Dziadersi zamiast Dziadów

Czytam sobie o studentach , którzy nie czytają i zaczynam się zastanawiać, co to będzie co to będzie, jak tak ciemno i głucho wszędzie. Ciekawe jest nie to, że studenci nie czytają, bo zawsze (jacyś studenci) nie czytali, jak to pisał bard do książek, teraz się ich przywiąże, młodzież w ogóle w swej masie jest znana z nieczytania itp itd, ale to, że ludzie na prestiżowych uczelniach i studiach humanistycznych, które sami sobie wybrali nie czytają książek w całości, jedynie fragmenty, wyimki, rozdziały, streszczenia…

Starsze pokolenia zawsze biadały i biadać będą nad kondycją fspułczesnej młodzierzy, która pije, słucha nie takiej muzy i nosi włosy (albo ich nie nosi – tuż przed maturą opitoliłam się na zero z powodu złamanego serca, zafascynowana oczywiście Sinead O’Connor, koniec dygresji), oczywiście nie uczy się i tak dalej, mnie nic nie rusza, oprócz tego czytania.

Bo okazuje się, że ci którzy muszą czytać, czytają tylko to, co muszą, oczywiście ci, którzy nie muszą, w ogóle nie czytają, ci, co jeszcze to robią, czytają bardzo pragmatycznie i użytkowo, nawet ci, co wybrali studia, bo lubią czytać, czytają coraz mniej. A co najgorsze, szkoła nie promuje samej czynności czytania, tylko zawsze utylitarne ‚czytanie ze zrozumieniem’, ‚czytanie z zapamiętaniem’, ogólnie mówiąc czytanie pod testy i sprawdziany. Nie wiem, czy czytanie bez zrozumienia jest dokładnie tym, o co powinniśmy walczyć hehe, ale mam wrażenie, że przez ten powszechny utylitaryzm i pragmatyzm tracimy coś bardzo istotnego, bo nic tak nie wzmacnia umiejętności wczuwania się w perspektywę innej osoby jak zanurzenie się w świat książki bez żadnych celów. Taka właśnie empatia co się wtedy cyzeluje i szlifuje jest podstawą solidarności społecznej, zauważania interestów innych, którzy są różni niż ja, dostrzegania, że punkt widzenie zależy od punktu siedzenia, byt określa świadomość, a jak się siedzi w dupie świat wygląda zupełnie inaczej, niż z perspektywy własnego nosa.

Ten lament powyższy to trochę mój własny, bo zauważyłam u siebie niepokojące objawy choroby czytania utylitarnego, czytam ogromne ilości cały czas, ale niestety najczęściej czytam po coś i rzadko wyłącznie dla przyjemności zanurzenia się w świecie.

Życie jest piękne

Od rana na wkur.. zeniu, bo czemu by nie, nie wiadomo dlaczego, może pełnia, może pustka, może zły sen, nagły spadek hormonów, więc rozmowa z młodszą koleżanką na zoomie i nagle czuje zalew wku… rzenia, jak to śpiewał artysta czerwoną krwią zalewa oczy, nie reaguję, oczywiście, kontroluje głos, czekam 20 sekund, nie wiem co się ze mną dzieje, ale nie pozwalam sobie na wylanie tej miski na głowę młodszej koleżanki.

Potem zajęcia z Amerykanami, gdzie nagle zdaje sobie sprawę, że wdałam się w dyskusje z jednym 20 latkiem, który uważa, że młodzi Amerykanie mają gorzej niż dzieci w Indiach, bo w Indiach czy innym Jemenie jedzenie jest tanie i łatwiej wyżywić rodzinę, wznoszę milczące modły do nieistniejącego Boga, ratuj mą duszę bo nie zdzierżę (borze, jeśli jest jakaś nacja, do której jestem uprzedzona, to Amerykanie).

Ale jestem uratowana!

Panna Anna Hanna Wanna, zapomniałam zupełnie!

Leżę, tajam, dochodzę do siebie, by jutro wyjść na ludzi.

Relacja z kaloryferem

Rano sobie wymyśliłam odpowietrzanie kaloryferów – było tylko 17 stopni w domu, więc czas zacząć grzać. Niestety, okazało się, że cholerny gwint do odpowietrzającej śruby został zajechany przez naszego ulubionego pana Piotrka, co robił nam remont łazienki i nie da sie teraz odkręcić ani zakręcić. Pół dnia i dwie wizyty w sklepach poźniej wiemy, jakie śruby NA PEWNO NIE PASUJĄ, czyli jesteśmy trochę bliżej rozwiązania problemu. W międzyczasie wykorzystałam okazję, żeby pokazać Mo, jak się odpowietrza i wytłumaczyć dlaczego, więc korzyść edukacyjna zrównoważyła nam utratę leniwej niedzieli mam nadzieję.

A oto szczegóły dla zainteresowanych moim szkoleniem: Składają się na nie dwa lata magisterki na Trinity plus dwa (jeśli dobrze pójdzie) lata praktyki klinicznej przy instytucie (400 godzin z klientem). Do tego 400 godzin obowiązkowej terapii własnej;D W magisterkę wchodzą oczywiście wykłady, napisanie pracy (i mnóstwa esejów), seminarium z obserwacji niemowlęcia, oraz proces grupowy. Szkoła należy do Brytyjskiego nurtu Independent, gdzie Winnicot, Fairbairn i Balint, obecnie Casement i Bollas. Independent opierają się na Freudzie i Klein, czyli relacji z obiektem. W Irlandii drugim nurtem, w którym można się szkolić w podobnym trybie jest Lacanowski, wtedy magisterkę się robi na UCD.

Oprócz tego u niektorych już Halloween, w sumie pogoda taka, że zero zdziwienia:

Wygrałam los na loterii

Teatr robi dobrze na duszę, choć nie ma nic gorszego niż słaba sztuka.

Wczoraj się nie zawiodłam, Anu productions daje radę. Już dawno chciałam ich zobaczyć, ale bilety były zawsze wyprzedane na długo przed występem. Anu robi teatr chodzony, chciałam napisać ‚eksperymentalny’, ale czasy, kiedy coś takiego było eksperymentem już dawno mineły. Tym razem występ miał miejsce w starej kamienicy, siedzibie Royal Society of Antiquaries in Ireland na Merrion Square i w pakiecie ze sztuką dostaliśmy możliwość przebywanie w przepięknych, choć nieco zapuszczonych wnętrzach. Bonusem był w pierwszej części spektaklu silny Dubliński akcent klasy niższej, Mi dzięki swojej pracy rozumiał wszystko, ja prawie wszystko, z ciekawością przeczytałabym tekst. Sztuka o traumie i losie kobiety, dziś sprawdzilam, że oparta luźno na utworach Seana O’Casey, autora Inishfallen. Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak dużo mam szczęścia w życiowej loterii. Sto lat temu kobiety w Dublinie miały średnio siedmioro dzieci, które rodziły rok po roku, śmiertelność niemowląt była na poziomie dziesiejszego Afganistanu (168/1000), a jeśli nie urodziłaś się w arystokratycznej rodzinie, czekał się całe życie zapierdol. W dodatku mąż miał prawo do twojego ciała o każdej godzinie dnia i nocy – bo przecież nie ma czegoś takiego jak gwałt w małżeństwie.

Dziś bez ciśnienia, dochodzę do siebie po okrutnym katarze. Rano machnęłam podłogi, potem trochę czytania do magisterki – wczoraj zadumałam się nad losem gościa, lekarza, który próbował łączyć idee Freuda z Marksem, założył pierwszą klinikę poradnictwa seksualnego we Wiedniu (mawiał, że lepiej zapobiegać niż leczyć) a potem prowadził terapię biedoty Berlińskiej, w rezultacie czego w 1933 wyrzucono go z Berlińskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego za marksizm, a z partii komunistycznej za psychoanalizę. A w tym czasie naziści przejmowali władzę…

Ciepła herbatka ratuje życie

Pół tygodnia lało.

Strumienie wody z góry przekroczyły swój zwykły poziom upierdliwości w środę i kiedy pojechałam na rowerze odebrać Mo, deszcz ciekł mi już po twarzy, plecach i palcach u stóp. Zaczęłam lekko kichać i ogólnie czuć się kiepsko.

Ale miałam plan, przywiozłam Mo do domu, gdzie napiłyśmy się ciepłej herbaty i zamieniłyśmy rower na samochód i dopiero tak przygotowane pojechałyśmy na gimnastykę. Tam poczekałam sobie godzinkę w ciepłym samochodzie, pijąc ciepłą herbatkę, potem wróciłyśmy na ciepły irlandzki obiad (bo się go zwykle jada się koło osiemnastej, a nie o trzeciej, jak polski) i dopiero wtedy znowu pojechałam do pracy. Deszcz lał nieprzerwanie i błogosławiłam moment, kiedy nas oświeciło i zrobiliśmy prawko, bo mogłam wskoczyć w samochód. Późne wykłady są ciężkie dla obu stron, dla mnie i dla studentów, którzy często przychodzą po całym dniu pracy tak zmęczeni, że oczy im się kleją.

Katarzysko nie ustępowało i wróciłam do domu po 22 całkiem już chora. Rano niestety do szkoły, bo nie dają zwolnienia na katar. Ale poszłam z takim gilem do pasa, że uczyłam w masce, bo głupio mi było studentów zarazić.

Ciekawe jest to zakładanie maseczki – z jednej strony, jest to dalej sygnał ‚social virtue’, myślenia o innych, ale z drugiej strony ludzie zaczynają się patrzeć podejrzliwie, co to za świństwo ukrywasz pod maskę i dlaczego wobec tego przychodzisz zarażać ludzi. Ale miałam też w tym też swój własny sekretny cel, bo chciałam się wykręcić z targów edukacyjnych na których miałam się pojawić dziś rano. Czułam się dość kiepsko, ale musiałam szkole uświadomić, że nie wypada posyłać przedstawiciela z gilem do pasa.

Ale dziś obudziłam się niekichająca i idę wieczorem do teatru.

A oprócz tego Nowa Pani jest strasznie gadatliwa i tak mnie to wkurza, że nie macie pojęcia. Dam jej jeszcze szansę, żeby się opamiętała, ale nie wiem jak to będzie. Być może będę miała Kolejną Nową Panią.

PS. Oczywiście zrobiłam test, to nie to.

Alergia na Junga

Znowu dzień ciężki i ołowiany.

Zupełnie, jak wczoraj, ale wczoraj miałam przynajmniej wyzwanie – Jung i Lacan, trzy godziny i trzy godziny, tuż po sobie, a ja z cieknącym nosem. Z nich dwóch zdecydowanie wolę Lacana, u Junga mi przeszkadza mistycyzm, klimat new age i tak dalej, synchronicity, my ass… Tyle dobrego, że zapytałam Jungistę o Petersena i jego archetypy, stwierdził tylko, że guru prawaków uprościł i zwulgaryzował idee Junga, szczególnie w odniesieniu do gender.

Żeby nas zupełnie pognębić, wcisnęli nam zajęcia do wymarłego w sobotę budynku Neuroscience, na poziomie -2. Zjeżdżało się do podziemi wielką windą z łańcuchami, a potem się gubiło w długich korytarzach, ledwo oświetlnonych fluorescencyjnymi żarówkami. To siedzenie w podziemiu mnie wykończyło, bo jak weszłam po 9, to o 9.30 zaczęłam smarkać i otulać się swetrem, o 10.30 kichać, a potem to już tylko łzy mi ciurkiem leciały i niepowstrzymane salwy kichnięć. Chodziła klima, więc przez chwilę myślałam, że się przeziębiłam, ale kiedy wyszliśmy na przerwę na kawę, a mi jak ręką odjął, to zaczęłam się domyślać, że to cholerna alergia. Może na jakiś odczynnik w sali, może na kota koleżanki, która właśnie całą noc z nim spała, a najprawdopodobiej na jakąś pleśń w klimie. Po ośmiu godzinach byłam chora, wykładowczyni w pewnym momencie zasugerowała Covid, wróciłam więc do domu zrobiłam test, coby w razie czego ostrzec ludzi z grupy, ale to nie to. Położyłam się do łóżka, czosnek, wit C, gorąca herbata, kołderka. Myślałam, że rano wstanę z bólem gardła i może czymś jeszcze, a dziś objawów zero.

W nocy za to miałam sen Lacanowski i pół-sen Jungowski. W Lacanowskim przyśniły mi się dwa słowa: confidence i confidentiality, pewność i poufność, oraz mój dom, który muszę przeorganizować, wywalić kuchnię na front domu, a gabinet na tył. Proszę o interpretacje;)

W Jungowskim widziałam Mo, która wchodzi po schodach na górę, trzymając w ręku namalowany przez siebie obraz, po drodze mija się ze schodzącym w dół lwem.

Staram się dziś troszkę czytać, ale muszę przyznać, że głównie się lenię. Byliśmy na krótkim jesiennym spacerze, żeby nie zguśnieć, a potem będziemy oglądać nowego Miyazakiego.

Żeby nie zgliwieć

Dzień był zachmurzony i gnuśny, musiałam się bardzo starać, żeby nie zgnuśnieć, ani nie spleśnieć. Kupilam bilet Berlin-Dublin, więc mam już jak wrócić z mojej szalonej wyprawy w październiku, poszłam na wystawę, którą chciałam zobaczyć jeszcze raz i przeczytałam resztę tekstów na jutrzejsze zajęcia. A kiedy wróciłam i poczułam, że wszechogarniający marazm zaraz mnie dopadnie, zgliwieję do szczętu i imętu, poszłam biegać. Nie dałam się entropii, ale czy mój opór zda się na długo? Mi dogorywał na kanapie i nie miał siły na nic w ten piątek po południu.

Aaaa, jeszcze kupiłam bilety do teatru, ale jakoś tak bez przekonania – co roku się szykuję na Dublinski Festiwal Teatralny i co roku wypada w takim terminie, że jestem tak zajęta, że mi się nie chce. Szukać, czytać recenzji, wybierać, dopasowywać terminów.

Minął pierwszy tydzień zajęć i przez chwilę miałam takie uczucie, że co ja tutaj robię, naprawdę nie wiem, jak dożyję do końca roku. Spotkałam doświadczonego kolegę w kantynie, a on mówi ‚pierwszy tydzień jest najgorszy, potem się człowiek jakoś przyzwyczaja’ i przypomniało mi się, że to prawda.

Przyleciały dzieci z NY i już czekam, aż się wyprowadzą, hehe. Fajnie, jak są blisko, ale jednak NIE w jednym domu, feng shui mi się zaburza;D Ciekawe, że kiedyś przecież mieszkali u nas rok w czasie pandemii, jakoś dawaliśmy radę i nie pamiętam, żeby to było wybitnie uciążliwe czy konfliktowe, choć oczywiście momenty były. Może chodzi o to, że wtedy mieli taryfę ulgową, bo wiadomo – studenci, a teraz postrzegam ich jako dorosłych ludzi i już czuję, że czas, żeby stanęli na własnych nogach. Ale spędzają czas z Mo – ona zachwycona, codziennie nie może się doczekać aż wstaną.

Wróciłam na ziemię

Moje miasto wydaje się bezpieczne, wprawdzie podtopiło trochę drogi niedaleko rodziców, ale podobno to podtopienie kontrolowane. Za to lasek, po którym zwykle biegam, wygląda jak bajoro. Lepiej lasek, niż osiedle.

W poniedziałek miałam klasę pełną Amerykańskich studentów, a ja w kosmosie. Wcześniej byłam u Nowej Pani (ksywka tymczasowa), która mnie właśnie w ten kosmos wystrzeliła, z moją wydatną pomocą oczywiście, bo jeżeli chodzi o wystrzelenie w kosmos, to ja zawsze na ochotnika. Ale przecież nie mogę tak funkcjonować, muszę nauczyć się wyłączać grzebanie w głowie wtedy, kiedy to konieczne. Widzę jak delikatny jest to proces, jak trudno zrównoważyć konieczność wiercenia dziury w mózgu z naporem bytu, czyli po prostu codziennym funkcjonowaniem. Dlatego uczy się nas, że nie można wesoło demontować wszystkich obron pacjentów (klientów?), nawet tylko tych patologicznych, bo ludzie mogą się potem nie pozbierać. Oprócz tego we wtorek rozmawialiśmy o tym, jak to człowiek nigdy nie może być w pełni zintegrowany. Niby oczywiste, ale jednak nie do końca uświadomione.

Wczoraj już wróciłam na ziemię, a w Irlandii piękne lato.

Dzień dobry

Myślę o Wrocławiu. Nie martwię się i nie panikuję, po prostu myślę. Na razie woda idzie Bystrzycą od zachodu, od Leśnicy, czyli blisko nas, ale fala na Odrze ma dopiero dojść w piątek, na razie znajomi piszą ‚luzik’. Myślę, że władze zrobią wszystko, żeby Wrocław uratować, bo to już sprawa prestiżowa teraz.

Piesek z lokalnego parku prawdę ci powie

Ale Kłodzka szkoda, Lądka Zdrój, Nysy, Głuchołazów, Jelonki!, a w niej Cieplic, tyle miejsc, miast i miasteczek, które znam, bywałam, mam różne wspomnienia z nimi związane. Kłodzko jest takie piękne, że aż zatyka dech, ostatni raz byłam tam z koleżanką i z papugą, dla której w knajpie kupiłyśmy szarlotkę z lodami, przysmak papugi. Ptaszor uratowany z holenderskiego przytułka wrzeszczał na całą knajpę takim niskim, męskim holenderskim. Mam w Dublinie zielony flakon z Kłodzka, wyszukany właśnie wtedy na targu staroci

Biały flakon z Ikei, zielony flakon z Kłodzka, rysunki Mo

i szczególny sentyment do tego miasta, jeszcze z młodości. Stamtąd jest na przykład obecny Wojewoda Dolnośląski, którego pamiętam jako romantycznego, szczupłego chłopaka z gitarą jakieś 35 lat temu. Teraz bym go nie poznała, ciekawe, czy on by mnie poznał;)

Pamiętam też powódź tysiąclecia we Wrocławiu, dla mnie było to przeżycie pokoleniowe, przełomowy i znaczący moment w życiu. Przez tydzień byliśmy odcięci po północnej stronie Odry, szła fala, a ja poszłam odwiedzić koleżankę na Ołbin i nie mogłam już wrócić, z czego byłam niepomiernie zadowolona oczywiście. Mieszkaliśmy wszyscy w sześć czy siedem osób w jej wynajmowanym mieszkaniu, Mi, który wtedy był moim kolegą ze studiów, przebijał się z chlebem z południowego Wrocka, bo u nas już się skończył i żyliśmy na makaronie czy ryżu. Całej powodzi nie zapamiętałam jako tragedii, sypaliśmy tamy, ustawialiśmy barykady, pomagaliśmy ludziom przenosić graty, dzieci i zwierzęta, śledziliśmy wiadomości, przychodzili ludzie i opowiadali, jak ratowali Ossolineum czy Uniwersytet, wspólnie kiwaliśmy głowami z potępieniem nad tymi, którzy okradali sklepy i wykręcali się od pomocy, niektórzy marzyli, żeby zalało archiwa Uniwersytetu, bo oblany egzamin był dla nich gorszy niż zalane osiemnastowieczne mury, pamiętam takie uczucie przygody i ekscytacji, w jakie jedynie młodego człowieka może wprawić katastrofa. I mam jeszcze inne wspomnienia, trochę bardziej ambiwalente i intymne, akurat nie z moim przyszłym mężem i nie na bloga.

Ciekawe jest to, jak sprawy prywatne mieszają się w naszych wspomnieniach z publicznymi, jak te koraliki wydarzeń są nanizane na nasze życia i każdy trochę inaczej pamięta, jak to było naprawdę. Dlatego nie oglądałam serialu Wielka Woda, mam zbyt osobiste wspomnienia, zbyt blisko ciała, żebym była w stanie znieść czyjąś wizję artystyczną ku rozrywce gawiedzi. Mam swoją własną.

Anonimka pisze, że pięknie u nas, to jeszcze zdjęcie z niedzielnego spaceru, mamy taką trasę od jednego parku z boiskami (nazywa się East Timor, jak niedawno odkryliśmy, na pamiątkę wizyty ważnego pana właśnie z East Timor), kładką przez szerokopasmówkę, w dół do Liffey i dalej do wspomnianego już Memorial parku, który jest upamiętnieniem dwóch wojen światowych, a z którego już rzut beretem do naszego Phoenix z dziko biegającymi jelonkami. Można do niego dojść od nas zarówno na lewo, jak i na prawo, przez dwa różne mosty. Po przeciwnym brzegu rzeki są stanice uniwersyteckie, TCD i UCD, gdzie studenci trenują kajakarstwo i często na tym właśnie odcinku widzimy grupy, jak trenują row row row your boat.

Mo próbuje hulajnogę Mi