Informacyjny detoks

Siedzę w domu, trochę wydobrzałam i włóczę się po blogach, zamiast pisać. Ciężko mi się zabrać do pracy (tworczej dodam, jakoś z inną nie ma problemu).

A propos, bardzo polecam, to kolejny artykuł, który o tym samym mówi – mamy za dużo, za bardzo, za wygodnie nam, za dobrze, za dostatnio, za dużo bodźców i nagród. Że dzieci, które za dużo mają, nigdy nie będą zadowolone z tego, co mają, bo to jest stan BAZOWY, to jakby być szczęśliwym, że ma sie rano chleb na śniadanie, albo wodę w kranie – przecież nikt nie wpada w ekstazę z tego powodu, jeśli akurat urodził się w kraju bogatej Globalnej Północy. Nie. Trzeba więcej, żeby być szczęśliwym, nieprawdaż?

A równocześnie żyjemy w jakimś takim czasie ogólnego braku bezpieczeństwa, pomimo, że niby mamy tak dużo, to boimy się wojny, katastrofy klimatycznej, broni nuklearnej, mamy ciągle poczucie niepokoju, które zagłuszamy social mediami, blogami, randkami, zakupami, kompulsywnymi podróżami itd itp nie będę się rozpisywać czym, bo każdy ma swoje.

Tyle razy już o tym pisano, z różnych perspektyw, czy to w kontekście Dopamine Detox, czy jak to nam (i dzieciom oczywiście) się skrócił attention span w ciągu ostatnich 10 lat, i tak dalej i tak dalej, a jednak ciągle się na to łapiemy… łapię powinnam napisać, ciągle się na to łapię i muszę się ciągle oduczać wskakiwania do tego basenu pełnego smakowitych kąsków, kawałków informacji, informacyjnego junk food, odpowiadania na wiadomości na whatssapie i messangerze, fb, na komentarze na blogach, przeskakiwania z The Irish Times do Wyborczej, Polityki, Guardiana i The Altantic.

Muszę przejść na dietę, jednym słowem. Przestać napychać się info-słodyczami.

Jeszcze żyję

Po wczorajszych 40 stopniach (w porywach do 41, napisałabym, że aż mi się gorąco zrobiło jak zobaczyłam na termometrze 41, ale już było mi gorąco, więc się nie liczy, poza tym zmierzyłam sobie w zagłębieniu szyi, tak z ciekawości, więc się tym bardziej nie liczy) obudziłam się dziś zupełnie bez gorączki, ki czort? Wczoraj już oczywiście guglałam ‚sepsa’ i co robić przy 41 stopniach celsjusza (już nic, bo białko w mózgu się właśnie ścina). No, ale najwyraźniej się nie ścięło. Choć kto to wie.

Ale pozwoliłam sobie nie pójść do pracy również i dziś, no bo co, kurczę blade. Choć oczywiście trochę już zabrałam się do pracy, skoro nie umieram, to mam prezentacje do sprawdzenia i pewne dokumenty do przejrzenia. No i jeden wykład online wieczorem, nie chcę go przekładać, bo potem zawsze jest problem, jeden jakoś dam radę. Postaram się nie przemęczać. Na niewypowiedziane pytanie ‚czy jestem pracoholikiem?’ odpowiadam, że nie, choć rozumiem to uczucie niepokoju i moralnego potępienia, jakiego doznawali przedsiębiorcy protestantcy w chwilach, kiedy nie angażowali się w zapierdol. Protestancka etyka pracy, mój boze, kto by pomyślał. Całe życie myślałam o sobie, że jestem leniwa;)

Cudownie się choruje. W łóżeczku bez wyrzutów sumienia. Rano robiłyśmy trochę z Mo na szydełku, ale fajnie nam było! Mo dalej siedzi w domu, złapała bakcyla szydełkowego, bo zrobiliśmy zakaz oglądania youtuba przez dłuższy czas. Robi takie malusie torebeczki, do swoich malusich domeczków. Jest bardzo sprawna manualnie, niesamowite jak te dzieci mogą być różne – Ad w wieku 10 lat nawet sobie paznokci nie potrafił obciąć.

Postanowiłam też, że sobie odpuszczę zajęcia w sobotę. Na myśl, że mam siedzieć 8 godzin w zimnej piwnicy robi mi się słabo. Poza tym mogę kogoś zarazić, prawda? Przeczytam sobie teksty i będzie gites. Ale trudno jest odpuszczać, tym bardziej, jak się za to płaci bardzo grubą kasę, a wykłady nie są nagrywane.

A poza tym wiosna, dziś w porywach 17 stopni, pięknie i ciepło. Musiałam podlać tulipany w doniczkach pierwszy raz tej wiosny.

Brunhilda

Nie zdzierżyłam w poniedziałek i opitoliłam róże, oraz jakieś krzaczory pod płotem, co zawsze mają takie czarne jagody, dodatkowo bluszcz Virgnia Creeper i na końcu jabłonkę. Bluszczowi to najmniej zaszkodzi, dla róż lepiej późno niż wcale, tylko tej jabłonki nie jestem pewna, bo cięłam na oko, a ona krzywa jest jak babuleńka i już dawno powinna być cięta, teraz to nie wiem, czy nie zaszkodzi. Wstawie zdjęcie jak je zrobię i może ktoś coś poradzi, bo ja się znam na przycinaniu jabłonek jak koza na pieprzu.

Zobaczymy. Wiosna mnie natchnęła i św. Patryk, bo podobno na świętego Patryka to ostatni dzień, kiedy można ziemniaczory sadzić do ziemi, więc jakoś mi się skojarzyło z pracami ogrodowymi.

No i cholera zaraza jedna wczoraj mnie dopadła, na studiach siedzimy w takiej okropnie zimnej sali, obok jest sala dokładnie taka sama, tylko ciepła, u nas jest zawsze koszmarnie lodowato, jak w grobowcu. Zaczynam podejrzewać jakieś duchy, może ktoś tam się wyniósł na drugi świat kiedyś, a teraz nas nawiedza, i przebacz mi Brunhildo, tym bardziej, że to budynek na terenie szpitala – kto wie, jakie robili tam eksperymenty… Po półtorej godziny zawsze tam zaczynam kichać, potem opuszczamy nawiedzony pokój i robi mi się przeważnie lepiej, ale wczoraj mi się nie zrobiło, tylko powoli rozkładałam się w cichości ducha na kolejnych zajęciach.

W nocy obudziłam się o trzeciej, w zestawie gil do pasa i ból głowy, tak się wcześniej cieszyłam (w duchu), że wszyscy chorzy a ja dawno nie, że mam za swoje. Nic poważnego, ale upierdliwe, do tego stopnia, że zgodnie z nowym postanowieniem dbania o siebie po całej nocy umierania na katar wysłałam rano smsa do pracy, że jestem chora. Ja nigdy nie jestem chora, więc szefowa tylko życzyła mi zdrowia, z drugiej strony co ma zrobić, z gilem do pasa nie mogę występować przed dwudziestką studentów, bo za tydzień wszyscy będą chorzy (może powinnam w takim razie). Ale z takim zatkanym nosem to nawet Mi nie rozumie co mówię.

I tak sobie dziś siedzimy w domu, bo Mo też ZNOWU CHORA. Pewno od niej to złapałam. Dopiero była chora tydzień temu, a teraz znowu, ale nie udaje, kaszle jak stary gruźlik, a jeszcze nam się skończyła inhalacja na weekend, więc obserwowałam ją czujnie, czy się nie zacznie dusić. Ale na szczęście takie historie to już przeszłość. Ale póki świszczy, to nie może iść do szkoły.

W ogrodzie pięknie, ale boję się tam zaglądać, bo wszystko patrzy się na mnie z wyrzutem.

***

Żeby nie być goloslowna, zmierzyłam sobie gorączkę i wyskoczylo 39.5, no to chyba jutro na noszach by mnie musieli zanieść do pracy. Ale stare przyzwyczajenia prekariatu umierają długo, więc oczywiście trochę mnie niepokoi jak szefowa to przyjmie. Jak ktoś wchodził na rynek pracy w roku 2000 to ma pewne tendencje do zapierdolu.

Lá fhéile Pádraig sona dhaoibh!

Mo się uczy irlandzkiego w szkole i kurczeblade, jaki to trudny język! Koniugacje, deklinacje, przestawianie i gubienie literek, a do tego wymowa! Mam mocne postanowienie uczenia się z nią, kiedy tylko skończę swoje studia, żeby ją trochę zachęcić, bo to przecież piękny język jest, język druidów i wysokich królów, leprechanów i innych magicznych stworzonek, a u nich w klasie wszyskie dzieci jak jeden mąż ‚I HATE Irish!’.

Mówię jej na to, że przecież jest Irlandką, powinna mówić po Irlandzku (trwają właśnie rozkminki, czy jest Irlandką, czy Polką, zmienia się jej to zależnie od nastroju i aktualnego stanu buntu przeciw rodzicom), a ona na to – nie! Jestem Angielką! Bo mówię po angielsku!

Michael Collins się w grobie przewraca.

Nie mam żadnego zdjęcia z obchodów Patryka, bo siedzę w domu, oczywiście. Ale powinna być tutaj zielona, soczysta trawa, tak mi się zawsze kojarzy Irlandia.

A to jedna z naszych ulubionych, Mo nawet umie ją całą zaśpiewać.

Stan Wyjątkowy

Półwiecze upamiętnione, spokojnie i z ukochanymi, ale Big Party musi być i będzie, tylko jak już będę już miała wolną głowę. Czyli może na wakacjach, a może w przyszłym roku.

Tak w ogóle i w szczególe to jestem bardzo zmęczona. Bardzo.

Trzymam się jeszcze nie wiem czego, swojej upartości chyba, skrawka silnej woli, tego właśnie rąbka od spódnicy, co przeszkadza, ale sen mi się wykoleja coraz bardziej, a to znaczy, że za dużo stresu i za dużo pracy. Nie miałam dnia wolnego od nowego roku chyba, w niedzielę zrobiłam sobie pół dnia wakacji z okazji urodzin. Każdy weekend praca, każde święto praca, większość wieczorów praca, a w nocy nie mogę spać. To jest chyba ten czas, kiedy człowiek musi trochę odpuścić, tylko za bardzo nie wie, jak, bo eseje muszą być sprawdzone, wykłady muszą być poporowadzone, a praca napisana. Ale chyba najbardziej to chodzi o głowę.

Bo jak się tak zasuwa, to nie da się zwolnić na zawołanie, ciało nie słucha, umysł nie słucha, wszystko się jeszcze kręci w podwyższonej gotowości. Tym bardziej, że dwa razy w tygodniu kończę o 21.30 (na szczęście trzeci wieczór mi odpadł niedawno). Ale weszłam w state of emergency i nie mogę wyjść. A zwolnienie wiadomo, jest konieczne dla zdrowia, nie tylko psychicznego. No i tak to rozkminiam jak to zrobić, od czego by tu zacząć i jak się wesprzeć. Na razie jak to mówią tutaj hung in there, trzymam się, choć wiszę dyndając nogami.

Staram się skupiać na tu i teraz, nie myśleć o tym, ile jeszcze weekendów na pisanie pracy zostało przede mną, co muszę do kiedy skończyć. Nie zawsze to działa. GP przepisała mi jakieś benzo na spanie, ale wczoraj po nich – najmniejszej dawce, takiej, że aptekarz musiał mi przekrajać tabletki, bo nie miał takich ilości – przez cały dzień bolała mnie głowa i czułam się, jakbym miała kaca. Noż kurczę pieczone, to już wolałabym mieć naprawdę kaca, po jakiejś dobrej imprezie, z whiskey i tańcami na stole to zawsze warto. Ale tak? Sponiewierała mnie ta chemia okrutnie. A Walker pisze na podstawie tych badań, że na tabletkach nasennych człowiek ma znacznie zredukowany sen najgłębszy, czyli najbardziej slow wave, co jest prawdopodobnie niekorzystne dla mózgu, tylko na razie nie wiedzą jak.

Zostają metody naturalne, ale ile można seksu? 😉

Każdy dzień, póki żyję

Wiadomo co, wiosna! Temperatury ostatnio rozpieszczają, czyli jest nawet z 12 stopni, ale słońce, SŁOŃCE! Ja dalej zagrzebana w papierach, dziś, jutro i pojutrze mam czas, żeby to, jak to mówią, whip it into shape, czyli pobatożyć, żeby jakiegoś kształtu nabrało.

Dnie zatem spędzam z komputerem w łóżku, już nawet nie schodzę do dużego pokoju, bo tam wiadomo – ktoś mi wchodzi i wychodzi, mówi, zagaduje, śpiewa, robi sobie herbatkę i tak dalej. Wczoraj miałam dobry dzień na pisanie, pod wieczór nabrałam nadziei, że jednak mam szansę to skończyć.

A oprócz tego, dość niezauważalnie minęła nam rocznica, nie mogę uwierzyć, że już coraz dłużej jesteśmy razem, niż osobno. Jakoś nie mamy w zwyczaju specjalnie świętować rocznic, bo przecież ‚…święto, to każdy dzień, póki żyję. Jutro będę rybą w sieci, jutro będę kółkiem w maszynie…‚. Ale pamiętamy. Kiedyś, dawno dawno temu, w początkach naszej znajomości pokłóciliśmy się okrutnie i zerwaliśmy ze sobą. I obojgu nam przyśnił się ten sam sen tej samej nocy, o tym, że ze sobą rozmawiamy. W szczegółach się troche różnił, bo to przecież nie ja przyszłam do niego, oczywiście, ale tej nocy wyjaśniliśmy sobie wszystko. Następnego dnia, na piwie w Kalogródku, znowu zaczęliśmy ze sobą rozmawiać.

Adek dostał się do ostatniego etapu rozmów kwalifikacyjnych, został zaproszony do Amsterdamu. Zobaczymy. W sumie śmiesznie by było, gdyby dziecko dwojga lewaków dostało pracę Gordona Gekko. Na dwoje babka wróżyła, ja mam odczucia ambiwalentne – praca po 12 godzin dziennie, uzależniające skoki dopaminy, potworny stres. Z drugiej strony oczywiście duże pieniądze. Ale w zamian za utratę wolności. Pewno nie dostanie tej pracy, bo nie jest rekinem, i może lepiej, bo musiałby stać się rekinem.

Prezydent usa dalej śmieszy, tumani. przestrasza. Wszyscy doszukują się jakiegoś głębszego sensu w jego poczynaniach, no bo przecież jak jesteś ekspertem, to nie możesz powiedzieć T jest po prostu głupi i narcystyczny, nie tego oczekują ci, którzy płacą za analizę polityczną. A okazuje się, że rządzą ludzie, którzy poruszają sie w świecie memów z twitera, surprise, surprise!

W Irlandii trwają dyskusje co ma zrobić Taoiseach podczas dorocznej ceremonii wręczania koniczynki prezydentowi usa z okazji św. Patryka, jeśli prezydent zacznie go poniżać i mieszać z błotem. Jest to ważne spotkanie dla Irlandczyków, zawsze przebiega pod hasłem ‚my was kochamy, kochajcie nas też’, ale po ostatnim piątku Michael Martin raczej nie cieszy się na wycieczkę. Podobno przechodzi obecnie ostry trening, jak odpowiedzieć na ewentualne obelgi i zaczepki T, jeśli prezydentowi wpadnie taka myśl do głowy. Sinn Fein zdecydowała się nie jechać, co jest niespotykane, bo jest tajemnicą poliszynela, że IRA, zbrojne ramię SF, większość swoich kałasznikowów kupiła za amerykańską kasę. A Irlandia jest wystawiona na zaczepki po całości, bo solą w oku T jest oczywiście bilans handlowy usa, a Irl przecież wisi usa 31 miliardów, no jak nie, jak tak?

I oto znowu marzec, miesiąc, który dla mnie ma tak dużo okazji do świętowania, że oto dnia kobiet nawet nie zauważam. Nie, żebym uważała, że nie jest ważny, tylko w moim osobistym życiu jakoś nie trąbi tak głośno, bo inne rocznice trąbią głośniej.

Ale dla wszystkich, którzy obchodzą: wesołych świąt!