Słoneczny piątek

Próbuję wymyślić zaliczenie, którego nie da się napisać chatemGPT. Po dwóch godzinach rozważania różnych opcji (prezentacja? refleksja?) skończyłam zwykłej klasówce.

Uczenie myślenia staje się coraz trudniejsze, a najgorsze jest to, że będzie miało to większy wpływ na słabszych studentów, którzy będą jeszcze bardziej odstawali od tych zdolnych.

Z rzeczy dobrych: pobiegliśmy. Kondycja pod zdechłym azorkiem, ale piątkę zrobiliśmy. Początek jesieni to fajny czas na bieganie, bo nie jest za gorąco. W Polsce  dwa razy nam się udało, sle z powodu upału był to koszmar i dało się biegać dopiero koło 19.

Mo cały dzień po szkole u kolegi z klasy. Mają klub, którego cel nie jest do końca jasny (wyjazd do Japonii? Rysowanie? Marudzenie?)

Czwartek jak codzień

Wczoraj deszcz.

Czekałam na naprawę roweru, dwie godziny bujałam się po mokrym Inchicore, w trakcie czego pan mechanik przy wymianie hamulców odkrywał coraz to nowe problemy; czekałam na miejscu, bo miałam czas i całą resztę potrzebną do skutecznego czekania, czyli komputer i ciekawe książki na czytaczu. W ten sposób na kawce w bardzo nowoczesnej kawiarni (beton, szarość, czyste linie, nie jestem pewna, czy lubię, ale kawa dobra) prawie skończyłam Affairs, True Stories of Love, Lies, Hope and Desire napisaną przez Juliet Rosenfeld, brytyjską terapeutkę analityczną. Bardzo wciągająca, tak zwana literatura terapeutyczna (której wciąż niezrównanym mistrzem pozostaje Irvin Yalom, którego podręcznik Group Therapy czyta się jak najlepszą powieść).

Książka o romansach, czyli ‚sekretnych, intymnych relacjach z kimś innym niż obecny partner’, napisana bez zbędnego żargonu ale z analitycznym pazurem i wgłębianiem się w temat. Bardzo polecam, jak ktoś lubi tzw. therapy porn, no bo cóż może być ciekawszego niż czytanie o zdradach i romansach, nie oszukujmy się:D.

Przy okazji zwiedziłam też Richmond Barracks, atmosfera pustki i przestrzeni, jakby galerii, samotne sale czekające na wystawy. W środku mały, zadbany skwerek, trochę roślin, a wokół niskie budynki kwater dla staruszków, ze stołówką, przestrzenią wspólną i pielęgniarkami, przynajmniej tak sobie to wyobrażam. Przestrzeń prywatno/publiczna, metalowe krzesełka jak w kawiarence w parku, nie wiedziałam, czy mogę, ale usiadłam na jednym z nich pod ogromnym namiotem, kiedy zaczęło padać.

Rower naprawiony, ale w międzyczasie, zupełnie dla siebie niepostrzeżenie stałam się prawdziwym motorheadem, zaraz jadę po Mo i już się cieszę, że muszę samochodem z powodu deszczu. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że prowadzenie samochodu to było coś, za czym tęskniłam w Polsce, plan na przyszły rok to pożyczenie od kogoś auta i nauczenie się jazdy po prawej stronie.

NIc się nie dzieje poza tym, wszystko przysypia w oczekiwaniu na początek roku akademickiego. Jakieś zebrania zespołu, jakieś maile, zabrałam się też za dokumenty, ale idzie mi to powoli, jednak lenistwo własne nigdy nie zawodzi. Najchętniej zakopałabym się w pościeli i cały dzień czytała.

Bułkonie dla gawiedzi

Dzień był słoneczny z rana, teraz pochmurnie. Byłam u pani, tym razem spotkanie na żywo po dwóch tygodniach gadania przez telefon.

Nareszcie wciągnęłam się do pracy, bo muszę przyznać, że mi się nie chciało, a jeszcze bardziej mi się odechciało, jak zobaczyłam papiery do nowego przedmiotu, który mam prowadzić, wygenerowane swego czasu przez moją frenemy. Ale płynę, płynę w morzu chaosu, z ogryzkami pociachanych tematów i dryfującymi urywkami definicji, na razie ledwo się utrzymuję na powierzchni, ale dam radę, meh.

Kończę The Biology of Desire o uzależnieniach, bardzo, bardzo ciekawe. Lewis argumentuje, że uzależnienie to nie choroba, ale skomplikowany proces u  podstaw którego jest uczenie się i formowanie nawyków. Zaczyna się nagrodą i na początku jest impulsywna za nią pogoń, a potem, kiedy nawyk się utrwali, przejmuje kontrolę kompulsja, zachowania prawie-że automatyczne, bo mózg dąży do jak największej automatyzacji tego, co robimy często, żeby zwolnić kognitywne moce przerobowe na rzeczy ktore robimy rzadko. Ciekawe, bo pokazuje, dlaczego i w jakich warunkach tzw. kontrolowane picie działa, wbrew teoriom AA. Przyznam, że neurobiologiczne fragmenty ciężko mi się czytało, bo nie jestem biegła w częściach śródmózgowia i układach dopaminowych.

Dalej męczę Empire of AI, też ciekawe, ale chyba trochę zbyt drobiazgowe dla mnie. 400 stron, a jestem dopiero na samym początku😬. Ale pomaga myśleć o AI i zrozumieć to obecne pompowanie bańki pomimo, że firmy przepalają na tym miliardy rocznie, bo żadne AI nie daje jeszcze zysków, a droga do zarobku daleka. Gra się toczy o to, kto będzie pierwszy i zmonopolizuje świat, a że przy okazji zużywa to megagigadżule na generowanie esejów dla głupich studentów i bułkoni dla gawiedzi, who cares. Przynajmniej póki bańka nie pęknie. A jeśli rzeczywiście nie pęknie i ziszczą się sny miliarderów techno-faszystów, to chyba jeszcze gorzej dla nas.

Czytam poza tym Stephena Kinga, w Polsce jedynie opowiadania Kinga pomagały mi zasnąć. Uwielbiam jego opisy prowincjonalnej Ameryki.

Muszę poszukać pokoju/kliniki do praktyk, oczywiście trochę mi się nie chce, a trochę mnie to napawa niepokojem.

Ale ogólnie wrzesień, co zawsze wlewa w duszę dużo nadziei. Lubię.

Jestem w domu

Chyba nigdy wcześniej tak wyraźnie tego nie czułam, że tutaj jestem w domu.

Pościel pachnie naszym proszkiem, a łóżko jest takie cudownie wygodne!

Mi wysprzątał mieszkanie, wyprał pościel, wymył myjką parową podłogę w kuchni, zrobił zakupy i UPIEKŁ DLA NAS CHLEB. A potem odebrał nas z lotniska – pierwszy raz w życiu byłam tu odebrana z lotniska i muszę przyznać, że jest to bardzo miłe.

Poza tym nareszcie jest chłodno, ja wiem, że lato w Polsce to pot krew i łzy i nie ma, że boli, ma być 30 stopni w cieniu, muchy mają być tak ospałe, jak ekspedientki w mięsnym w latach osiemdziesiątych, osy mają się przylepiać się do blatu, bo inaczej to nie ma wakacji i każdy narzeka, ale to nie dla mnie.

Mój termostat się przestawił po 17 latach w Irlandii i w czasie upałów czuję się jak meduza na plaży w pełnym słońcu, jestem kupką galarety bez grama siły woli i zerowej sprawczości. Już nie mówiąc o nocach – kiedy leżałabym oblewając się potem, wdychając zakurzone powietrze suche jak wór zastanawiając się, czy o czwartej rano trochę się ochłodzi – gdyby nie klima. Ale co ją włączałam, to Mi się budził ‚co tu tak piździ?’ kiedy ja dopiero czułam, że moge oddychać i mam szansę zasnąć, więc wyłączałam i wtedy miałam malutkie okienko, tak dwudziestominutowe, na zaśnięcie.

Poza tym morze. Dziś olaliśmy rozpakowanie waliz i doprowadzenie ogrodu do stanu wyglądalności i pojechaliśmy nad morze, korzystając z pięknego słońca błyskającego pomiędzy przelotnymi deszczami. Oczywiście kąpaliśmy się, ale bez pływania, bo fale były ostre, a prąd wsteczny podcinał nogi. Amerykańscy naukowcy donoszą, że ludzie którzy mieszkają w odległości 50 km od morza żyją średnio rok dłużej, wcale mnie to nie dziwi.

Po kąpieli wylądowaliśmy na ramenie i donburi i sushi w ulubionej restauracji naszej córki. Ich weganski ramen to mistrzostwo świata. Uwielbiam kuchnię japońska, w dodatku jest ona zdrowa, zgodna z moją dietą, a Mi moze zamówić coś wiecej, niż  frytki i sałatę.

W stronę słońca

Wracam.

Najwyższy czas. Trochę smutno, trochę sentymentalnie, wiadomo, wakacje się kończą. A trochę się cieszę, bo naprawdę lubię swoje życie w Irlandii.

Mało miałam czasu dla siebie w Polsce, szczególnie ostatnie trzy tygodnie, opiekujące się rodzicami i dzieckiem trudno wykroić wolną chwilę tylko dla siebie. Kiedy nie byłam z mamą, organizowałam czas wolny dziecku, bo ma wakacje, a nie jest u siebie i nie ma żadych kolegów i koleżanek do biegania z. Poza tym bracia i siostry, bratankowie i tak dalej, jak już o tym pisałam, a na dodatek praca, bo przez ostatnie trzy tygodnie bylam już przecież w pracy😆. Oprocz rad egzaminacyjnych i paru maili nie zrobilam nic, musze się przyznać, pocieszam sie, że do moich obowiązków należy też czytanie książek 😄 Ale i z tym było słabo.

Mimo, że ich wszystkich kocham, a nawet lubię, brakowało mi trochę możliwości odcięcia się życia rodzinno-towarzyskiego i bycia u siebie, na swoich warunkach. Ale nie chciałam zostawiać mamy samej w łóżku za często, bo i tak spędza tam długie godziny na czekaniu, aż coś sie wydarzy – aż przyjdzie opiekunka, aż będzie obiad, aż ktoś jej włączy audiobooka, którego tato zaraz wyłączy, bo go denerwuje. Mama nie widzi, więc nic nie przeczyta, sama też nie włączy sobie niczego do słuchania, dla osoby ślepej ekran dotykowy to porażka, z odtwarzaczem na guziki też już sobie nie poradzi. Jest zupełnie zależna od czyjejś obecności obok, od tego, czy ktoś do niej podejdzie, poda jej wodę, czy zrobi kawkę i da ciasteczko. Więc chcialam z nią być.

Ale będę tęsknić za tym poczuciem swojskości. Trochę 😅

Jak pielęgnować wolność wewnętrzną

Krzątanina codzienna wciąga jak ruchome piaski, zanim się zorientuję, już mija pół dnia, a jakby nic nie minęło, bo nic się nie zmienia, nastawić wodę, zalać herbatę, zakropić oczy, śniadanie, taras, każdy dzień staruszka jest taki sam jak wszystkie inne, z małymi wyjątkami.

W poniedziałki i piątki przychodzi pan Michał i to jest prawdziwe wydarzenie porównywalne z piątkowym szaleństwem na imprezach, Mama prosi o pomadkę i perfumy, trochę zawstydzona, że chce być kobietą. Jeszcze. Dla opiekunki to dziwne, bo kto to widział, staruszka przed dziewięćdziesiątką pefumuję się dla trzydziestolatka! Ale czy jest to dziwne i naganne?

Innym wydarzeniem jest wyjście do kościoła w niedzielę, jest okazja, żeby gdzieś sobie pójść, konkretny kierunek i właściwy cel. W zeszłym roku, kiedy Mama jeszcze nie chodziła, puszczałam jej mszę w radio, a sama wy tym czasie czytałam sobie książeczkę, i wilk był syty i owca cała. Ale niestety, w tym roku nadgorliwa opiekunka zaoferowała się, że będzie w niedzielę Mamę wozić do kościoła i tak już utknęłyśmy, w tym jeżdżeniu do kościoła, bo trochę szkoda mi mamy pozbawiać tej jednej z niewielu rozrywek.

W międzyczasie Mama prosi, a prośby jej niestety jeszczem nie spełniła, żebym zawołała księdza do domu na potocznie nazywane ostatnie namaszczenie i ta nazwa wyraźnie przemawia jej do wyobraźni, bo jak ostatnim razem ksiądz dawał jej ten sakrament, teatralnym gestem czyniąc znak krzyża na jej czole, Mama zaczeła na całe gardło krzyczeć ‚O Jezu! O Jezu! Boję się! Nie chcę!’ bo się przestraszyła, że umiera. Mówię jej zatem, że już miała ostatnie namaszczenie, po co jej kolejne ostatnie? Wtedy to wcześniejsze będzie przedostatnim. Przed sakramentem oczywiście wyspowiadała się u księdza, uprzednio zwierzając się opiekunce ze swoich grzechów, zgorszona opiekunka wygadała mi je wszystkie, wyraźnie nimi zniesmaczona, nie wiadomo czy dlatego, że przewiny takie małe, czy takie duże. Ja też poczułam, że nie chcę słuchać o mamuni niecnych występkach, było w tym wszystkim coś głęboko niewłaściwego (halo? czy ktoś słyszał tu o kompleksię Edypa?), ale zanim zdołałam zaprotestować, już mi je powiedziano. Na marginesie dodam, że patrząc na twarz młodego księdza zastanawiałam się jak to jest musieć słuchać o tych wszystkich sprośnościach, okropieństwach, przemocach, przekraczaniach granic, perwersjach, zdradach, niegodziwościach, przestępstwach i seksie, i w ogóle o tym wszystkim, co ludzie uważają za grzechy, i mam wrażenie, że większość jest jednak o seksie, bo to najbardziej chwytliwy temat i do tego tabu, więc ludzie sobie najtrudniej wybaczają, tym bardziej, jak to takie ekscytujące, więc jak to jest być wystawionym na cały ten rynsztok tego świata tydzień po tygodniu, rok po roku, i to do tego bez żadnego wcześniejszego przygotowania – terapeuci mają chociaż swój trening i superwizje. Jak bardzo to musi ryć beret księżom.

Ale dosyć tych fantazji. Miało być o codziennej krzątaninie i o tym, że jedyny sposób, jaki na razie znalazłam, żeby się jej nie dać i zachować wolność wewnętrzną, to zacząć dzień od gimnastyki, od 20 minut jogi, od upewnienia się, że ja jestem ja, chodzę, żyję, stoję na głowie, bo inaczej, to człowiek przepadnie w odmętach świata staruszkowego, czas się zrobi jak guma, a przestrzeń jak przeciąg.

A co ja robię?

Nie mam weny na pisanie. Obserwowanie starości jest … trudne.

Zrezygnowała nam jedna opiekunka, więc przejęłam jej obowiązki na razie, na trochę. Nie mam czasu na pisanie, niby nic nie robię, bo co to jest obiad, apteka, zakupy, wizyta u lekarza, leki, spacer, wlączenie audiobooka, wyłączenia audiobooka, poprowadzenie do toalety, kolacja, owocek, wystawienie na taras na słoneczko, a codziennie dziesiątki drobnych, nic nie robień, zajmują mi cały dzień. Nie zapominajmy, że jest jeszcze Mo, więc jak już mamę usadzę tam, gdzie ma być, muszę się zająć dzieckiem. Może jestem nieprzyzwyczajona, a może ta praca jest niewidoczna, mental load, jak to mówią feministki.

Tato i mama, tak ich oboje pozamiatało prawie równocześnie, a tak naprawdę nie jest to nic ciężkiego, bo nic ich nie boli, żaden – tfu tfu – rak, mieszkają sobie oboje przy rodzinie, mają luksusową starość, bo i na wszystko im starcza i wszyscy się nimi opiekują, a jednak nie jest to proste. Oboje momentami jakby cofają w swoje dzieciństwo, chwilami są jak dwoje dzieci zdziwione, gdzie są i po co. Kiedyś schodzę rano, a pani Basia, opiekunka, przepasana fartuchem nalewa im obojgu owsiankę, a oni patrzą się na mnie jak para przedszkolaków, zdziwieni, że są tacy starzy.

Praca opiekuńcza jest chyba najbardziej niedocenianą z prac, jest niełatwa, niezbyt dobrze płatna i oczywiście nie szanowana. Psychika starego człowieka nie ma siły być już dorosła, już nie muszą się spinać, żeby zrobić to i tamto, dzieci już nie są małe i świat im odpuścił, więc oni też sobie odpuszczają. Zupełnie jak niemowlę potrzebują, żeby ktoś nadał ich życiu strukturę, rytm dnia, sens, bez tego się gubią. Codziennie, parę razy dziennie, bez ustanku słyszę

-Córciu, to co ja mam teraz robić? to co ja robię?

-Siedzisz sobie mamuniu przy stole.

-I co mam robić?

-Nic, a co chcesz robić?

-No właśnie nie wiem. To co mam teraz robić? A śniadanie już jadłam?

-Tak, zobacz, przed chwilą jadłaś.

– A leki? a leki już brałam?

-Tak mamo.

-To co ja mam teraz robić?

-A co chces zrobic?

-No właśnie nie wiem.