Marzę o lesie

Zaprosiliśmy wczoraj naszych ulubionych sąsiadów na japońszczyznę w podziękowaniu, przy okazji niektórzy oglądali mecz, oczywiście. Irlandczyk i Hiszpanka kibicowali Polsce, a nasza córka Francji… Efekt wciskania polskości?

Mi zdał egzamin na prawko! Bardzo, bardzo nam to ułatwi wiele spraw, na przykład będziemy mogli pojechać na wycieczke do lasu. Marzę o lesie. I na wycieczkę nad morze. Marzę o morzu. I będziemy mogli odwieźć naszą córkę samochodem do szkoły w niektore zimowe, ciemne i zimne poranki Irlandzkie, które wyglądają tak romantycznie w kinie, bo wieje, leje i gradobije, a nasza córka na bagażniku roweru, okutana od stóp do głów, w sztormiakach, kaloszkach, dwóch parach skarpet, kasku i rękawicach.

Mi jest tzw. essential worker na co dostał glejt z pracy ze wszystkimi pieczęciami i podpisami, co znacznie przyśpieszyło egzamin. Ja nadal czekam. Jego zdane prawko trochę mi pomoze, ale nie tak bardzo – nadal nie mogę z nim jeździć, bo nie jest wystarczająco doświadczony. Ale już będzie mógł mnie zawieźć w jakieś ustronne miejsce, gdzie poćwiczę sobie parkowanie. No i będzie dużo taniej – wg. moich wyliczeń wydaliśmy już na nasze lekcje około 5.5 tys euro. W samym listopadzie 400 euro na jego jazdy, na moje nas nie było już stać.

Grzywka

Ach, siostra! Siostra jest super. Z nikim się tak nie pokłócisz, jak z siostrą. Nikt ci tak nie nawrzuca, jak siostra. Nikt ci też jak siostra nie pomoże.

Piekła ciasta, które nawet JA moglam jeść, została w domu z Mo, jak musieliśmy iść do pracy, jeździła z nami samochodem. Aaaale było fajnie!

Moja młodsza siostra, z którą przez długie lata dzieliłyśmy pokój i mój boże! jak ja ją STRASZNIE dręczyłam! Ona od zawsze kocha zwierzęta i marzyła, żeby mieć jakiegoś małego zwierzaczka, na co ja się oczywiście nie zgadzałam, znacie mnie, bo śmierdzi, bo brudzi, bo jestem uczulona. W końcu łaskawie pozwoliłam jej trzymać w naszym pokoju rybki i pewnej nocy mama oglądała do późna 997 i tak się nastraszyła, że zamknęła nas w pokoju na klucz i właśnie owej nocy moją siostrę zaatakowała grypa żołądkowa, a kiedy nie mogłyśmy otworzyć drzwi, kazałam jej wymiotować do akwarium. A ona wzięła moją ulubioną puszkę na ołówki … Byłam po prostu WŚCIEKŁA!

Już nie mówiąc, jak pewnego razu ścięłam jej grzywkę tuż przy skórze, bo ona ma takie piękne gęste włosy i wydawało mi się, że będzie pięknie wyglądać, ale wyglądała tak, że przez następny miesiąc, albo dwa, musicians chodzic do szkoły w czapce… ‚Byłaś zazdrosna o moje włosy!’, ‚Nie prawda, chciałam tylko, żebyś wyglądała jak te francuskie aktorki!’ ‚A dlaczego SOBIE nie ściełaś tak grzywki???’ Dlaczego, dlaczego, no wiadomo dlaczego, bo ja mam marne włosy i wielki nos i nigdy nie było nawet cienia szansy, żebym wyglądała jak francuska aktorka. ‚No właśnie, byłaś zazdrosna o moje włosy!’ Nieprawda, właśnie chciałam, żebyś pięknie wyglądała!

A oprocz tego nie wiem, co ten listopad ma w sobie, ale co roku, co ROKU orientuję się, że ZNOWU gonię własny ogon i ledwo co odgruzuję jedną półeczkę, już następna się zapełnia. W tym roku dostałam jednak nowy kontrakt, ten, w związku z którym tak panikowałam, i niby mam mniej godzin, niżbym chciała, ale się okazuje, że i tak za dużo, niż powinnam, bo ledwo wyrabiam na zakretach. Ach, zapomniałam jakie to bycie na etacie jest upierdliwe! Tu zebranie, tam spotkanie, czworo studentów piszących prace licencjackie, do tego artykuł do skończenia, nowy przedmiot, na którym się mało znam, od czasu do czasu chore dziecko w domu i zaczynam się zastanawiać, czy leci z nami pilot.

Ostatnie dwa tygodnie to głównie chora Mo, która, wiadomo, jak to dziecko z gorączką była marudna i zajmująca i nie dało się przy niej pracować. Do tego po pierwszych dwóch dniach postanowiliśmy znacznie ograniczyć jej dostęp do youtuba i idiotów, bo zauważyliśmy, że jest to naprawdę BARDZO UZALEŻNIAJĄCE gówno, dzieciaki potrafią tych kretynów oglądać godzinami, a tam nic rozwijającego nie ma, tylko taka guma do żucia, że JUŻ ZA CHWILECZKĘ, JUŻ A MOMENCIK COŚ NIESAMOWITEGO SIĘ STANIE, oglądajcie nas, like & subscribe, tylko nie przerywajcie, zapomnijcie o mamie, tacie, jedzeniu, piciu i siusiu. Oni nawet normalnie nie mówią, wszystko jest wykrzyczane podekscytowanym dyszkantem, po dwóch godzinach oglądania takiej sieczki dziecko wygląda jak zombi i wpada w histerię, jak się je odciąga od ekranu. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czasem nie mam wyjścia i muszę jej dawać coś, co ją zajmie na dłuższą chwilę, na przykład kiedy właśnie mam spotkanie online albo akurat powinnam popracować. Ale zauważyłam też, że po paru dniach większej niż zwykle histerii i tłumaczeniu w kółko, DLACZEGO może oglądać tylko godzinę dziennie, było już troszkę łatwiej. Nadal jednak nie dało się pracować:(

A tytuł jak zwykle od czapy.

Żyjemy

Cześć i chwała nowoczesnej medycynie!

Trzy dni później biega po domu, awanturuje się, kłóci się, pyta, kiedy już może pójść na dwór do dzieci.

– Idę tylko na minutkę do pana sąsiada.

– Idę z tobą.

– Nie możesz, dopiero byłaś chora!

– Nie zostanę SAMA w domu!’

– Nie sama, tylko z żółwiem i nie zostajesz wcale, bo ja idę się tylko coś zapytać pana sąsiada.

Ubiera kurtkę.

– No dobra, ale załóż tę grubą.

Antybiotyk to jednak jest wielkie odkrycie, przecież mnóstwo dzieci umierało kiedyś na takie zwykłe zapalenie płuc, a tu po DWÓCH dniach zrobiło się lepiej. Jeszcze jest osłabiona, jeszcze nie ma apetytu (jak to przy antybiotyku), schudła dobre trzy kilo, ale nie jest już to umierające dziecko, które lekarka radziła nam zawieźć do szpitala, bo dawno nie widziała tak chorego dziecka, to dziecko, którego oddechu nasłuchiwałam całą noc, bo bałam się, że się udusi.

Nie poszliśmy do szpitala, co oznacza, że zaoszczędziliśmy co najmniej 320 euro. Bo w Irlandii za pobyt w szpitalu się płaci, nawet z chorym dzieckiem, przyjemność taka kosztuje 80 euro dziennie.

Nie idzie oczywiście jeszcze do szkoły, jest bardzo osłabiona, na szczęście jest moja siostra i zgodziła się zostać parę dni dłużej, żeby posiedzieć w domu z Mo, bo my musimy do pracy. Siostra przyleciała na ferie świąteczne, mieliśmy sobie wszyscy pojeździć w góry i nad morze, na wycieczki po Irlandii że hohoho, gdzie to my nie mieliśmy jeździć!, a skończyło wykradzonymi chwilami, na zmianę, żeby trochę potrenować jazdy.

Bo w Irlandii nie ma w ogóle zwolnienia na dzieci, można się rozchorować samemu i iść na swoje zwolnienie, można wykorzystać urlop, można błagać o pracę z domu (dzieki Ci covidzie!), ale nie można zostać w domu z chorym dzieckiem. W kwietniu tego roku rząd szumnie ogłosił, że wprowadzi 5 dni zwolnienia rocznie, które można brać na dziecko i jak na razie na tym się skończyło. Czyli na tym, że ogłosił, nie, że można brać. To tak, jak ze zniesieniem opłat za wizytę lekarską dla dzieci poniżej 8 r.ż. – ogłosili dwa lata temu i nadal nie wprowadzili w życie i każda wizyta to 60 euro plus leki, tym razem wyszła nam stówka, Mo ma siedem lat, pewno rząd czeka aż skończy osiem, zawsze to jakaś oszczędność dla rządu. Irlandia ma bowiem nadal politykę społeczną przystosowaną do matek siedzących w domu z dziećmi, opieka przedszkolna i świetlicowa jest najdroższa w Europie, dzieci zaczynają szkołę o 9, kończą o 1 lub 2 i szkoły są zamykane, nie ma w szkole żadnej świetlicy, w której dziecko może spędzić czas.

Jutro koniec wolnego, kurcze jakoś nie czuję, żebym wypoczęła. Odpocznę sobie w pracy;D

Mam w dupie świerzopa

Jednak wczoraj do lekarza, bo niby już trochę lepiej było, ale się zmyło, we wtorek nie skakała jej już tak SZYBKO gorączka, ale w środę jednsk dalej skakała i dalej słabo. U lekarza dostaliśmy wybór: albo szpital już teraz, albo penicylina i próbujemy walczyć w domu, ze wskazaniem, że szybko do szpitala, jakby zaczynało się gorzej. Bo grypa, grypa, grypa, a teraz jest już małe jednostronne zapalenie płuc i na razie lepiej nie będzie przez 1-2 dni. Miała wczoraj dobrą saturację, więc mogliśmy zdecydować.

Zostaliśmy w domu, z sercem w gardle. Noc z gatunku tych bez zmrużenia oka, bo pomimo, że przestała astmatycznie świszczeć, doszedł jej katar i co dwa oddechy się zatykała i łapała krótki bezdech, więc nie mogłam zasnąć nadsłuchując każdego oddechu. O piątej obudziłam Mi i położyłam się na trzy godziny.

Dziś jest po trzech dawkach antybiotyku i trzymajcie kciuki, żeby w końcu zaczał działać, bo na razie nie jest zbyt ciekawie.

Grypę prawdopodobnie złapała w polskiej szkole, postanowiłam więcej jej tam nie posyłać.

Ja wiem, że wirusy są wszędzie i równie dobrze mogła złapać w szkole irlandzkiej, ale mi się ta polska szkoła bardzo źle już kojarzy i będę sobie na nią projektowała co mi się podoba, moja córka jest bowiem w tę sobotę zwykle tak wymęczona, po całym tygodniu normalnych zajęć i szkoły muzycznej, bo zamiast odpocząć i zrelaksować się przez dwa dni wolne jedziemy na głupie akademie, gdzie jest jej niedobrze już w samochodzie, gdzie wykończona i głodna stoi na scenie, aż ją ‚nóżki bolą’. A potem kopa słodyczy, zamiast obiadu.

Pluję sobie w brodę, że ją tam zatargałam, że tak ją namawialiśmy, posypuję głowę popiołem i obiecuję solennie, że już nie będę, pieprzę polską szkołę, mam w dupie małe miasteczka, świerzopa i grykę, nie zgadzam się, żeby moje dziecko oddawało życie za garść świętoszkowatch, zjełczałych symboli.

Happy Halloween!

Mo szykowała się na Halloween od roku, to jej ulubione święto.

Ale jak wiadomo w czwartek się rozłożyła. Jeszcze myślałam, że to tylko przeziębienie, że wydobrzeje do poniedziałku. Nic z tego.

W czwartek wieczorem zaczęła się gorączka i to takie dobre 39 stopni, czyli 39.5 kiedy przestalam mierzyć i dałam jej ibuprofen. Od tego czasu gorączkuje bez przerwy, to już cztery doby. Jeszcze wczoraj negocjowała, że jak będzie lepiej się czuła, to może pójść z dziećmi. Ale dziś biedna tylko leży i nie ma na nic siły.

Żeby ją trochę pocieszyć, postanowiliśmy się przebrać.

Ale i tak najstraszniej wyglada ona.

Płakala, że nie może wyjść na dwór i straszyć z dziecmi. Ale dzieci przyszły i PRZYNIOSŁY JEJ słodycze.

❤️

Taki koniec października

Piętnaście stopni i słońce. A do tego pięknie – bluszcz się już czerwieni, błyszczą krople na bardzo zielonej jeszcze trawie, jabłonka ugina się pod ciężarem jabłek. Ale Mo znowu chora, dzisiejsza noc z tych najcięższych – wieciła się i budziła co pół godziny, świszczała i charczała z każdym oddechem, a kiedy przez chwilę cichła nadsłuchiwałam, czy jeszcze żyje. Niewiele spałam.

Rano się obudziła o siódmej ‚chcę już wstawać’.

– Ale czemu chcesz wstawać? Jesteś głodna, chce ci się pić, chcesz siusiu?

– Nie, po prostu nie chcę już spać.

Musiała wstać, ale nawet nie chciała się ubierać, zniosłam ją na dół w piżamce. Na szczęście nie idę dziś do pracy, więc włączyłam jej bajki i poszłam się przespać.

Obudziłam się po dwóch i pół godzinach, jakbym wyszła z czarnej dziury. Miałam wstać za pół godzinki, no, za godzinkę, sprawdzić co z dzieckiem, ale jakbym wpadła w przepaść, nicość.

Dziś wysoka gorączka i kaszel, jeszcze nie całkiem mokry.

Piątek.

W niedzielę Moja Ulubiona Zmiana czasu, a w poniedziełek Moje Ulubione Święto.

A najważniejsze, że zaczyna się reading week, czyli mamy tydzień wolnego. (Choć nie wiem, czy można to nazwać wolnym, bo mam kupę roboty.) Mo też ma ferie, Mi wziął wolne i przyjeżdża siostra.

Chcę pojechać do lasu.

Polska szkoła jest …

‚Polska szkoła jest wesoła’ śpiewały dzieci na akademii, ale prawda jest taka, że nie jest.

Jest drętwa, nudna, nadęta, napuszona, przesycona WARTOŚCIAMI i CNOTAMI.

Cierpienie mojego dziecka zaczęło się już w samochodzie, bo szkoła jest na drugim końcu miasta i musimy dojeżdżać pół godziny. Mo zrobiło się w samochodzie niedobrze i można by powiedziec, że tak już jej zostało.

Akademia miała miejsce w auli, zaczęła się oczywiście wniesieniem sztandaru i przemówieniem Pani Kierownik Polskiej Szkoły. Potem dzieci mówiły wierszyki i śpiewały piosenki, właśnie o tym, jaka ta szkoła wesoła. Boki zrywać. Mo nie znała piosenki, więc stała z tyłu. Występy trwały dobrą godzinę i zakończyły się wspólną recytacją Katechizmu Polskiego Dziecka słynnego Bełzy, wierszyka znanego jako ‚Kto ty jesteś? Polak Mały’. I kiedy na koniec usłyszałam – Coś jej winien? – Oddać życie! wykrzyczane z emfazą przez pięćdziesięcioro małych szkrabów, ciarki mi przeszły po plecach.

Mo stała przeważnie z tyłu (nóżki mnie bardzo bolały, mamusiu!), a kiedy nie stała wyglądała tak:

Po uroczystym pasowaniu każdego dziecka przez Panią Kierownik (Mo próbowała się wmieszać w tłum i ukryć, ale się nie dało), cała sala została wezwana do odśpiewania hymnu i część formalna zakończyła się wyprowadzeniem sztandaru przy dźwiękach fanfar (?).

Już wiedziałam, że ta celebracja – niestety- nie tyle nie zachęciła mojego dziecka do polskości, ale wręcz zrobiła wszystko, co się dało, żeby je kompletnie zniechęcić. No, ale nareszcie można było przejść do sali na część mniej formalną – te przysłowiowe góry ciastek i słodyczy.

Zrezygnowana Mo usiadła z boku i zaczęła metodycznie napychać się słodyczami. Koło mnie stanęła mama innego pierwszaka:

– To pani pierwsza polska szkoła?

– Właściwie to nie, bo syn chodził, ale w Polsce, więc pierwsza za granicą.

– To powiem pani, że bardzo dobrze pani robi, że posyła córkę. U nas już drugie dziecko. Weekendów nie mamy – bo syn w sobotę, a córka w niedzielę do szkoły. I tak latami. Jest ciężko, ale warto. Teraz córka, 12 lat, mówi, że cieszy się, bo Irlandczycy to żadnej kultury nie mają, pani! oni to żadnej kultury nie mają! A tu proszę – jaka polska kultura!

… nie!

Zgodziła się w piątek wieczorem, po długich pertraktacjach. Bo tato Joanki zaprosił ją do Joanki na sobotę i już się cieszyła na zabawę. I tylko dzięki temu, że Mi jest na świeżo po profesjonalnych szkoleniach w pracy ‚jak przekonywać nieprzekonanych’ i ‚jak motywować niezmotywowanych’ zmieniła zdanie w piątek. Bardzo niechętnie. Dobrze, niech nam będzie, do Joanki pójdzie za tydzień, za to w środę pójdzie do Lauren i jeszcze mamy jej kupić małą zabaweczkę.

Ale w sobotę rano znowu histeria. Nie chce TAM iść, nie będzie, chce do Joanki, nie lubi TAM chodzić, tam jest nudno. NIGDY już tam nie będzie chodzić. Niestety, musiałam obudzić Mi, który właśnie miał ten swój jedyny dzień w tygodniu, kiedy może trochę odespać, ale teraz, o dziewiątej rano musiał przyjść mi z odsieczą. Bo inaczej nic z tego nie będzie.

– Mo, ale dzisiaj jest tylko impreza, nie będzie szkoły. To jest tylko pasowanie na ucznia!

– No właśnie – PASOWANIE! A ja tam NIE PASUJĘ!

Odmalowaliśmy jej góry słodyczy czekające na nią w polskiej szkole po uroczystości pasowania, czekoladki, żelki i napoje, świąteczny nastrój i atmosferę dobrej zabawy.

– Będziecie tylko śpiewać piosenki, mówić wierszyki i tyle. A potem PARTY!!!!

Zgodziła się.

Pojechałyśmy….

Sprzęty ułatwiające życie

Studenci mi uciekli z zajęć. Mam dwie godziny wolnego. 😀

Jesień zaczęła się już na dobre i wczoraj w nocy obudził mnie ból stawów.

Było bardzo zimno w pokoju, a ja zawsze mam jedną rękę na kołdrze, jak śpię. W nocy temperatura spadła do paru stopni powyżej zera, więc trzeba włączać ogrzewanie, ale jakbym grzała całą noc, to mielibyśmy jak w saunie, już nie mówiąc o kosztach. Niestety, naszego boilera nie da się tak ustawić, żeby włączał się np. co dwie godziny na pół godziny. Uszczęśliwili (kto? no własnie nie wiem kto – skłaniam się do daleko idących wniosków i spiskowej historii dziejów) nas takim nowoczesnym cyfrowym programatorem, że tylko dwa ‚okresy ogrzewania’ dobowo można ustawić, nie tak jak na starym analogowym, gdzie można było ustawić i 30, na przykład co 15 minut automatycznie włączać i wyłączać boiler. Tutaj łączę się z Milagros w jej bólu obcowania z unowocześnieniami, nasz hydraulik montując nowy boiler powiedział, że według nowych regulacji musi również założyć nowoczesny programator, ‚ale niektórzy klienci potem płacą, żeby wrócić do starego’. Ton głosu miał złowieszczy, ale oczywiście wtedy nie zrozumiałam o co mu chodzi.

Stary wygląda tak:

I pozwala na prawie że dowolne ustawienie liczby i długości okresów grzania.

Nowy wygląda tak:

I pozwala na ustwienie DWÓCH okresów grzania dziennie. Li i jedynie. Tzn. można ręcznie sobie włączać i wyłączać, ale przecież nie będę w nocy wstawać co 2 godziny, zeby go włączyć i wyłączyć.

Tego modernizatora programatorów to bym w kosmos wysłała, w rakiecie wegług jego projektu.

No i przez ten cholerny programator bolały mnie stawy, a teraz drapie w gardle. I jeszcze przez wczorajsze montowanie nowego siedzenia na rower dla Mo, bo w starym ledwo co się już mieści. Chcieliśmy takie krzesełko, które by się łatwo dało zdejmować z jednego roweru i przekładać na drugi, żeby jedna osoba mogła ją rano odwozić do szkoły, zostawić tam krzesełko, a druga odebrać ją wraz z krzesełkiem. Wydawało mi się, że nie są to jakieś wygórowane żądania, zrobiłam porządny risercz internetowy i kupiłam takie, wydawałoby się, w miarę dostosowane i dające się łatwo rozmontować i zamontować, ale znaczenie słowa ‚łatwo’ jest bardzo subiektywne. Krzesełko da się przełożyć na drugi rower w dwie osoby, wyposażone dodatkowo w sprzęt pomocniczy, jak na przykład klucz francuski służący do walenia w wystające metalowe rurki, do których są przyczepione oparcia dla stóp, żeby owe rurki się ruszyły i zeszły ze śrub. Jeśli wiecie, o co mi chodzi.

Krzesełko kosztowało stówę (plus dodatkowe części na drugi rower) i wygląda tak (na dole owe rurki):

Ale nie ma szans, żebym sobie poradziła sama ze ściąganiem i zakładaniem go na inny rower. Po dwóch godzinach poddaliśmy się i nowe krzesełko jest tyko na moim rowerze, na Mi zamontowaliśmy stare, które musi jeszcze wystarczyć przez miesiąc. Na starym nie zmieści się w grubej kurtce, modlimy się, żeby nie było jeszcze tak zimno.

I tak podjęliśmy ostateczną decyzję – kupujemy rower elektryczny. O taki:

Będę ją woziła na tzw. passenger seat:

Jak wam się podoba?

Ja nie mogę się doczekać – wyobraźcie sobie tylko 20-30 km (choć nie codziennie), połowa pod górę, wiatr i deszcz w oczy, siedmioletnie dziecko z tyłu, a ja pedałuję …

Wprawdzie wkrótce będziemy mogli jeździć samochodem (mam nadzieję!), ale rower jest dużo poręczniejszy, bo nie stoi się w korkach i można jeździć po ścieżkach dla rowerów i ulicach zamkniętych dla samochodów, np. w Dublinie wzdłuż kanałów.

Właśnie takich, jak nasza codzienna droga do szkoły: