Shame on you, Tusk!

Czytam i oczom nie wierzę, choć nie, wróć wróć wróć, wierzę, bo niestety PO to nie jest moja ulubiona partia i trudno mi było się spodziewać czegoś lepszego (choć się starałam).

To w kontekście decyzji Tuska o zawieszeniu prawa do azylu parę liczb:

W Polsce w 2022 roku było 50 wniosków o azyl. Rok później – 64, a w tym roku (do końca września 2024 – 83. W 2022 roku przyznano azyl 8 osobom, a rok później – 5. 

W 2020 roku Polska przyznała 600 tysięcy wiz pracowniczych dla obywateli spoza UE, w 2022 – 790 tys.

2020 to jeszcze przed wojną na Ukrainie.

Czyż nie jest głupotą naiwnością myśleć, że większym zagrożeniem jest 90 osób niż prawie milion? Że wśród tych 90 to sami byli więźniowie, islamiści i w ogóle przestępcy, gwałciciele nieletnich i mordercy, ale te 790 tysięcy to sami dobrzy ludzie? Zawieszenie prawa człowieka (zdefiniowanego w Międzynarodowej Konwencji Praw Człowieka) i uniemożliwienie mniej niż stu osobom złożenia wniosku o azyl pozwoli kontrolować imigrację? Odsiać ‚złych ludzi’ od tych ‚dobrych’?

Miarą wielkości przywódcy jest umiejętność podejmowania decyzji niepopularnych, jeśli popatrzymy na komentarze w Wyborczej, to Tusk niestety jest jak to … co przyczepiło się do (brunatnego) statku w Europie i mówi: płyniemy!

Zdaję sobie sprawę z narastających trudności związanych z migracją, z niepokojów społecznych, z większej przestępczości wśród imigrantów, w porównaniu z całą populacją – trudno oczekiwać od grupy, która ma takie doświadczenia z przemocą, jak azylanci, żeby byli sami mniej przemocowi. Jest to temat trudny, złożony i nieprzyjemny, ale czy rozwiązaniem jest populizm i przesunięcie całej dyskusji na prawo? Zawieszenie praw człowieka?

Z kryzysem migracyjnym będziemy zmagać się jeszcze długo, teraz się wstydzę za mój rząd, który nie ma żadnego konstruktywnego pomysłu i skupia się tylko na tym, żeby odbić Konfie!

Dziwne czasy

Trzy dobre filmy ostatnio widzieliśmy, z trzech różnych dekad.

Pierwszy to dziwny, zabawny Scorsese After Hours. Naprawdę zrobił go chyba dla jaj – lata 80te, pracownik IT (wyobrażacie sobie IT w latach osiemdziesiątych?!) poznaje dziwną dziewczynę w kawiarni. Myśli o niej cały czas i godzinie jedenastej (w nocy!) dzwoni do niej, ta go zaprasza do siebie, a mieszka w innej, odległej dzielnicy. Bardzo mnie to rozśmieszyło, przyjechał tam koło północy, no ale idea jest, że tak chyba żyła bohema;) Telefon ten zapoczątkowuje serię bardzo dziwnych zdarzeń, gdzie Scorsese z lubością zwiedza nocny, artystowski Nowy York.

Drugi film jest chyba najlepszy z tych trzech i dość mało znany – Seconds z lat 60tych. Bardzo zaskakujący, czarno biały, a mógły być właściwie zrobiony dzisiaj, bardzo dziwny pomysł, ale obserwacje tną do kości. Nie napiszę nic więcej, bo warto obejrzeć. Jest tam również bohema, ale w zupełnie innej odsłonie – bohema godna szacunku, bogata, wpływowa, elitarna. Ludzie jeszcze chodzą w garniturach, wszyscy jeszcze wierzą w American Dream, aktorzy są jeszcze zabójczo przystojni. Dawno czegoś tak dobrego nie widziałam – refleksyjny, głęboki, a przy tym nie nudny. Prawda psychologiczna 10/10.

Trzeci to Strange Days z lat dziewięćdziesiątych, dopiero zaczęliśmy, a już te lata 90te wyłażą spod kołdry. Agresja, rywalizacja, rozpad społeczeństwa. Bohema nadal chce być bohemą, ale teraz uwikłana jest z półświatkiem, kasa, dragi, agresja. Przemoc.

Chyba wszędzie ta dekada była taka bezwzględna, w USA przestępczość wystrzeliła w kosmos, w Europie Zachodniej i w Polsce również, u nas po przemianach ustrojowych połknęliśmy ten neolibralizm jak dzieci landrynkę i myśleliśmy, że tak ma być – kasa, pozycja, mafia, zapierdol, wilki z Marszałkowskiej. Śpiewaliśmy

Płomienne zorze budzą mnie ze snu
Giełdowy ranek, informacji szum
Z radiem na uszach i wartości swej
W pełni świadomy, świadomy, że hej

Moi koledzy ścigają ze mną się
Bo do wyścigu każden gotów jest
Moi koledzy z lepszych najlepsi
Trzydzieste piętro w biurowcu szklanych drzwi

Niektórzy nawet nie prześmiewczo. Tyle ludzi zostało wtedy zepchniętych na margines i zbutowanych, po 30 latach pracy obrzuconych pogardliwym homo sovieticus (nie cierpię tego określenia), ludzie, którzy całe życie po prostu pracowali w swoich zakładach pracy, nagle dostali kopa na do widzenia i radę zausz firme. Ech.

Nikt nie chciał być nieudacznikiem, wszyscy bali się, że spadną tam, gdzie ta reszta tego motłochu i ten ogromny strach powodował, że jako społeczeństwo wyprojektowaliśmy te wszystkie uczucia małości i zależności, biedy i nieporadności na staranne wybrane grupy społeczne, to oni byli ci słabi i nieudani i godni pogardy, a im bardziej ich poniżaliśmy, tym bardziej baliśmy się, że jak tylko noga nam się powinie, to do nich dołączymy, a więc tym większą pogardą ich obdarzaliśmy, bo jedynie ślepa wiara, że to nie błąd systemu, że oni sami są sobie winni dawała nam nadzieję, że przecież MY tacy nie jesteśmy, więc NAM się takie coś nie przytrafi.

I wierzylibyśmy jeszcze długo, gdybyśmy sami nie dostali nagle z liścia od niewidzialnej ręki rynku.

Handsome Johnny

Dziś słońce. I zimno.

Od rana nie chce mi się zabrać do żadnej roboty, ale jak tu się zabierać, jak świat jest taki ciekawy?

Na przykład sałatki, jak na eks-katoliczkę przystało wdrożyłam ‚mocne postanowienie poprawy’ i wzrok mój spoczął na sałatkach, bo ostatnio żywię się TRAGICZNIE, szczególnie, jak jestem poza domem, a jestem ciągle (pieczone skrzydełka kurczaka ze sklepu, ZUPA Z FABRYKI!, chleb!! kupny!!!! wprawdzie wcinam dużo sałaty, ale co to za sałata, lodowa o zgrozo! taka, której nawet mój żółw nie tknie!).

Ugotowałam zatem fasole Handsome Johnny (koleżanka Dunka wysyła mi zdjęcia ze swojego ogrodu, bo właśnie ją wyhodowała – znasz taką fasolkę A..? Podobno uwielbiana w Polsce, masz jakieś przepisy na tradycyjne Polskie danie z Handsome Johnny? ;), do tego łycha pesto, cebulka, jabłko i już jest lepiej.

Dostaliśmy dziś temat eseju – różnica między osobowością psychotyczną, a nie psychotyczną, och, będę miała jazdę po bandzie i zabawę na całego. Już się boję.

Moja córeczka wstała rano i ‚mamo, a mogę trochę porobić na drutach przed szkołą? I znowu wysunięty język, śniadanie odsunięte łokciem, i próbuje, próbuje, próbuje. Mamo, a kiedy już bedę umiała? A powiesz mi? A czemu ciągle NIE UMIEM? A jak się robi paski? A czemu nazywasz to ‚little eyes’? (oczka).

Bardzo, bardzo mnie to cieszy, kiedyś chciałam ją nauczyć robić na drutach, ale oczywiście była dużo za mała, ja zawsze stawiam dzieciom zadania ponad ich aktualne możliwości (pisałam jak chciałam nauczyć Adka czytać w wieku czterech lat, bo Lenin umiał jak miał lat pięć? :D). Bo to takie fajne zajęcie, uspokajające, koordynujące pracę lewej i prawej półkuli (nie wiem, ale tak sobie wymyśliłam, nie zdziwiłabym się, gdyby to była prawda) i przede wszystkim – odrywa od ekranu i telefonu, uczy cierpliwości, przerywa ten ciąg sztucznych iluzoryjnych dopaminicznych bombardowań mózgu, za to zalewa mózg neuroprzekaźnikami powiązanymi z działaniami w realnej rzeczywistości.

W tym czasie, jeszcze przed śniadaniem, Mi poszedł do ogrodu i przyniósł to:

Prezent od huraganu Ashley. 100% organic, nie pryskane, utuczone tylko pańskim okiem.

Wczoraj pisałam o całym domu przystrojonym malutkimi pitulnkami i pajęczynkami.

Żeby nie być gołosłowną, oto pajęczyna na pianinie:

Na dzwiach:

Czarny kot, który mówi ‚slay’ wisi na suficie:

Smutny duszek obok ‚no pasaran!’

Lustro w dużym pokoju też wymagało towarzystwa:

Irlandzka jesień

Rano – słońce, liście, szaleństwo, kolory jak u Millais. Złota Irlandzka jesień.

Teraz sztorm, wicher wieje, drzewa szumią, jabłka w ogródku spadają, halolinowe duchy pukają nam do drzwi. A pomiędzy wcisnęliśmy basen Mo, spacer po parku, bieganie i – tu duży sukces, bo myślałam o tym od miesiąca – nastawienie bezglutenowego zakwasu. I moją córeczkę taką

która chce się nauczyć na drutach. Z zaparciem dłubała pół dnia, jeszcze jej nie wychodzi, ale już się uparła, a jak się uprze…

Myślę o świętach w Pl, nie wiem, czy to ma sens. Nawet jak byśmy przylecieli po świętach, bilety wyniosą 1000 euro. Jest sens tyle wydawać na tydzień? Nie wiem, trochę jesteśmy wyciśnięci moimi studiami. Chyba w sumie lepiej można by wydać tę kasę. Ale z drugiej strony oczywiście moi rodzice, bardzo starzy oboje, trzymają się, ale to trzymanie takie kruche. (Choć w zeszłym tygodniu mama pojechała do kościoła na wózku, pierwszy raz od pół roku. Codziennie teraz chodzi po tarasie, jest dużo lepiej, ale można by powiedzieć, że nie trudno żeby było dużo lepiej od poziomu zero, czyli zupełnej bezwładności i całkowitego poddania się. Gdyby nie moje rodzeństwo, to myślę, że już by jej nie było).

Staram się coś robić do pracy, ale słabo mi to wychodzi, jeszcze nie czuję oddechu bestii na karku. Najlepiej mi się czytało wczoraj w wannie, hehe.

Lubię głowić się

To już pewne, jestem największym madjołkiem na naszym kursie. Koziołkiem-matołkiem, wujciem wariatuńciem. No i co ja zrobię, że mi się wszystko kojarzy, nie z dupą Maryni, ale z wieloma rzeczami, zaczyna mi się przypominać sto przykładów i sytuacji i muszę, po prostu muszę coś powiedzieć. (Staram się tego nie robić za często, oczywiście.

Ale co to znaczy ‚za często’??)

Dziś mieliśmy wykłady o stanach psychotycznych. Były tak niesamowicie ciekawe, że wszystko we mnie w środku podskakiwało z ekstytacji, że oto jest ktoś, kto potrafi o tych stanach MYŚLEĆ. Psychika ludzka jest tak potwornie skomplikowana i naprawdę fascynujące jest to, że niektórzy starają się zrozumieć człowieka, który jest w oku cyklonu, w stanie psychotycznego załamania wszystkich struktur. I co to w ogóle znaczy, jak to się w ogóle dzieje, że człowiek zaczyna na przykład halucynować? DLACZEGO tak się dzieje?

Cała ta dyskusja opiera się o to, w jaki sposób wiemy to, co wiemy. Jak sobie pomyślimy, że nigdy nie znamy świata jako takiego, bo nasz wgląd zawsze jest spaczony przez zmysły i dalej aparat przetwarzania danych zmysłowych, otwiera sie wtedy perspektywa myślenia o halucynacjach. Bo tak naprawdę cały czas ‚halucynujemy’ świat, tworzymy naszą rzeczywistość, tylko te nasze wytwory są ‚dość’ bliskie rzeczywistości, a przynajmniej do tego stopnia, że możemy w miarę funkcjonować w świecie z tymi błędami poznawczymi, które popełniamy. A popełniamy te błędy poznawcze – i tutaj różni się to, czego my się uczymy od klasycznych teorii – ponieważ pierwsze przetworzenie odbywa się na poziomie emocji, nie intelektu.

Ale klu jest takie, że wszyscy, cały czas, nieustannie opowiadają sobie (i innym) częściowo nieprawdziwe historie, jedyną różnicą jest, co robią z informacją o błędzie – czy są w stanie (mają dość psychicznych zasobów), żeby przebudować swój model, czy przebudowa jest tak bolesna i wyczerpująca, że zamiast zakwestionować model, zaczynają kwestionować informację zwrotną.

Jakby ktoś był ciekawy Mark Solms próbuje połączyć bajanie psychoanalityków z neuroscience, posiłkując się teorią Jaaka Pankseppa.

Dobra, nic więcej nie piszę, jak wejdę w szczegóły to nie wyjdę do rana.

Głowa mówi lubię kiedy mówię

Lubię głowić się i lubię lubić

Lubię łudzić się i łudzę ludzi

Że odcinam się by ich nie nudzić

I tym optymistycznym akcentem kończę. Idę odmoczyć mózg w wannie.

Zrobiłam zupę

Ciężko się wraca po takim wyjeździe do rzeczywistości, no, ale koniec balu panno Lalu.

W domu czekał na mnie Mi, który rozumiał, że musiałam pojechać i nie marudził i Mo, która tego nie rozumiała, ale też nie marudziła, bo w sobotę wpadli Adek z Re i zrobili z nią w końcu w końcu Halołin dekorejszyn i ja już nie muszę.

Mo się rozkręciła i zaczęła przystrajać cały dom takimi malutkimi dekoracyjkami, wszędzie wiszą jakieś mini-duszki i mini-czarne-koty, oraz mnóstwo pajęczyn. Ja jestem szczęśliwa, że mam to z głowy;D

Sąsiad z naprzeciwka, ten dobrychłop, u którego w złowieszczym białym vanie znaleziono dragów za trzysta tysięcy, nim pójdzie do więzienia (jak mniemam, ale mogę się mylić) postanowił zrobić swoim dzieciom de best halołin of der lajf, z duchami, wampirami i upiorami naturalnej wielkości, wielką pajęczyną od dachu do furtki, powiewającymi na wietrze zakrwawionymi nożami i innymi narzędziami tortur.

Mo się pyta, dlaczego my nie mamy takich dekorejszyn. Bo nie handlujemy narkotykami córeczko?

Piątek. Teksty na jutrzejsze zajęcia przeczytałam już w poniedziałek, w samolocie (ale byłam sprytna, gratuluję sobie), więc mam spokojny wieczór.

Mi właśnie wraca z konferencji, do Mo przychodzi koleżanka na nocowankę, ja zamierzam czytać coś sobie ciekawego, pewnie skończy się na artykułach do pracy, bo dawno się tak nie leniłam jak w tym tygodniu. Ale zrobiłam dziś zupę.

Jedna drobna sprawa zawodowa pomyślnie załatwiona też cieszy, bo inaczej musiałabym przychodzić późnym wieczorem do szkoły i prowadzić wykład przez internet do PUSTEJ SALI. Zajecia są bowiem hyflex, co oznacza, że studenci mogą wybrać formę uczestnictwa i oto wszyscy wybrali pozostanie w domu, calutki rok, o czym mnie poinformowała starościna, ale ja i tak musiałam przychodzić do klasy. Bo może komuś się odwidzi😐 Było to bardziej niż bez sensu, ale z poleceniami służbowymi się nie dyskutuje. Sprawa wróciła na wokandę w tym tygodniu, bowiem skoro jestem już zdrowa to nie miałam wymówki, żeby się nie pojawić w klasie, napisałam zatem oficjalnego maila czy tak ma być i dostałam odpowiedź, że tak ma być, na szczęście w sprawę zamieszane są równiesz inne osoby, które mają wykłady przede mną/po mnie i tak wespół w zespół okazało się, że wywalczyliśmy swoje. Nie ma znaczenia, że to była kompletna dilbertoza, organizacje mają swoje punkty bezwładu i obszary nieciągłości, ba, całe hektary zastosowań bez sensu i nic na to nie poradzisz;)

Poza tym moja nemezis, czyli głupia cipa (wstydzę się używać takich określeń, ale tak czuję) frenemy napisała niewinnego maila z malutką szpileczka wbitą koleżance pracowej, wstawiłam się w obronie, bo sprawa jest oczywista, a frenemy to ignorantka i się nie zna (zresztą zna się tylko połowa zespołu i to tak mniej – więcej, no ale nie każdy się tym zajmuje), dostałam zaraz wiadomość prywatną od koleżanki z podziękowaniami. Koleżanka jest od niej starsza o 10 lat, ma doktorat z Uni Irlandzkiego i się jej boi🫤 Ja już się NIE boję. Nie wiem czemu ona to robi, zastanawiałam się wielokrotnie i nie wiem – przecież w jej osobistym interesie jest, żeby inni ją lubili, tak bardzo jej na tym zależy, a ona nie może się powstrzymać, żeby komuś nie dowalić. Przy czym zawsze wybiera osoby, które w jakiś sposób ocenia, jako slabsze od siebie.

Party Girl

Ja jestem jednak imprezowa panienka.

Poleciałam na dwudniową imprezę do Polski niewyspana, trochę chora i zmęczona, po całym tygodniu pracy i studiów. W piątek przed wylotem spałam trzy godziny, dzień wcześniej, w czwartek może sześć, w środę też nie za dobrze, bo od wtorku przegryzalam pewną trudną sprawę, która pojawiła się na procesie grupowym (jak proces grupowy ryje mózg to muszę kiedyś opisać). Właściwie cały tydzień był cholernie wyczerpujący, emocjonalnie byłam w kosmosie. Do tego impreza przebierana (panika!), no i na styk z moją pracą i studiami.

Ale poleciałam, bo to moja najlepsza przyjaciółka, bo znam ją 35 lat, bo wybrała termin specjalnie pode mnie – no nie było szans się wymówić. Musiałabym być na łożu śmierci, albo w trakcie porodu.

Dziewczyny porwały mnie samochodem prosto z lotniska i pojechałyśmy do najpiękniejszego miejsca na ziemi.

Pisałam już kiedyś, że kocham las? No więc był las, strumyki, góry, bajkowy ośrodek i pięćdziesiat osób, z którymi mam wspomnienia, jakich się dzieciom nie opowiada😁

Pierwszego wieczoru granie na gitarach i przegląd wszystkich górskich piosenek, z których mój mąż się śmieje, a które ja uwielbiam śpiewać, szczególnie po piwie i jak nikt już nie zwraca uwagi na jakość wykonania. Tym razem piwa nie piłam, śpiewać nie mogłam, bo głos mi jeszcze nie wrócił, ale okazało się, że to nic nie szkodzi, bujałam się do melodii i było git. Położyłam się spać po 2 w lodowatym pokoju, w wełnianych skarpetach, piżamie na legginsy i polarze na bluzę, przykryta kołdrą i kurtką puchową, i ku mojemu zdziwieniu spałam jak dziecko do 11 rano. Potem kawka przy takich widokach,

Śniadanko, trochę śmiechów-chichów z ludźmi, których nie widziałam dwa lata, albo i więcej, i spacer z przyjaciółką w takich okolicznościach przyrody, że mogłabym tam na łące pod lasem się położyć i zostać grzybem.

Drugiego dnia była impreza właściwa. Zespół rockowy grał kowery najulubieńszych naszych kawałków z ostatnich 30 lat, a ja tańczyłam, piłam rum i nalewki, jadłam i gadałam, czyli robiłam wszystko to, co się robi na imprezie. Poszłam spać o 6.40 rano, więc można by powiedzieć, że impreza się udała.

W niedzielę lało, więc już tylko krótki spacer i powrót do Wrocka, z przygodami. A w poniedziałek do Berlina. I to by było na tyle.

Zadzwiająco, a może wcale nie zadziwiająco, impreza dobrze zrobiła mi na ciało i duszę. Bo w zeszłym tygodniu chodziłam już w kółko w swojej głowie i nie mogłam wyjść, a wystarczyło tylko przebrać się za Barbie, wypić dwa kielonki rumu i nagadać się z ludźmi, żeby to sobie obrócić w głowie.

Lizanie żaby

Teatr w piątek był bardzo klasyczny i do tego trzy godzinny. I to są dwa powody, dla których mojemu Mi się nie podobał, ale mi się podobał. Bo czego tu nie lubić – małe miasteczko w Irlandii lat 50tych, emigranci wracają do domu na krótkie wakacje, chleją, śpiewają i wydają ciężko zarobioną kasę oraz mierzą się z pozostawionymi w miasteczku rodzinnym marzeniami i problemami. Do tego rodzinna drama i różnice klasowe. Nie była to oczywiście najlepsza sztuka, którą widziałam w ramach Dublińskiego festiwalu, ale daje radę. Nie była awangardowa ani szalona, ale to kawał dobrego teatru.

Ja powoli odzyskuję głos, a raczej infekcja zjeżdża na oskrzela, ale trochę już osłabiona. Ja też osłabiona. Biedny Mi miał wczoraj wstawianie śruby pod implanta, więc też się czuje nie bardzo. A zatem dziś siedzimy w domu i dochodzimy do siebie, może krótki spacer po parku, bo kolory szaleją. Do tego dalej grzebię w literaturze, a raczej kończę jedna książkę i szukam innych. Muszę pchnąć trochę pracę i się wykurować, bo na przyszły weekend lecę na wielką imprezę i chciałabym móc śpiewać i tańczyć, choć z picia pewno dla mnie zostanie tylko hot whisky.

Po blogach przetoczyły się dyskusje o alkoholu, mi się tak tylko skojarzyło, że środki zmieniające świadomość były przez ludzkość używane zawsze, ale przeważnie ich użycie było obwarowane wieloma zakazami, nakazami i zwyczajami. Szamani wszamaniali halucynogenne grzybki, palili szamańską szałwię albo lizali ropuchy, ale przygotowywali się do tego wiele lat. Mieli wizje i doradzali społeczności, odganiali duchy zmarłych, zajmowali się pogubionymi delikwentami, albo gośćmi w kryzysie, ale społeczność dbała, żeby zmienianie sobie świadomości było w ramach jakiejś ceremonii, procesu. Alkohol też był częścią kultury śródziemnomorskiej i słowiańskiej, były czasy, kiedy picie wody było bardziej niebezpieczne niż piwa czy słabego wina z powodu zatruć i różnych bakterii.

Dla mnie problemem jest teraz perspektywa jednostkowa, widzimy alkohol jako sprawę indywidualną – chcę sobie, to se piję, nie chcę, to nie, kupię sobie piwko wieczorem albo nie. Tak jakby alkohol był – jak jak gimnastyka – osobistą decyzją jednostki, a ludzie monadami. A alkohol jest głównie społeczny – stawiam tezę, że pomimo, że są oczywiście ludzie, którzy piją sami, bo się już uzależnili, bo się rozluźniają itd, większość alkoholu się pije z innymi ludźmi i pije się właśnie po to, żeby BYĆ z innymi ludźmi, mimo, że potem to może się przeradzić w zwielokrotnione niezrozumienie – ‚pijanieli coraz bardziej, przestawali się rozumieć‚, cytując klasyka. Alkohol usypia naszą korę przedczołową, odpowiedzialną za poczucie kontroli, ułatwia nawiązywanie kontaktów i jako taki jest ważny w różnych ceremoniach, ślubach, chrzcinach, pogrzebach, wszędzie tam, gdzie spotykają się ludzie, którzy za bardzo się nie znają, a muszą razem przez coś emocjonalnego przejść. Szybko wtedy stają się mniej spięci i pozamykani.

Ale za to pozamykała bym całodobowe sklepy alkoholowe – pomysł kupienia więcej flaszek o drugiej w nocy jest zawsze złym pomysłem. Been there, done that. Po jednej i po drugiej stronie, bo jako studentka pracowałam w całodobowym monopolowym. W szufladzie miałam broń (nie żartuję), koleżanka mnie przeszkoliła jak ją odbezpieczać. Broń była do postraszenia, jakby co, miałam dzwonić na policję i wyciągać broń. Miałam 21 lat. Nie zapomnę twarzy ludzi, którzy kupowali ‚szczeniaczka’ o piątej rano, bo bez tego nie byli w stanie zacząć dnia…

Z ciekawostek, psychodeliki są coraz częściej wykorzystywane w terapii. Sama wybieram się niedługo na konferencję o psychodelikach w psychiatrii. Jest bardzo dużo nowych badań o tym, że mogą one pomóc osobom po ciężkiej traumie, z ostrymi postaciami PTSD, zaburzeń odżywiania czy depresji. Ja nie za bardzo lubię tej formy zmieniania świadomości, ale może kiedyś się skuszę;)

Żyjemy, dobra nasza

…co z życia chcesz…

O matkobosko, piątek, przeżyłam! We wtorek piękna pogoda, więc jadę sobie samochodem w pełnym słońcu, w ciemnych okularach, muzyczka gra, a ja marzę, że już w czwartek albo piątek sobie pobiegam, wokoło taka piękna jesień, kolory jak u Moneta, radość i w ogóle czad.

A tu przyszła środa i zaczęłam chrypieć.

Niby jeszcze nic, niby tylko lekka niedyspozcja, tym bardziej, że przecież się dobrze czuję, miałam katar tydzień temu, ileż można tych cholernych wirusów, prawda? No, ale środa jest ciężka, no nie lubię tego wykładu, który kończę o WPÓŁ DO DZIESIĄTEJ, jest mi zimno, jest mi ciemno, nie chce mi się myśleć.

No i w czwartek rano już nie mogłam mówić, pojechałam jeszcze do szkoły, bo przecież nie mogę się zwalniać, biedni studenci – tydzień temu w masce, teraz ledwo mówię, ale pociągnęłam wykład przez godzinę i poddałam się na drugiej. Włączyłam im fajny dokument i tyle.

Wróciłam do domu, żeby dać sobie szansę, ale w międzyczasie przestałam móc mówić w ogóle i przestałam się cykać, więc ustaliłam sama ze sobą, że dam ludziom wybór: albo odrabiamy podczas przerwy semestralnej, albo coś oglądamy/czytamy, a dyskuję przekładamy na za tydzień. Na szczęście zajęcia online, więc nawet nie musiałam wychodzić z domu. A wtedy moi super studenci powiedzieli mi, że oglądną sobie spokojnie w swoim czasie, ja mam zmykać do łóżka, a za tydzień pogadamy o tym, co fajnego zobaczyli.

Dziś siedzę w łóżku. Nawet gimnastyki niet. Na razie grzebię w necie, znalazłam przepis na domowy chleb bezglutenowy na zakwasie, siostra podesłała doktora Oleszczuka, który mówi prawie to samo, co moja dietetyczka, bardzo ciekawe, polecam dziewczyny!

No i czytam książkę, której połowę już pomazałam elektronicznym podkreślaczem, bo tak niesamowicie wyjaśnia to, co od dawna czułam. Na przykład zachowanie koleżanki, która pobierając zasiłek jako samotna matka w Irlandii przez siedem lat czuła się upokorzona, że musi stać w kolejce z tymi zasiłkowcami, jak i również słowa innej koleżanki, wykształconej polonistki, która podśmiechiwała się z wystawności przyjęcia z okazji Pierwszej Komunii świętej. Oraz ogólnie sposobu bycia niektórych sąsiadów. Oraz też oczywiście moją własną niepewność, niepokój i ogólny podspodni niesmak, kiedy omawiam na zajęciach klasowość i kapitał kulturowy, a samo określenie ‚klasa niższa’ jest przecież jak cios z liścia i od razu ustawia ludzi w pewnym porządku…