Oczy niestety otwarte

Cóż tu dużo pisać, jak muszę pisać, siedzę nad esejami, tym razem. 18 dni na 8 tys. słów, nie wygląda to dobrze, ale nie poddam się bez walki. Do tego nie zdążyłam Mo zapłacić za obóz gimanstyczny na wielkanoc i siedzi dwa tygodnie w domu:(

Z plusów, znowu świszczy i kaszle, więc i tak by nie poszła, a tak zaoszczędziłam 110 euro za 4 dni.

Ogód mnie załamuje za każdym razem, jak wyglądam przez okno. Ale cóż, wszystko ma swoją cenę.

Z panią też rozkminiamy trudne tematy. Dziś płakałam, a myślałam, że już mnie nie rusza. Wiecie, że najtrudniej jest sobie wybaczyć? Przyznanie się do tego, że nie było się dobrą mamą łamie serce. Jak człowiek zaczyna więcej widzieć, to chce natychmiast zamknąć oczy, bo to jest nie do zniesienia.

No i jak zwykle – piszę, żeby zapamiętać, że bywa i tak. Trudno. Ale nie trzeba mnie pocieszać.

Czym jest czas i inne tematy

Wczoraj kompletne szaleństwo.

Słońce, UPAŁ, wszystko kwitnie, bzyczy, pachnie.

Wczoraj po szkole, która trwała tylko trzy godziny zgarnęłam piątkę do nas do domu, ‚jak ty dasz radę? Znowu Przedszkole u A?’ pyta sąsiad, ależ nie!, odpowiadam, to mój genialny plan: teraz czwórka rodziców będzie mi winna rewizytę. Czyli jakieś cztery piątki z głowy, ja to się umiem ustawić!

Pięcioro dziewięciolatków najpierw nie wiedziało co ma zrobić z tą nagłą wolnością, cztery dziewczyki i chłopak patrzyli się na mnie trochę pytająco, a trochę wyczekująco, jakbym to ja miała im coś zorganizować, wyciągnąć z kapelusza gry i zabawy jak królika. Ale ja uparłam się czekać, dać im szansę, żeby sobie sami coś wymyślili, sami wpadli na to, co lubią robić razem. Bo dzieci to jak zakwas, trzeba dać im miejsce i czas i zawsze coś wymyślą.

Najpierw usiedli przy stole. Mo wyciągnęła Wybuchające Koty, ale nie bardzo im szło granie, połowa nie rozumiała o co chodzi, jedna dziewczynka poszła do ogrodu, bo nie lubiła, inna czytała instrukcję, nie bardzo mogli wykumać co i jak ani się zmobilizować, żeby się nauczyć. Zaczęłam trochę wątpić w moje żelazne zasady i dawaj! im podpowiadać, a może pogracie w karty, a możę porysujecie, zanim nie poszłam po rozum do głowy i przestałam im przeszkadzać w nudzeniu się.

Siedzieli tak i siedzieli, postanowiłam im nie ułatwiać, bo przecież najlepsze pomysły wpadają jak się człowiek porządnie ponudzi, ale niosłam już ten niepokój, czułam go w koniuszkach palców, że może jednak źle interpretuję istotę bycia dzieckiem i może powinnam zostać kaowcem, zorganizować im lepienie, wycinanie, konkursy i zajęcia w podgrupach, bo co powiedzą rodzicom? Że było beznadziejnie?? Na szczęscie poszlam pomyć naczynia. I poczekać.

Po tak spędzonej godzince bez sensu zaczęli powoli coś wymyślać, rozmawiać, wygłupiać się, ja poszłam do sklepu, potem nastawiłam pizzę. Zjedli i po kolejnej godzinie wybuchła pierwsza afera, najlepsza przyjaciółka Mo oskarżyła ją o coś, czego ona ‚nie zrobiła’, Mo królowa dramatu pobiegła rycząc na górę, wcześniej oznajmiając, że chce żeby wszyscy sobie poszli. Na szczęście po polsku, więc nikt nie zrozumiał. Poszłam, wysłuchałam, poprzytulałam, wyjaśniłam, że sama wszystkich zaprosiła, więc ja nie będę wypraszać z powodu nieporozumienia. Ale może sobie posiedzieć na górze, jak ma taką ochotę. Znam swoją córkę, pomyślałam, nie przepuści dobrej zabawy, musi się tylko uspokoić.

Zeszłam na dól, dzieciaki były trochę przestraszone i czekały co zrobię, a ja postanowiłam zrobić zupę. Troche sobie pogadali, ale cicho, tak, jak sobie ludzie gadają, kiedy są niepewni, Mo posiedziała piętnaście minut na górze, przeszły jej emocje jak wiosenna burza i zeszła na dół. Amosfera się zaczęła oczyszczać i wszyscy zaczęli proces naprawiania i wyjadania mi pokrojonej marchewki. Jedna koleżanka zaproponowała wersję, która była do przyjęcia przez obie strony, inna koleżanka głośno zaczęła rozkminiać, jak to mogło być, obie strony zostały wysłuchane i w końcu osiągnięto porozumienie w wersji która nie plamiła honoru żadnej strony. Peace and love:)

Przez resztę dnia wszyscy się razem bawili, oblewali wodą w ogrodzie, rozmawiali czym jest czas i kto stworzył Boga, kiedy słońce zgaśnie i zjedli mi zupę znaną jako ‚zupka mamusi’, czyli wegański rosół. Czym mnie zdziwili, bo jakie dziecko lubi zupy kapuściane? Z ciekawością słuchałam ich rozkminek, są właśnie w wieku w którym przestaje się być dzieckiem i trzeba zacząć mierzyć się z rozumieniem tego, czego nie rozumie nikt. Jedna dziewczynka twierdziła, że nie było czasu przed powstaniem człowieka, bo to człowiek wymyślił czas, a drugi chłopak mówił, że przecież słońce wstawało i zachodziło nawet bez ludzia. Prawie widziałam, jak te trybiki w ich głowie się obracały. Ciekawie było. Kurcze, dzieci są ciekawe.

A tu magnolia z okna mojej sypialni:

Po uszy

Ostatni tydzień.

Ostatni wtorek zajęć, ostatni Proces Grupowy. Ten to ryje mózg niewiarygodnie, człowiek ma jedyną chyba szansę w życiu otwarcie obserwować mechanizmy swojego funkcjonowania w grupie, a szczególnie co go wystrzela w kosmos i jak i kiedy on wystrzela innych.

Ostatnia obserwacja infanta, która wypadła dokładnie w jego pierwsze urodziny. Wszystko naładowane emocjami po uszy.

Opuszczam infanta smutna smutna smutna, jadę w ciemnych okularach w pełnym słońcu i zastanawiam się co się dzieje. Chyba nic, chyba tylko KONIEC.

Wczoraj jeszcze spotkanie z promotorką, tym razem zadowolona z dwóch rozdziałów, niewielkie poprawki, wielkie uff, ale napracowałam się jak dzika, powiedziała, że tekst jest bardzo ‚gęsty’ i że strasznie dużo tam napchałam, no ba!. Wcześniej kolejny panel z szacowną komisją. Komisja akredytowała nasz kierunek, czyli mam pracę na przyszły rok. Był to najbardziej bezproblemowy panel na jakim byłam, choć gryzłam się potem, że się zagrzebałam wyjaśniając zawiłości ekonomii i dlaczego nasi studenci nie potrzebują takiego przedmiotu.

Cztery przedmioty są moje, napisane w pocie czoła i fajne jest to, że teraz mam cztery t

akie, które lubię, na podstawie tego, co lubię. Prawdę mówiąc trzy to tylko trochę zmienione stare wersje, ale za to mam jeden zupełnie nowy, autorski Migration, Nation and State, gdzie będę się mogła powyżywać i podyskutować wszystko to, co ostatnio najbardziej na topie i wywołuje ogromne emocje. A propos, bardzo polecam How Migration Really Works gdzie Haas na podstawie mnóstwa badań rozprawia się z paroma mitami (z lewej i prawej strony politycznej). Na przykład, czy wiedzieliście, że po Brexicie migracja do UK wzrosła?

Dziś jeszcze ostatnie zajęcia w pracy i koniec roku akademickiego. Teraz sprawdzanie esejów, egzaminy, powtórki i tony dokumentów. Trzy eseje i dwa ostatnie rodziały magisterki.

A poza tym słońce. UPAŁ.

UPAL W IRLANDII.

Wracałam dziś z pracy autobusem, bo moja hulajdusza złapała gumę i myślałam, że sie ugotuję. Z gorąca nie mogłam myśleć i chciałam tylko jak najszybciej wytoczyć się z metalowego akwarium.

Jeszcze tylko półtorejgodzinki i już.

Widmo Wolności

Wyszło szydło z worka – jestem wyznawczynią kultu zapierdolu. I muszę się z tego leczyć.

Ale wszystkim, którzy by mi chcieli współczuć napiszę, że mam ostatni tydzień zajęć;D Wprawdzie w tym tygodniu jeszcze jedna komisja i jeszcze jedna walidacja, ale to już KONIEC.

Finito. Rok akademicki zamyka się w przyszłym tygodniu i już nie będę chodzić do pracy, hahahaha. Chyba sobie wyobrażacie, jak się cieszę.

To znaczy będą jeszcze egzaminy, eseje, papiery i wiecej papierów, tak do końca maja mniej wiecej mamy dość dużo pracy, potem są poprawki, ale to zupełnie inna robota. W domu, na własnej sofie, brzuchem z nogami do góry, może być w ogrodzie, jak właśnie nie pada, albo w kafejce, jak ktoś chce płacić 6.40 za coś co może sobie zrobić w domu (czasem chcę). Będę siedziała na trawce i wdychała lawendę. Będę jeździła do parku. Pojadę na trzy tygodnie do rodziców. Pomaluję korytarz i schody.

Kończy się też mój kurs na uniwerku, jeszcze mam 2 miesiące na napisanie kolejnych dwóch rozdziałów i trzech esejów. Dam radę. W tym tygodniu odpada mi też obserwacja niemowlęcia, to jest duże czasowe poświęcenie – dojazd, obserwacja i spisanie to spokojnie 5-6 godzin tygodniowo. Jeszcze tylko esej na zaliczenie. Odpadają zajęcia wtorkowe. Ostatnia sobota zajęć w kwietniu.

Już czuję oddech wolności.

Ściągnęłam nowe książki (Gwendoline Riley), odkryłam nowe podkasty (Gary Stevenson, trader który zarobił miliony i został lewakiem, nieczęsta kombinacja, fajna odtrutka na tych wszystkich memzenów), sadzę nowe rośliny (Fuchsia! miałam kiedyś piękne, dorodne drzewko i dzieciory mi połamały).

Czwartek z piekła rodem

Czwartek z piekła rodem przeminął, wszystko się udało, ale było gęsto. Kawa oczywiście wypita, a nawet dwie, bo bez kawy nawet nie zakładam biustonosza.

A zatem zaczęłam z panią o 9, musiałam trochę uciąć, bo w szkole mam być o 10.45. Do szkoły na skuterze hulajnodze elektrycznej, mam sesję online z komisją, co nam przyznaje uprawnienia do prowadzenia studiów (co 5 lat musimy występować o walidację). Przyjeżdżam prawie na styk, w windzie sprawdzam, że nie mam zarezerwowanej sali, bo nie było wolnych, więc idę do budki online, tam internet się międli i międli, na szczęście mam swój komputer, więc się loguję, ale na zły link, nie ma to jak w kalendarzu zostawić google meet, a zrobić spotkanie na zoomie. Dzwoni szefowa, gdzie jestem i dopiero wtedy wysyla mi właściwy link. Spotkanie kończy się o 11.50.

Pędzę do klasy na dwunastą, mam dwugodzinny wykład, z przerwą na siusiu. Dobrze, że fajna grupa i fajny temat. Kończę za dziesięć druga, o drugiej kolejna sesja panelu, tym razem z innymi wykładowcami odpowiadamy na pytania przedmiotowe, siedzimy we trójkę w jednej sali z tymi, co dziś muszą być w szkole, ale jedna osoba nie wzięła słuchawek i komputera, więc muszą siedzieć we dwójkę przy jednym, a głos z ich komputera inferuje z moim mikrofonem. Wkurzam się w duchu na tego wykładowcę, bo jest wiecznie nieprzygotowany. Sesja z panelistami akurat się idealnie wpasowała w moją przerwę na lunch, więc szkoła nie odwołała mi żadnych zajęć. Na szczęście komisja nie ma żadnych pytań do mojego przedmiotu, grilują koleżankę.

Kończymy za dziesięć trzecia, o trzeciej zaczynam kolejny dwugodzinny wykład z Amerykanami o państwie opiekuńczym i polityce społecznej Irl. Całe szczęście na tych popołudniowych zajeciach wprowadziłam zwyczaj, że na ostatniej godzinie coś sobie oglądamy – mamy w sumie cztery godziny w tygodniu i na tej ostatniej, przed piątą, to już naprawdę ani ja, ani oni nie mamy siły na następny zestaw slajdów. Tym razem Pavee Lackeen o Travellerskiej dziewczynce, film w klimacie Bunuela Los Olvidados czy Kes, oglądam chyba czwarty raz, ale dalej z ciekawością. Aktorzy to naturszczyki, film wolny, snujący się i przejmujący.

Kończymy za dziesięć piąta, poprawiam jeszcze obecności dwóm gapom, którzy zapomnieli karty, ale jestem dziś dobra ciocia! pakuję się, wpadam do sklepu bo promocja kawy, kupuję 10 paczek lavazzy. 42 euro. Szybko, szybko, szybko. Jadę do domu, jestem umówiona ze studentką, że otworzę jej test w systemie o 17.30, nie mogła pisać, kiedy pisali inni. Mówiłam że jestem dobra ciocia? Piszę do niej, że się spóźnię 10 minut. Pędzę, w domu pięć minut gadam z Mi, który już zgarnąl Mo ze szkoły i robi mi frytki, jak co czwartek. Otwieram studentce test i mam pół godziny na zjedzenie czegokolwiek, bo o 18.15 zaczynam z wieczorowymi. Dobrze, że pierwszy wykład to moja specjalność, mogę go zrobić z zamkniętymi oczami w środku nocy, z palcem w nosie i bez  slajdów. Po wykładzie mam 15 minut przerwy na siusiu, ale zostaje mi na zoomie jedna, która musi ze mną porozmawiać. Rozmawiamy, sprawa trochę skomplikowana, obiecuję, że pogadam, że się wstawię, nic więcej nie mogę zrobić, ale wyraźnie musi się trochę wygadać. W końcu po 8 minutach ucinam delikatnie, bo o 20 zaczynam kolejny wykład i muszę choć trochę głowę przewietrzyć, może zrobić sobie herbatę, a może pójść do toalety. Ostatnie zajęcia kończę o 21.30. Jeszcze tylko sms do mamy mojego infanta.

Przeżyłam.

Żyję.

Jest piątek, zaraz zabieram się za esej.

Stara Kobieta Wiosną w Dublinie

Wczoraj miałam napisać, że wiosna jest najpiękniejsza w Dublinie. Bo gdzie indziej? Po tych miesiącach sztormów, wichur, deszczu pionowego i poziomego, nareszcie słońce!
Wszyscy wylegają na ulicę, w okamgnieniu kawiarniane stoliki się zapełniają, nawet staruszkowie, którzy wyglądają jakby żyli w czasach Joyce’a, a co najmniej Becketta, o białych twarzach poznaczonych czerwonymi żyłkami, siadają ze swoim Guinessem na zewnątrz. I mrużą wypłowiałe oczy.

I ja wczoraj przy kawiarnianym stoliku, a raczej stole, jak co poniedziałek w Czarnej (jak pisze Świechna) czekam na moją córeczkę, która w tym czasie oddaje się muzie muzyki i nawala w klawisze w szkole. Siedziałam i kończyłam dłubaninę, którą wysłałam wczoraj tuż przed północą, całe dwa rozdziały, wypasione 8000 słów, jak w mordę strzelił! (Bez przypisów). Oczywiście nie jestem zadowolona, teraz sobie myślę, że za mało krytycznie, to znaczy byłam krytyczna wobec innych teorii, ale za mało krytyczna wobec mojej krytyki, jeśli to ma sens. No ale to przecież draft:) (Zapłaciłam za Latte 6.30 i włosy mi się podniosły na głowie O-O

No i chciałam wam powiedzieć, że AI wkrótce zniszczy nam całe połacie wiedzy, szczególnie humany i nauki społeczne, studenci nie będą wiedzieli, ja pisać, bo to jest tak proste, że przerażające.

W akcie desperacji, kiedy już strasznie gonił mnie czas poprosiłam AI żeby mi streściło co napisałam i w ciągu sekundy miałam gotowe streszczenie moich wniosków o_O Oczywiście, sztuczne i mechaniczne, napisane jakimś takim drętwym jęzorem kozim chyba, bo przecież nie językiem, oczywiście z niekorzyścią dla oryginalności i własnego głosu i tego niepodrabialnego stylu, który każdy z nas ma, no ale niestety ‚robi robotę’, szczególnie, jak pisze się coś na ocenę. No i poprawia błędy gramatyczne i stylistyczne. A teraz wyobraźcie sobie przedmiot, na którym studenci uczą się pisać akademickie prace… Mamy takie zajęcia u nas, bo dużo studentów ma straszne tyły ze szkoły średniej, a imigranci często w ogóle nigdy nie pisali porządnych esejów po angielsku. I tu zaczyna się rzeźnia. Nie ma szans, żeby umiejętność pisania przetrwała. Niestety. Będzie to zajęcie elitarne, dla małej grupki hobbystów, jak dzisiaj robienie na drutach – bo wszyscy będą korzystać z AI tekstów, pisanych od sztancy, nieliczni będą spędzać długie godziny na rzeźbieniu czegoś ‚orygialnego’. Ciekawa jestem, kiedy ten wąż zacznie zjadać własny ogon i – jak to mówią – ‚system will collapse’, bo nie będzie już miał dostarczanych nowych treści i będzie w kółko przerabiał swoje przeróbki.

Może trzeba by sztukę o tym napisać? Wyobrażam sobie to trochę jak klimat ze Stara Kobieta Wysiaduje, taki trochę koniec świata.

PS. Dziś w Irlandzkim Newstalk powiedzieli, że Trump chce kupić Shannon Airport, bo ma niedaleko pole golfowe. I straszne, że brzmi to bardzo prawdopodobnie.

Moja Ulubiona Zmiana Czasu

Przepiękna pogoda, słońce, ciepło, nareszcie! Ja oczywiście siedzę w domu, na chwilę wyszłam z laptopem do ogrodu, powystawiać twarz do słońca. Pachniała mi japońska skimia, w głowie robiłam notatki, co muszę przesadzić, wyciąć, wyplewić, maliny to kurcze chuligany, włażą mi na trawnik, lewenda marnieje, muszę ja szybko do doniczek, płot do naprawy, szopa do demolki. Przyroda jest fajna, bo odrasta, jabłonka wygląda marnie, ale za rok, hohoho! Potem wróciłam do domu, bo przecież piszę, a tu mi słońce włazi do oczu, a przyroda do głowy i nie daje się skupić.

Piszę.

Fajnie o tym mówi Stephen King, że zaczynanie pisania, to jak odpalanie starego auta – najpierw kaszle, krztusi się, charczy, więc człowiek próbuje i próbuje i się wku… idzie do domu i wraca, ale jak zaskoczy, zassie, to ciągnie. Więc ciągnie.

Oprócz tego oczywiście tytuł jest po to, żeby wszystkich trochę powku…, ale chyba jednak lubię zmianę czasu. Podobno nasz zegar biologiczny lubi tę zmianę, a badania, że nie, są naciągane😉 Jakbyśmy żyli bez zegarów, z wiosną zaczęlibyśmy wstawać wcześniej, a jesienią później.

Ja nie lubię mieć godziny mniej i tak ich zawsze mam za mało (też tak macie?), ale faktycznie budzę się teraz wcześniej niż w grudniu, kiedy to ciemność, ciemność, ciemność jeszcze o siódmej. Ja w ogóle lubię różne zmiany, może to moje adhd, mam radochę jeszcze przez pół roku ‚a na stary czas to byłaby 6, więc jeszcze wcześnie!’, takimi tekstami męczę Mi, który już mnie nie może słuchać. A jak już zapominam, to siup! zmieniają znowu:D

Mo miała wczoraj konkurs muzyczny, cieszę się bardzo, że poszła i nic nie wygrała, bo dla jedynaków to ważne:D Inne dzieci były bardziej zaawansowane, ale Mo zagrała co miała zagrać bez błędów i spokojnie, nie zdenerwowała się i nie pomyliła. Fajne doświadczenie, potem słuchaliśmy innych dzieciaków, flety najsłabsze, skrzypce najfajniejsze – dziewczynka grała irlandzkie melodie, nogi same rwały się do tańca. Świetne są te konkursy, bo dzieci muszą się przygotowywać, ćwiczyć codziennie, mają jakiś cel, a potem grają przed całkiem dużą publicznością – było z 40 osób – co przecież nie jest proste. W nagrodę poszliśmy na obiad, tym razem do Palestyńskiej restauracji zabrał nas Adek, który też przyszedł na występ. Jako niedojrzały emocjonalnie człowiek dostał ataku śmiechu na występie jednej konkursantki, która tak strasznie rzępoliła na skrzypeczkach, że trudno się słuchało nawet mi. Na szczęście siedzieliśmy na samym końcu i mógł się ukryć, bo byłoby to naprawdę nieprzyjemne dla dziewczynki.

Pop-psychologia, a panika moralna

Obejrzałam serial Adolescence o którym mówią teraz chyba wszyscy i podzielę się paroma przemyśleniami (czyli z cyklu nie znam się, więc się wypowiem).

Po pierwsze napiszę, że serial bardzo mi się podobał. Naprawdę dobrze zrobiony, tchnie autetycznością, oprócz…, do którego to oprócz zaraz przejdę. Odcinek pierwszy to takie dobre brytyjskie kino kryminalne, jak Upadek, albo Happy Valey, albo Marcella, mają się na kim wzorować, bo brytyjczycy robią dobre kryminalki (ale najlepszy kryminalny serial jaki zdarzyło mi się obejrzeć to francuski Engrenages). Odcinek drugi chyba był najlepszy, według mnie, trudno mi z czymś porównać. Odcinek czwarty też bardzo dobry, wyraźnie widać wzorce tym razem kina społecznego typu Mike Leigh, uwielbiam, polecam właściwie wszystko, Naked na przykład to film jak żyleta, tnie do żywej kości, ale właściwie wszystko jest dobre. Leigh to fantastycznie zarysowane tło społeczne, bez przekłamań, wrażliwość klasowa, prawdziwe dramaty normalnych ludzi. Tylko tyle i aż tyle. I na koniec odcinek trzeci – to właśnie moje oprócz – bo wszystkie dobre, oprócz trzeciego, do którego mam dużo zastrzeżeń, co zaraz wyjaśnię.

Ale po kolei, czyli po drugie, manosfera i tzw. bullying. No ludzie, manosfera to nie jest nowość i jej toksyczny wpływ na nastolatków jest już dobrze znany. Rozmawiamy o manosferze (red pill, incele i inne takie kwiatki) ze studentami od pięciu lat, jest to dość dobrze opisane i zbadane zjawisko, które wyrosło z gamergate i popularnych w kręgach młodych chłopaków internetowych forów jak 4chan, z korzeniami w Men’s Rights Activism z lat 80tych i innych dość mizoginisycznych ruchów. Tutaj znana Irlandzka badaczka kultury fajnie to opisuje. Pooglądajcie sobie też np. filmiki z Warrenem Farrelem, ojcem chrzestnym tych ruchów, który mówi o tym, że to kobiety mają władzę, a nie odwrotnie: ‚the cleveage power, the mini-skirt power’ itd, czyli władzę dekoltu i spódniczki mini. A tu jeszcze starszy Robert Bly i jego Iron John (ja nawet lubię tę historię, trochę psychoanalityczna, ale dlaczego to niby jest tylko o mężczyznach???), naboga, ta książka została opublikowana w 1990!

A zatem zgódźmy się, że to nie są nowe sprawy. Sprawcy masowych strzelanin z usa (celowo piszę z małej litery) od dawna wywodzą się ze środowiska prześladowanych w szkole chłopaków, którzy nie mieli żadnych przyjaciół (wśród nich nie ma żadnej dziewczyny, przypadek?) Moore zrobił o tym film w 2002 Bowling for Colombine, który zresztą polecam. Trzej sprawcy zabili 13 studentów, 20 osób zostało rannych. O incelach zrobiło się głośno jakieś 10 lat temu, kiedy w 2014 inny gościu zabił 6 studentów, ten kreatyn to już przesiąkł całą tą ideologią, o której zresztą mówił w swoim pożegnalnym wideo. To jest właśnie Andrew Tate, ale też Jordan Petersen i inni. Mówi się o tym, mówi i nic. Nic z tego nie wynika, Tate oskarżony o gwałt właśnie poleciał do usa, pewno na zaproszenie innego słynnego seksualnego drapieżcy T. No cóż, cieszę się, że opinia publiczna nareszcie się obudziła (może znowu nie zaśnie, choć wątpię). Rozumiem, że serial pokazuje, że całe to gówno przesiąknęło teraz do brytyjskich gówniarzy i szerzy się na potęgę z powodu internetu również w podstawówkach. No dobra, ok.

Po trzecie, moje oprócz, czyli odcinek trzeci z panią psycholog. To jest zdecydowanie najsłabszy odcinek serialu, twórcy niestety poszli w stronę sensacji i pop-psychologii, żeby się dobrze oglądało, kosztem autentyczności i prawdy. Nie mogę się przyczepić do gry aktorskiej dzieciaka – grał fantastycznie, tak samo, jak obleśny strażnik, taki wstrętny, że go od razu nie lubimy (creep, jak tu mówią). Ale scenariusz z panią ‚psycholog’ jest cieńki jak .. no nie wiem jak co, chyba herbatka dwulatka. Twórcy wyraźnie za dużo się naoglądali Milczenia Owiec i nic tutaj się kupy nie trzyma. Bo niby ta pani ‚psycholog’ ma sprawdzić, czy trzynastolatek rozumie co zrobił. Tylko i wyłącznie to. Ma sądowi przedstawić raport na temat tego, czy małoletni jest zdolny do realistycznego postrzegania swoich czynów, czyli w skrócie jego dojrzałości poznawczo-emocjonalnej, która jest warunkiem, żeby dziecko było sądzone w sprawie o morderstwo (bo może myśli, że ludzie mają kolejne życie, jak w grach komputerowych). A propos, prawo w UK zostało zmienione po sprawie Jamiego Bulgera, dwulatka, który został zamordowany przez dwóch dziesięciolatków, wtedy obniżono wiek odpowiedzialności karnej w UK z 14 do 10 lat. A tutaj pani ‚psycholog’ wikła się w jakąś dziwną relację z dzieckiem, trochę się z nim zaprzyjaźnia, trochę go uwodzi, w ogóle nie wiadomo po jaki wuj, bo to w ogóle nie jest w żaden sposób powiązane z tym, co ma zrobić.

Ale, co ważniejsze, WSZYSTKO, co ta pani robi jest wysoce nieetyczne – zapytajcie się psychologa dziecięcego, jak mi nie wierzycie. Zamiast ocenić, czy dzieciak był w stanie realistycznie ocenić swój czyn, pani psycholog chyba niby chce zrozumieć, co go do tego pchnęło, zadaje jakieś dziwne, tendencyjne pytania, a na sam koniec zostawia wyjącego chłopaka w środku ataku szału. Niezależnie od tego, co zrobił, jest to nadal dziecko, a ta pani zostawia go w takim stanie, że dzieciak jest o krok od samobójstwa. Tak się nawet nie traktuje dorosłych gwałcicieli, czy przestępców seksualnych, a co dopiero dziecko, jest to po prostu niebezpieczne i niemoralne, bo w takim stanie może się w tym ośrodku rzucić na inne dziecko. Jedna z moich wykładowczyń pracuje z przestępcami seksualnymi i mieliśmy o tym zajęcia. Rolą psychologa (choć raczej terapeuty) jest w takim przypadku pomóc, żeby dana osoba uświadomiła sobie, co zrobila, przestała wypierać czy zaprzeczać, bo dopiero wtedy jest możliwe poczucie winy i ewentualny żal, który jest warunkiem koniecznym przepracowania czynu.

Po trzecie, pani ‚psycholog’ na koniec wygląda, jakby zajrzała w jądro ciemności. Nie może się ogarnąć, jest jej słabo i niedobrze. To już zupełnie się kupy nie trzyma. Chłopak jest impulsywny, zaserwował jej parę standardowych tekstów z manosfery, wyraźnie wyuczonych i zastosowanych w obronie, żeby się poczuć silniejszy, bo już zupełnie się czuł pognębiony przez nią, przy okazji odsłonił się, pokazał, jak sam był prześladowany, a tej jest słabo, jakby brała udział w procesie Norymberskim. Przypomnijmy, jest to psycholog sądowa, która zajmuje się oceną poczytalności i zdolności rozumienia oskarżonych, przestępców, dorosłych gwałcicieli, którzy mogą być przecież opóźnieni umysłowo albo w inny sposób zaburzeni. A tutaj mamy chłopaka, który naprawdę nie odbiega psychicznie od milionów innych dzieciaków, powiedziałabym, że z tego, co pokazali jest raczej w granicach normy, może bardziej impulsywny niż przeciętny 13 latek, choć w sumie nie wiem, trzynastolatki SĄ impulsywne. Nie ma tam żadnych sadystycznych wąków, żadnej perwersji czy czegoś podobnego, rozwój psycho-seksualny wydaje się ok, lubi oglądać cycki koleżanek. Zabójstwo, którego się dopuścił, jest konsekwencją splotu paru bardzo niekorzystnych okoliczności, kretyńskiej ideologii, poczucia odrzucenia i może narcystycznego zranienia, tego, że miał przy sobie nóż, podejrzewam, żeby postraszyć i poczuć się ważny, i oczywiście tego, że wpadł w szał. Kora przedczołowa, która odpowiada za kontrolę impulsów rozwija się do wieku dwudziestu paru lat, dlatego nastolatki nie kontrolują impulsów tak dobrze, jak ludzie dorośli. A niektórzy dorośli też nie kontrolują przecież. Wiecie, że WIĘKSZOŚĆ zabójstw jest dokonywanych pod wpływem impulsu? Ktoś wpada w szał i ma narzędzie i ta wściekłość go niesie. Nie usprawiedliwiam, staram się zrozumieć.

Niestety, jest to właśnie takie proste. Jak pisała Hannah Arendt – zło jest banalne. W każdym z nas jest takie jądro ciemności, dokładnie takie. Nie piszę, że każdy z nas jest zdeprawowany, ani niemoralny, tylko o tym, że każdy ma w sobie tę destrukcję, która na szczęście przeważnie jest pod kontrolą. Ale nie zawsze – kiedy człowiek operuje w trybie ‚fight or flight’, to nie będąc złym człowiekiem, może zrobić dużo złego, bo percepcja się zawęża, a myślenie refleksyjne wyłącza.

A pani psycholog zachowuje się, jakby przesłuchiwała zdeprawowanego, seryjnego mordercę psychopatę, żeby się dowiedzieć, gdzie ukrył kolejne zwłoki, a na koniec nie może sobie z tym poradzić. Ale z czym? Z tym, że impulsywny nastolatek, zraniony do żywego, wpadł w szał i gada jakieś bzdury z internetu? Słabo.

PS. Po napisaniu przyszło mi do głowy, że pani psycholog może próbowała sprawdzić, jak bardzo nie panuje nad impulsami – ale znowu, to się kupy nie trzyma, to jak amstafa z chiwawa – dorosła pani psycholog testuje impulsywność prowokując 13 latka, który jest zamknięty w specjalnym ośrodku, oskarżony o morderstwo. No ludzie.

I piękniejsze jeszcze jest

Żyję. Bardzo dziwna choroba – zaczęło się katarem i ponad 40 stopni gorączki (proszę bardzo):

Ale tylko przez jeden dzień, w czwartek wstałam zdrowa, ale osłabiona. Teraz tylko odksztuszam i wydmuchuję nos. Ki czort? Może grypa? Krótka, bo się zaszczepiłam? Testowałam tylko covid, na grypę nie mam testów.

Piszę. Zamierzam jednak skończyć te studia, już teraz to się zawzięłam. W poniedziałek wysyłam do promotorki kolejne dwa rozdziały, pewno mnie zjedzie, bo piszę jak socjolog, prevalence, correlation, no cóż zrobię. Nie wydłubię. Może wytnę.

Oglądam. Jesteśmy w trakcie polecanego wszędzie serialu, wczoraj skończyliśmy drugi odcinek. Mam pewne przemyślenia, ale poczekam, aż skończymy, to się podzielę. Tutaj w Irl była jeszcze straszniejsza sprawa całkiem niedawno, przez chwilę myślałam, że serial trochę się na tym opiera. Dwaj 15 latkowie zabili 14 letnią dziewczynkę, zwabili ją do opustoszałego budynku. Strasznie smutna historia, dziewczynka była adoptowana z Rosji jako malutkie dziecko. Tragedia rodziców nie do pojęcia, nie wiem, czy bym znalazła w sobie dość siły, żeby żyć po. Jądro ciemności.

A na zewnątrz życie się odradza. Przyszedł pan i ściął mi trawę, nawet nie zauważyłam, kiedy był. Zastanawiam się nad niekoszeniem, biodiversity i tak dalej, ale jak to powiedzieć panu, który jest z takiej trudnej powiedzmy rodziny tutaj, nie skończył żadnej szkoły i zarabia na życie kosząc ludziom trawę? Jest przy tym obowiązkowy, punktualny i tani, a to zajęcie wydaje się być dla niego ważne.

Zryte Berety

Chyba się zirlandczyłam, bo za oknem leje, a ja się cieszę, że cudnie pada. Sońce było już dwa dni, najwyższy czas na pożądny deszcz.

A może to dlatego, że siedzę w domu, więc na złość innym lubię deszcz – niech też siedzą, a co!

Siedzę zatem i siedzę i dzielnie dziś od rana piszę. Bardzo dzielnie, bo noc była kiepska, coś się szamotałam z materią znowu do szóstej rano, głównie było za gorąco (19.5!!!! nie dało się spać!), a w samym środku nocy rozkwasiłam sobie nochala o drzwi szklane, kiedy o trzeciej poszłam zrobić sobie herbatkę i zapomniałam, że zamknęłam drzwi do kuchni. Krew się lała normalnie filmowo, teraz mam fajnego kinola (i opryszczkę). Mam nadzieję, że wyglądam jak gwiazda MMA, a nie ofiara przemocy domowej.

Detoks informacyjny trochę pomógł, kiedy po trzech godzinach snu, z rokwaszonym nosem, opryszczką i kaszlem, ale bez rozpraszania się zabrałam się do roboty. Ale takie rzeczy wypisuję, że głowa mała, ale co się będę szczypać, życie mam tylko jedno:)

Miałam cały dzień ciszę i spokój, bo Mo na zajęciach artystycznych, a Mi na demonstracji, oczywiście, niósł nagłośnienie na marszu pro-Palestyńskim. Nawet nic nie chce mi się pisać o zbrodniarzach izraelskich, bo co tu w ogóle pisać, może tylko, że widać co się dzieje, jak się nie przerobi traumy- i dotyczy to zarówno jednostek jak i narodów. Trauma ryje beret po całości. Ofiary stały się agresorem, zidentyfikowali się z morderczym aspektem Holokaustu i teraz sami będą mordować i robić czystki etniczne. Przerażąjące.

O Ameryce nic nie piszę, ale taka piosenka mi się przypomniała:

Kiedyś dawno, dawno temu, może z ćwierć wieku temu, nazwałam ją najpiękniejszą piosenką świata, dawałam wtedy korki z angielskiego i jeden mój uczeń który dłubał w nosie na czytankach i umierał z nudów, na tłumaczeniu tej piosenki potrafił spędzić całe dwie godziny. Jak ktoś sobie poczyta tekst, to zobaczy, że właściwie niewiele się zmieniło w usa od 35 lat – płyta była wydana w 1989. Jest trochę długa, co mi wtedy odpowiadało, a intro to już szczególnie, więc trzeba mieć fazę na jej słuchanie, ale można się wciągnąć jak ktoś lubi ostrą muzyczkę (może tylko ja, hehe):

It would be a little obvious
To fence off all the slums
Hand out machine guns to the poor in the projects
And watch ’em kill each other o
ff

More subtle genocide’s when the only hope for the young
Is to join the army or slowly die
Wall Street or Crack Dealer Avenue
The last roads left to the American Drea
m

Neo-Nazi bootboys
That the cops never seem to arrest
Prowl neighborhoods with baseball bats
Why do they get so much pres
s?

Mein Kampf, the mini series
Oliver North, patriotic hero
The leader of tomorrow is yours today
Finally gotcha psyched for a police st
ate

(…)

Just like Rome
We fell asleep when we got spoiled
Ignore human rights in the rest of the world
You might as well lose your own

Czyż te dwa ostatnie wersy nie są po prostu prorocze?

(Ciekawe co się stało z moim uczniem – mam nadzieję, żę nie głosuje na Konfę?).

Ad po rozmowach, trzymamy kciuki. Jeśli dobrze pójdzie przeniosą się z Re do Amsterdamu, będziemy odwiedzać. Będziemy tęsknić, ale dzieci trzeba puszczać w świat.

Jutro najgorsza zmiana czasu.

Żeby jednak zakończyć pozytywnie, napiszę, że lubię swoje życie. I to by było na tyle.