Dni upływają

na różnych pracach domowych i naprawdę nie sądzę, że ktokolwiek byłby nimi zainteresowany;D Ale jakby co, dla jakiegoś gościa, co naprawdę nie ma co z czasem robić, a najpewniej dla siebie samej, pilnie odnotowuję, że:

  • Prawie skończyliśmy ogrodzenie z wikliny. Jest cudna! I pachnie obłędnie. Szkoda, że ma tak marną trwałość (dwa do trzech lat), bo strasznie, strasznie mi się podoba. Prawie skończyliśmy, bo przysłali ostatnią część, która jest dużo gorszej jakości i oczywiście chcemy wymienić. Stary płot trzymał się na słowo honoru, jak wskazuje poniższy obrazek:
Stary plot
Nowy płot, niestety kwiatki musiały sobie pójść
Z królewną ogrodu, od strony kuchni
  • Przyszedł elektryk i nam W KOŃCU zainstalował nasze cudne, drogie jak cholera luksusowe (każdy wybiera swoje luksusy, prawda?), oddające ciepło wentylatory. Dla zainteresowanych https://www.youtube.com/watch?v=sbsO8FbHUwU . Zakłada się je parami, jeden w jednym, a drugi w drugim pomieszczeniu, one się ze sobą komunikują i naprzemiennie wdmuchują i wydmuchują powietrze (kręcą się raz w jedną, raz w drugą stronę, zmieniają kierunek równocześnie). Kosztowały okropnie dużo, ale nareszcie będę miała I ŚWIEŻE POWIETRZE I CIEPŁO w moim małym pokoju do pracy (9m2?). Kiedy siedziałam tam w zimie długie godziny robiło się przeokropnie duszno (muszę mieć drzwi zamknięte, bo wiadomo – dziecko włazi), otwierałam okno i robiło się przeokropnie zimno. Na razie działają fantastycznie, ale trudno mi sprawdzić, czy rzeczywiście poprawiają jakość powietrza, bo jest lato i drzwi na ogród są bez przerwy otwarte. Ale fachowcem jestem jak na razie zachwycona, Irlandczyk, elektryk, nie znał tego sprzętu, ale wykumał o co chodzi, mimo bardzo ubogich instrukcji instalacji, do tego wykombinował, żeby kabel nie szedł po suficie, albo po ścianie (chowanie w betonie bardzo by podrożyło koszty), tylko przeciągnął go wewnątrz pionu i środek schodów i większość kabli jest schowana. A kabli jest dużo, bo wentylatory muszą być połączone ze sobą (a są w dwóch różnych pokojach), ze źródłem prądu i z pstryczkiem-elektryczkiem. Pan przyszedł, ocenił robotę, odpowiadał na maile i smsy, bez problemu umówił się na konkretny dzień za tydzień i przyszedł PUNKTUALNIE na godzinę, na którą był umówiony. Siedział godzin pięć , wiercił, składał, instalował, ale najwięcej to chodził i myślał, założył nam jeszcze dwie lampki w pokoju (ma jeszcze dokończyć jedną lampkę, bo okazała się bublem) i światełko w kuchni. Zalepił dziury w ścianie i posprzątał po sobie. Prawie, że mu się oświadczyłam;) A muszę tu nadmienić, że wcześniej trzech elektryków odmówiło tej roboty – pierwszy zbyt zajęty, drugi przestał odbierać telefony, a trzeciemu się jakoby dziecko urodziło;D
  • Kwitnie mi passionfruit, kupiony w aldiku po przecenie za 1.5 euro. I powojnik.

Z prac domowych zostało mi jeszcze pomalowanie drzwi wejściowych, podłogi w kuchni (kafle w obrzydliwe pomarańczowo-kremowe maziaje chcę zmienić w kremowe kafle z delikatnym, a może nawet mniej delikatnym niebieskim wzorem, o proszę: https://www.cuttingedgestencils.com/blog/everything-you-need-to-know-to-paint-a-floor-with-a-tile-stencil.html ) i płotu. Płot chcę tylko powapniować. Jeszcze tylko obrazki w ramkach, może lampka na kominek, może przegląd komina przez fachowca i tyle. Koniec na ten rok.

A poza tym im bardziej jestem normalna, tym mniejszą mam potrzebę pisania. A może nie odkryłam jeszcze swojego nowego głosu. Who knows..

Byczę się trochę i lenię. Odpoczywam. Wróciliśmy do tej zimnej i deszczowej Irlandii i od razu tutaj zrobiło się cieplej, nie żeby od razu szaleństwo i upały, ale tak ponad 20 stopni to bywa. Tak, że nawet się kąpaliśmy dwa razy. Och, uwielbiam to zimne morze!

Oprócz tego dni spędzamy na różnych drobnych naprawach i domowych projektach. Usunęłam rdzę z kominka – wsadziłam cały kominek do baseniku Mo i zalałam octem, szkoda, że basenik był trochę za mały i większość kominka wystawała. Postał dzień w takiej kapieli, poszorowałam go trochę druciakami, potem wymyłam proszkiem do pieczenia (nie miałam sody oczyszczonej, ale kto by się tam przejmował), żeby zneutralizować ocet, potem przetarłam terpentyna czy innym śmierdzacym cholerstwem, by na koniec wypolerowac pasta. Postanowilam go nie malować – ma wygladać na stary kominek, którym przecież jest.

Kominek, jeszcze nie przytwierdzony do sciany

Jutro zakładamy ogrodzenie z wikliny, bo po jedej stronie mamy strasznie stary i rozpadajacy się płot, który był wcześniej przysłonięty plastikowym żywopłotem i przerośnięta tuja.

A jednak znowu

była to angina. Dopiero po kolejnych dziesięciu dniach antybiotyku poczułam się lepiej, na tyle, by cieszyć się wyjazdem do Polski. Bardzo spadła mi odporność po tym potwornie pracowitym roku akademickim, nawet nie stresującym, nawet nie ciężkim psychicznie, tylko okropnie, strasznie pracowitym, bez chwili wytchnienia. Mam nauczkę, że to, że dam radę, nie koniecznie oznacza, że powinnam. Troszkę więcej zarobiliśmy, ale też mieliśmy dodatkowe koszty biletów i lekarzy.

Poleciałam zatem do Pl chora, z gorączką na antybiotyku, prosto na imprezę rodzinną. Która, o dziwo, się udała i w sumie dobrze się bawiłam, na tabletach, bez odrobiny alkoholu. Tańczyłam. Impreza była pod tytułem spotkanie rodzinne, w świetlicy wiejskiej, w malutkiej wiosce na południu Polski, gdzie w ’45 osiedlili się moi dziadkowie po przyjeździe ze Lwowa. A właściwie z Tarnowa, bo ze Lwowa to wcześniej musieli uciekać. A właściwie to z Kościejowa, bo nie mieszkali we Lwowie. Dziadkowie byli nauczycielami i została im przydzielona malutka wiejska szkoła, z mieszkaniem tuż nad nią. W szkole zaraz po wojnie uczyło się 170 dzieci – niewiarygodne, jak się popatrzy na liczbę dzieci obecnie. Moja babcia uczyła klasy 1-3 (chyba łączone) i wszystkich przedmiotów ścisłych, dziadek biologii, przyrody, muzyki. Babcia była surowa, ale sprawiedliwa, dziadek w życiu i w szkole kierował się fantazją i swobodą. ‚Renia, to mogę wziąć dziś dzieciaki do lasu na wycieczkę?’ „Władziu, to nie można tak, byłeś wczoraj’. Za jakiś czas babcia zagląda do klasy, a tam już dziadka i dzieci nie ma. Powiedział im, że jeśli chcą mieć lekcję przyrody na łące, to muszą wychodzić cichutko, na paluszkach, żeby się babcia nie zorientowała. A na łące dzieciaki moczyły nogi w strumyku, słonko przygrzało i dziadek zasnął;)

Czułam się tam jak u siebie, pomimo, że nigdy w tej wsi nie mieszkałam. Ale mówiły do mnie te dróżki, pagórki, laski, łąki, pola, były znajome do bólu. Mo biegała z kuzynami, tańczyła do dwunastej, oglądała jaszczurki, motyle i kwiatki.

Byliśmy otoczeni bliższą i dalszą rodziną, ludźmi, którzy są częścią mojego krajobrazu wewnętrznego, choć z wieloma nie rozmawiałam od stu lat. Byłam otoczona moim rodzeństwem i ich progeniuturą, moimi rodzicami i ich rodzeństwem. Ludźmi, z którymi często rozmawiam i na bieżąco wiemy co u nas, co jednak nie wystarcza. Jakby umysł był w kontakcie, ale ciało potrzebowało fizycznej bliskości, żeby poczuć się bezpiecznie.

W jakiś dziwny sposób odpoczęłam. I w końcu wyzdrowiałam.

Leżę

dalej. Choć wczoraj musiałam podejść do biura paszportowego, bo przecież potrzebujemy nowego paszportu. Lało, wiało i było przeraźliwie zimno, a w poczekalni włączyli klimę i zmarzłam na kość.

Ale jeszcze wczoraj czułam się dobrze, na tyle, że zaczęłam nawet po południu porządkowanie papierów pracowych. Oraz umyłam podłogę. O trzeciej w nocy obudziłam się z bólem gardła i łamaniem kości. Noż k@$#ć! Cholerne choroby!

Dziś tylko poleguję, ale i pogoda znowu nie nastraja do niczego innego. Dziewięć stopni i pada, w czerwcu!

W lepszych chwilach cieszę się, że mam wolne i mogę leżeć – nie wyobrażam sobie, że musiałabym teraz chodzić do pracy, a na moim kontrakcie za zwolnienia mi nie płacą. W gorszych chwilach przeżuwam, że to chorowanie to przecież bezpośrednia konsekwencja zupełnego wyeksplatowania organizmu w trakcie roku szkolnego. W którym w siedem miesięcy trzeba zmieścić dwanaście miesięcy normalnej pracy.

W piątek mamy (znowu!) lecieć do Polski na imprezę rodzinną, a ja nie mogę wstać z łóżka. Chyba muszę iść jutro znowu do lekarza (55 euro), bo jeśli to powrót anginy, to co ja zrobię na weekend na zadupiu w Polsce ze szczękościskiem i czterdziestoma stopniami gorączki?

Jak macie niezawodne rady na podniesienie odporności po antybiotykowej terapii to błagam, podzielcie się. Wszystkie moje są dla człowieka w miarę zdrowego – bo przecież teraz nie dam rady na rowerze, a i zimna kąpiel raczej mi nie pomoże.

Wiecie co najlepiej stawia na nogi?

Leżenie.

Oddaję się zatem tej czynności z zapałem, tym bardziej, że Mo też chora. Ma takie powtarzające się zapalenia oskrzelików – zawsze zaczyna się to katarem i schodzi niżej, drugiego dnia choroby trzeba ją cały dzień trzymać pionowo na rękach, charcze jak stary gruźlik, a ja z duszą na ramieniu oglądam, czy już jej wargi sinieją i trzeba natychmiast jechać do szpitala, czy jeszcze można poczekać. Nic nie je i prawie nie pije, nawet nie ma siły oglądać bajek, cały, calutki dzień musi być bujana na rękach, zmieniamy się tylko z Mi co dwie-trzy godziny. Jeden dzień i noc z głowy, bo śpi również tylko pionowo i na nas, a rano jakby ją ktoś do prądu ponownie podłączył – je, śmieje się, ogląda baje, tylko jeszcze kaszle i jest osłabiona.

Nie chodzę z nią wtedy do lekarza, bo zawsze, ale to zawsze cholerstwo mija po paru dniach, a nie chcę jej dodatkowo wystawiać na inne zarazki. Byłam raz, jak zaczęła świszczeć i charczeć po raz pierwszy, miała wtedy parę miesięcy i pani doktor kazała po prostu czekać, obserwować i pędzić do szpitala, jakby się dusiła. W szpitalu mogą podać tlen i kroplówki, może coś na rozkurcz oskrzeli, ale też nic więcej.

Martwi mnie to trochę, bo może to być początek astmy, ale cóż.

Taka jedna pyta się o języki. Mówimy w domu po polsku i polski jest pierwszym językiem Mo. Bardzo wcześnie zaczęła mówić i mówi bardzo dobrze, jak miała dwa latka mówiła już pełnymi zdaniami, oczywiście dość okrojonymi i bez słów pomocniczych, ale i tak dziadek był przekonany, że jest o rok starsza.

Myślę, że język był największym problemem długiej integracji przedszkolnej – nie mówiła po angielsku, kiedy poszła do przedszkola, a że bardzo dobrze posługiwała się językiem polskim, frustrowało ją, że nie może się w przedszkolu dogadać.

Teraz rozumie już wszystko w przedszkolu i trochę też mówi, z małymi błędami, tak, jak słyszy od dzieci, ale wszystko, co chce, potrafi przekazać. W domu czasem nam opowiada o przedszkolu i wtedy miesza języki – używa składni polskiej, ale wtrąca słówka angielskie, które zna z przedszkola. ‚Mamo, a Den mnie popycha. Bo ja tak biegałam i on chciał mnie catch i tak mnie push i ja upadałam’. Często po przedszkolu mówi do siebie po angielsku – bawi się jakimiś figurkami, które rozmawiają po ichniemu. I to jeszcze z takim śmiesznym, irlandzkim akcentem, którego ja nie potrafię naśladować.

Wiem, że o język rodzimy trzeba dbać za granicą, bo dzieciom jest coraz łatwiej i łatwiej rozmawiać w języku dominującym. Nawet ja już czasem nie jestem pewna jak coś powiedzieć po polsku (wczoraj zastanawiałam się, jak wyjaśnić siostrze, że już mam appointment booked w biurze paszportowym – mam umówione spotkanie? wizytę? umówiony termin w biurze paszportowym?). Angielski wydaje się dużo bardziej efektywny w przekazywaniu informacji. Ale też na razie mam wrażenie, że Mo będzie dobrze mówiła po polsku – cały czas go używamy w domu, trzy razy w roku jeździ do Polski. Boję się o język pisany – nie chcę jej posyłać do polskiej szkoły, bo tutaj są tylko takie katolickie, gdzie dzieci w sobotę uczą się pisać, czytać i robić różaniec z jarzębiny. takiej indoktrynacji nie zdzierżę. Wiem, że są również jakieś możliwości w internecie, , tylko, że wtedy trzeba samemu siedzieć i jakoś to dziecko zachęcać do nauki polskiego. Ja swoich dzieci nie potrafię (i nie lubię) uczyć, próbowałam kiedyś z Adkiem i skończyło się to porażką pedagogiczną na całej linii. Jakby mnie ktoś chciał w tym wyręczyć, to bym była bardzo wdzięczna:) W sumie może znajdę korepetytorkę? Jakieś zajęcia prywatne z polskiego w sobotę? Hmmm…

Czy każdy tak ma, czy to moja psychopatologia?

Czas od zakończenia szkoły, choć powinien być względnie spokojny, okazał się nie taki łatwy. Najpierw dużo, dużo pracy, jak zwykle: sprawdzanie esejów, egzaminów i prac dyplomowych, a wszystko w stresie i właściwie na wczoraj. Było może trochę łatwiej, niż w zeszłym roku, bo rano Mo w przedszkolu 3 godziny i to nam dało trochę oddechu, ale, jak się okazało, tylko trochę.

Potem konferencja, która bardzo dużo mnie kosztowała emocjonalnie i zaraz po niej rozłożyłam się dokumentnie – angina ropna, gorączka, leżenie plackiem przez 4 dni i 10 dni antybiotyku.

I zaraz po tych dziesięciu dniach mieliśmy lecieć do Polski, oczywiście złapać trochę spokoju. Ale cztery godziny przed lotem odkryłam, że Mo się skończył paszport miesiąc temu.

Dwa dni i 500 euro później mamy nowe bilety na nowe loty. Co dodatkowo zarobiłam, to straciłam, choć oczywiście nie wszystko.

Jestem bardzo, bardzo zmęczona tym półroczem, wszystkie inne sprawy poza szkołą i Mo zostały odsunięte na ‚kiedy będę miała więcej czasu’. Praca wyssała mnie dokumentnie. Człowiek staje się jednak chciwy, chciałam jeszcze i jeszcze zarobić, wziełam dwa TRZY nowe przedmioty i dodatkową grupę zaocznych i przez cztery miesiące żyłam od domu do szkoły, od wykładu do sprawdzania prac, od ściany do ściany. Przez osiem miesięcy nie mieliśmy czasu, by zapisać się do przychodni, bo nie było to pilne i na wczoraj.

Potrzebuję dystansu, oddechu, przestrzeni, spokoju. Czuję się jak mały zapieprzający zegareczek, który nie może się zatrzymać, zanim się całkowicie zatnie. A budżet i tak mi się ledwo co dopina, bo zobowiązania rosną szybciej niż zarobki;)

Byłam na konferencji, przepraszam – sympozjum, w Cork w zeszłym tygodniu, dostałam zaproszenie i pokrycie kosztów wyjazdu wraz z nocą w hotelu, więc zabrałam (prawie) całą rodzinę na dwa dni do Cork. Ja cały dzień na konferencji, czyli sympozjum (pojęcia nie mam czym się różną i nawet wyguglać mi się nie chce;), a oni cały dzień w parku, bo z Mo tak wygląda fajna zabawa. A park mają przepiękny, zaraz koło Uniwerku, właściwie Uniwerek też jest w parku i też jest piękny. Miasto takie małe się wydaje przy Dublinie, dla mnie klimat jak Jelenia Góra, albo inna Oława, trochę prowincjonalny, ale urokliwy.

Konferencja była dla mnie takim przeżyciem, jak się okazało, że zaraz po niej się rozchorowałam i to od razu na 10 dni antybiotyku. Konferencja, albo górna granica zmęczenia, i rura w hotelu cichutko wyjąca przez całą noc, albo pół roku niedospania, niedoczasu i permamentnego przemęczenia. Muszę sobie to życie w przyszłości lepiej poukładać. Ledwo się w poniedziałek doczołgałam do pani doktor, gorączka 39 przez trzy dni, prawie już mówić nie mogłam. Angina ropna. Ale kocham współczesną medycynę, wybawienie od chorób tego świata, już po dniu brania penicyliny mogłam zjeść choć kromkę. Zgubiłam gdzieś dwa dni i wczoraj nie poszłam na umówione spotkanie, będąc przeświadczoną, że to dopiero jutro.

Z pozytywów schudłam dwa kilo w trzy dni, te dwa kilo, których od świąt nie mogłam zrzucić.

Ogród zupełnie zapuszczony, w sobotę muszę zacząć sadzenia, bo 20 kwiatuszków czeka a ja leżę w łóżku. Tęsknię za lasem i nakupiłam paproci i innego poszycia i będę sadzić w cieniu, pod murem. Pnącza się pną w swoich maluteńkich doniczkach, rzodkiewka pewno znowu wybije w kwiaty, korzeń nie wykopany, więc nie ma grządek. Trawa rośnie i trzeba skosić.

Oglądam nałogowo zdjęcia domów na sprzedaż i najbardziej dobija mnie zawsze ogród – jest przeważnie jak zadeptany wybieg dla zwierząt z zoo, żadnych roślin oprócz rachitycznych chwastów, ziemia, beton i śmieci. Z przodu domu to jeszcze się trochę ludzie starają, a z tyłu mają kawałek ziemi i nic, i 20 lat patrzą się na szare ściany z pustaków, zbiornik na olej i betonowe, brudne patio. Bardzo przygnębiające. Rozumiem jeszcze jak ktoś nie ma siły czy ochoty na prace ogrodowe i zostawia naturze swobodę – jakieś bluszcze się pną, jakieś mlecze i dzika trawa, kwiaciory co przypadkiem się wysiały, całość dzika i zapuszczona, ale tętni życiem. Ale najbardziej, najbardziej wprzygnębiające jest, jak człowiek chce mieć ‚porządek’ i betonuje swój kwadrat, albo nie pozwala bluszczom i innym pnączom zasiedlić grządek koło muru i zostawia gołe, szare ściany z pustaków. Czyńcie sobie ziemię zabetonowaną.

Poza tym dziś w Irl wybory lokalne i do UE. W obu mogę i będę głosować, oczywiście na partie lewackie i – nie wiem czemu – mało popularne;). Przy okazji jest jeszcze referendum, czy skrócić okres przez który nie można brać rozwodu – obecnie trzeba być 4 lata w separacji, żeby złożyć wniosek o rozwód. Ludzie się rozstają, mieszkają już z kimś innym, mają z nim dzieci i dopiero mogą się starać o rozwód i jestem oczywiście za skróceniem tego okresu, ale w tej kwestii nie mam prawa głosu – jako nie-obywatel Irl nie mogę głosować w referendach.