Buraczki z chrzanem

Malowanie wyszło dobrze. Żeby zrobić zdjęcia czekalam na moment, kiedy wszystko posprzątam i dopieszczę, znajdę odpowiednie akcesoria i obrazki, popoprawiam niedoróbki i nie będę miała 50 par butów na widoku, ale zrozumiałam, ze taki moment nie nadejdzie tak szybko, a byc moze wcale😄

A zatem tatatadam, proszę!

Stare
I nowe
Tutaj chcialam pochwalić się jak mój wazon pasuje do kosza na brudy😆
Tak było, czarne futryny to wklad koncepcyjny mojego męża 😁
Futryny wreszcie kremowe, malowałam trzy razy żeby tę czerń pokryć!

Będzie więcej naturalnych materiałów, jasnoniebieskie drzwi, obrazki. Może chodnik.

Lustro!!!

Dywan w dużym pokoju w winnej tonacji, żeby spiąć przedpokój i pokój. Inne obrazki, chociaż te lubię- były to pierwsze przedmioty do naszego domu, które kupiliśmy na pchlim targu za 5 euro.

Najbardziej martwiłam się o równe linie pod sufitem – zacieki mogą zepsuć najladnieszy kolor, ale wyszło zadziwiająco dobrze. Może walnę parę malutkich poprawek we wrześniu, jak wrócimy.

Nie mam na nic czasu, wczoraj jeszcze zjazdy na linach w Dublinskich lasach

a jutro lecimy do Pl.

Tam na górze to moja córeczka
Znajdź dzieciaka

Dłubanie w Nosie i Loyaliści

A propos imigrantów i obrony własnego stylu życia w kontekście Irlandii, a dokładniej Północnej Irlandii, dawno mnie nic tak nie rozśmieszyło jak poniższy klip. Niestety, wymaga znajmości angielskiego i liźnięcia choć historii Irlandii. Ale jak ktoś ma nawet dość oględne pojęcie, to nie pożałuje.

https://www.facebook.com/kastrosama/videos/1263243252115157/?mibextid=rS40aB7S9Ucbxw6v

Gdzieś w Guardianie mignęła mi Edna O’Brien, królowa irlandzkiej literatury, od której (podobno) uczyły się Keegan, Rooney, Burns, Enright i cała reszta. Edna opowiada, jak musiała się rozliczać z mężem z zaliczek i tantiem za swoje książki w latach 60tych, bo on uważał, że trochę też jest ich autorem – ‚gdyby nie ja, to nic byś nie napisała’. Taka fajna męskość nie przyniosła mu nic dobrego, na całe szczęście, bo Edna oddała mu kasę, wyszła z domu i już nigdy nie wróciła. Zapragnęłam wtedy coś przeczytać Edny, ale u siebie nic nie mogłam znaleźć i przypomniało mi się, jak Świechna pisała o fantastycznej irlandzkiej bibliotece, gdzie można pożyczyć ebooki i audiobooki i w ogóle, przekopałam się więc przez pudełko z kartami wizytowymi elektryków z 2010 roku i znalazłam! Kartę biblioteczną. Z którą podjechałam do biblioteki i miła pani zaglądnęła mi w konto (a muszę przyznać, że trochę przy tym drżałam, bo nie pamiętałam czy nie mam jakiś dawnych kar i zaginionych książek, pomimo tego, że wiem, że mamy amnezję od tego roku, tfu, amnestię, czyli przebaczenie win i kar bibliotecznych, idź i nie grzesz więcej, amen).

Pięć minut wstydu przed kontuarem (pani bibliotekarka patrzy do komputera, odwraca się do mnie i łaja mnie wzrokiem, a przynajmniej tak mi się wydaje 😉 ale było warto – mam! Ebook Country Girls, skandalizujaca pierwsza książka Edny o dorastaniu w zacofanej, katolickiej i przemocowej (jakie to ostatnio modne słowo:) Irlandii. Oraz The Country Girl, tym razem do słuchania, wspomnienia napisane wiele lat później, też skandalizujące oczywiście. Myślę sobie, że nie można być dobrym pisarzem bez odwagi bycia skandalistą, bo dobre pisarstwo wymaga wyciągania powciskanych głęboko zaprzeczeń i niedomówień, niedopowiedzeń, zniekształceń, małych i dużych historii, które sobie opowiadamy na osłodę, kłamiąc tak trochę albo calkiem bardzo sobie o swoich pobudkach i przyczynach. Wymaga umiejętności pisania o tym, co robimy w samotności, kiedy jesteśmy pewni, że nikt na nas nie patrzy – i tu mi się przypomniało, jak Salmiaki pisała, że przypatrywała się ludziom na światłach i ludzie najczęściej dłubią wtedy w nosie 😀

Nareszcie chłód

Przeżyliśmy.

W nocy gorąc, myślałam, że nie zasnę, a spałam 9 godzin. Przestałam mieć problemy ze snem kiedy włączył mi się tryb wakacyjny, relaksacyjny, olewacki, żadne dedlajny, terminy, maile, mam szczęście w tym roku, że wszyskie ważne rzeczy pokończone przed wakacjami. Dwa gorące dni weekendu rozleniwiły mnie już do kwadratu, ja nie musiałam do pracy, tylko Mi biedny miał dziś dramaty, interwencje kryzysowe i urwanie głowy.

Upał skończył się, wróciło jakże miłe memu sercu popadywanie, aura kapryśna, słoneczno-deszczowa, pełna lunięć, wiatru, gorąca, by wieczorem ochłodnąć już zupełnie – o 19 na rytualnym spacerku po parku z hałastrą marznę w samym sweterku. Po raz pierwszy od tygodnia. Trzeba było wziąć letni płaszcz przeciwdeszczowy.

Dzień wypełniony tym i owym, załatwianie, załatwianie, odhaczanie. Samochód do warsztatu jeszcze przed wyjazdem, rower do naprawy, banda w domu uskutecznia bed rotting (‚idźcie na dwór, ale ciociuuu, nie ma żadnych dzieci na dworze!!’). Wracam do domu, szybko szybko, robię tortille na późny lancz, ‚ciociuuuu a mogę pomóc? no pewnie!’ i pomaga, kroi, obiera, miesza. Idziemy do parku, bo już mi szkoda dzieciaków, w parku lunęło na nas centralnie. Hałastra biega w deszczu, ale muszę ich zabierać, bo zrobiło się zimno. Wracamy, po drodze wychodzi słońce i zaczyna przypiekać. Daję im wolne od cioci i od spacerków, nawrócona na sprawianie sobie przyjemnośći idę na kawę do koleżanki z dzielni, z którą już dawno się umawiałam, że mi pokaże swoją sypialnię – pomalowała na granatowo, ale czad! Dzieci też mają prawo do kiszenia się w domu czasami, a gdzie jak nie u cioci?

Wieczorem wyciągam Mi na rytualny wieczorny spacer. Do naszej bandy pięciorga dołącza Ca i kiedy my z Mi kręcimy kółeczka wokół placu zabaw, dzieciory mają zabawę w lawę (znacie?).

Codzienność

Przyjechały chłopaki, a więc zaczęło się lato. Biegają teraz na ulicy z innymi i oblewają się wodą, szwagierka mówi, że mamy fajną bandę na ulicy, bo podobno to obecnie coraz bardziej niespotykane. Też się cieszę, na razie drą ryja i czekam, aż wyleci jakiś sąsiad ich uciszać. No ale przecież lepiej, żeby darli ryja na ulicy, niż siedzieli na komórkach w swoim pokoju, prawda? Chłopaki mają 11 i 13 lat i są naprawdę jak młode źrebaki, bardzo ich lubię, są dobrze wychowane, ale energia ich rozpiera i gdyby nie to, że rano mają obóz sportowy, to by roznieśli dom bez najmniejszego wysiłu. Dopiero z nimi widzę, jaki ten nasz domek malutki, z dwójką dodatkowych dzieciorów robi się ciasny.

Mój dzień obecnie to wożenie dzieciorów, rano rozwożę wszystkich na zajęcia, chłopaków na obóz sportowy, gdzie dostają wycisk, na szczęście dla nas, już dziś ledwno chodzili takie mają zakwasy, a Mo na gimanstykę, potem mam trzy godzinki wolne, a potem odbieram Mo i jadę po chłopaków, obiad, i zaraz jest wieczór. Dziś w pomiędzy dokończyłam malowanie, dopiero trzecia warstwa zakryła porządnie ten granat. Teraz farba schnie. Będzie jeszcze zabawa ze zdzieraniem taśmy malarskiej, domalowywaniem niedoróbeka itd. Ale letni projekt prawie zakończony, a to jest jedyny letni projekt w tym roku, bo w sierpniu znowu jadę opiekować się mamą.

Czekamy na Godota

Teraz jest trochę taki vibe teatralny, bordowy plusz, zaciemnienie i tak dalej.

Buraczek nie jest łatwy, ale można go okiełznać, nawet z ciemnożółtymi oknami, jak pokazuje moja poduszka poniżej.

Kremowy, wszystkie odcienie zieleni, żółty i jasno niebieski, jako akcent. Do tego dużo drewna. Muszę zmienić dywan w dużym pokoju na taki z elementami czerwonego wina, żeby ‚spiąć’ przedpokój z dużym pokojem, już dawno miałam coś z dywanem zrobić, bo ma sto lat. I tak z malowania przedpokoju będą zmiany w całym domu oczywiście 😂

Okien malować nie będę, bo to duża operacja i nie mogę przemalować jednego okna na inny kolor, a resztę zostawić.

Nie lubię białych/jasnych scian w małych ciemnych pomieszczeniach, moim zdaniem nie zrobią z pokoju większego, ale pokazują, że jest mały, a ktoś chciałby większy, a to zawsze źle wychodzi😁 Choć może kiedyś zmienię zdanie, nie zarzekam się.

Moja filozofia na razie to podkreślać wady i zrobić z nich zalety😊

Ale ewidentnie wyszłam ze strefy komfortu😂

W dodatku cała w buraczkach

Nie wiem jak ja wymyśliłam ten cholerny buraczkowy, chyba mi coś na mózg padło, ja pitole, co to za kolor cholerny!

Namęczyłam się ogromnie, bo granat przebija oczywiscie, a kolor wyszedł jak  tapicerki krzeseł ze skaju z lat 60-tych. Takich, jakie miała pani pedagog w seledynowym gabinecie i kiedy się wchodziło te krzesła z tym seledynem się gryzły, że patrzeć się nie dało, a co dopiero usiąść. To jeszcze pierwsza warstwa, będzie mniej plam, ale nie będzie łatwo 😂😂😂

Tak jakby zapomniałam, że mam żółte okna😁 Cytrynowe drzwi też nie dodają urody buraczkom.

W dodatku jutro przylatuje bratowa z dzieciakami, ja to się lubię urządzić.