Pierwsze zdjęcie sprzed paru tygodni, drugie z dzisiaj. Mój bez karlowaty, który będzie tutaj właśnie stał, ale muszę go jeszcze tylko porządnie zasadzić, obok niego lawendy i takie dziwne helichrysum czyli po polsku kocanki. I Mo.
Mo wychodzi codziennie rano do ogrodu zobaczyć, czy roślinki rosną. Podchodzi do każdej i z poważną miną ogląda. Podlewa. Zrywa kwiatuszki i mi przynosi.
Czekam na lato. Czekam na koniec roboty. Czekam na obiady na dworze. Czekam na wąchanie obłędnych bzów i jaśminu. Czekam na słońce.
Aktualnie siedzę nad takimi na 3000 tys słów, czyli 11 stron. Mam swój własny osobisty limit czterech dziennie, więcej nie daję rady sprawdzać, choćbym siedziała pół nocy. Umysł mi się wyłącza mniej więcej po trzydziestu stronach, czyli po trzech esejach, a tu trzeba jeszcze uzasadnienie oceny napisać, rady dla studentów, wypełnić poszczególne rubryczki kompleksowej oceny. Jeden esej zabiera mi tak gdzieś półtorej godziny, no więc zgadza się – razem to sześć godzin pracy, czyli osiem z przerwą na oddech;) Po tych sześciu godzinach głowa się robi kwadratowa, i – tak, jak naprawdę nigdy, bo mnie nigdy nigdy głowa nie boli – zaczyna boleć. Trochę, taka jedna pewnoby powiedziała ‚tak wyobrażam sobie niebo’, ale dla mnie to już katastrofa. Bo mnie nigdy głowa nie boli;)
Poza tym zimno. W dzień 10-12 stopni, 14 jak dobrze przygrzeje, czyli zimnica. Nakupowałam kwiaciorów, zamierzam sadzić, ale nie mam czasu. Ogarniam ogród tak trochę z doskoku, parę rzeczy wsadziłam do ziemi, ale naprawdę większość czeka.
Kupiłam sobie piękny bez karłowaty, który mi będzie rósł w doniczce pod oknem, kupiłam też różową hortensję. Ma wyglądać tak:
I taką pnącą się, do cienia, pod mur:
Kupiłam paprocie, czaję się na ślubojawki (hehe).
Dereń z lidla chyba jednak wyzionął był ducha, a już widziałam oczami wyobraźni rozgrzewającą czerwień w środku zimy. Umarł samotnie na półce w dyskoncie i nie byłam wstanie go wskrzesić na trzeci dzień.
Ale za to rośliny z Aldika, sprzedawane pod jakże wdzięcznym określeniem ‚pnącza’, po 1.50 e sztuka, prawdziwa okazja!, mają się dobrze. Uratowałam je od śmierci z pragnienia, przyniosłam do domu doniczki z ziemą suchą jak wiór, wyglądało, że już nic z nich nie będzie. Wzięłam z osiem i chyba wszystkie przetrwają. Tylko dalej nie wiem, co to za roślinki – polowałam na jaśmin, a mam chyba wiciokrzew, czyli po tutejszemu honeysuckle:
Na pewno też mam Virginia Creeper, czyli bardzo agresywne pnącze przecudnej urody:
Posadziłam je w najciemniejszym kącie, skąd nie da rady uciec, ale mam nadzieję, że przeżyje. Do towarzystwa dodałam mu jakiegoś powojnika, choć mam wrażenie, że raczej go zadusi, niż się zaprzyjaźnią.
Mam jeszcze na pewno passiflorę:
Dość łatwo poznać po liściach.
Są jeszcze ze trzy powojniki i jeszcze sama nie wiem co.
Przekonam się, jak wyrośnie, bo oczyma wyobraźni widzę już cały mur zarośnięty gąszczem przecudnych kwiatuszków, a to na razie takie ledwo odrostki od ziemi.
Wrzucę zdjęcia maluchów, dla potomności.
Kłuje mnie w oczy to zdjęcie, czas coś napisać. A propos – pomalowalibyście ten mur z pustaków? Szukam na niego pomysłów, kupiłam parę pnączy w Aldiku (po 1.50 e, tylko, że nie wiadomo, co to za pnącze;), posadzę i puszczę na ścianę, ale może też pomalować? Myślałam o pobieleniu wapnem, żeby mi farba za rok nie zaczęła odchodzić, tylko się delikatnie zmywała, ale okazuje się, że z wapnem do bielenia to trudna sprawa tutaj. Plastikowe farby – no problemo, ale wapno – nie do dostania. Z wyjątkiem farby za 67e (5 litrów).
Znacie ten wygląd pobielonych cegieł? Pustaki też podobno wyglądają ok.
Wypadałoby też zaznaczyć KONIEC ROKU AKADEMICKIEGO. To znaczy koniec zajęć ze studentami, bo jeszcze oczywiście 100 esejów do sprawdzenia. Acha – i dwa wykłady online. Ale to wiadomo – spokojnie.
Przeżyłam. Przeżyliśmy. Nasze dzieci przeżyły. Czyli sukces.
Napięcie ostatnich tygodni było niemożliwe, do tego stopnia, że na ostatnim wykładzie zrobiło mi się słabo. Już myślałam, jestem w ciąży.
Albo rozkłada mnie grypa. A tu nic z tego – to po prostu potworne zmęczenie i pełna mobilizacja na finiszu.
Ale KONIEC. Na ten rok. Sama jeszcze nie mogę uwierzyć.
Wiosna wyzwala we mnie jakieś takie prymitywne chłopskie marzenie o grzebaniu w ziemi. Gdzieś tak na początku marca co roku z lubością wdycham zapach nawozu (który potwierdza to, co i tak wiem – Dublin to duża wioska). Kupuję rękawice ogrodowe, krowi nawóz, kompost (nasz jeszcze dojrzewa), taczki, napowietrzacze do trawnika. Kosiarkę. Doniczki, nasionka, krzaki róż. Już. Już teraz od zaraz, już w tym momencie tak bardzo bardzo chciałabym mieć mnóstwo kwiatów i liści i zielonego gąszczu. Zachwycam się każdym pączkiem i każdym listkiem. Wdycham wilgotne powietrze. Słucham śpiewu ptaków. Słońce zaczyna ogrzewać mój północny trawnik, jeszcze trochę, jeszcze tydzień-dwa i będzie zaglądać mi do okna.
Przepraszam, że nie odpowiadam na komentarze, ale jestem, czytam i się cieszę z nich:) Czasem mam tylko chwilutkę, jak mówi Mo, malutką chwileńkę na bloga i mogłabym odpowiadać, ale wolę napisać. Dobrze mi to robi na głowę.
Na weekend świętowałam moje urodziny, mieliśmy małe przyjęcie w nowym domu i było fantastycznie. Tylko raz w zeszłym roku przepuściłam tą okazję (słyszę Mi, jak mnie poprawia w głowię ‚tę, TĘ’), kiedy nas nowy dom przycisnął i przydręczył. Ale już w tym roku się nie dałam, ocieplony, uładzony, z nowymi oknami gościł moich gości.
A do tego – bijcie w bębny i fanfary! – Mi dostał się na studia! Kolejne;)
Obracaliśmy to w głowie już od dłuższego czasu, w tę i z powrotem, bo studia dwuletnie i drogie, ale dające uprawnienia i do tego w naszej dziedzinie. Z doktoratu zrezygnował i będzie szkolił się na pracownika socjalnego (social worker). Zdecydowaliśmy się, bo tutaj to zawód poważany i dobrze płatny, jest się pracownikiem państwowym, co daje prawo do bardzo dobrej emerytury państwowej w przyszłości, nie ma się problemów z pracą. On się do tego w dodatku nadaje, ja bym płakała przy każdym zaniedbanym i opuszczonym dziecku, roniłabym łzy przy każdej straconej szansie i przejmującej biedzie. Bo ludzie ci zajmują się wspieraniem biednych rodzin, ale też odbieraniem im skrzywdzonych dzieci.
Przyjmują tylko 25 osób na rok na magisterkę na tym (najlepszym, oczywiście;) uniwerku, więc konkurencja była dość duża, trzeba było mieć mnóstwo doświadczenia i odpowiednie bazowe wykształcenie, znać się na polityce społecznej i jeszcze pasować charakterem.
Teraz musimy tylko skądś wykombinować 8 i pół tys. euro;)
Bardzo, bardzo się cieszę, bo to krok w dobrym kierunku, ale przygotowuję się psychicznie na dwa lata wyrzeczeń i zaciskania pasa. Damy radę. Jak zwykle:)
Po prawej stronie wyżej jest okno do dużego pokoju, po lewej, pod tą kratką będzie stała donica z paprociami i bluszczami. Za tą ścianką stoją kosze i z boku jest boczne wejście do ogrodu.
Widzicie tutaj bez w dużej donicy? I kamelię? I więcej paproci?
Ech. Będzie cudnie:D
Te krzesełka to tymczasowo tutaj, ale wyglądają całkiem całkiem.
Może dlatego właśnie mam takiego hopla, że ogródek mam naprawdę malutki i łatwiej to zagospodarować. Nie muszę pielić hektarów grządek i kosić trawy po horyzont.
Ale trawnik muszę zrewitalizować. Z przodu domu, gdzie jest cień, a w związku z tym dość grząsko, pół trawnika zajął mi jaskier, czyli creeping buttercup. Lubi zwilgoć i kwaśne gleby, więc już mam plan wysypania wapna na jesień. W zeszłym roku robiłam test na ph gleby i kiedy stałam z mądrą miną sąsiad z prawej się ze mnie uśmiał, że nigdy nie widział, by ktoś tak naukowo podchodził do ogródka:D Teraz zadowolę się tylko nawozem i kompostem, wyplewieniem jaskra i dosianiem trawy. Nie chcę stosować żadnych chemicznych środków kontroli roślin, zobaczymy, czy naturalne sposoby wystarczą.
O proszę, umiem wstawiać zdjęcia. Trochę z tym uczeniem się nowych rzeczy zachodu (czy to starość czy ki diabeł?).
To jest oryginalny kominek z lat 40tych naszego wieku, taki mały, do małych domków socjalnych budowanych w tamtych latach w ramach wielkiego projektu budownictwa społecznego. Wybudowano tysiące takich domków, miały one około 65m2, czyli malutkie. Na dole mały pokój i kuchnia z pokojem bawialnym, na górze łazienka i dwie sypialnie. Były trzy czy cztery typy takich domków, różniły się małymi szczegółami – narożny, jak nasz, środkowy i taki trochę większy, trzy bądź czterosypialniowy. W takich domach często mieszkały rodziny z dziesięciorgiem dzieci, nie żartuję;) – na przeciwko nas, na przykład, było w latach 60tych czternaścioro dzieci.
Domy ogrzewane były kominkami, dwa są na dole i były jeszcze dwa w sypialniach na górze. U nas nie uchowały się niestety oryginalne, takie, jak ten przywieziony z Waterford powyżej – w małym pokoju przewód kominowy był zakryty płytą gipsową, w dużym pokoju mamy na bogato – marmurowy kominek z lat 80tych, na moje oko. Taki szaro-zielony. Bardzo nie lubię, choć tutaj wygląda dobrze z moimi dziećmi (pierszy i ostatni raz rozpaliłam, bo dostałam korby z zatruciem czadem i nie mogłam całą noc spać;) Muszę zawołać kominiarza.
Pan od oceny energetycznej, kiedy robił nam raport strat ciepła potrzebny do dopłat do modernizacji termoenergetycznej, był zdziwiony, że dostaliśmy taką niską kategorię (D1, jakby komuś coś mówiło), pomimo ocieplenia zewnętrznego i wymiany okien na – uwaga – trójszybowe;D. Obwiniał za to głównie właśnie dwa otwarte kominki i zalecił zamurowanie ich, albo zamianę na kozy. Dziwni są w tej Irlandii – zalecają zamurowanie kominków, ale wiercą ogromne otwory wentylacyjne w ścianie zewnętrznej O_O
Na moje oko mamy największe straty ciepła przez nieocieplony dach kuchni – naprawdę zeszłej zimy bywało tam wręcz mroźno. Teraz mamy choć dwie ściany ocieplone (do jednej nie można się dostać, bo przylega do przybudówki sąsiada) i jest dużo, dużo lepiej: kiedy w nocy jest koło zera, spada do około 16 stopni. Żałuję, że w zeszłym roku nie miałam termometru, bardzo jestem ciekawa tych arktycznych zeszłorocznych warunków. Mamy w planach ocieplenie dachu, ale chyba za rok-dwa, bo to koszt koło dwóch tysięcy.
Ciepło również ucieka przez otwory wentylacyjne, bo nie zamontowaliśmy jeszcze moich super wentylatorów z trzonem ceramicznym minimalizujących straty energii. W dziury są na razie zatknięce cieńkie wkładki, przez które hula wiatr, bo nie mogę znaleźć w Irlandii śmiałka, który by się podjął instalacji tego niesamowitego sytemu, hehe;D i nie zarządał 1000 e za to.
i pogoda się zmieniła z prawie-lata na prawie-zimę.
Ale magnolia już zaczyna kwitnąć, chyba nie ma już powrotu do zimy.
Ręce mnie świerzbią, żeby nasadzić kwiaciorów i roślinek. Paproci pod zacienionym murem. Host (nie znam nazwy polskiej – słownik podpowiada mi ‚ślubojawkę’- ??? albo funkię). Mam parę takich ciemnych zakątków, chcę wstawić donice z paprociami.
Ogód mam całkiem zaniedbany. Jeszcze bałagan po zimie, którego nie miałam czasu sprzątnąć. Ale już snuję plany o meblach ogrodowych, zrobieniu wreszcie grządek na warzywka, wysypaniu kamyczkami ścieżek i zakątków. O odnowie trawnika.
Przygotowałam sobie tylko zakątek na kawkę (jak tu się wstawia te cholerne zdjęcia?), na razie wśród kamyczków przywiezionych z morza i dwóch bluszczy. Zamierzam dostawić tam jeszcze miniaturowy bez, bo kocham bzy a to jest jedyne zaciszne słoneczne miejsce. Tuż pod moim oknem w dużym pokoju.
pożegnać się z bloxem. Nie musieć czekać pół godziny, aż im się strona załaduje.
To pokażę wam, z rozpędu, nasz nowy kominek, który przywiozła nam Kasia, pani na włościach Waterford.
(O rety, jak się dodaje zdjęcia???)
Mam ‚reading week’ czyli tygodniową chwilę oddechu. Wczoraj byliśmy nad morzem, było dość chłodno, ale w miarę słonecznie. Nic nie pobije smaku frytek i lodów na plaży. Jak już wiecie, kąpaliśmy się, dość spontanicznie, bo nie robiliśmy tego chyba od roku. Ale człowiek tak łatwo nie traci sprawności morsa;) Poważnie zaczynam przemyśliwać przeniesienie się nad morze, w dalszej, być może emerytalnej, przyszłości. Kiedy Mo zacznie studia, a my spłacimy dom i będziemy mogli go zamienić na malutki domek nad morzem. Na jakimś bardziej zadupiu.
Jak zwykle mamy bogate plany na najbliższą przyszłość. Mi musi zrobić prawo jazdy, jak najszybciej, czyli tak do dwóch lat. Potem ja. Są jeszcze inne plany, ale o tym na razie cisza, coby nie zapeszać, dam wam znać, jak będzie to już bardziej pewne.
Z domu jesteśmy coraz bardziej zadowoleni, ocieplenie to cudowna sprawa. Nie śmierdzi u nas wilgocią i nie robi się grzyb na ścianach, żyjemy prawie jak w Polsce;D
Choć moje cuda techniki, Germańskie wentylatory jeszcze nie zainstalowane, bo okazało się, że trudno znaleźć tutaj elektryka, który by się tego podjął. Choć schemat nie wygląda na skomplikowany, jeszcze parę miesięcy, a sama sobie je zainstaluję. Trochę nie mam teraz do tego głowy i czasu, zamierzam przycisnąć, jak tylko skończymy semestr. Nie mamy również jeszcze parapetów (od pół roku) i parę innych drobnych napraw i udogodnień czeka w kolejce. Powoli.