Niedziela, powoli zwalniam

Niedziela. Wczoraj ostatni dzień zajęć, siedem godzin o narcyźmie, borderline i innych zaburzeniach, co razem z moim wcześniejszym siedzeniem w literaturze poskutkowało uczuciem, że moja głowa jest przepełniona i nic się do niej już nie wciśnie. Pod koniec chciało mi się na zmianę spać i natychmiast wyjść z sali, pojechać nad morze, przejść się po parku w deszczu lub w słońcu po lesie. Cokolwiek, co by się nie wiązało z używaniem głowy. Potem na szczęście poszliśmy na drinka, żeby się pośmiać i przewietrzyć, ale nie za dużo, bo przecież jeszcze trzeba skończyć esej. A w nocy śniły mi się imprezy, ludzie, zabawa. Potrzebuję przerwy.

Praca skończona, zostały tylko eseje do sprawdzenia i oceny do wystawienia, więc jeszcze tylko dziś i jutro.

Musimy kupić choinkę. Prezenty prawie skompletowane. Cieszę się nowym czytaczem Kobo (kindlem jako amazonowym pogardzam dla zasady), który kupiłam Mi, ale miałam go przetestować i tak go właśnie testuję, że kupię Mi drugi na jego urodziny, bo jest BOSKI. Kiedy nauczyłam się wrzucać tam książki, wróciła do mnie radość czytania – nie rozpraszam się, nie bolą oczy, w nocy zmieniam ustawienia na białe na czarnym, co mniej rozbudza.

Dziś Mo ma wystawę, pojechała z Mi. Pani artystka prowadząca ich pracownię zrobiła dzieciakom prawdziwy wernisaż, z jedzeniem i napojami. Każde dziecko wybrało jeden obraz, a pani go oprawiła i powiesiła w pracowni. Mo była wniebowzięta.

Zagryzam zęby

Sezon szkolny powoli się kończy, ale ja oczywiście z jęzorem po kolana z nadmiaru pracy. Dziś obudziły mnie rozkminki oczywiście o amerykańskich studentach – czy ja pisałam, że najbardziej nie lubię amerykańskich studentów? Oczywiście nie wszystkich, właściwie większość jest w porządku, ale wystarczy parę egzemplarzy trumpa na klasę i we mnie się gotuje. To poczucie uprzywilejowania, wyjątkowości, bycia osobą, której należą się specjalne względy, chyba u nikogo nie występuje w takim natężeniu i u nikogo mnie tak nie drażni. Na dodatek moja szkoła cacka się z nimi, bo płacą grubą kasę za studia, więc im praktycznie wszystko wolno. Oddają eseje dwa tygodnie po terminie i opiekun roku pisze do mnie, że wyszystko ok, nie zostanie im obniżona ocena.

Wystrzela mnie to w kosmos, bo zawsze udaje się gościom najbardziej bezczelnym, niektórym dobrym studentom wcześniej obniżyłam ocenę, zgodnie z regulaminem, a trumpy robią chcą. Wyobraźcie sobie takich trzech w klasie, którzy chodzą kiedy chcą i robią co chcą, a wszystko z takim szerokim amerykańskim uśmiechem. Zuważyłam, że zawsze są to faceci, feminizm jest tej Ameryce naprawdę potrzebny. Mam wrażenie, że w tym roku jest gorzej niż zwykle, prawdziwy najazd trumpoidów.

Ale w nocy dotarło do mnie, że już więcej ich nie zobaczę, że to koniec, nie muszę się z nimi już więcej użerać i patrzeć na ich szerokie białe amerykańskie uśmiechy. Przyjdą nowe trumpoidy w nowym semestrze, z nowymi uśmiechami, oczywiście, ale przynajmniej z tymi mam spokój. Poczytałam Pratchetta na moim nowym czytaczu i zasnęłam.

Zniewolenie jest w głowie

Dziś lepiej. Słońce świeci, wracam do książek.

Wczoraj wieczorem wpadłam na bożonarodzeniowe party, zaproszona przez mamę koleżanki z klasy Mo. Tak baaardzo mi się nie chciało, ale obiecałam, więc wskoczyłam w festive outfit, kupiłam wino i pojechałyśmy.

Tego mi było trzeba! Ja to jednak jestem ekstrawertykiem. Pogadałam, pochichralam się, wywietrzyłam głowę z czytania o psychozie, przez trzy godziny myślałam o czymś innym niż praca. Uwielbiam przyjęcia takie właśnie jak to, jak zabawa to zaba-wa  i dzieciaków nikt nie niańczy, hałastra szalała na górze, a na dole dorośli pili grzane wino i im się trochę-troszeczkę zmarszczki rozprasowywały, lica kraśniały, oczy zaczynały błyszczeć, a rozmowy stawały się luźniejsze. Ja tym razem nie piłam, nie chciałam mieć zmęczonej niedzieli, ale chłonęłam atmosferę ogólnego rozluźnienia. Po trzech godziach, kiedy Mo miała wyraźnie dość – pamiętajmy, że poprzedniego dnia nie spała do pierwszej – zabrałyśmy się do domu. Auto to jednak dobry wynalazek.

Przemyślałam sobie też kwestię poruszoną w komentarzach pod poprzednim postem i się zupełnie, zupełnie nie zgadzam. Studia są dla każdego, młodego i starego, nie ma żadnej granicy, przekroczenie której dawałoby mi prawo do radzenia komuś, że ‚studia już nie dla ciebie’. Sami sobie te ograniczenia budujemy w głowie, a jeszcze gorzej, że narzucamy innym. Kiedyś studia nie były dla kobiet – w Irl dopiero w 1904 roku Trinity College jako pierwszy uniwerek pozwolił studiować kobietom, nie były też oczywiście dla chłopskich dzieci, teraz nie są dla osób – powiedzmy – nie młodych. Nic bardziej błędnego. Na moim kierunku połowa studentów jest starsza (po 40tce), a połowa młoda i młodym jest generalnie trudniej, wydaje mi się, że ogólnie są trochę słabsi. Wynika to z wielu czynników, oczywiście, najbardziej z braku pewnego doświadczenia życiowego, pewnej dojrzałości emocjonalnej, która bierze się z przejścia w życiu przez różne straty i przepracowania młodzieńczej naiwności. Ale nawet na innych, nie tak specjalistycznych kierunkach, dojrzałość jest często zaletą – sama miałam u siebie studentkę 70+, która była najlepsza na roku. Nie poszła na studia jak była młoda, bo mówili jej, że studia nie dla niej, ona ma wyjść za mąż, a jak urodzą się dzieci, to będzie miała zajęcie. Teraz była przeszczęśliwa, że nareszcie może realizowac swoją pasję i nikt jej życia nie będzie już meblować.

Oczywiście, za studiowanie płaci się pewną cenę – rezygnuje się z pewnych przyjemności, z wygody, ma się mniej wolnego czasu i to trzeba brać pod uwagę. Czasem jest ciężko, a czasem człowiek naprawdę się czuje przytłoczony, szczególnie, jak do tego pracuje. Ale przecież tak samo jest z pracą – czasem jest ciężko, a czasem człowiek się czuje naprawdę przytłoczony, a jednak nikt nikomu nie radzi, że ‚praca to dla młodych’.

Ja przyznam się, że miałam inne w głowie ograniczenia – że jestem imigrantką, mówię z polskim akcentem i to będzie przeszkodą w moim zawodzie, że z tego powodu nikt nie będzie chciał do mnie przyjść. A potem poczytałam, jak jedna z największych sław psychoanalitycznych Hanna Segal pochodziła z Polski i miała do końca życia ‚gutteral mitten-European accent’. I nie przeszkodziło jej to być świetną terapeutką.

Sobota w łóżku

Zaraz następnego dnia chciałam zdjąć ten poprzedni post, albo chociaż uczynić go niewidzialnym, prywatnym, czy co tam jeszcze, bo po co komu taka laurka, jak laureat nawet nie przeczyta. Ale okazało się, że nie umiem tego zrobić, no i tak juz zostało, a niech tam.

Wczoraj oddałam pierwszy rozdział. Kosztowało mnie to dużo, na koniec siedziałam bite dziewięć godzin na zmienianiu i dopisywaniu zakończenia, ja to się nigdy nie nauczę systematyczności, wieczna studentka.

Dziś za to siedzę nad studenckimi esejami, na szczęście nie wszystkie są pisane przez AI, co wraca mi wiarę w ludzkość.

Zaraz zabieram się za swój esej, czym się różni stan psychotyczny od nie-psychotycznego, brzmi ciekawie, ale muszę podłubać, bo na razie pojęcie mam mgliste.

Powoli kupuję prezenty bożonarodzeniowe, najbardziej dumam, co by tu kupić mojej synowej in spe. Książkę? zmywacz do makijażu? Z kosmetykami wiadomo, że nigdy się nie trafia – zawsze jak dostaję coś od moich sióstr, to nie jest akurat to, co lubię i używam. A wtedy one mówią, ale spróbuj, to jest super, to próbuję i dalej nie lubię, wrzucam do pudełka z kosmetykami i tak leży i się przeterminowuje.

Mo zrobiła już miesiąc temu długą listę, z której cztery pozycje to ‚niespodzianka’, a teraz codziennie dopisuje jeszcze ‚mały drobiazg’. Kupiłam hurtem parę rzeczy na chińskim portalu, aby sfinalizować zakupy musiałam jeszcze coś dodać, więc wrzuciłam 8 kłębków brzoskwiniowego moheru i różowo-zieloną wełnę skarpetową, ahoj przygodo!

Mam jeszcze 3 tygodnie na napisanie eseju i refleksji, nic nawet nie zaczęte, więc przez następne 21 dni oczywiście nie ma mnie dla nikogo.

Dziś Mo porwana przez brata i jego dziewczynę do kina, ma z nim naprawdę bosko, bo Re jest dla niej taką prawdziwą starszą siostrą. Razem oglądają filmy, robią ozdoby halołinowe, malują oczy i plotą warkoczyki. Co będzie jak się rozstaną z Adkiem staram się nie myśleć.

My odpoczywamy pracujemy, tzn. ja pracuję, a Mi leży do góry brzuchem, po tym, jak odwiózł Mo na zajęcia plastyczne.

Powinnam pójść na spacer, bo nie można cały dzień pisać w łóżku.

Nastawiłam chleb.

Wróciłam na dietę bez świrowania i udawania (co to za wegetarianin co wpierdala schabowy jak śpiewał swego czasu Kazik, więc już nie udaję, że serek żółty to nie nabiał) i noga chyba (odpukać) przestaje boleć. Od dwóch dni spałam bez nurofenu.

Co widać z boku

Czytam różne historie tu i tam, na necie i w gazecie, oraz w życiu i takie mam wrażenie, że dobrymi radami to jest piekło wybrukowane, jak to dobrze widać z daleka, co komu by lepiej było i jak komu trzeba doradzić, a z bliska sytuacja staje się naraz taka mniej oczywista.

Jak wychodziłam za mąż, to usłyszałam wiele dobrych rad, od wielu dobrze życzących ludzi, którzy nic dobrego wróżyli, bo nic dobrze nie wróżyło – ja w ciąży, oboje bez pracy, on z problemami, nad którymi nie będę się teraz rozwodzila, skoro się nie rozwiodłam, bez własnego mieszkania ani żadnych perspektyw.  Znajomi kiwali głowami, ‚ech, głupia ty’ i już widzieli oczami duszy ten czarny scenariusz, który za lat dziesięć, gdzie tam! Pięć wystarczy! niechybnie się zrealizuje.

A tymczasem minęło lat 25, znajomi już dawno po rozwodzie, a my się sobą cieszymy codziennie.

Tak, że nie zawsze widać z boku więcej, niż ze środka.

A po 20 latach nikt juz nie pamięta, że miał mówić a nie mówiłem, bo nie mówi.

Dodam jeszcze, że dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu, bo uwielbiam banały.

Rześko z rana

Dziś piątek, nadal zimno jak diabli, ale cóż się dziwić, jak waga niezmiennie pokazuje 66,6. Ważę się z rana dla szatana.

Piątek, spokojnie, bo rano popracowałam porządnie nad trudnym pisaniem, a potem jeszcze walnęłam 4 eseje, więc do przodu. Najbardziej mnie teraz osłabia cholerne AI, jak trafię na taki esej niby dobrze napisany, a wręcz niby doskonale napisany, jak na emigranta który ledwo się w klasie odzywa, a tu 17 referencji, z czego połowa zmyślona. No i jak to cholerstwo oceniać, muszę zakładać, że takie artykuły rzeczywiście istnieją, niewinny, póki się winy nie udowodni przecież, więc może jestem melepetą i nie umiem szukać, a najchętniej bym takiego delikwenta ogniem piekielnym potraktowała, za używanie AI. No bo ręce opadają i nie wiadomo co robić. Taki gościu osłabia mnie na pół dnia i naprawdę wysłałabym to wszystko w kosmos wtedy.

No, ale jednak do przodu. Z rzeczy dobrych: nauczyłam się chronić mój czas. Dzisiaj dwa zebrania, czyli dwie godziny w plecy byłyby, ale przecież ja w piątki nie pracuję, więc napisałam, że w piątki nie pracuję, ale jakby coś ode mnie ważnego chcieli, to proszę bardzo, nie ma problemu, w podskokach zaraz im zrobię, no i gites – nic ważnego nie chcieli, czyli uratowałam cenny czas. Dwie godziny z rana zjadłyby mi właściwie pół dnia, bo przecież niż ważnego, wymagającego namysłu nie ruszę przed 10, bo wiadomo – rano szykowanie Mo do szkoły, a po 12 już muszę coś zjeść, a po 2 wyjechać po Mo, więc miałabym najlepsze godziny na zatracenie.

Z rzeczy niedobrych: biodro dalej boli. Siostra mówi, że jak boli w nocy, a nie w dzień, kiedy chodzę, to na pewno to gówno rzs, w sumie to dobra wiadomość, bo przynajmniej wiem, że to nie uszkodzenie chrząstki, tylko zapalenie. No, ale źle, że boli, oczywiście. Wczoraj obudziłam się o 2 i nie zasnęłabym bez ibuprofenu, a to już jest grubo jak na mnie, bo ja żadnej chemii nie biorę. Siostra mówi, że muszę po prostu grzecznie przeprosić się ze ścisłą dietą, zwracać uwagę na przeciwzapalne rzeczy, zacząć sobie robić kurkumę imbir cynamon, witaminę D. Zobaczymy.

Na dworze prawdziwie rześko. Z rzeczy dobrych: odkryłam, że mój termo-hygrometr zbiera dane i mogę mieć wykresy temperatur i wilgotności na komórce! Od rana więc zerkałam co chwilę krzywe opadające, kiedy wyłączałam ogrzewanie i krzywe wznoszące, kiedy włączałam. Uwielbiam wykresy i funkcje!

Listopad jest piękny

zaklinam rzeczywistość, bo rzeczywiście, kiedy tylko pędzę moim rowerem przez najpiękniejsze zakątki Dublina, mijam ceglane kamienice, morze żółtych liści, zapach mokrej kory, wszechobecną wilgoć i chowanie się po domach pod kołderkę w kratkę, to chce mi się żyć i tak gnać, nawet, jak pada, w czapce i rękawiczkach, z zimnym nosem, zlizując kropelkę ściekającą z okularów.

Ale jestem chyba przemęczona, wczoraj cały dzień zajęcia, bardzo intensywne intelektualnie, w piątek spisywanie baby obs i czytanie tekstów, dziś miałam kończyć przegląd literatury, a tu idzie mi jak po grudzie, jakby już był grudzień, trudno mi się myśli, idee nie składają się do kupy, a raczej tylko do kupy się nadają. Mam niecałe dwa tygodnie na skończenie, z czego sześć dni to praca praca praca, praca praca praca, muzo natchniuzo zlituj się nad nami, nieborakami! Do tego z siostrą jakby nieco gorzej, co mnie martwi i mimo, że rozumiem mechanizmy, to bardzo mi ciężko, że nie można pomóc. Dzwonię do niej i wystrzela mnie w kosmos, dziś już telefony od rana, morze esemesów, muszę się odciąć od natłoku i naporu, intensywności myśli i zarzutów i bezsensownego kręcenia się w kółko.

Głowa w środku czuje się jakby już nic nie dało się do niej wcisnąć, myślenie mi się wyłączyło, o szesnastej robi się ciemno i pieką mnie oczy ze zmęczenia, mimo, że w miarę dobrze spałam. Czuje, że powinnam zwinąć się z kulkę i odpocząć, tak ze dwa tygodnie, a muszę się zmobilizować właśnie teraz i tak aż do końca świąt czeka mnie maraton.

Żeby przywołać dobre muzy, elfy, mikołaje, leprachauny, krasnoludki, trolle i inne fantazyjne tatałajstwo, powiesiłam trzy dni temu światełka bożonarodzeniowe w dużym pokoju, uwielbiam święta i zamierzam się nimi cieszyć już od listopada. Potrawy, bombki, choinki, prezenty, czy to ma jakiekolwiek znaczenie co i jak, barszcz z uszkami czy rosół z okami, uwielbiam cały ten cyrk, który jest właśnie po to, by człowiek jakoś przeżył w dobrym zdrowiu psychicznym te ciemności i zimności, otoczony dobrymi duchami i swoimi ludźmi.

W tym roku zostajemy w Dublinie i zaprawdę powiadami wam, już w przyszłym tygodniu walnę kompletne szaleństwo kolorowych świateł na fasadę domu i doprawię gwiazdą betlejemską, bo czemu nie.

Elitarny Klub Piąta Rano

Żebyście nie myśleli, że wiecznie skaczę po chmurkach, muszę napisać, że na przykład dzisiaj nie spałam.

W ogóle.

Położyłam się po 23 i o 5.30 wstałam, nie zmrużywszy oka. To znaczy oka mrużyłam i mrużyłam , ale nie spałam.

Wytrącił mnie z równowagi nowy serial, w którym połowę odcinka zajęła scena gwałtu. Mam wrażenie, że twórcy puszczają takie właśnie nomen omen oczko do publiczności, że jeśli oczywiście! jakżeby inaczej! potępiają przemoc i gwałt, bo jest to złoooo, to po takiej preambule, mogą się wraz z publicznością oddawać perwersyjnej przyjemności oglądania okrutnego aktu sadyzmu ze wszystkimi szczegółami. Do tego godzinę przed serialem rozmawiałam z siostrą, o którą się martwię. A tak na dokładkę dopadł mnie taki mały stresik akademicki, bo tu trzeba składać eseje i przeglądy literatury na zaliczenie, a ja jeszcze w lesie. I tak wszystko mi się dołożyło, że calutką noc próbowałam na prawym, to na lewym boku, otwierałam okno, jadłam banana, piłam herbatkę, łykałam zielone ziołowe tableteczki, przelecialam wszystkie ulubione blogi i o 5.30 stwierdziłam, że może wstanę, to choć trochę popracuję.

I tak dołączyłam do elitarnego klubu piąta rano, który oczywiście hejtuję, więc zaraz jak już tylko mogłam, kiedy wysłałam Mo do szkoły, położyłam się z powrotem do łóżka i całe szczęście przespałam dwie godziny.

Ale tej okrutnej nocy znalazłam fantastyczną książkę, wszystko co chcielibyście wiedzieć o migracji, ale boicie się zapytać. Proszę. Ja juz sobie ściągnęłam i podczytuję. Podpierając się gąszczem statystyk i badań Haas rozprawia się z mitami na temat emigracji. Mit pierwszy: obecną migracja jest największą, jaką kiedykolwiek była. Mit drugi: mamy obecnie kryzys z uchodźcami. Mit trzeci: jeszcze nigdy społeczeństwa nie były tak zróżnicowane etnicznie. I tak dalej.