałami tysiąca zaprzeczeń i parcia do przodu, a potem nagle wyskakuje znienacka atakami paniki albo nawykowym zmienianiem otoczenia. Albo bólami fantomowymi. Albo jeszcze innymi dziwnymi zwierzętami.
Ale studia nadal ciekawe i nie mam zamiaru z nich rezygnować. Uwielbiam zajęcia z Procesu Grupowego, to, jak dziwnymi jesteśmy istotami społecznymi i jak funkcjonujemy cały czas umieszczając kawałki swojej psychiki w innych ludziach, jest niezmiennie fascynujące i cały czas mnie zadziwia.
Sny mam takie, że wstaję i myślę pół dnia.
Muszę za to zrezygnować z kierownikowania, jeszcze szefowej nie powiedziałam, nie będzie to łatwe, bo wygląda na to, że nie mają nikogo innego i ostatnio mi mówiła, że się cieszy, że się tego podjęłam, no ale muszę być uczciwa wobec siebie i szkoły. Nie dam rady dłużej tego łączyć ze studiami.
Za to dieta przestała mi sprawiać problemy, przestałam w ogóle o niej myśleć. Na obiad jem zupy (bez śmietany), albo takie pyszności (pochwalę się):
Wszystkiego dobrego, radości z wiosny i nowego życia, ciepła i bliskości bliskich.

Nie zawsze, oczywiscie😁
Chwiejna równowaga
Smutny zwierz atakuje, ale się nie daję, jeszcze nie teraz, jeszcze mam czas.
W pracy wszystko dobrze, tylko nie chce mi się pracować, czytałabym na okrągło tylko książki ze studiów, strasznie ciekawe. W kółko i w kółko.
W domu wszystko dobrze, cieszę się moją małą jeszcze córeczką, od kiedy się przeprowadziła do swojego pokoju wprowadziliśmy taką świecką tradycję, że przed snem sobie gadamy co najmniej piętnaście minut. Staram się nie zadawać zbyt wielu głupich pytań, czyli co w szkole, jak z koleżankami, umowa jest taka, że może mi opowiadać o czym tylko chce i jak tylko chce. Czasem opowiada mi kawały, czasem śpiewa mi przez całe pół godziny, przeważnie po paru minutach gadania o niczym powie mi coś ważnego, coś, co ją gryzie. Bardzo fajne są te rozmowy, uczę się słuchać bez narzucania tematu i tak wczoraj zaczęłam mi opowiadać, że nie rozumie, czemu starzy ludzie przeprowadzają się do nowego domu, jak niedługo umrą, ona nie umiałaby się cieszyć nowym domem wiedząc, że zaraz umrze;) Wyraźnie słychać echo sytuacji babci i dziadka i rozkminki kondycji ludzkiej, ludzie umierają i jak można to rozumem ogarnąć. Nie można. Dzieciom niewierzącym jest trudniej, kiedy tracą bajkową perspektywę, muszą się zmierzyć z okrutnymi prawdami.
Ja też się mierzę z okrutnymi prawdami, czy kiedykolwiek jesteśmy z tym pogodzeni?
Trzymajcie się ciepło.
Pracuję

W ładnych okolicznościach to nawet o perwersjach przyjemnie się czyta😁
Jest jazda
Powiem wam, że jest jazda.
Nawet nie wiem, jak to opisać, w jaki sposób da się to wyrazić tak, żeby ktoś inny mógł coś z tego zrozumieć, a to trochę tak, jakby gdzieś tam w środku mnie wydarzały się jakieś ruchy tektoniczne: u Panny Anny Hanny Wanny jedna płyta panny Anny się przesuwa, robi miejsce na Hannę i Wannę, góry się wypiętrzają, rowy tektoniczne obniżają, morza łączą w oceany, a pustynie stają się jeziorami. Las nocą rośnie… Smutny Zwierz wyszedł z nory i chodzi nocą po pastwisku, wyciąga łeb do księżyca i wyje. Mruży oczy. Potwór z Loch Ness wystawia swoją długą szyję i nadsłuchuje. Menażeria już wie. Coś się dzieje, ale dokładnie nie wiadomo co, coś się zmienia, ale bardzo głęboko, coś się rysuje pod skorupą, ale jeszcze niejasno, na pewno nie w warstwie logicznej, myśleniowej, racjonalnej i matematycznej, ale gdzieś na granicy czucia-poczucia-dotyku wręcz, zapamiętanych odprysków emocji, poczuć i wrażeń.
Myśleliście sobie kiedyś, że możecie być kimś innym? Że w ogóle jest to możliwe?
Ruchy tektoniczne trochę bolą, a trochę mam uczucie, jakby ziemia usuwała mi się spod nóg. A potem chwila przerwy na złapanie oddechu, podnoszę głowę, a tam obcy horyzont. Tej góry jeszcze wcześniej tam nie było.
A poza tym jeżdżę na rowerze i wrzeszczą na mnie faceci w średnim wieku, szczególnie kiedy łamią prawo. Dziś wyjeżdżałam sobie z mojej uliczki, która zaskakująco jest drogą główną na pierwszym skrzyżowaniu, a prostopadła do niej jest przyporządkowana, jest to trochę dziwne i nie wygląda, no, ale jest, obstawiona znakami z tej i z tamtej, i tuż przede mną facet przycisnął gaz do dechy na przyporządkowanej i to z takiej z ograniczeniem 30 km, prawie by mnie stuknął, prawie, bo ja zawsze bardzo ostrożna jestem i się zatrzymuję, pokiwałam więc tylko z potępieniem głową, a on otworzył okno i zaczął się na mnie DRZEĆ. Że on płaci podatki i ma prawo jeździć O_O. Zauważyłam, że im bardziej ktoś czuje się winny, tym bardziej się wydziera, parę tygodni temu prawie wyjechał na mnie w tunelu kretyn prujący jak opętany na drodze tylko dla autobusów, na której w ogóle powinno go nie być, znowu więc pokiwałam tylko głową, a ten się zatrzymał na środku ulicy, otworzył okno i zaczął mnie obrzucać przekleństwami.
O_O
Kurcze, co jest z tymi ludźmi?
Jakoś to moje kiwanie głową, rower, kask i kamizelka bardzo ich wkurwia, może to, że kobieta w średnim wieku, a na rowerze, a nie jak panisko rozparta w furze, tak im podkręca poczucie winy, że nie są w stanie się opanować. Muszę przestać kiwać głową. Albo dawać ‚trigger warning’.
Poza tym wygrałam 10 euro za referendum, że poprawki będą odrzucone. Moi studenci mają mnie za wyrocznię;) (by się chciało…)
Marzniemy w marcu
Za mną parę ważnych rocznic, w tym nasza 25 rocznica ślubu – wciąż mnie zadziwia, że nadal się śmiejemy ze swoich żartów i płaczemy ze swoich smutków. Razem.
Zostałam również prawie-półwieczną kobietą, a Mi półwiecznym mężczyzną. Dostałam kwiaty, ach! jak ja kocham kwiaty!, dostałam też słuchawki do telefonu, takie jak chciałam, i perfumy, takie, jakie chciałam. Urzekły mnie ostatnio w windzie, kiedy jechałam z piękną Azjatką owiniętą cudnym płaszczem i zapachem, do tego stopnia mną zawładnęły, że zapytałam się o nazwę po wyjściu. Funny Moshino, proszę bardzo. Tanie jak barszcz.
Przyjechał synek z Niemiec ze swoją Re, poszli z nami świętować do Yamamori, ludzie, jak ja kocham ich kuchnię! To taka zeuropeizowana Japońszczyzna, nawet Mo lubi tam chodzić.
A przed świętowaniem w restauracji poszliśmy we dwójkę na Radical Bookfair, dawno nas tam nie było. Powiew świeżosci, młodzi ludzie zainteresowani naprawianiem świata, przestrzeń wypełniały książki i marzenia o świecie alternatywnym. No i co z tego, że nierealne? Nigdy nie wolno się poddawać w walce o lepsze jutro;)
Wysłuchaliśmy dwóch wykładów – o eko-socjaliźmie (jeden z prelegentów to mój dawny kolega z ruchu aktywistów doktorantów) i o działaniach ruchu obrony lokatorów. Bardzo, bardzo miłe wyjście, po pierwsze sami, dawno nigdzie sami nie byliśmy, a tym razem mogliśmy, bo Mo poszła na zajęcia ze sztuki, a potem do koleżanki, mieliśmy więc czas na wspólne śniadanie i kawę i powłóczenie się po mieście. Choć było przeraźliwie zimno.
Mo zachwycona kolejnymi zajęciami – tym razem do kolekcji składającej się z pianina, basenu i gimnastyki artystycznej doszła sztuka, a raczej SZTUKA, w prawdziwej pracowni malarskiej, w starym, georgiańskim domu, z pędzlami, farbami, kredami, kartonami i panią, prawdziwą i profesjonalną artystką. Niestety, uwielbia tam chodzić, a zabawa droga – 18 euro za jedne zajęcia. Ale na moje głupie pytania ‚a nie możesz w domu sobie pomalować’ dostałam tylko obrażone spojrzenie.
A teraz siedzę w domu i sobie wspominam. Pierwszy raz w życiu dopadło mnie bowiem zapalenie pęcherza i od wczoraj jestem uziemniona. Nie wiedziałam, że to takie cholerstwo! To jakiś koszmar! Nie poszlam do pracy, ani na zajęcia, a wczoraj miałam nawet gorączkę, ostatni raz zdarzyło się to chyba rok temu. Musiałam iść do lekarza, bo w Irlandii nie ma furaginy bez recepty.
Pogoda tragiczna. Niby już wiosną powiewa, niby bardziej zielono, pachnie mokrą ziemią, ale zimno jak cholera. Piździ, jak mówią dosadne kobiety.
Trochę lepiej
Zbieram do kupy się i wszystkie wątki, nitki plotę razem, gdzieś tam się dogrzebałam do studni wewnętrznej, woda nadal krystaliczna i czysta, tylko wkoło dużo gałęzi i liści.
Praca ostatnio daje mi dużo satysfakcji, przynajmniej tam jestem jakimś autorytetem, kimś, kto wie, choć raczej nie mam w duszy dużo autorytaryzmu, a jak mam, to z nim walczę. Ale tak dobrze grać rolę dobrego policjanta, uczyć, wspierać, podtrzymywać, motywować i dyskutować. Lubię to.
Na studiach jestem bowiem tym, kto nie wie, nie umie, nie potrafi, nie zna się, nieporadnie stawia pierwsze kroki i pada. I tak dużo nie wiem! Nie umiem się jeszcze poruszać po tej krainie, moje pytania odsłaniają moją ignorancję, a moje przemyślenia są oczywiste. Trudno być uczniem.
Mo znowu chora, kolejny tydzień w domu. W zeszłym tygodniu słabo sie czuła, nie posłałam jej do szkoły w pon i wto myśląc, że pewno coś się kluje, ale się nie wykluło – dalej nic oprócz niejasnego ‚źle się czuję’. Poszła więc do szkoły w środę, po powrocie znowu narzekała, że słabo się czuje, nie poszła na gimastykę, ale znowu żadnych konkretnych objawów, ani gorączki, ani kaszlu, ani porządnego bólu gardła, poszła więc do szkoły w czwartek, a o 12 szkoła dzwoni, że Mo narzeka, że źle się czuje i nie ma swojego inhalatora. Akurat byłam z koleżanką w Ikei na końcu świata, więc odebrałam ją dopiero pod koniec zajęć, z ogromnym niepokojem, bo co jeśli naprawdę ma atak astmy? Ale nie miała. Zaczęła panikować, bo dzieci jej powiedziały, że jak ma astmę i nie ma inhalatora niebieskiego, to może umrzeć…. Piątek w domu, już niby zupełnie dobrze, w sobotę puściłam ją do koleżanki na urodziny, a w niedzielę znowu to samo: źle się czuję. Tym razem ogromny katar. Boję się, żeby nie zszedł jej na płuca jak to zwykle bywa, więc dziś znowu w domu.
Strach ma wielkie zęby
Mam jakiś niefajny czas, dlatego nie piszę. Wydaje się, że terapia poruszyła traumę z głębokiego dzieciństwa i trudno mi się pozbierać. Kwestionuję nawet moją gotowość na nową profesję.
Wszystko nadal jest okropnie ciekawe i bardzo bardzo mnie interesuje, ale jak zostanę w takim stanie, w jakim jestem, to będzie kiepsko. Kurczowo chwytam się tego, że pewne sprawy muszą być przerobione, żeby iść do przodu. Ale gdyby nie pomysł zmiany zawodu, nigdy tych drzwi bym nie otwierała – bo po co? Choć ten wyjący emocjonalny alarm trochę tłumaczy moje od zawsze poczucie życia w stanie wyjątkowym.
Mój samopoczucie najlepiej obrazuje sen o dwóch matkach o wyglądzie surowego mięsa, a dokładniej dwóch kawałków karkówki. Bez oczu, ale z krwiożerczą paszczą. Obudziłam się ze słowami ‚to, że nie mają oczu, wcale ich nie usprawiedliwia’.
Do tego przedłużająca się zima (choć wiosna też niewiele chyba by tu zmieniła), cztery eseje na zaliczenie i prawie-pięćdziesiątka na karku. Dziecka do obserwacji nadal nie mam, co też napawa mnie niepokojem.
Piszę ku pamięci, aby w przyszłości móc powspominać też te ciemniejsze momenty. No chyba, że strachy się zmaterializują i krwiożercze matki mnie pożrą.