Maj w Dublinie

Też ma swoje zalety. Na przykład można harować siedzieć w swoim własnym ogrodzie. Po długiej zimie i roku akademickim, gdzie jak zwykle nie miałam czasu na nic więcej za wyjątkiem przycięcia krzaków róż i posadzenia tulipanów pewnego ponurego grudniowego popołudnia, ogród prosił o trochę miłości. Albo litości.

A zatem w cudowną, słoneczną, majową niedzielę zamiast sprawdzania prac, wzięłam się za robotę na dworze. Przez pierwszą godzinę było to nader relaksujące zajęcie, bo nie miałam żadnego planu, wyszłam po prostu na dwór ‚coś porobić w ogrodzie’. Ale gdzieś tak w środku pracy włączyła mi się wydajność, efektywność i tak zwane sfokusowanie na osiągnięciu celu i zaczęłam odhaczac zadania do wykonania – podcięcie trawy na obrzeżach, gdzie pan z kosiarką nie dotarł (tak, tak, bo jako świeżo upieczona burżujka po raz pierwszy w życiu wynajęłam kogoś do koszenia ogrodu tydzień temu, pan wziął tylko 15 euro, ale zrobił to dość bylejako), wygrabienie starej trawy, wyrwanie chwastów z grządki malin i usnięcie małych zielonych złośliwych rolinek ze szpar między płytami tarasu? chodnika?

Ale poczyniłam mocne postanowienie poprawy i postanowiłam wykasować sobie z głowy tryb zadaniowy.

Tylko kiedy? Teraz tył ogrodu jest zrobiony, ale przód straszy i taki dysonans mnie męczy.

Bonn ton

Po raz pierwszy od stu lat pojechaliśmy sobie na krótkie majowe wakacje NIE DO POLSKI.

Jak wiedzą wszyscy migranci, Polak z dziećmi mieszkający za granicą jeździ głównie do Polski: na święta, na wakacje, na majówkę, na groby i na ferie. Trzy razy do roku tam i z powrotem kierunek Polska, żeby dzieci miały kontakt z dziadkami, wujkami, kuzynami, ciotkami i krewnymi i znajomymi królika. Żeby ładnie mówiły po polsku. Żeby wyleczyć zęby/zrobić prześwietlenie nóżki/operację uszu/cokolwiek. Bo w Polsce taniej. Bo trzeba podtrzymywać więzi rodzinne. Bo jakżetotak i tak dalej.

Mi już od dawna suszył mi głowę, żebyśmy choć raz zaszaleli i pojechali … no nie wiem … nawet nie, że zaraz do Meksyku, ale do Francji. A co. Albo do Portugalii. Albo na Islandię. GDZIEKOLWIEK, byle nie do Polski. Ale wiadomo jak to jest – finanse są ograniczone, a w kraju rodzice coraz starsi. I rodzeństwo. I kuzyni i kuzynki. I znajomi. I rodzinne miasto. I w ogóle.

Ale nagle w tym roku coś się zmieniło, Wenus w natarciu albo Mars w retrogradacji, pełnia księżyca czy przemagnesowanie biegunów ziemskich, nie wiem, dość, że nagle podróż w nieznane stała się możliwa. Tak po prostu.

Choć jeszcze do ostatniej chwili ciemne siły starały się pokrzyżować nam plany, bo oboje z Mi zachorowaliśmy na jakąś przeokrutną grypę, która nas nieźle przeczołgała czterdziestoma stopniami gorączki, a potem niekończącym się kaszlem i zapaleniem zatok.

Ale polecieliśmy. Do Bonn, do Adka na urodziny. A potem pociągiem do Brukseli, bo skoro już jesteśmy tak blisko…

Pięć dni. Dwa miasta. Jakie to proste! Bilety lotnicze, airbnb, pociągi. Spacery po mieście, szwędanie się po parkach. Co chcemy zobaczyć? Wszystko, cokolwiek, nic szczególnego. Wystarczy być. Najbardziej kiczowate miejsca wywoływały w nas zachwyt. Tak to jest, jak ktoś się w końcu GDZIEŚ wybierze.

Na kontynencie lato.

Tzn. cudowna, późna wiosna, ale na standardy Irlandzkie – lato. Wybraliśmy sobie najlepszy czas – wszystko pachnie, kwitnie, zieleni się, ćwierka. W Bonn mieszkaliśmy w przepięknej dzielnicy Südstadt, z kamienicami art deco z prześlicznymi finezyjnymi detalami – rzeźbionymi poręczami, schodami, kolumnami, ogromnymi oknami i frontowymi ogrodami. Bonn przypomina moje rodzinne miasto, tylko takie sto razy bardziej zadbane.

Rano kawka w pobliskej kafejce, potem spacer tędy i owędy, włóczenie się ulicami, od loda do loda, od parku do starego miasta, od placu zabaw do ogrodu botanicznego, wzdłuż trakcji kolejowej do akademika Adka i muzeum sztuki nowoczesnej.

Przyjęcie urodzinowe Adka w knajpie Tybetańskiej, do której zaprosił również swoich kolegów i koleżanki z roku. (Czyli się nas nie wstydzi;). Trzech Irlandczyków, Amerykanin, Niemiec, genialna Brazylijka, Izraelita i najlepszy student na roku, z Ghany.

Ulice zalane słońcem, balsamiczne powietrze i mnóstwo, mnóstwo studentów – w takim małym mieście (330 tys) jest ich aż 43 tys!

Spokój, dostatek, zasobne mieszczaństwo inwestujące w sztukę. Przez okna kamienic można dojrzeć ogromne obrazy na ścianach i biblioteki z książkami po sufit. Ściany malowane na purpurę i karmazyn. Piękne żyrandole. Zabytkowe meble. Wielkie stoły i fortepiany.

Mitteleuropa.

Samo centrum kontynentu. Statecznie. Spokojnie. Bez napięcia. Szeroko rozlana dolina Renu. Neandertalczycy w jaskiniach dawno wytępieni. Zygfryd już dawno zabił smoka, a pierścień Nibelungów spoczywa na dnie Renu. Granica cesarstwa Rzymskiego. Dalej na wschód tylko dzicz i szaleństwo.

A potem wsiedliśmy do pociągu i …

Kierunek Bruksela

Jest moja

Ach, nie będę was długo trzymać w niepewności, a zatem przyjechałam z córką do domu taka nakręcona, że tylko co Mo przykryłam kocykiem na sofie i znowu do ogłoszeń o samochodach, no i patrzcie państwo, jest, jest kolejna Honda na którą nas stać! Mamy ją! I to w Dublinie! Ten sam rocznik 2013, ale hybryda i o tysiąc e tańsza. (I srebrna, najbrzydszy kolor). Ale z bajerami, które sobie zażyczył mąż: czyli kamera cofania i multimedia. Była jakaś piąta po południu, kiedy wróciłyśmy do domu, więc szybko za telefon i dzwonię. Pan mówi, że pół godziny temu wrzucili ogłoszenie, umówiłam się zatem na oglądanie w czwartek po południu.

Następnego dnia, a był to wtorek, wstałam rano i myślę sobie – jaki czwartek? Przecież w czwartek już mojej Hondy nie będzie! Mo chora, ale akurat nocował u nas kolega, więc zostawiłam Mo i kolegę żeby sobie pograli w karty i pojechałam.

Był piękny, wiosenny, słoneczny dzień. Mały garaż położony był w starej części miasta, a srebrzysta Honda skrzyła się w słońcu zaparkowana przed garażem.

Młody, sympatyczny Diler zaprosił mnie na przejażdżkę, wiatr rozwiewał moje włosy, honda sobie jechała, nie chciałam tym razem prowadzić bo wokół same autobusy i rowerzyści, bałabym się, że kogoś zabiję. Potem poglądałam sobie samochód, wyglądał ładnie, więc powiedziałam panu, że się zastanowię i muszę zadzwonić do męża. Mi miał mieć zresztą przerwę za parę minut, więc poszłam sobie na kawę. Na kawie podjęłam decyzję, że ten samochód po prostu kupię. Jak wiadomo dzwonienie do męża to tylko wymówka. No, ale żeby nie było – zadzwoniłam, właściwie dzwoniłam chyba ze 20 razy. Nie odbierał.

Zdecydowanym ruchem założyłam słoneczne okulary, w toalecie kawiarnianej poprawiłam usta, po drodze wyciągnęłam z banku 500 euro i wróciłam do dilera.

Honda była moja.

Jest bardzo dziwnym samochodem – mała, ale duża. Porównywana z Toyotą Yaris, ale w środku dużo przestronniejsza. Bagażnik i siedzenia składają się na płasko, tak, że można w niej spać, proszę:

(ja w życiu nie będę w samochodzie spać, bo śmierdzi, no ale jak ktos chce ..)

W środku ma mnóstwo różnych śmiesznych rzeczy, na przykład działające głośniki w drzwiach (mówicie, że to standard?).

Jak na razie jeszcze jej nie prowadziłam, musiałam ją tylko trochę przeparkować – bardzo się denerwowałam, ale mi się udało. Na koniec zorientowałam się, że to pikanie, które mi towarzyszyło przez całą operację, to zaciągnięty hamulec ręczny ;D

Jak NIE kupiłam samochodu

Pojechalismy zatem dwa (juz dwa???) tygodnie temu do Waterford zobaczyć samochód. Pogoda była okropna, autobus śmierdział i nawet mi było niedobrze przez całe 2 godziny. Mo na szczęście spała, ale kiedy tylko wysiadła prosto w strugi deszczu, zaczeła marudzić. Że mokro, że zimno, że źle się czuje i nie chce jeszcze wiecej jechać samochodem. Jazda z Freyą do domu to tylko kilka minut, ale tam Mo tylko marudziła jeszcze więcej. Zaczęła jej rosnąć gorączka.

Ale dla mnie ten wyjazd to była prawdziwa uczta, bo z F zawsze się dobrze rozmawia. To jest kobieta o umyśle jak rtęć – żywym, ruchliwym i nie wiadomo gdzie pędzącym. Wysiadłyśmy więc z samochodu i usiadłyśmy przy drewnianym kuchennym stole i tak siedziałyśmy przez następne sześć godzin, z przerwą na huśtanie na sufitowej huśtawce i głaskanie kotów (Mo). Myślę, że nie zdradzę za dużo sekretów, jak napiszę, że F rozstała się ze swoim mężem jakiś czas temu i działa teraz niezależnie, jako samodzielna mama.

W miarę upływających godzin Mo wyglądała coraz gorzej, naładowana po uszy calpolami i witaminami w końcu wylądowała w łóżku z Frozen i zwierzakami w pokoju. My oczywiście nie przestałyśmy gadać przy kuchennym stole i tak kiedy koło 1 w nocy w końcu zaczeły nam się bateryjki wyczerpywać odkryłam, że Mo już dawno śpi. Rano powiedziała mi, że nie bała się sama być w pokoju, bo kotek i piesek ją pilnowały.

Rano kwestia planów powrotowych i samochodowych stała się paląca. Freya ma miękkie serce i zaproponowała, że skoro nie pracuje, to nas odwiezie, bo Mo chora. A przy okazji skoczymy do tego dilera, bo taki przecież był cel tej podróży.

W międzyczasie okazało się, że w sumie nie ma potrzeby jechać do dilera, bo tej Hondy i tak nam nie ubezpieczą, bo jeszcze nie była rejestrowana w Irl (6300 euro za ubezpieczenie -‚najlepsza oferta którą możemy pani dać’). Ale się strasznie napaliłam, żeby ją chociaż zobaczyć, bo nie wiem czy wiecie, że cały mój research zrobiłam online i żadnej Hondy na żywo nie widziałam 😀

Garaż był położony ‚in the middle of nowhere’, jak tutaj mówią, a wiejski sprzedawca używanych samochodów dał nam kluczyki na Freyi piękne oczy, więc zostawiłyśmy dwoje dzieci w naszym wozie, jedno chore i małe, jedno zdrowe i starsze, ale nadal nieletnie, i pojechałyśmy na jazdę próbną po Irlandzkich bezdrożach. Prowadziła F, oczywiście, ale po dwóch kilometrach skręciła na jeszcze bardziej polną drogę i powiedziała ‚masz, próbuj’. Gdybym była małą dziewczynką, to bym się w tym momencie posikała, ale że nie jestem, to się przesiadłam, wystawiłam trzęsącą się, posiusianą, małą Anię na pobocze i pojechałam. SAMA PROWADZIŁAM. Bez instruktora! Tak naprawdę to z instruktorem, bo Freya ma uprawnienia instruktorskie w Polsce, no ale oj tam oj tam. Samochód spełnił moje oczekiwania, choć prawdę mówiąc nie było to trudne, skoro jestem przyzwyczajona do jazdy ponad 20 letnim volkswagenem mojego ojca, który od dawna próbuje mnie otruć (samochód, oczywiście) i w ogóle zniechęcić do motoryzacji na zawsze.

Jechało się pięknie, wokół pola rzepaku, słońce i my jak Thelma i Louise i gdyby nie dzieci bez opieki pozostawione w aucie…

No, ale samochodu nie kupiłam, choć diler mnie strasznie przekonywał ‚ale jak pani pojedzie do Waterford i pójdzie do biura Axy i zapyta o Jasona i powie, że Ciaran panią przysłał, to panią na pewno ubezpieczy!’. Ciaran chciał tylko 2 tys euro zaliczki, która by jednakże przepadła, jakbym jednak nie mogła samochodu ubezpieczyć. Powiedziałam, że muszę się skonsultować z mężem;) To zawsze jest dobra wymówka.

Nie piszę, bo praca

Muszę sprawdzić 130 esejów i egzaminów przed wyjazdem do Adka. Zostało mi trochę ponad tydzień, więc codziennie siedzę po dziesięć godzin, z przerwami.

Co mnie podkusiło, żeby kupować bilety na 5 maja, w środku okresu egzaminacyjnego?? Zadałam sobie to pytanie po raz kolejny wczoraj, kiedy musiałam sprawdzać prace z 39.5 stopni gorączki (przynajmniej tyle pokazywał mój termometr). Jestem chora, to nie covid, tylko katar z temperaturą, żadnych innych objawów, jakieś dziwne cholerstwo, Mi też chory, a zaczęło się oczywiście od Mo, która była chora przez cały tydzień po Waterford. Przez cztery dni miała tak wysoką temperaturę, której nie dało się za bardzo zbić, że oczywiście zaczęłam podejrzewać sepsę, koszmar każdego rodzica, i wylądowaliśmy na pogotowiu, gdzie po paru godzinach czekania na lekarza i kolejnej dawce paracetamolu gorączka spadła jej na tyle, że poszłyśmy do domu, bez widzenia się z lekarzem. Kiedy pielęgniarka jej zmierzyła miała jeszcze 38.8 a już dużo lepiej się wyglądała, zastanawiam się ile miała w domu, kiedy leciała przez ręce. Muszę ukraść mamie termometr rtęciowy, bo te elektroniczne g… nigdy nie pokazują właściwej temperatury.

Rodzinny następnego dnia przepisał jej antybiotyk, bo już się coś w płucach zaczynało. Teraz już dobrze.

Dzisiaj kupiłam samochód

Bez wiedzy mojego męża.

Dzwoniłam 20 razy, ale był nieosiągalny, dałam mu czas i poszłam na kawkę, dalej nic, więc podjęłam męską decyzję i zapłaciłam zaliczkę. Nie żebym potrzebowała jego błogosławieństwa, ale chyba lepiej takie rzeczy uzgadniać z partnerem życiowym, nie? No, ale skoro to ja siedzę w l/100 km, przebiegach, wersjach, silnikach i bateriach hybrydowych od dwóch miesięcy, to sama sobie dałam błogosławieństwo, wyciągnęłam 500 euro z bankomatu i rzuciłam plikem banknotów na stół;D Nie wiem skąd mi przyszło do głowy wyciągać kasę i płacić gotówką, wygląda na to, że poczułam się jak na filmie amerykańskim, może dlatego, że miałam na sobie okulary przeciwsłoneczne. Diler zapytał się tylko, czy resztę również zapłacę gotówką.

Zgadnijcie jaka marka i model? 😀

Siłą rozpędu

Ściągnęłam nogę z gazu, ale jeszcze pędzę.

Na Święta wszystkim odmówiliśmy i możemy się trochę polenić, to znaczy spędzić czas dokładnie tak, jak nam w duszy gra.

A bardzo mi tego brakowało, bo przez cały ostatni tydzień ciągle jeszcze to i tamto, zajęcia, sprawdzanie prac, zgłoszenie do projektu do czwartku wieczorem, gość na ostatni wykład nie mógł przyjść, więc praca, zobowiązania i kombinowania. Tak biegałam goniąc własny ogon, że w ogóle do mnie jeszcze nie dotarło, że to koniec roku akademickiego, czyli idziemy sie upić. Takie uczucie.

Wiosna, kwitną jabłonie, pachnie skoszona trawa, czas rozpiąć płaszcz i zrobić coś głupiego.

Z tego rozpędu w piątek sprzątnęłam jeszcze całe mieszkanie, okna, podłogi, drzwi, stoły, kominek, kwiaty, wszystko, osoby święte mogą wpadać na inspekcję, a w sobotę zaskoczyło mnie uczucie, że nic nie muszę.

Niemożliwe.

W dodatku pełnia (w którą nie wierzę). Nie mogłam sobie miejsca znaleźć i po nauce jazdy zarządziłam bieganie. I dopiero siedem kilometrów mnie uspokoiło (47 minut). Dziś czuję wszystko w mięśniach, bo naprawdę dawno, dawno nie biegaliśmy.

Po nocach śnią mi się Hondy. W dzień szukam, dzwonię do dilerów, umawiam się na oglądanie, łapię okazje, które okazują się pułapką. W mieście Frei (kto pamięta F?) znalazłam dilera z siedemnastoma Hondami, wszystkie w naszym budżecie, więc szybko telefon do F, czy możemy przyjechać, połączyć przyjemne z pożytecznym, potem telefon do dilera i oczywiście okazało się, że została tylko jedna jedyna Honda, która w dodatku jest importem z Japonii, a to oznacza kłopoty. Jedyna ubezpieczalnia, która zgodziła się nas ubezpieczyć wyceniła usługę na … (nie zakrztuście się kawą) … 6300 euro rocznie.

Ale tak się nakręciłam, że Freyę zobaczę, a z nią się naprawdę fajnie gada, że jedziemy w poniedziałek we dwie z Mo. Zrobimy sobie wycieczkę, poogladamy sobie samochód, nie kupujac, pogłaskamy psy i nagadamy się z F za wszystkie czasy. A wiecie, że F była instruktorką prawa jazdy w Polsce? Namawiam ją, żeby zrobiła uprawnienia w Irlandii, bo tu wszystkie szkoły zajęte do pół roku naprzód.

Żarówka

Studenci uciekli mi z zajęć, więc może coś napiszę. Ostanie zajecia, w domu, godzina online – potem do szkoły na trzy godziny, potem znowu online wieczorem w domu. Już wiadomo, że taki mieszany system będzie też w przyszłym roku, nie jest to złe rozwiązanie, bo niektóre rzeczy można ze studentami zrobić online a niektóre w klasie, najgorsze są zajęcia hybrydowe, kiedy część siedzi w domu, a część w klasie, a całość jest nagrywana. Wykładowca przez cały czas czuje się jakby się drapał w lewe ucho przez pachę – ci w klasie nie mają jak czytać materiałów (od roku nie możemy drukować artykułów na zajęcia), ci online siedzą przy wyłączonych kamerach i nie regaują, nie wiadomo, czy śpią, czy nie żyją, czy tylko na chwilę poszli po kawę.

Ostatni tydzień zajęć.

Jeszcze tego nie czuję, jeszcze jestem bardzo zajęta nowym projektem, o którym wspominałam w poprzednim poście, gdzie właśnie jestem na etapie ‚bycia w d…’, Mi pociesza, że najgorzej jest, jak d…. jeszcze nie widać.

Ale w poniedziałek trochę rozkleiłam się sentymentalnie, skończyłam zajęcia z jedną grupą, gdzie prawie same dziewczyny na socjologii rodziny, nie ma egzaminu, więc właściwie rozmawiamy o czym nam tylko w duszy zagra, byle w miarę w temacie. Przez ostatnie cztery tygodnie debatowaliśmy o ludzkiej seksualności w kontekście rodziny i nie tylko, oglądaliśmy sobie takie filmiki jak na przykład ten, który, jak stwierdzili studenci choć zabawny, jednak za bardzo upraszcza TE SPRAWY. Cudowne zajęcia, na które przynosiłam temat i nigdy nie kończyłam slajdów, bo dyskusja zabierała nas w takie odległe rejony, że trudno było wrócić.

Święta za cztery dni. W tym roku podchodzę do nich jak do (mięsnego) jeża. Nie jestem wierząca, więc wymiar religijny do mnie nie przemawia, wymiar symboliczny jest ciekawy (odrodzenie natury, nowe życie i tak dalej), ale mam wrażenie, że symbolicznie świętuję już od początku marca, od kiedy kwiaty powyłaziły z ziemi. Nie mogę jeść jajek, Mi weganin, Mo nie bardzo lubi, nie mogę sernika, który kocham, ani żurku (gluten) i tak odechciało mi się gotowania zupełnie. W dodatku rok temu, na Wielkanoc właśnie, zupełnie postradała zmysły pewno bliska osoba z rodziny, symbolika śmierci, ukrzyżowania i zmartwychwstania widać ją przerosła i tak pozamiatała, że nie było co zbierać. Do dziś zmysłów nie odzyskała i nadal zastanawiamy się, co się u niej dzieje, choć przyznam, że z pewną ulgą, że to już nie nasz problem. Z maili, które czasem dostajemy (choć staramy się unikać wymiany korespondencji, bo nieodmiennie prowadzi to do litanii oskarżeń, ponurych fantazji, odlejonych projekcji i nieprzyjemnych podejrzeń) wiemy, że żyje, choć jest jej bardzo ciężko, ale jak można pomóc osobie, która nie chce dać sobie pomóc.

To jak w tym kawale: ilu potrzeba psychoterapeutów, żeby odkręcić żarówkę? Jeden, ale żarówka musi bardzo chcieć.

Z rzeczy pozytywnych: kupujemy samochód. Jak ogromnie pozytywna będzie to zmiana w naszym życiu poczułam wczoraj, kiedy musiałam wziąć siebie i Mo na badania. Nie daleko, obie wizyty blisko siebie przestrzennie i czasowo, do załatwienia za jednym zamachem. Dopiero zaczynało lekko kropić, jak wyjeżdżałyśmy na rowerze i choć przemknęła mi myśl o taksówce, oznaczałoby to cztery taksówki, a nie jedną, więc rower wydawał się takim idealnym środkiem transportu. Finalnie spędziłyśmy ponad cztery godziny poza domem, z czego połowę czasu w strugach deszczu, a połowę w zupełnie mokrych ubraniach w gabinetach lekarskich. Nawet w kafejce, gdzie wstąpiłyśmy pomiędzy wizytami, Mo ciągle się trzęsła z zimna w przemoczonej sukience, a gorąca czekolada pomogła jedynie na krótką chwilę, bo potem musiałyśmy założyć ociekające wodą kurtki i rękawiczki. Mo była bardzo dzielna i przez całą drogę w ogóle nie marudziła, strumienie deszczu jej spływały po kasku prosto na twarz i pod kurtkę, a ona zamykała oczka i coś sobie cicho śpiewała.

Ale coś tam zaoszczędziliśmy, dostałam też pożyczkę i jak jej nie wydam za szybko, to wkrótce będziemy mieli samochód! Codziennie śledzę ogłoszenia i wyraźnie jestem już ekspertem od okazji, bo kiedy się decyduję i dzwonię, że chcę kupić, okazuje się, że już sprzedane. Po wielu przemyśleniach i konsultacjach, i pójściu po rozum do głowy względem skrzyni biegów, stanęło na Hondzie Jazz, albo Toyocie Aqua, automacie, hybrydzie, młodszej niż 10 lat, bo starszej nie będziemy mogli ubezpieczyć. Ubezpieczenie na nas dwoje wariatów bez tzw. pełnego prawa jazdy to i tak 1500 euro na rok, ale niektóre ubezpieczalnie życzą sobie nawet ponad 3000 e.

Czas się zbierać do szkoły.

π razy drzwi

Wiosna przyszła i poszła, zostało tylko słońce. Dobre i to, choć jest bardzo zimno.

Ostatnie dwa tygodnie wykładów, byłabym w bardziej radosnym nastroju, gdyby nie nieprzespana noc. Mo znowu chora – katar, kaszel, świszczenie. Całą noc mnie kopała, a ja nadsłuchiwałam, czy się już dusi. Ale nie musiałam ją trzymać w pozycji pionowej, czyli nie jest tak tragicznie, jak ongiś bywało. Zastanawiałam się, czy iść z nią dziś do lekarza, ale jak pomyślę o telefonicznej rejestracji i testach na covid, to mi się odechciewa, zważywszy, że też nie bardzo wiem, co by lekarka pomogła. Na razie trochę zwiekszylam sterydy i włączyłam Ventolin i czekamy, aż sobie organizm sam poradzi. Noc była kiepska, ale od rana jest w dobrym humorze i najważniejsze, że nie mówi, żeby jej się ciężko oddychało.

W pracy względny spokój końca roku, mam trochę mniej pracy niż przez ostatnie miesiące, ale ogarnął mnie jakiś okropny marazm, jestem zmęczona, marudna i nic mi się nie chce.

Z pewnymi wyrzutami sumienia kupiłam bilety do Kolonii i Brukseli – dokładnie w jego urodziny, lecimy odwiedzić Adka. Pięć dni, Kolonia, Bonn, Bruksela, nic jeszcze nie zaplanowałam, mamy tylko bilety, trzeba będzie poszukać noclegów, pociągów, miejsc wartych zwiedzenia, wyrzuty sumienia uspokajam 25 rocznicą związku, mniej-więcej. Bo skoro Adek kończy 23 lata, to musieliśmy być ze sobą co najmniej 9 miesięcy przed i jeszcze trochę, i tak na oko, pi razy drzwi, wychodzi właśnie ćwierć wieku.

Wczoraj byłam w aptece i bardzo mnie rozśmieszyły ramki do zdjęć pamiątkowych – były takie z napisem z małych diamencików na 10 lecie, 20 lecie i 40 lecie, i te na 40 lecie były przecenione.

Adek zdał najtrudniejszy egzamin w swoim życiu, nie super, ale wystarczająco, i mówi ‚mama, ale to jest taka dziedzina matmy, że niektórych działów nawet jeszcze w polskiej Wikipedii nie ma!’. Bardzo dumny z siebie, a ja dumna z niego. Po raz kolejny zastanawiam się, w jaki sposób to, że miał w Irlandii tak ciężko, wpłynęło na jego wybory życiowe – bo kiedy poszedł tutaj do szkoły i nie rozumiał ani słowa z tego, co mówi nauczyciel, jedyne co potrafił, to rozwiązać zadania z matmy na tablicy. Bo π r2 to zawsze to samo, po polsku i po angielsku.

Dobrze, że tej Marzanny nie utopiłam

A wiosna przyszła pieszo

Tak wygląda nasza codzienna droga ze szkoły. To znaczy przeważnie tak NIE wygląda, bo jest zimno i piździ wieje, oraz leje, ale oto przyszła wiosna i możemy się cieszyć ptakami dziwakami, łabędziami i kaczkami.

Ta wojna nas tutaj tak nie dotyka. Jesteśmy daleko (albo przynajmniej tak nam się wydaje). Tutaj wszyscy współczują Ukrainie, trochę się martwią losem Ukraińców, ale potworności tej wojny nie orzą duszy, jak w Polsce. Moja szkoła zorganizowała zbiórkę darów, zastępca premiera ogłosił, że przyjmie rodzinę ukraińską do swojego domu, ale wygląda to bardziej na polityczny gest, niż prawdziwe wyrzeczenie. Kiedy rozmawiam z rodziną z Polski (albo czytam blogi) wyczuwam potworny strach przyczajony pod codziennością. Poczucie katastrofy, przerażenie potwornościami, które się tam dzieją jest wręcz namacalne.

A Irlandczycy żyją spokojnie.