Pralka Frania

Skwar. Ja chcę do Norwegii!

Leniwe życie toczy się pomiędzy stołem, łóżkiem a tarasem, gdzie przerzucam moją mamę zależnie od okoliczności przyrody. Taras rano jest niedowytrzymania, w takich warunkach atmosferycznych nie są sue żyć, może tam być 50 stopni. Patelnia.

Czytam Hjorth, a raczej połykam, wpadła mi w kiedyś w oko na blogu Świechny i rzeczywiście jest świetna. Emocjonalna pralka Frania wyżyma do czysta, psychologicznie wiarygodna, autorka chyba sama jest taką czarną owcą rodziny, o czym wspomina w tym wywiadzie. Temat ciężki, ale ujęty fantastycznie, potępienie bez taniego moralizmu i podziału świata na czarne i białe. Tutaj proszę link to polskiego przekładu, mam nadzieję, że równie dobry, co angielski. Trzy siostry, czworo rodzeństwa, a kazde ma inną wersję przeszłości, mamy i taty, to tak jak u nas, pomyślałam. Każdy pamieta co innego, dobrze, jak wersję są kompatybilne, ale często o to trudno.

Ze smaczków ucieszyła mnie terapia psychoanalityczna głównej bohaterki, która pomogła jej (trochę) uporać się z traumą, i teraz słuchajcie: cztery razy w tygodniu, za darmo, przyznana na czas nieokreślony, tak długo, jak to konieczne. Za DARMO, czyli na ubezpieczenie. W książce trwa trzy lata i pozwala bohaterce pamiętać co sie stało i żyć, i choć nie leczy wszystkich ran, otwiera proces.

A u mnie w miedzyczasie dwa sny: w jednym profesor przydziela mi pracę opowiadania skeczów przed posiedzeniami Irlandzkiego parlamentu i przemówieniami Taoiseocha (premiera). W drugim siedzę na widowni z gazetką Brawo Girl, na której rozkładówce są kandydaci w takich małych, różowych kółeczkach i moim zadaniem jest wybranie papieża. Kiedy okazuje się, że wybrałam prawidłowo, w nagrodę idę na scenę na fotkę z nowym papieżem, wszyscy klaszczą, rzucają konfettii i trąbią.

Moja córeczka dalej nad jeziorem, tym razem z kuzynami, wujkami I ciociami.

Mniemasz, że mnie masz

Czas przyspiesza, kiedy chcę napisać coś na blogu, a potem zwalnia, a ja dochodzę do siebie. Wróciłam z koncertu, z imprezy znowu dwudniowej, z której środka wpadłam do rodziców jak śliwka w kompot, jak obiecałam, ale okazało się, że nie ma potrzeby z nimi siedzieć, więc z powrotem w taksówkę.

Party w ogrodzie, tak, jak lubię. Grill, muza, rozmowy. Jedna koleżanka myśli, druga ma siano w głowie, ja dyskusję na POWAŻNE TEMATY ignoruję, zupełnie nie ma to sensu po dwóch albo i trzech kieliszkach (wypitych nie przeze mnie, dla ścisłości).

Było ciekawie – ile mamy wspólnego z ludźmi, z którymi znamy się ćwierć wieku? Niektórzy poszli tam, inni siam, z niektórymi różnice, które były małe ciągle się powiększają, a niektórzy nadal blisko, choć na co dzień za morzem. Alkohol rozwiązuje języki i nagle wiem, co się ludziom w głowach snuje, kiedy siedzą przy stole zwykle tak bardzo grzeczni. Jesteśmy inni, jesteśmy różni, choć podobne namiętności nami kierują. Udajemy racjonalnych, ale gdy poskrobać, wychodzą mniemania. Ja też mniemam, że mam.

Cztery przyjaciółki, trzy pięćdziesiątki, spóźnione celebracje półwiecza. Dostałam przepiękny prezent! Oczywiście obraz, od razu stałam się fanką Gosi Kulik.

Potem tydzień u rodziców.

Nasycona do wypęku rodziną, rozmowami, fasolką szparagową, kotletami mielonymi, zupą, codzienną stałą obecnością, nawet bez rozmowy, samym byciem z, czuję się jak po obfitym obiedzie. Teraz leżę i trawię.

Z mamą to czasem takie rozmowy ‚Innygłosie, Innygłosie, a kto tam siedzi koło moich zębów??’ woła mama przerażona. ‚Zębi’ mówi mój mąż.

A czasem nagle z nienacka coś tak trafnego i w punkt odnośnie moich siostrzanych relacji, czyli jej trzech córek, że kapcie spadają, a powiedziane półgębkiem, niby od niechcenia: pół tonu ciszej, a bym nie usłyszała.

Z tatą niedobrze. Ledwo-ledwo dał się przekonać na wyjazd nad jezioro (‚tato, ale już się zgodziłeś! – Ale nie chcę! Nie będziecie mnie zmuszać! Tacy nagle najmadrzejsi! Nie będziecie mi rozkazywać! Zmęczony jestem! – tato, ale jesteś zmęczony, bo nie wziąłeś insuliny i masz cukier 400. – No i co z tego? Taka mądra. Nie będę chciał, to nie będę brał. Źle się czuję! – I tak w kółko, bo jest uparty do kwadratu).

W końcu brat pojechał z piątką dzieci i ojcem, dzieckiem, jak się okazało, najtrudniejszym. Pierwszej nocy tato wstawał na sikanie 7 razy, a po ostatnim wyszedł z domu i podszedł do jakiegoś pana na ulicy ‚czy może pan zadzwonić na policję? Bo nie wiem gdzie jestem i jak się tu znalazłem.’

Nie będzie lekko.

W międzyczasie wyjazd do innych znajomych, którzy porwali nas w góry Sowie na jedną noc. Ale to zupełnie inna historia, która wymaga fotorelacji, co może nastąpi.

Mało czytam literatury, powiedzmy, rozrywkowej. Skończyłam Vargę Śmiejący się pies– po początkowym lekkim rozczarowaniu, nie było takie złe. Ale mam wrażenie, że to jedna z tych książek, których już napisano wiele, książka ciągle o tym samym, tylko tym razem trochę inaczej – o rozczarowaniach starzejącego się intelektualisty, który nie do końca wie, o co chodzi w życiu, bo mimo, że się postarzał, to nigdy nie dojrzał.

Jestem w środu Fiedorczuk Jak pokochać centra handlowe – nie jest złe, jeśli ktoś nie ma dzieci i nigdy nie przeżył tego czasu na pograniczy jawy i snu, kiedy po dwóch miesiącach ciągłego bycia wybudzanym po dwóch-trzech godzinach człowiek nie wie nawet, jak się nazywa, to może się czegoś dowie o stanie ducha świeżej (bo niekoniecznie młodej) matki. Jeśli przeżył, to będzie zobaczy, że to nie książka, ale nagranie z życia.

Poza tym ukradłam siostrze tomiszcza o psychozie De Masi i to jest ciekawe. Psychoza jako dysocjacja, jako stopniowe pogrążanie się w zmysłowym świecie wykreowanym, świecie ekscytującym i kuszącym, jako ucieczka od realności, która boli. Psychoza jako zabawa światłem i cieniem, zamiast wołania mamy. Ekscytująca i kojąca gra z własnym umysłem, w której łatwo utknąć i już nie potrafić wrócić. Oderwanie od rzeczywistości, w której umysł kreuje własne, zupełnie nowe oprogramowanie, software do zmysłów.

No to jadę

Katar trochę lepiej, albo gorzej dla kataru. Może mi nie urwie głowy przy kichaniu, dobrze, że koncert na świeżym powietrzu, to nie zaraże pół sali. Wzięłam też maseczkę, w razie czego, maseczki to wspaniały element pamięci po pandemii!

No to jadę,

tramwajem na wojnę, na Pola Marsowe, z drugosierpniowym potem na skroni, bo wbrew zapowiedziom – skwar.

Mi śle takie zdjęcia znad jeziora:

Łowią ryby

Zazdroszczę,  polezalabym sobie na pomoście i pogapila w chmury.

A tu przede mną Fisz, Emade, Igo, Brodka, Porter, Sistars, Cinamon Gum, Szroeder –  warto? Dam radę? 😆

Może sobie posłucham w drodze na spotifaju, bo nie chcę przyjść tak na koncert nieprzygotowana😂

(Żartuje, niektórych znam, ale nie słucham).

Wczoraj było Pink Freud, to akurat lubię!

Wyjedzamy

Najpiękniejsza miejscówka nad Bałtykiem.

Puste piękne plaze, bez straganow z breloczkami i stoisk z goframi, bez tłumów spieczonych ciał o zapachu oleju do opalania, krzyczących dzieci (tylko nasze wrzeszczą), piszczących zabawek, ryczących nastolatków z bumboxem i brzuchów piwnych z plastikowymi kubkami ciepłego browca. Nie ma.

Może dlatego, że od plaży dzieli nas 4 km lasu sosnowego i to jest najwspanialsze, co się mogło tej wiosce przydazyc.

Uwielbiam ten las sosnowy pachnący tak, że przez cały rok za tym się potem tęskni.

Dzieci mamy z głowy.

Są zamki na piasku, latawce, kąpiele w morzu, zbieranie muszelek, budowanie okopów i fortów, zbieranie zuczkow ze ścieżki, żeby ich ktoś nie rozjechał, jazda na rowerze do plaży.

Teraz kierunek Mazury.