Leje

Pracowe zobowiązania spadły na mnie jak ściana deszczu w ten wtorek, w drugim tygodniu stycznia. Przebijałyśmy się z Mo przez sztorm jadąc na lekcję muzyki, deszcz przesiąkał przez nasze kurtki, spodnie, czapki i rękawice, wiatr spychał nas z drogi i wiał niestrudzenie w twarze. Jechałam po chodniku, w takich okolicznościach pustym, ale serce wciąż mi podchodziło do gardła, kiedy mijały nas ciężarówki. Niestety, rower elektryczny nie zapobiega kompletnemu przemoczeniu, ani zwianiu z trasy. Potem Mo poszła na lekcję, a ja stałam w hallu i kapałam wodą, z rękawów i brzegów kurtki, wyciskałam rękawiczki i czapkę i próbowałam uratować książkę z nauki jazdy. Powrotna droga była chyba jeszcze gorsza, bo mimo, że na chwilę przestało lać, przemarzłyśmy na kość w przemoczonych ciuchach.

W domu długa lista rzeczy do zrobienia, maili do wysłania, szkoleń do odbycia, prac do poprawienia, studenci czekają na oceny i uwagi, ja na razie na nic nie czekam, bo chwila przerwy nie tak prędko. Grypa uśpiła moją czujność i pozwoliłam sobie spokojnie poodpoczywać, o ja niegrzeczna! Zgodziłam się też nieopatrznie na dodatkowe zajęcia z Amerykanami, a teraz okazało się, że to 5.5 godziny tygodniowo – co ja z nimi będę robić? Przecież nie będziemy się mogli na siebie patrzeć po godzinach trzech!

Poniedziałek

Niskie, zimowe słońce kładzie się plamami na drzwi i niebieską ścianę. Obok wciąż stoi choinka, chcieliśmy się nią jeszcze nacieszyć po przyjeździe.

Lubię siedzieć w „dużym” małym pokoju kiedy świeci slonce, pokój wtedy wydaje się jasny.

Mo poszła dziś do szkoły, Mi do więzienia, ja pracuję z domu.

W całym domu cisza, a ja po pierwsze się wyspałam w ten poniedziałkowy poranek. Dom w miarę ogarnięty, okna przecież były myte na święta. Przyjemnie siedzi się w posprzątanym domu.

Muszę wystawić parę ocen i próbuję się nie rozpraszać. Kawka smakuje, ale mogłoby być lepiej, bo jednak mleko owsiane z aldika jest kiepskie. Zamówiłam na dziś z Tesco już takie moje dobre, takie, które jest nawet lepsze niż to od krowy. Pan z Tesco przywiezie nam zakupy po południu, to jednak ogromna wygoda i luksus, z którego trudno mi zrezygnować. Szkoda mi czasu na chodzenie po sklepie.

Jak to w styczniu, wracam również do diety, na wyjeździe ciężko trzymać się w ryzach, więc jadłam czasem produkty nie całkiem, powiedzmy, koszerne. A to trochę masła dodane, a to panierka, jak w górskim schronisku, gdzie byliśmy szczęśliwi, że w ogóle coś udało nam się zamówić, nie zaglądałam więc kurze w zęby, choć całą bułę z wierzchu ściągnęłam. W domu mam już opracowany system, ale jedzenie na mieście to jak z tego kawału:

Najbardziej kompatybilna z moją dietą okazała się kuchnia japońska: bez mleka i masła, z panierką tylko ryżową, ryby, ryż, kiszone warzywa i owoce morza. A muszę wrócić do bardziej restrykcyjnego jedzenia, bo czuje, ze stawy zaczynają boleć. Na razie mam ciągły stan zapalny tylko jednego palca, ale nie mogę go uspokoić.

Styczenie są trudne, ale coś czuję, że tym razem może być nie być tak źle. Może dlatego, że w środku siebie jestem spokojna tym spokojem z lasu i przytulania do mamy.

Dostałam zaproszenie

na które czekałam pół roku. Na egzamin. Teraz zaczynam się bać.

Wróciłyśmy do stęsknionego Mi, któremu już smutno było. (Pod ziemią, w ogródku…;D). Nam było smutno stamtąd wyjeżdżać, Mo stwierdziła, że jest happy and sad równocześnie. Skończyły się codzienne szaleństwa z kuzynami.

Ja osłabiona tą okropną grypą, ale na szczęście gorączka odpuściła dwa dni przed lotem. Wróciłam prosto do pracy, pół godziny po przyjeździe miałam zebranie na które chciałam zdążyć, bo nie wystąpiłam o urlop na piątek i jeszcze w samolocie musiałam sprawdzić oceny i wysyłałam maila 2 minuty przed startem.

Bycie na etacie jest pod tym względem całkiem nowym doświadczeniem – muszę prosić o URLOP! No wiecie co! Jestem rozpieszczonym dzieckiem, nigdy dotychczas nie byłam ograniczana urlopem – kiedy nie miałam wykładów, to nie musiałam być dostępna. Na szczęście dalej nie jest to tak, jak w normalnej pracy, bo oprócz rzeczy, które muszę dopilnować, mam dość dużą swobodę. I w tym półroczu również dużo czasu – jak na razie pracuję dwa dni w tygodniu (i trzy wieczory). Trochę o to zawalczyłam, trochę tak się szczęśliwie złożyło, że nie dołożyli mi niczego w poniedziałek, a godziny z piątku przełożyli na czwartek, kiedy ich poinformowałam, że mam już inne zobowiązania. Byłam gotowa zrezygnować z godzin, bo tak naprawdę wyrabiam swój cały przydział i mam jeszcze trochę, czyli 1/3, ponad. Wolne piątki i poniedziałki są mi oczywiście potrzebne, żeby leżeć do góry brzuchem, no i w razie czego, jakby Mo się rozchorowała, bo Mi nie może w te dni pracować z domu.

Dziś w Dublinie piękna pogoda, ale jestem tak słaba po chorobie, że cały dzień spędzam pod kocem. Dawno takiego czasu nie miałam. Czeka na mnie druga książka Twardocha, Królestwo, w Polsce grypa dała mi skończyć Chołod, który dostałam pod choinkę. Książka okrutna, krwawa i przykra, ale kawał dobrej literatury. Polecam. Zaczęłam Biegunów Tokarczuk, ale jakoś tak nie rzucają mnie na kolana, może dlatego, że odłożyłam na parę dni i się zdekoncentrowałam. Straciłam wątek, puściłam narrację, wyszłam na brzeg z wartkiego nurtu rzeki. A, jak wiadomo, dwa razy do tej samej rzeki wejść jest trudno.

Poza tym nie mam długiego, rozpinanego swetra, a za każdym razem jak mi się jakiś w sklepie podoba myślę sobie ‚co tam będę kupować, zrobię sobie!’. I tak mija drugi rok, a jak ciągle nie mam ciepłego swetra. Ale już wiem, jakiego powinien być koloru – kanarkowy żółty. Mechaty i z wzorami.

Takajedna Trolla mówi, że mam jakąś bombę za pazuchą, i to jest prawda, trochę taką bombę mam, trzymam sobie, na razie w głowie, obracam wte i wewte, trochę się nią cieszę i trochę boję. Jakby wybuchła, to bardzo zmieniłaby moje życie (nie, nie jestem w ciąży;). Jak wybuchnie, to zostanę kimś innym.

Ale to jeszcze długa droga.

Idziemy jeszcze dalej

lub jeszcze głębiej w czasie, bo przecież o świętach nic nie wspomniałam, jeszcze, a jeśli teraz tego nie zrobię, to nigdy tego już nie zrobię. A przecież nie możecie bez tego żyć, prawda? 😊 Ale będzie skrótowo, jak z kronikarskiego obwiązku, w krótkich, żołnierskich słowach:

Święta spędziliśmy z Adkiem i Ren, którzy przyjechali prawie tydzień przed, żeby posprzą… nie, stop, pospotykać się ze znajomymi i posiedzieć w Dublinie. Fajnie było mieć ich tutaj, choć wychodzili codziennie wieczorem, wracali w nocy, a spali w dzień😄

Zostali z nami aż do Wiglii. Ulepiliśmy razem pierogi i uszka, a Ren tak się to podobało, że chce również lepić pierogi na dzień św. Patryka. Zielone, ze szpinakiem? Nawet ja spróbowałam pierożków, a raczej uszek, bo zrobiłam sobie ciasto bezglutenowe. Wyszło niby bezglutenowe, ale z glutem, bo ciasto nie dało się cieńko rozwałkować i było grube i niesmaczne. Z nadzieniem i barszczem w miarę, ale nie będę powtarzać w przyszłym roku – muszę chyba kupić cieńkie płaty ciasta ryżowego w sklepie chińskim i spróbuje z nich.

Dzieci wyjechały w Wigilię w nocy do rodziców Ren, do Północnej Irlandii. Chyba będziemy musieli zorganizować spotkanie rodziców w końcu.

Święta byłyby cudowne, gdyby nie to, że za krótkie, bo w drugi dzień świąt lecieliśmy, a raczej leciałyśmy z Mo do Polski, więc następnego po Wigilii musiałyśmy się pakować.

Ale za to w Polsce było jak trzeba, jak wiecie.

Kolejna wyprawa

Bo dwa dni wcześniej byłam znowu w mojej ulubionej chatce, tej bez prądu i bieżącej wody, tej, do której idzie się  dwie godziny pod górę, a z dzieciakami nawet cztery. A byliśmy właśnie z barcholcami – brat wziął swoich dwóch, a ja Mo. Wchodziliśmy już po ciemku, miały czołówki, więc oczywiście przygoda, choć Mo ‚trochę bolały nóżki’. 

Śmieszne z tymi dziećmi, najbardziej marudzą jak idą po prostym, a kiedy pod koniec było naprawdę stromo, ciemno i ogólnie trudno, to ‚nóżki’ już nie bolały.

Ale aż do chatki nie było zupełnie śniegu, choć dla nas to dobrze, bo po śniegu, zwłaszcza świeżym, to idzie się wyjątkowo ciężko. Posiedzieliśmy w chacie trochę wieczorem, przy stole, przy świeczkach i graniu na gitarze, bo akurat przyszła fajna brygada młodych studentów AWF-u. Studenci przynieśli sobie dwie wielkie butle coli na popitkę i nasze oczywiście, czy mogą trochę, a tamci, że tak, ale muszą zagrać o colę w karty. Ale żeby w ogóle wejść do gry, to trzeba coś postawić. Musiały barcholce wyskoczyć z żelków i oczywiście przegrały, i żelki i colę. Ale zabawa była nieziemska.

Dzieci w końcu poszły spać, a ja uskuteczniałam nocne Polaków rozmowy ze swoim starym kolegą tak skutecznie, że koło 11 też już padłam, pigwówka jest jednak bardzo zdradliwa, bo choć wódka, tej mocy się nie czuje. 

Następnego dnia wybraliśmy się na szczyt, na porządny obiad do schroniska, a na przełęczy zupełna zmiana scenografii.

Zawieje i zamiecie śnieżne. Góry nadal groźne. Nie było daleko, więc doszliśmy, mimo niesprzyjających warunków, choć w sumie jakie to niesprzyjające – w zimie to przecież normalne, że śnieg siecze w twarz i nie widać nic na odległość pięciu metrów.  Zawinęłam Mo jak babuleńkę szalikiem  wokół kaptura, dała się nawet namówić na spodnie na te swoje rajstopki, ale buty miała marne, bo co takie półkozaczki na warunki zimowe jak na Czomolungmie. Bardzo się ślizgała, a do tego zamarzło jej oko – jak je zamknęła na chwilę to powieka górna przymarzła jej do dolnej, jak nie omieszkała później wyjaśnić ze szczegółami. 

A do tego schronisko na szczycie okazało się zamknięte. Na szczęście miła pani Czeszka, którą jakiś dobry duch gór przysłał, zapewniła nas, że trochę niżej inna Bouda otwarta.

To niby prosty odcinek, ciągle w dół, ale przy takiej widoczności prawie się zgubiliśmy. Ale, jak się domyślacie, drodzy czytelnicy, skoro to piszę, jednak przeżyliśmy, dotarliśmy bowiem, a nawet zjedliśmy pysznie a klasycznie smażeny syr s hranolkamy a smazeny kurak dla mnie, popiliśmy czym się dalo i daliśmy radę wejść jeszcze raz na przełęcz i zejść, tym razem już po Polskiej stronie, dzieciaki żałowały tylko, że nie wzieły sanek, bo do samej chatki byłaby niezła jazda. Musieliśmy niestety wracać do domu, zabraliśmy więc zostawione w chacie plecaki, i jeszcze nie opuściliśmy polany, a dzieciory od razu ‘mama/ciocia, a kiedy tu znowu przyjdziemy??’, co traktuję jako swój wielki sukces, bo jak widzicie nie była to kaszka z mleczkiem, tylko prawdziwa górska wyprawa z wszelkimi tego słowa niedogodnościami. 

Mo była już latem, ale zimą, to jest zupełnie inna historia.

Takie pożegnania to lubię

Minęło już tyle dni i wypadałoby coś napisać. Choć i tak pewnie nikt nie czeka, tylko tak mi się wydaje, no, ale miło mieć takie wyobrażenia.

Leżę w łóżku, dziś jest trochę lepiej. Tylko 38 stopni przez cały dzień, to mniej o 2 stopnie niż wczoraj. Czyli już przyszło przełamanie, przynajmniej taką mam nadzieję. Po wszystkich świąteczno- sylwestrowych szaleństwach dopadła mnie w końcu krążąca po Polsce grypa, tak po prawdzie sama sobie na nią trochę zapracowałam. Ale szkoda mi było tych dni, żal tych wrażeń i spotkań, żeby siedzieć w domu i się wzmacniać herbatą z miodem, bo ‚czuję się troche niewyraźnie’. Więc nie zważając na dojmujące uczucie, że coś mnie gryzie, choć jeszcze żadnych objawów poza zmęczeniem nie miałam, no i może lekkim bólem mięśni, który jednak łączyłam z noszeniem ciężkiego plecaka dwa dni wcześniej, pojechałam na jednego z dziwniejszych Sylwestrów w moim życiu.

Najpierw wylądowałyśmy na Sylwestrowym koncercie przebojów operetkowych w małym mieście na Dolnym Śląsku, średnia wieku na widowni 65+. I małomiasteczkowa elita – pięknie poubierane panie, gdzieniegdzie całe rodziny trzypokoleniowe, dziewczynki z kokardami w gładko uczesanych włosach, chłopcy z muszkami i błyszczącymi butami. Przeboje od czardasza po walce Sztraussa, czyli dla mnie najgorszy rodzaj muzyki, bądźmy szczerzy, estetyka operetkowa, starsza sopranistka i konfenansjer-tenor, pianista, skrzypek, klarnecista i do tego wszystkiego tancerka tańców wschodnich. Niezapomniane wrażenie, choc takie, którego w życiu raczej nie będę powtarzać. Male miasteczko w nocy, w tych wszystkich światłach świątecznie przystrojone, wyglądało jakbyśmy byli we Włoszech, albo innej Toscanii, klimat jak z La Nuovo Cinema Paradiso. Jeśli ktoś oglądał.

Po pierwszej części wieczoru pojechałyśmy świętować Nowy Rok dalej, tym razem tak, jak lubię – do lasu. Sylwester na szczycie z ogniskiem, śpiewami, muzyką i nalewkami był najlepszy na świecie, zwłaszcza, że musiałyśmy najpierw tam dojść, co zabrało nam dobrą godzinę i tak przysłowiowego szampana o północy (bo naprawdę to była pigwówka) otworzyłyśmy jeszcze na szlaku. Było cudnie. Niczego z tego bym nie odała i niczego nie żałuję, choć zaraz po przyjeździe miałam już 39.5. Zupelnie nie wiem, jak z taka gorączką łaziłam po tych górach, po raz kolejny przekonałam się, że duch góruje nad materią. Wczoraj miałam juz 40 stopni przed tym, jak w końcu wzięłam coś na zbicie.

Ale to jeszcze nie wszystko…

Mniej więcej tak

WordPress pyta mnie, czego mogłabym robić mniej?

Dobre pytanie, co ja robię cały czas, tak, że nigdy nie mam czasu? Moja ulubiona sąsiadka schudła 50 kilo i chodzi na siłownię i basen 6 dni w tygodniu, ja nie mogę znaleźć jednego wolnego wieczoru.

Festiwal teatralny, który co roku suskrybuję, nie wiem po co, bo nie byłam od dwóch lat, wysyła mi maile zachęcając do kupienia biletów na styczeń. Prawie się zachęciłam, już już kupowałam, ale się zawahałam, kiedy zobaczyłam cenę w dolarach. Okazało się, że sztuka jest w Nowym Jorku. W tym roku w październiku kupiłam nam bilety na JEDNĄ jedyną sztukę z festiwalu, tym razme w Dublinie, zarezerwowałam wolny wieczór, olałam poczucie winy, załatwiliśmy opiekę dla Mo, pojechaliśmy do miasta i występ odwołano z powodu choroby aktora. Mniej przedstawień już nie można oglądać.

Jedno Christmas Party mniej. Długo wyczekiwane Christmas Party. Bo najpierw mieliśmy iść na piwo, ktoś nie mógł, ktoś był chory, ja się wykręciłam, bo przecież mam dużo pracy, no i przełożyliśmy wspólne imprezowanie na Christmas Party. Nawet się ucieszyłam, bo dawno nigdzie nie byłam, dawno nie zakładałam butów na wysokim obcasie, wymyśliłam nawet co ubiorę – sukienkę z czarnego jedwabiu marszczonego w pasie, kupioną kiedyś okazyjnie, więc wystarczy tylko jakąś kolorową szaloną różę dopiąć, miedzy zajeciami wypuściłam się do sklepów i kupiłam buty i wałki do kręcenia włosów, wyciągnęłam z dna szafy przepiękną torebkę jak małe dzieło sztuki, taką, której nigdzie indziej się nie weźmie.

A tu w czwartek w nocy sypnęło śniegiem. Rano samochody go porozjeżdżały, żłobiąc w nim wyraźne koleiny, potem przyszedł mróz. Wracając ze szkoły z Mo na bagażniku rower ślizgał się i chwiał, musiałyśmy iść przez większą część drogi. Zapadał zmrok i robiło się coraz zimniej i coraz bardziej ślisko. Na whassappie wszyscy zaczęli się wykręcać z Christmas Party, połowa chora, połowa nie dojedzie, bo drogi jak szklanka, ktoś ma covid, a ktoś nie ma opiekunki do dziecka. Coraz mniej chciało mi się iść, już sobie to wyobraziłam – będą ludzie, których za bardzo nie znam, z innych departamentów, będę się czuła na tyle skrępowana, że dwa kieliszki wina wydadzą się dobrym pomysłem, a jak wypiję dwa, to kolejne dwa jeszcze lepszym, będę się śmiała z nieśmiesznych żartów i opowiadała historie bez puenty, chwiejąc się na szpilkach kupionych specjalnie na tę okazję, po czterech kieliszkach skuszę się na papierosa, no bo co, raz się żyje!, wyjdziemy zapalić na dwór, ja w sukience bez rękawów i szpilkach, a co tam, po dalszych dwóch kieliszkach może mnie olśni, że czas do domu (a może nie), w końcu zamówię taksówkę, której się nie doczekam, więc wyruszę w marznącej brei na przystanek, gdzie spędzę kolejną godzinę wpatrując się w elektroniczny rozkład jazdy, z którego będą znikały kolejne autobusy.

Już w nocy zacznie mnie boleć gardło, a rano wstanę i będę musiała sprawdzić te 10 esejów, choć nawet zapach kawki będzie wywoływał mdłosci.

No i czego mogłabym robić mniej? Nie da się mniej pracować tak nagle, znienacka, bo oto WordPress został moim terapeutą i zadaje głupie pytania.