Posadziłam tulipany

Już już miałam pisać, że phi, listopad, dawajcie mi tu listopady, pluchy i deszcze, deszcz jak siwe łodygi szary szum…. a u boku smutek i konanie… bo w tym roku jestem jak teflon, nic się mnie nie czepia, żadne doły i doliny, żadne spadki nastrojów, żadne małe smęty, ani wielkie smuty, bo w środku, we mnie spokojna słoneczna woda, gdzie błękit nieba miesza się z błękitem morza. I nawet to, że Mi spotkał się naszym samochodem z bramą, to znaczy kiedy wjeżdżał do pracy, brama zaczęła się zamykać, a on ‚myślał, że się zmieści’ (mam tu seksistowskie skojarzenie oczywiście) i tak mu bramka przypieprzyła, że teraz 1300 euro cash, mówi pan blacharz, bo na ubezpieczenie, to paaaaanie! ze 4 tysie będzie, bo muszę wszystko nowe! Ale jak znajdziemy drzwi na szrocie, to będzie taniej, bo dobry ten samochód honda, nie? jak dobry, to po co zmieniać? Ale nie, nic a nic mnie nie ruszyło, nawet to 1300 jak bułka z masłem, zdarza się, wiadomo, jesteśmy świeżymi kierowcami, a w dodatku to użyteczny kamyczek do mojego słoiczka podpisanego ‚wszystkie przewiny mojego męża’, więc jak tylko coś w stylu zgubię klucze, zbiję dzbanek, wyleję czarny atrament (na biały dywan), wyciągnę kamyk i będę miała broń do odparcia ataku, więc dalej spokojna słoneczna woda.

Ale.

Ale dopadł mnie ból biodra. Najpierw niepozornie, trochę z boku, w tym samym miejscu, gdzie mnie zawsze bolało od lat nastoletnich, zawsze, gdy tylko przeziębiłam, zawiałam, wychłodziłam, spałam w zimnym namiocie na cienkiej karimacie, albo na wilgotnym piasku plaży, ale potem przechodziło po tygodniu wygrzania. A teraz zamiast przechodzić bolało coraz bardziej, nie tak okrutnie, nie ostro, ale już trochę wyżej, przeszło ale na plecy i cała noga już jakby nieswoja, noż kurcze blade. Muszę do lekarza, bo cholera wie, czy to mój oswojony rzs, gdzie od dwóch lat nie miałam żadnych objawów, co coś innego, a jak coś innego, to co?

No nic. Sama nie rozkminię, choć mam zapędy;) Na razie walę przeciwbólowe i marudzę.

Z pozytywów – miałam dziś bardzo dobry dzień pisania. Powoli przechodzę do sedna, choć ‚powoli’ to w tym kontekście eufemizm.

Na mojej dzielnicy pojawiły się pierwsze dekoracje bożonarodzeniowe.

Posadziłam tulipany!

Może przychodzić wiosna.

Na górze róże

Siedzę i spisuję baby obs, zajmuje to zawsze co najmniej dwie i pół godziny i często nie mam czasu, żeby zrobić to zaraz po obserwacji, jeszcze we wtorek. A potem mam moje zajęcia i dwa dni intensywnej pracy w pracy i tak kończy się na pisaniu w piątek. Co jest pewnym utrudnieniem, kiedy ważny jest każdy szczegół i każde zmarszczenie się dziecka.

Wczoraj byłam na book launch – nie spodziewałam się, że będzie to takie wydarzenie! Była nawet pani attache kulturalna z ambasady polskiej, czyli jednym słowem dostojnie i z wszelkimi ukłonami. Dodam tylko dla porządku, że mój pierwszy odruch, kiedy dostałam zaproszenie, to ‚nigdzie nie idę’, bo nie traktowałam tej publikacji jako osiągnięcia, a raczej się wstydziłam, że po tylu latach w Irlandii mój dorobek to tylko jeden rozdział w książce. I oczywiście nie poprosiłam o wolne z pracy z tej okazji, więc musiałam się zrywać po czterdziestu minutach na wieczorne zajęcia do szkoły. A teraz w sumie żałuję, bo było ciekawie i znany (przeze mnie przynajmniej) profesor w przemowie otwierającej spotkanie nawet wspomniał moje obserwacje, które zaczerpnął z rzeczonej publikacji:)

Świechna pisze o swoim zdziwieniu kwitnącymi różami w listopadzie, więc proszę bardzo, mój ogród z przodu:

To są róże, które sadziłam w 2018, pachną obłędnie i kwitną przez 8 miesięcy w roku.

A ta tutaj z boku domu, stareńka, zasadzona jeszcze przez poprzednią właścicielkę ma nawet pąki:

Muszę posadzić tulipany. Rzutem na taśmę – bo nigdzie już nie było – kupiłam 24 białe i jakieś mieszane, ale już widzę, że za mało, bo oczywiście chciałabym mieć tulipany WSZĘDZIE.

A w nocy śniło mi się, że mam troje dzieci i wydawało mi się to takie oczywiste i właściwe i na miejscu.

**** (po przerwie) ****

Przywiozłam dziewczyny do nas, nakarmiłam i napoiłam, więc mam teraz chwilkę, póki siedzą na dole i robią gluty.

Mo ma cztery najlepsze koleżanki z klasy, w tym jedną najbliższą, tak zwaną BFF i właśnie z tą jedną relacje są obecnie najtrudniejsze. Koleżance trudno jest bawić się równocześnie z więcej niż jednym dzieckiem, chciałaby mieć Mo na wyłączność i kiedy się spotykają, muszą bawić się tylko we dwójkę ze sobą. Zdarzało, że Mo po szkole była u niej w domu, znajome dzieci z podwórka i te z klasy pukały i wyciągały obie na dwór, a koleżanka nie chciała, Mo znowu bardzo chciała, ale rodzice koleżanki bali się puścić ją samą. Po którejś takiej sytuacji moja córka powiedziała, że nie chce chodzić więcej do J, bo we dwie jest nudno, a u nas na ulicy ma całą bandę dzieciaków i ona lubi bawić się ze wszystkimi, the more the merrier, jak to tutaj mówią. No i dziś zaprosiłyśmy do nas trzy jej najlpesze koleżanki z klasy, którym Mo była winna rewizytę, a ja postanowiłam rewizytować je wszystkie hurtem, żeby mieć to z głowy i żeby żadnej nie wykluczać.

Chcialam też oczywiście zaprosić J, bo to przecież najlepsza przyjaciółka Mo, ale moja córka najpierw nie chciała jej zaprosić, argumentująć, że J będzie niezadowolona, smutna i będzie im psuła zabawę, parę dni później przemyślała kwestię i stwierdziła, że jest to jednak jej przyjaciółka, więc dobrze, ale wtedy to ja już musiałam wymyśleć, jak to zrobić, biorąc pod uwagę, że do naszego samochodu zmieszczą sie tylko cztery dziewczynki, a trzy już były zaproszone. Kombinacje alpejskie. Wymyśliłam, że J mogę zgarnąć po jej dodatkowych zajęciach, które tym razem Mo miała ominąć, napisałam zatem do jej mamy, ale dostałam odpowiedź, że bardzo dziękują, ale innym razem. A zaraz rankiem następnego dnia wysłała mi wiadomość, że jednak J by chciała, jeśli to nadal aktualne i że jej tato może ją odebrać ze szkoły i przywieźć do nas, zabierając jeszcze przy okazji kogoś innego. Spotkaliśmy się zatem pod szkołą i ojciec J zabrał ją i jeszcze jedną koleżankę, ale jak przyjechaliśmy pod nasz dom okazało się, że J się jednak rozmyśliła i chce wracać do domu. Siedziała w samochodzie i widziałam, że się jej oczy szkliły.

No i tak myślę o tej dziewczynce i myślę. Jak trudno jest jej być z innymi dziećmi i dlaczego. Nie umie/może być w grupie, czyli zbiorze większym niż dwa. Dużo rzeczy mi przychodzi do głowy, omawialiśmy podobne zachowania na zajęciach. Gdyby to nie była znajoma dziewczynka, to bym ją zdiagnozowała, ale nie diagnozuje się znajomych. Szkoda mi tego dziecka, bo sytuacja się wyraźnie zaostrza, a ona ma dopiero dziewięć lat – co będzie jak zacznie dojrzewać?

Anatomia upadku

W takich okolicznościach (przyrody) myślę, że mogę złamać moje postanowienie nie pisania bloga w czasie pracy i nie pisania o polityce;)

Zapytałam dziś moich Amerykańskich studentów, dlaczego ludzie głosują na Trumpa, tak szczerze, bez żadnego podtekstu. W całej klasie (około dwudziestu paru osób) głosowały na niego dwie osoby, które jako przyczyny podały obietnice ograniczenia nielegalnej imigracji i uszczelnienia granicy. Czyli dokładnie to samo, o czym pisałam w kontekście Europy i Polski nie tak dawno, to te same argumenty, na których rośnie Konfie i te same resentymenty, które chce zagospodarować Tusk.

No, ale Trump jest też odbierany jako kandydat, który wypowie wojnę globalizacji, czyli narzuci cło na towary z Chin i być może Europy, Harris jest kojarzona – podobnie zresztą jak Clinton wcześniej – z globalizają i globalnymi elitami i bardzo mocno z Izraelem. To dość charakterystyczne dla upadających imperiów, że Trump, miliarder oszukujący na podatkach (i nie tylko), jest postrzegany jako kandydat ‚antysystemowy’, taki, który wywróci stolik i znowu będzie pięknie.

A to wszystko tylko potwierdza moją diagnozę, że w państwie ogromnych – i wciąż rosnących – nierówności, demokracja nie działa. Na Trumpa częściej głosowali biali, latynosi, niewykształceni – czyli biedniejsi mężczyźni, katolicy, nie z dużego miasta. Trumpowa Ameryka, to jest Ameryka resentymentu, poczucia, że kiedyś było lepiej i ktoś im te świeta ukradł, niezgody na rzeczywistość katastrofy klimatycznej i konieczność zmiany stylu życia. Ktoś te wszystkie głosy resentymentu zagospodarował, szkoda, że akurat on. A anatomię upadku Ameryki dobrze opisał na przykład LeDuff tutaj, jak ktoś ciekawy (tu po polsku).

Kapeć powszedni

Narzuciłam sobie szlaban poranny na blogi (i na wiele innych rzeczy). Bo niestety podbijają mi dopaminę*, niepotrzebnie, bo ja się muszę nudzić jak mops, żeby coś napisać z tych setek przeczytanych przeżutych stron. Czytanie jak widać idzie mi dobrze, ale (stety -niestety) tylko literatury przedmiotu, literatura piękna leży odłogiem. (Wiecie, że matka Freuda Amelia była Ostjude, czyli wschodnią żydówką i była opisana przez własnego wnuka jako kobieta ‚bez manier i klasy’, porywcza, emocjonalna, depresyjna, ale też błyskotliwa i pełna życia. Mówiła tylko w jidysz i ‚bliżej jej było do barbarzyńców niż do cywilizowanych ludzi’, obca jej była maniera powściągliwości klas wyższych/średnich Europy zachodniej. Ale trzeba pamiętać, że te opisy to z punktu widzenia grzecznej i wycofanej kultury anglosaskiej, może też Austriackiej, bo Martin wyjechał do Wielkiej Brytanii przed wojną i mieszkał tam przez resztę swojego życia. Taka Amelia przypomina moją mamę;D

Upiekłam drugi chleb na zakwasie bez gluta, ale niestety – klops, czyli zakalec. Nie dopieściłam odpowiednio, nie dbałam, nie doglądałam, zaczyn wyrósł i opadł, a potem sam chleb też po macoszemu potraktowałam, bo wróciliśmy z łyżew, była już 18 a ten jeszcze musiał rosnąć. I tak wyciągnęłam kapcia z pieca prawie przed północą, ale zjem w ramach pokuty.

Wyprawa na łyżwy się udała. Spotkaliśmy się tam z Freyą (takajedna pewno pamięta z blogów) i jej dziewczynami, po łyżwach poszliśmy na chińszczyznę (niestety, bardzo kiepską) i na spacer, a raczej trzy różne spacery – dziewczyny wypuściły się do sklepów, Mi z Adkiem i Mo na lody, a my z Freyą na długi babski spacer do latarni na końcu molo (mola?;D) w zapadającym zmierzchu rozmawiając o sprawach ważnych, ważniejszych i najważniejszych.

*Pimposhka fajnie o tym pisze

Pali się, moja panno

No i przeminęło, pizgło, walnęlo i nie ma Halloweenowej przerwy, pieski mogą odetchnąć aż do nowego roku. W piątek jeszcze pobiegliśmy, muszę tu odnotowywać, żebym nie zapomniała, że się staramy, więc w piątek machnęlim z 5 kilometrów z kawałkiem, nie ma się czym chwalić, ale odnotowuję z satysfakcją. Poza tym piątek od rana praca nad pracą, zacięłam się i przedzieram się, najpierw jest trudno, ciężko, powoli, ale resetuję swoją dopaminę i krok po kroku. Brnę.

Wczoraj zatem też praca nad pracą rano, pół strony napisane, nowe książki pościagane, muszę narzucić sobie większą dyscyplinę i organizację, ale to nigdy tak nie działa dla mnie, połączenia między koncepcjami i teoriami rządzą się własnym życiem, więc w mojej głowie jak w kuchni po gotowaniu obiadu – góra brudnych naczyń, sos pomidorowy na ściane, okruchy i obierki, Mi chodzi za mną ‚chociaż skórki od cebuli mogłabyś od razu wrzucać do wiaderka na kompost’, ale nie mogę, bo burzy mi to moją kreatywną koncepcję obiadu, więc dalej ciacham, siekam, wrzucam i mieszam, burdel dookoła, ściera się pali, dosmaczam sos, dorzucam soli cukru majeranku, mieszam, zmniejszam gaz, próbuję, dosypuję, próbuję.

Oblizuję łychę. Pycha.

W międzyczasie, czyli w tym czasie, kiedy ja mieszam, dosmaczam, próbuję, kuchnia wygląda jak powstanie warszawskie, bez obrazy, burdel, obierki, okruszki, pozostałości życia na blacie. I tak samo wygląda moja głowa kiedy piszę. Najpierw muszą te wszystkie ingrediencje się połączyć, pomieszać się, pobalować ze sobą ze dwie noce do rana, zjeść beczkę soli, a ja dorzucam tylko do kotła, artykuły, rozdziały, cytaty i skojarzenia, teksty, czasem całe książki, dorzucam, mieszam, smakuję, pieprzę i solę, a wszystko z obłędem w oku. Bulgocze, pryska, buzuje.

Przerwa. Ściągam obłęd z oka, czeszę włosy, oblizuję paluchy. Idziemy na lodowisko.

Sprzątać będę później.

Klaskaniem mając obrzękłe prawice

Dzisiaj Halloween, oczywiście, stara irlandzka tradycja, zamerykanizowana i zglobalizowana. Mo gania po ulicy, strzelają sztuczne ognie, my uzbrojeni po zęby w słodycze czekamy w domu na bandy dzieciaków. Dom ustrojony już trzy tygodnie temu, dekoracje Halloweenowe są takim znakiem dla wyciągaczy słodyczy, że ‚tu warto pukać’.

Również dzisiaj odbyło się w mojej szkole wręczenie dyplomów, właściwie nie w mojej szkole, ale w wielkim centrum RDS, gdzie takie gale się odbywają. Ja, jako kadra akademicka dostałam uroczystą czerwoną szmatę szatę z kapturem i siedziałam w pierwszym rzędzie bijąc brawo magistrom i licencjantom (licencjatom?). Ku własnemu zaskoczeniu wzruszyłam się, bo to były akurat moje dwie ulubione grupy dziennych i zaocznych, a że przez ostatnie dwa lata byłam również ich kierowniczką do spraw akademickich, znałam ich od podszewki, od głupich wybryków po poważne problemy. Pamiętam wszystkich od pierwszego roku, uczyłam przez trzy kolejne, widziałam, jak dojrzewają (albo nie) w swoim myśleniu. Wielu z nich to imigranci, jak ja, niektórym w czasie studiów urodziły się dzieci, niektórzy zmienili pracę, niektórzy pracę stracili, spadły na nich problemy jak grom z jasnego nieba, wielu było niebotycznie ciężko momentami, wiem, bo podpisywałam zgody pod prośbami o przedłużenie roku akademickiego czy zdawanie egzaminu w późniejszym terminie, inni trochę lawirowali i ściemniali i dzisiaj unikali mojego wzroku. Trochę też o nich walczyłam z administracją uczelni, bo taka biurokratyczna machina to czasem połknie takiego delikwenta, przeżuje i wypluje, bez sentymentów.

I takie to było rozczulające, jak wciągneli mnie do wspólnych zdjęć, z całą grupą jedną, z drugą, ze studentką i jej mężem, z dwiema studentkami, potem kiedy rzucają czapkami i tak dalej. No wzrusz po prostu. Chyba nigdy się tak nie zżyłam ze studentami. A jakie świetne mieliśmy lewackie dyskusje o nierównościach, o rasiźmie, o klasowości, o genderze, o elgiebetach! W kółko im powtarzałam (za Bourdieu), że ‚socjologia to sztuka walki’.

No i tak wracałam do domu na rowerze, zmierzchało, wokoło wybuchały petardy, szumiały drzewa, poprzebierane dzieciaki ganiały po ulicach, pachniało dymem i liśćmi i czułam się jak ten rodzic, któremu dzieci z gniazda wyfruneły. Było mi smutno i sentymentalnie, ale byłam też z nich dumna, chyba przede wszystkim i cieszyłam się, że dali radę. I może coś z tych naszych dyskusji poniosą w świat.

A teraz ‚klaskaniem mając obrzękłe prawice’ zjadłam domowe frytki i mnie moja ulubiona sąsiadka zaprosiła na wino, ale mi się nie chce.

Może za dużo wzruszeń na dziś, tak mi się dobrze siedzi w domu z Mi, Mo dalej biega z dzieciarami, a mi jest tak jesiennie, wspomnieniowo, domowo. Chyba się wykręcę, nie będzie sama, bo jeszcze parę innych osób ma wpaść.

Sałatka codzienna

No dobra, dosyć tej polityki. Na razie.

Z dobrych rzeczy: była moja ulubiona zmiana czasu. Teraz przez następne pół roku będę mówiła ‚jest dziewiąta, na stary czas już dziesiąta’. Ale sobie uświadomiłam, że nie jest to chyba jednak moja ulubiona zmiana czasu, bo kiedy zajęcia kończę o 21.30, na stary czas to jest prawie wpół do jedenastej – i jak tu myśleć o tej porze;)

Zrobiliśmy zakwas i zaczyn bezglutenowy, będziemy dziś piec chleb bezgluta na zakwasie. Zobaczymy.

Tydzień temu zrobiłam również kapuchę kiszoną i jest to mistrzostwo świata! Nic nie może się równać z domową kapuchą kiszoną, jest dobra na smak, na mikrobiom i na witaminy. Kocham.

Zaczęłam też robić więcej sałatek – z quinoi z granatem, kolendrą, ogórkiem, z ciecierzycy, fasoli. Cudne, w sam raz na zimę, na lancz albo kolację.

Wczoraj pobiegliśmy, bardzo adekwatnie, bo akurat odbywał się Dublin maraton. Bardzo mnie to rozśmieszyło, bo biegliśmy po południu, jak maraton się skończył i wyglądaliśmy jakbyśmy zgubili peleton i parę godzin później wyłonili się nad brzegiem Liffey. Lało i wiało, ale biegło się dobrze, fajne, niespieszne 5 km – nie wiem jak ludzie biegają 42.

Skończyłam Freuda najbardziej socjologiczny esej Kultura jako źródło cierpień (ciekawe, że po angielsku to Civilization and its discontent i długo mi zabrało dojście, że, to ten sam esej co słynna Kultura…) i tak, jak sie zaczyna bardzo adekwatnie – ‚Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ludzie powszechnie stosują fałszywe standardy, poszukując władzy, sukcesu i bogactwa dla siebie i podziwiając je w innych, nie doceniając równocześnie prawdziwych wartości w życiu‚ – tak samo adekwatnie się kończy: agresja jest wrodzona, a teraz ludzkość uzyskała możliwość wykończenia siebie na wzajem na niespotykaną skalę i to jest podstawa większości niepokojów i lęków współczesnego człowieka, bo nie wiadomo, jak to się wszystko skończy. Pomyśleć, że gościu napisał to 100 lat temu, tuż przed 2WŚ! Jak niewiele się od tego czasu zmieniło. Dodałabym jeszcze Fromma i Ucieczkę od wolności, sado-masochizm ruchów prawicowych, pragnienie silnego przywódcy, który wreszcie nas ochroni od wrogów i pokaże drogę. Oraz Adorno i jego osobowość autorytarna naszych czasów plus może Arendt i jak to zło jest naprawdę banalne, nie wymaga naprawdę wyjątkowego sadyzmu, wystarczy nie-myślenie, emocjonalne odcięcie się od drugiego człowieka i skupienie na swojej pracy. Biblioteka dwudziestowiecznego człowieka cały czas aktualna.

Zdecydowałam, że nie lecimy na święta do Pl. Pomiędzy oddaniem esejów i rozpoczęciem zajęć mam tak mało czasu, że byłby to tylko tydzień we Wrocku za szaloną kwotę 1000 euro za bilety. Liczę na to, że rodzice jeszcze pożyją i jeszcze spędzę z nimi trochę czasu, ale może kiedy indziej.

Fáilte Roimh Theifigh 

Przypominają mi się takie hasła z ostatnich marszów i nagle zawieszamy prawa człowieka? Tak po prostu?

Jak tylko nam to pasuje??

Nie mogę tego przeżuć.

Co za fatalny świat, podzielony granicami… śpiewaliśmy, a teraz to MY jesteśmy po tej LEPSZEJ stronie granicy.

I jest super.

TO jest moja ulica (choć już dawno na niej nie mieszkam):

Zdjęcie stąd

Aborcji nie mamy, bo to nie ten czas, dyskutuje się obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców w sytuacji, kiedy służba zdrowia leży, może jeszcze obniżmy podatki?

Tak tylko napisze, że w Irl np. podatek od spadku dla najbliższej rodziny (dzieci) to 30% powyżej pewnej kwoty, mniej-więcej wartości małego domu w Dublinie.

Ja, jak każdy lewicowiec, jestem za podatkami, bo z tego są finansowane szkoły dla dzieci, opieka dla starszych i pomoc dla słabszych, wiem, to brzmi zaskakująco. I wiem, wiem, znam te argumenty o bandzie urzędników, którzy tylko chcą się dobrać do mojej kasy, też jestem przeciwko nepotyzmowi i (nadmiernej) władzy biurokracji, w końcu jestem socjologiem, ale czy to oznacza, że powinniśmy dążyć do poziomu usług publicznych jak w US?

No i przecież wiezienia i wojsko to też głównie armia urzędników, a jakoś zwolennicy narodowego wzmożenia tego nie zauważają (podobno nigdzie nie ma takiej biurokracji, jak w wojsku).

Jedna moja dobra znajoma Polka stąd przez siedem lat pobierała zasiłek i dopłatę do mieszkania, bo miała małe dziecko i nie mogła pracować. Lekko licząc, dostała około 100 tys euro od państwa Irlandzkiego, i nie, nie wypominam – uważam, że tak powinno być. Potem znalazła pracę i od razu zaczęła narzekać na podatki i na to, że z jej pieniędzy utrzymywani są ‚zasiłkowcy’. WTF. 🙈

Wczoraj za to dowiedziałam się, że inny mój znajomy, mieszkajacy od wielu lat w Irl i od wielu lat tutaj również na zasiłku, dostał niedawno mieszkanie socjalne, dwu sypialniane, bo ma córkę, która wprawdzie z nim nie mieszka, ale go może odwiedzić. Facet głosuje w Polskich wyborach na Konfę i na co dzień jedzie po lewakach i lgbt. I oczywiście uchodźcach. Na pewno to jakoś sobie tłumaczy.

Ja uczę i uczyłam uchodźców. Młodych mężczyzn i kobiety. Mam z nimi kontakt na codzień. Chcą mieć dobrą pracę i szczęśliwe życie, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało.

Solo voy con mi pena, sola va mi condena
Correr es mi destino para burlar la ley
Perdido en el corazón de la grande Babylon
Me dicen „el clandestino” por no llevar papel

Pa una ciudad del norte yo me fui a trabajar
Mi vida la dejé entre Ceuta y Gibraltar
Soy una raya en el mar, fantasma en la ciudad
Mi vida va prohibida, dice la autoridad.

Haluny na uniwerku

W piątek byliśmy – Mi, który sobie to wpisał jako ‚rozwój zawodowy’ i praca mu zapłaci i ja z ciekawości – na takiej konferencji naukowej, organizowanej przez mój wydział.

Z takimi prezentacjami:

Połowy nie zrozumiałam 😅

Na szacownym uniwersytecie 400 osób słuchało o badaniach nad halucynogenami w praktyce terapeutycznej i psychiatrii.

Powiedzieć, że bardzo ciekawe, to nic nie powiedzieć.

Połowa publiczności miała długie włosy i fantazyjne bluzy w grzybki psylocybki i haluny, druga połowa okulary kościane i wyprasowane koszule. Wykłady z neuroscience, psychoterapii, psychologii, badania, próby, MRI mózgów po psylocybinie, EEG, Pet skany. Wykresy, próby, slajdy, przekroje mózgu z zaznaczeniem obszarów wyjątkowo aktywnych i gęstością połączeń między odległymi obszarami. Psychiatrzy, badacze mózgu i psychoterapeuci.

Badania psychodelików na próbie pacjentów z depresją odporną na leczenie (Treatment Resistant Depression).

Badania psychodelikow jako substancji pomocnych w najtrudniejszych uzależnieniach, np. od kokainy, gdzie nie ma żadnych zastępczych substancji farmakologicznych łagodzących głód.

Chemia mózgu psychodelików:

Szacowne instytucje eksperymentują z terapiami wspomaganymi podaniem halucynogenow, w Irlandii np. Tallaght Hospital z psychiatrią prowadzą takie badania. Temat niezmiernie ciekawy, eksperci przekonują, że nie tak niebezpieczny, jak zdaje się sądzić opinia publiczna.

Wydaje się, że jest to bardziej skomplikowane, niż przekonują przeciwnicy (lamentujący, że narkotyki tylko pomieszają w głowie) i zwolennicy (którzy sugerują, że zarzucenie grzybków czy LSD prowadzi prosto do oświecenia).

Staram się mieć umysł otwarty😅

Po konfie poszliśmy na randkę z mężem do koreańskiej restauracji (pysznie i tanio, jak na Dublin – jedyne 27 euro za 2 porcje).

Nasze dziecko w tym czasie oddawało się wykrawaniu dyni z bratem i jego dziewczyną.