Tytuł 47

Już miało być dzisiaj, ale nie. Nie damy rady – nie wiem jak to się stało, ale kiedy zabieralismy wszystkie graty zostało jeszcze krzesło. I lampa. Rzeczy stają się niewidzialne, jak się zadomowią. jak osiądą wreszcie na swoich włościach. I tak krzeslo i lampa załatwily, że nie zmieścimy się do taxi, obdzwonilam wszystkie firmy przeprowadzkowe i albo życzą sobie dziwnych pieniędzy albo nie mają wolnych samochodów na dziś. A zatem jutro. 

A ja się do tego rozkładam dokumentnie, chyba załapałam jakieś świństwo od Mo.

Przeszłam na ciemna stronę mocy i oto mój czarny pokój (wcześniej znany jako ‚pokoj kupa’ tu jeszcze nie skończony):

 

Jestem zachwycona. Jeszcze tylko zapolujemy na starociach na jakiś ładny kominek (bywają po 50 euro). Do tego miedziane lampy i błękitny dywanik. Mamy już brazowo-miedziana sofę. Drewniane biurko. Błękitne krzesło. Albo odwrotnie, widzicie już całość?

Podłogi to mój luksus, ale wcale nie wyszły najdrożej. Najwięcej nas kosztowało usunięcie sufitow z azbestem farba, a potem zrobienie nowych, już bez. Przy tym chcieliśmy trochę wyciszyć te sufity, wsadzić trochę wełny mineralnej i zamontować resilient bars, skoro i tak już je robimy i to pochłonęło jedna czwarta całego budżetu. Potem się okazało, że siadł stary boiler – wiedzieliśmy, że jest do wymiany, ale mieliśmy jeszcze nadzieję na rok-dwa. A to już, i dwa i pół tys. euro. (Ale za to teraz mamy ciepła wodę NA ZADANIE – kto mieszkał w Irl, ten wie, że to nie jest oczywiste. Generalnie woda się tu nagrzewa , jak się grzeją kaloryfery, w lecie można nagrzewać….

 

 

Tytuł 48

A jednak nie zdołaliśmy się przeprowadzić, Morinek na granicy choroby, praca, sprzątanie starego mieszkania – wszystko to sprawiło, że jeszcze ciągle na starych śmieciach. Ciężko się żyje tak na dwa domy, gdzie wszystko już TAM, a my jeszcze TU, wieczne szukanie czegokolwiek, bluzki do pracy, eleganckich butów, dokumentów pewnych, sweterka Mo i tak dalej. 

W sobotę Mi pojechał tam z przedostatnią partią rzeczy – ciuchy, zabawki, naczynia, torby i torebki, sprzęt kuchenny i tak dalej i tak dalej, a ja z Mo po drzemce jeszcze musiałam zahaczyć o sklep z kibelkami (kibelek kupiony!), bo skoro właśnie jest szansa wymiany starego tak przy okazji i nie jest to bardzo drogie, to chcieliśmy mieć swój. Nowy. No wiecie;) A okazją tą jest robienie kafli na podłodze w łazience – decyzja ostatniej chwili, w ogóle tego nie planowaliśmy, ale kiedy podnisłam tydzień temu linoleum pokrywające podłogę, żeby zobaczyć, czy jest może tam cudna stara podłoga, którą by można wycyklinować (znacie mojego bzika!) oczom moim ukazały się żółto-brązowe zacieki na sklejce górnej, położonej na sklejce dolnej. Zdjęcia wam oszczędzę;) Podjęliśmy zatem szybką decyzję po konsultacji z naszym litewskim specem od remontów i od wczoraj MAMY NOWĄ PODŁOGĘ!

Voila!

IMAG1195

Jeszcze nieskończona tutaj, ale widzicie te cudne betonowe marokańskie kafle? 

A z kaflami było tak: trzy dni temu o 7 wieczorem dzwoni na moją komórkę facet, że ma 100 kilo kafli i stoi pod moim domem, tym w którym jeszcze nie mieszkamy. Sklep, w którym je kupowałam nie wysłał mi maila z datą dostarczenia przesyłki;D Ja w domu z Morinkiem, Mich w pracy, Ad w szkole, 100 kg kafli w Ballyfermot. Ani zostawić przed domem, bo cenne, ani przywieźć tutaj, bo jak my to potem przewieziemy z powrotem? Rowerem?

A 100 kilo, bo te kafle takie ciezkie – jeden wazy ponad kilo!

Kafelki na ścianach zostawiamy, pomaluję je tylko farbą (są już takie wynalazki) na biało i granatowo na górze. W dalszych planach jest zrobienie wanny, ale to za rok-dwa.

Podłoga w dużym pokoju też już zrobiona, bo wie wiem, czy wam pisałam, że kiedy podnieśliśmy panele odkryliśmy, że połowa podłogi została zalana cementem i nijak nie da się jej cyklinować. Druga połowa była w tragicznym stanie, ze sklejką i ogromnymi dziurami w deskach zbutwiałych od przeciekających kaloryferów w dalekiej przeszłości, wygládalo to tak:

received_1721132317920975

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Musieliśmy zatem położyć nowe deski na stare z betonem, wybraliśmy takie najtańsze z najtańszych, proste sosnowe drewno, które potem pan wycyklinował i polakierował. I proszę bardzo:

received_1739661789401361

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 A to „kupa pokój” – w przeszłosci i po wycyklinowaniu podłóg (ale przed malowaniem, ale nie zwracajcie uwagi na kolory podkręcone przez pana-od-podłóg):

received_1721496044551269

received_1721496124551261

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podłogi są jak widać moim hoplem. Nie wymieniliśmy okien – mimo, że jednoszybowe (uwierzycie?), nie kupujemy drogich mebli, nie zmieniamy kuchni, ale podłogi to mój luksus, a pamiętajcie, że każdy sobie moze wybrac jeden luksus;)

I mówię wam, jakbym głosiła dobrą nowinę, jakbym nawracała niedowiarków – szlachetne podłogi zmieniają cały dom! Nadają szyku, sznytu, szlachetności i klasy.

Tytuł 49

Ciężko się pisze z Mo na kolanach. Właśnie zasnela, przeziębiona, więc daję jej pospac. Choć tak bardzo już bym chciała pojechać do naszego domu (wciąż jeszcze brzmi to niemożliwie!) bo WŁAŚNIE SIĘ PRZEPROWADZAMY. Jeszcze dziś spimy tu ostatni raz, a jutro już tam. Podłogi zrobione, ściany też, jeszcze tylko male drobiazgi chłopaki nam jutro dokończa (TOALETA! kafelki na podłodze w łazience) i już. Jeśli nie liczyć powolnego odgrzebywania się z pudel i worków.

Tytuł 50

Boze, Los Malos Azbestos jest za nami! Wczoraj skończyli panowie w kosmicznych ubrankach usuwać nasze trzy sufity, trochę żałuję, że mnie nie było przy tej całej operacji, bo mogłabym ich trochę pokontrolować, a jeśli chodzi o azbest to nic mnie nie zatrzyma przed kontrolą. No ale cóż. Wysłałam męża, coby trochę podejrzał jak to robią, ale mężu zrozumiał, że chcę skontrolować ich PO pracy, a nie w trakcie, no proszę, jak mógł coś takiego wykoncypować, co mnie obchodzi po pracy, W TRAKCIE było dla mnie ważne – czy zakładają ubranka, czy robią to na mokro, czy podwieszają folię pod sufitem, na którą caly pył spada – czy olewają jakąś zwariowaną paniusię i jadą równo zrywając sufit na żywca. No ale cóż. Tak się długo zbierał, że oczywiście skończyli zanim do nich dojechał. I teraz to nie wiem. I muszę im zaufać, że to zrobili porządnie (a wzięli za trzy sufity 1500 euro!). No ale wiadomo, że im nie ufam. Ech. Czytam więc obsesyjnie różne artykuły naukowe o tym azbeście, szczęście takie, że to tylko podobno 4% chryzotilu w farbie, podobno nie taki ten biały azbest straszny, jak inne itd itp, ale przyznać muszę, że moja nerwica dostała mnóstwo pożywki do rozwoju. 

A nasze sufity wyglądają tak:

sufit_dp

To jest duży pokój.

Mały: 

sufit_mp

Ta wełna mineralna ma prawie 80 lat! Będziemy wymieniać – chcę jeszcze przy okazji wyciszyć trochę te podłogi, bo one STRASZNIE STUKAJĄ. Taka konstrukcja drewniana, typowa dla wszystkich irlandzkich domów, charakteryzuje się tym, że każde stąpnięcie na górze to głośne tupnięcie słonia, przejście od łóżka do szafy to prawdziwy spacer słoni. Spróbujemy zatem wymienić wełnę mineralną i zamontować jeszcze coś, co się nazywa resillience channel, czyli taki metalowy pręt, który ma rozpraszać fale dźwiękowe. Zobaczymy.

Ale góre mamy skończoną i nie mogę się nią nacieszyć:) Oto pokój Adziarza:

pokoj_adkaMa ten dodatkowy plus, że jest od południa, co wyraźnie widać.

Ale oznacza to, że nasz jest od północy, no cóż, nie ma wyjścia:) I tak będziemy mieli ładnie.

Wejście do naszych dwóch pokoi:

nasze_pokoje

 A wczoraj zrobiliśmy jedną z najpilniejszych rzeczy: powiesiliśmy huśtawkę na naszym drzewie:

husta

Tytuł 51

Praca w nowym domu posuwa się do przodu, co prawda nie naszymi rękami i kosztuje nas to trochę, ale na razie nie mamy żadnej innej możliwości i bardzo się cieszymy, że w ogóle mamy jakąś. W miniony weekend pan od podłóg skończył górę i muszę, po prostu muszę wam pokazać efekty! 

Podloga w naszej sypialni po zdjęciu wykładziny:

I u Adziarza:
podl_mal1

W trakcie naprawy:
pod_m_a1

(czy widzicie cudny modernistyczny kominek? trzeba by trochę odnowić, ale …)

I po naprawie, cyklinowaniu i lakierowaniu:

A to pokój Adka:

I tak pierwsza duża robota za nami, a raczej za panami z Rumunii i bardzo miłym fachowcem panem Alexem, który przy okazji ZABRONIŁ nam wymieniać wewnętrznych drzwi i listew przypodłogowych, które okazały się świetnie zachowanymi prawie antykami – bo mają prawie 80 lat.

 

Tytuł 52

Tutaj łazienka:

Niestety, wygląda ładniej na zdjęciach niż w rzeczywistości – to co widac na podlodze, to linoleum, nie kafelki, ale nie jest źle. Łazienka musi na razie zostać jaka jest.

A oto pokój kupa:

Pomalowany najobrzydliwszym chyba odcieniem beżu po tapetach z wypukłym wzorem, pod którymi – rzecz oczywista w Irlandii – grzyb! Na tej ścianie pod oknem. Nic dziwnego – nie ogrzewana ściana od północy w niepodpiwniczonym domu. Ale już wymyślilśmy, że przesuniemy kaloryfer pod okno, uprzednio traktując ścianę farbą antygrzybiczną.

Sypialnia nasza:

I sypialnia Adziarza:

Pod tymi wykładzinami są stare deski podłogowe, które właśnie będzie mi pan w środę cyklinował i lakierował.

A oto najpiękniejsza częśc domu:

Malusi ogródek. To jest jakieś 70 m2 czyli naprawdę maleństwo, ale nawet nie wiecie, jak pięknie sobie go zrobię!

Tytuł 53

Chyba się muszę przyłączyć do powszechnego poczucia gonienia zaiwaniającego czasu. A zatem zaiwania. Tak, że zanim sobie w głowie ułożę notkę, następuje zmiana dekoracji i notka mi pasuje jak sukienka z czasów ciąży. Czyli wiadomo. 

Dom kupiliśmy. Ten właśnie, wobec którego mieliśmy poczucie, że ‚to może ten’. Ani wypasiony, ani zrujnowany, coś po środku, skromny, ale porządny, wymagający jakiś napraw i udogodnień, ale taki, w którym można zamieszkać od zaraz. Bardzo nam się spodobało, że jest tzw. ‚end of tarrace’, czyli moja chata skraja, na brzegu ciągu podobnych domków, co oznacza, że ma boczne wejście do ogrodu, czyli nie musimy wprowadzać rowerów do ogrodu przez środek domu. Walka była zażarta, bo zapłaciliśmy 20% powyżej ceny wywoławczej, właściwie maximum tego, czym dysponowaliśmy i jeszcze dorzuciliśmy całe 2 tysiące z roboty, która nam się akurat trafiła na wakacje. Ale widzieliśmy dużo innych domów i wszystkie szły podobnie do góry, a jeśli nie szły, to z konkretnego powodu – były na przykład przy ruchliwej ulicy, albo z wiecznym cieniem w ogrodnie, bo sąsiedzi wystawili sobie dobudówkę zasłaniającą całe słońce itd. Nasz dom miał dużo cech, które właśnie szukaliśmy – cicha uliczka, zaciszny ogród, dwa pokoje na dole (nie jedna jadalnio-bawialnio-kuchnia), dobudówka ale z tzw. jasnym aspektem, to znaczy, że zostawiono jedno choć okno w living roomie (a nie jest to wcale tak oczywiste – widziałam domy ciemne pieczary, gdzie z korytarza się wchodziło do pomieszczenia bez okien, doświetlonego jedynie światłem z dobudowanej kuchni). Dom był częścią wielkiego planu budownictwa społecznego z lat 50tych i 60tych w Irlandii. Jest malutki (71m2) i jak wszystkie domy tutaj nie podpiwniczony, co trochę mnie niepokoi w kontekście wyrzucenia w kosmos wykładziny z dołu i wycyklinowania starych, oryginalnych desek sosnowych, z których zrobione są podłogi w tych domkach. Kocham stare drewniane podłogi, tylko obawiam się, że nie bez kozery prawie zawsze są one przykryte wykładziną.

A zatem witajcie w moich progach: 

Pozwólcie, że was oprowadzę.

Właściciele (wynajmujący?) mieli iście diabelski gust i cały dom jest w odcieniach piekielnej czerwieni. 

Zapraszam do living roomu:

Sofa swoim hiszpańskim temperamentem pasuje do korytarza, tak samo, jak bycze skórzane krzesła i fotel. 

Inne ujęcie tego samego pokoju, w lewym rogu ‚cudny’ kominek z (oczywiście) gazowym paleniskiem, na prawo wejście do kuchni i wspomniany ‚jasny aspekt’, czyli oszczędzone jedno okno:

A oto i kuchnia:

Znane i lubiane drzwiczki szafek ze sklejki udającej drewno i blaty z laminatu, to jest jakiś irlandzai fantazja, bo mam takie same w mieszkaniu, które wynajmuję obecnie.

CDN.

Tytuł 54

Wróciliśmy z wakacji. Tydzień z całą rodziną nad cudownym polskim morzem, które ciepłe jak zupa i łagodne jak baranek. Kocham morze w każdej postaci, to irlandzkie jest takie ostre, groźne, zimne, śmierdzące rybą i solą, to polskie to przy nim łagodność i balsam.

(Wpis ten robię na raty, zaczęłam pisać dwa tygodnie temu i nie przebrnęłam przez pierwszy akapic).

A zatem wróciliśmy z wakacji, to było już tak dawno, że prawie zapomniałam, tylko gdzieś w ciele czai się jeszcze ten rozgrzany odpoczynek i leniwość, jak przetwory na zimę tak potrzebne potem w codziennej gonitwie.

Morinka skończyła DWA LATKA, gada jak najęta, konstruuje zdania wielokrotnie złożone aż mój ojciec pyta się, kiedy były te trzecie urodzinki. Pierwszym jej językiem jest niewątpliwie polski, ładnie odmienia już wiele końcówek, te wszystkie ‚mamą’ i ‚mamę’, wypowiada zdanie i na końcu dodaje, po chwili ciszy, ‚Nawet.’ Albo ‚Chyba.’ 

A teraz już wrzesień. Zaczynamy nowy rok akademicki od poniedziałku.

A o domu w następnym odcinku.

Tytuł 55

Ach, lekceważę bloga, opowieść skończyła się dziesiątego lipca, a tu prawie już jego koniec!

A zatem, pewnego dnia, kiedy postanowiliśmy rozszerzyć trochę nasze poszukiwania i szukać również na obszarach, na które wcześniej kręciliśmy nosem (jeszcze kawałek dalej od miasta, poza taką naszą umowną granicę na jednej ulicy) pojawiliśmy się na pewnej ulicy, aby obejrzeć pewien dom. Dość tani, dość mały, ale z dużym zachodnim ogrodem czyli w tak zwanym aspekcie wschód-zachód: jedna sypialnia na wschód, druga na zachód, kuchnia na zachód, pokój dzienny na wschód. Dla niektórych to najlepszy aspekt pod słońcem, zapewniający mnóstwo bezpośredniego światła przez cały dzień i to właśnie nas skusiło, żeby go obejrzeć. Niestety, spóźniliśmy się nieco na oglądanie i agentka już sobie poszła. Postaliśmy sobie chwilkę na ulicy, z domu na przeciwko obczajała nas brygada młodych Irlandzkich dresów, z domu obok, z porzuconym, zardzewiałym rowerkiem i starą kuchenką na trawniku, wyglądały na nas ciekawskie oczy dzieci. Większość dresów weszła do środka, na podwórku zostało tylko dwóch dość głośno rozmawiających ziomeczków koło trzydziestki, kolesie jak wyjęci z filmów gangsterskich, łącznie z sygnetami, łańcuchami, białymi adidasami i odpowiednim akcentem. Dom też był interesujący, złocone końcówki sztachet pobłyskiwały w słońcu, fantazyjne ornamenty w oknach puszczały wesołe zajączki, a oślepiającą białość ściany frontowej podkreślał wybetonowany ogródek. Z furą na podjeździe, oczywiście. Zaradność finansowa sąsiadów rzucała się w oczy, można by powiedzieć, i nie bardzo czuliśmy się tam na miejscu, z naszymi ideami, rowerami i pewną życiową głupotą. ‚To nie jest dom dla nas’ stwierdziłam głośno, ale postanowiliśmy jeszcze trochę pojeździć po okolicy. Agentka powiedziała nam o dwóch nowych domach, które zostaną wystawione na sprzedaż na dniach i chcieliśmy je obejrzeć, choćby z zewnątrz.  

W miarę, jak oddalaliśmy się od B. Parade*, robiło się coraz przyjemniej, a kiedy z powrotem przekroczyliśmy tę naszą umowną granicę poczuliśmy się już zupełnie dobrze. Niby podobne uliczki, parę minut na rowerze dalej, a atmosfera zupełnie inna, choć nawet trudno byłoby opisać, co składało się na tę różnicę. Jakieś bardzo nieuchwytne uczucie, że teraz już można głębiej oddychać, jakieś detale, drobiazgi zapewne podprogowo rejestrowane szczegóły zapewniły mnie, że tutaj jest bezpiecznie, że to dobre miejsce. Nowy dom również robił przyjemne wrażenie, z trawnikiem i krzakami róż, bez nadmiernego betonu, nic specjalnego, ale w połączeniu z okolicą wszystko to sprawiło, że oboje stwierdziliśmy jednogłoście, że ‚fajny jest’, jeszcze nawet przed zobaczeniem go w środku. Blisko parku (450m), na cichej uliczce, z dzieciakami na hulajnogach, z bocznym wejściem (rowery! będzie gdzie trzymać rowery!) i przystankiem minutę od domu z autobusem prosto do Adka uniwerku.

* jak się później okazało, mieliśmy dobre przeczucia – nie dalej niż w zeszłym tygodniu na tej ulicy skonfiskowano narkotyki za 4 mln euor: https://www.irishtimes.com/news/crime-and-law/three-men-arrested-after-drugs-worth-4m-seized-in-dublin-1.3158745

Tytuł 56

Widzieliśmy też puste domy, jak ten, w którym w dobudowanej kuchni podłoga się uginała pod stopami jak mech; inny, w którym odpadało wszystko, łącznie z pierwszym stopniem schodów i który nawet byśmy brali pod uwagę (OGRÓD! Piękny, duży, narożny, południowo-zachodni! lokalizacja! do pracy 10 minut na rowerze!), gdyby nie małe okna z przodu, a takie małe okna to taki właśnie szczegół, którego w Irlandii się nie zmieni, bo do tego potrzebna zgoda Urzędu Miasta na przebudowę, która przy starych domach jest prawie niemożliwa do uzyskania, czyli byłoby ciemno ciemno ciemno. I jeszcze jeden, w którym do wymiany było praktycznie wszystko, łącznie z całą kuchnią-samoróbką, gdzie człowiek czuł się jak w altance działkowej. Lecz jeśli myślicie, że przerażał nas stan rozkładu, to jeszcze mnie nie znacie, wbrew pozorom żaden z tych domów nie dobił mnie tak bardzo jak to pierwsze mieszkanie z lokatorami, mam wystarczająco bogatą wyobraźnię i wystarczająco głęboką naiwność, żeby się porywać z motyką na słońce. Ale trzeba mieć na tę motykę, a domy te już w momencie jak do nich wchodziliśmy kosztowały wszystko, co dotychczas uzbieraliśmy. Czyli mieszkalibyśmy w altance, dopóki nie naskładalibyśmy sobie na pożądny remont, ale przecież nawet to jeszcze by nas nie odstraszyło (przecież mówiłam, że jestem pierwsza do motyki!), gdyby nie Mo. Z małym dzieckiem to nawet ja sobie zdaję sprawę, że było by nam bardzo bardzo bardzo ciężko. Tym bardziej, że Mo jest uczulona na roztocza. Tym bardziej, że Adek ma skłonności do astmy. 

Widzieliśmy też ładne domy, w gorszej dzielnicy, więc byłoby nas stać, ale w lepszej jej części, więc moglibyśmy mieszkać. Z pięknymi meblami i kuchnią na wysoki połysk, gustownymi sofami i eksluzywnymi kaflami w łazience. Z północymi ogrodami, porostami na drewnianej balustradzie od strony ogrodu i okrytymi mchem (no, prawie;) zabawkami dziecięcymi na tarasie przy domu od tej północnej ściany, która w Irlandzkim klimacie byłaby wiecznie narażona na wilgość. Więc oglądaliśmy je tak naprawdę, żeby się przekonać. O tym mchu i ślimakach w północnych ogrodach.