No to siedzimy w domu

choć Irlandzki fundusz zdrowia zaleca ‚lekką aktywność fizyczną na powietrzu, jak na przykład gra w piłkę, przy zachowaniu odpowiedniego dystansu od siebie’.

Ale my siedzimy, bo obudziłam się w nocy z uczuciem tak zwanego mulenia, jak to się mówiło dwadzieścia lat temu na stan po wypiciu dwóch butelek czerwonego wina na raz. A czasem jednej, poprawionej dziesięcioma papierosami.

Niestety, poprzedniego wieczoru nie wypiłam dwóch butelek, ani nawet jednego kieliszka, co by mogło tłumaczyć nieswojość. Przewróciłam się trzy razy w tę i z powrotem, potrzymałam za nóżkę Mo (tak, znowu z nami śpi, bo ma katar/kaszle/jest smutna), pozamykałam na siłę oczy, pootwierałam i poczytałam sobie wiadomości na komórce, a kiedy zrobiło się 3% baterii zeszłam na dół, do kuchni. Zrobiłam sobie rumianek, zaopatrzyłam się w banana, jakby to jednak nie były nudności z przejedzenia a raczej z niedojedzenia (hehe, by się chciało, pomyślałam sobie), bo na kolację zjadłąm tylko pół kila przenicy freekeh z granatem, miętą, oliwą, szczypiorkiem i pistacjami. Zdrowe przecież nie tuczy, prawda?

Usiadłam przy stole i otworzyłam komputer. W międzyczasie zaczęły mnie boleć mięśnie. Szybka diagnoza dr Googla była oczywiście w punkt: koronawirus. ‚Pierwsza ofiara w USA przez dwa dni miała nudności i wymioty, zanim się rozwinęły się objawy ze strony układu oddechowego’.

I tak zdiagnozowana, połknęłam panadol, bo jak wiedzą wszyscy w Europie oprócz Polski – pomaga na wszystko, i z bananem i rumiankiem poszłam spać dalej.

Od rana czekam na rozwój sytuacji, ale na razie cisza. Mulenie ucichło, bóle mięśni przeszły w postać endemiczną.

Szkoła straszy, że się zamknie

w sumie to u mnie nic nie zmienia, bo wszyscy jesteśmy przeszkoleni z wykładów online, które się i tak będą czywiście odbywać. Będzie to trochę bardzie może nawet upierdliwe, bo trzeba nagrać komentarz do slajdów, dać studentom jeszcze materiały do czytania itd. Szkoła nam oferuje system, którym można tylko nagrywać wykłady, na uczenie na żywo mają tylko 20 licencji (podobno bardzo drogie) i nie chcą dawać za bardzo.

Cały mój wydział jest bardzo przeciwny robieniu nagrań, myślę, że strach jest głównie spowodowany tym, że szkoła może stwierdzić, że w ogóle po co nas zatrudniać, jednego roku zrobimy wszystkie nagrania i powrzucamy na net, a drugiego roku zredukują nam o 70% płatne godziny, bo przecież materiały są nagrane. Oprócz tego naszą niszą na rynku jest to, że docieramy do studentów, pomagamy im przejść przez studia, można by powiedzieć, że dostosowujemy metody nauczania na bieżąco do grupy. Nasze klasy są bardzo małe, studenci przeważnie z różnymi diagnozami (miałam fantastycznych uczniów, elokwentych, błyskotliwych, niesamowitych, tak, że aż sie zastanawiałam, co oni tutaj na tej prywatnej uczelni robią, dopóki nie zaczęłam sprawdzać ich prac i wszystko stało się jasne).

Wykłady online mnie nie przerażają, bo na drugiej uczelni robię to od ośmiu (o rany!) lat. Dalej nie lubię tego za bardzo, bo jest to zupełnie zupełnie co innego – nie ma tego kontaktu z grupą na żywo, który najbardziej mnie motywuje, nie ma informacji zwrotnej, tych bardzo delikatnych znaków i sygnałów, które mówią nauczycielowi, czy czasem nie przynudza, czy studenci słuchają, czy się nie zgubili. W uczeniu online większość z tego ginie, nawet najbardziej zmotywowani studenci nie lubią używać swoich mikrofonów na żywo, więc przeważnie niestety mówi się do czarnej dziury. Jest jeszcze to uczucie, że musisz mówić, bo inaczej nic nie ma, wypełnić tę dziurę swoim przekazem, wiem, że są ludzie którzy to uwielbiają, ale dla mnie jest to uciążliwe z powodu języka – nie mam tej łatwości gadania, co mi ślina na język przyniesie. Bo to nie mój język.

W każdym razie przygotowują się tutaj na bardzo poważne kłopoty, choć z drugiej strony nawet obchodów Patryka nie odwołali;D

Na dziś jest 21 chorych w Irlandii. Prognozuję, że za dwa miesiące dojdziemy do 2100.

Jak Mo odkryła naleśniki

Oto we wtorek, roku pamiętnego 2020, cztero- i pół letnia Mo odkryła naleśniki. A nie był to oczywiście taki zwykły wtorek, tylko Wtorek Naleśnikowy, czyli Pancake Tuesday.

Nigdy wcześniej nie robiłam jej naleśników, bo cała moja mamowa uwaga kuchenna skupiona jest na ciągłym rozwiązaniu równania, którym jest wciśnięcie zjedzenie jak największej ilości warzyw, w jak najkrótszym czasie, przy jak najmniejszym moim wysiłku spędzonym na przygotowaniu posiłku przez jak największą liczbę osób w naszym domu, biorąc przy tym pod uwagę czynniki zdrowotne (Mo jest uczulona na pomidory, które Adek uwielbia, ja nie mogę jeść awokado i orzechów, Mi może jeść wszystko, oprócz tego, czego nie chce), smakowe (Mo kocha makarony, których ja nie cierpię, Adek uwielbia chili con carne, którego nie lubi Mo, a Mi wymaga, żeby chili było bezmięsne) i kulturowe (Mi jest weganem, ja wegetarianką, Adek wszystkożercą, a Mo wegetarianką z przymusu, która kocha szyneczkę i kiełbaskę, kiedy się tylko do nich dorwie).

I oto właśnie we wtorek Mo wróciła cała uśmiechnięta z przedszkola, bo SMAŻYLI NALEŚNIKI.

No to już wiesz, jak się robi naleśniki? – spytałam Mo.

Tak, mamusiu! Z torebki! – wykrzyknęła cała zadowolona Mo.

No i nie mogłam przecież na to pozwolić, by MOJA CÓRKA myślała, że naleśniki robi się z torebki. Kupiłam więc jajka, mleko, mąkę, cukier waniliowy, truskawki, borówki i gęstą śmietanę i zrobiłyśmy z Mo naleśniki.

Mieszała, miksowała i nalewała na patelnię. Potem jeszcze umyla naczynia:

Zrobiłyśmy również naleśniki wegańskie, a to wyższa sztuka jazdy, bo trzeba znać taki jeden patent, żeby nie przylegały (zmielone płatki owsiane!).

Naleśniki były oczywiście wiadomo jakie i od tego momentu Mo dostała kompletnego bzika.

A zatem wtorek – naleśniki, środa – również naleśniki, czwartek – wiadomo co.

Dziś jest piątek i już rano odbylysmy rozmowę, że jak ją odbiorę z przedszkola, to ona planuje, że zrobimy naleśniczki. Ostatni raz, mamusiu.

Ale zapach jest tak cudny, że cały dom pachnie jak cukiernia i śni mi się po nocach.

Uff,

znalazłam przedszkole!

Od razu w środę Mi zapytał się u siebie na uczelini (uczelnia ma przedszkole dla dzieci studentów) i okazało się, że jest miejsce, wprawdzie za tydzień, no ale jakoś damy radę. Zapłaciliśmy depozyt i się uspokoiliśmy, już nawet powiedziałam szefowej że może będę musiała wziąć dziecko do pracy we wtorek – mam tylko 1 godzinę w sali komputerowej, siedziała by sobie w rogu i oglądała baje. Bo w poniedziałek pracuję w domu. Zostałyby nam do zagospodarowania tylko trzy dni, może jakiś przyjaciel akurat bez pracy by się zgodził? Albo nasz wieczny zbawca Adek nie poszedłby na uczelnię. Albo Mi musiałby powiedzieć na praktykach, że nie może – no trudno, jakoś by odrobił te dni potem.

Ale zaczęłam zaczęłam sobie wyobrażać tę codzienną jazdę porannym autobusem do centrum miasta, i co gorsze, powrót koło 17.30. Z centrum miasta. Właśnie wtedy, kiedy są najgorsze korki i najgorszy tłok.

Image result for dublin city traffic jam

Nie moglibyśmy jeździć do pracy rowerem, bo bałabym się z dzieckiem przy takim dużym ruchu w centrum. Kiedy nie można jechać po chodniku. Bez rowerówek. Jak ten pan:

Image result for dublin city traffic jam bike

Albo przynajmniej jedno z nas nie mogłoby…

Jeśli Mi by ją zawoził, a ja chciałabym wcześniej odebrać, oboje nie moglibyśmy jechać rowerem…

Mo robi się często niedobrze w autobusie…

Przedszkole jest tanie (320 e/ miesięcznie) ale wliczając w to jazdy autobusem…

No dobrze, dosyć tych trzykropków sugerujących proces myślowy. Jak się domyślacie, zaczęłam szukać innych przedszkoli w okolicy.

I oto znajoma mama znalazła takie całkiem blisko (2.5 km tylko od nas), nowo otwarte, więc były jeszcze miejsca.

I Mo od wczoraj chodzi do tego nowego:)

Położone jest okropnie, w środku takiej przemysłowej okolicy, w budynku przypominającym fabrykę.

Jedzie się okropnie, taką szarą pustą drogą, o proszę bardzo:

A teraz sobie wyobraźcie, że wieje, leje i siecze gradem po twarzy. Jak właśnie wczoraj i dzisiaj.

Bo przecież jedziemy na rowerze, ahoj przygodo!

Ale przynajmniej jest pusto na drodze:D bo to nie jest przelotówka.

Przedszkole na razie ok, choć mam już różne wątpliwości – np dzieci oglądają bajki. Już drugi raz. Na dwa dni w przedszkolu.

Dziś powiedziałam o tym pani, zarzekała się, że bardzo okazjonalne. Rozumiem, raz dziennie;D

Mo się w miarę podoba, wychodzi dość zadwolona. Tylko wieczorami płacze za starym przedszkolem, za paniami i dziećmi.

Jeszcze tylko 7 tygodni.

Damy radę.

Wielkie imadło w sercu na razie odpuściło.

Nie mam na nic czasu, to sobie popiszę

Wczoraj wieczorem, kiedy o 17.30 odbierałam Mo z przedszkola, dowiedziałam się, że przedszkole jest zamykane. W TYM TYGODNIU. Może dotrwa do piątku, a może nie. Budynek, w którym się znajduje został zajęty przez komornika, który może założyć kłódkę na bramę główną w każdym momencie.

Dopiero co cieszyliśmy się, że z przedszkolem to naprawdę dobrze trafiliśmy – Mo lubi panie, panie lubią ją, ma przyjaciół i kumpli. Lubi chodzić do przedszkola, tam ma dzieciz którymi się bawi i w domu się częściej nudzi, niż tam (mamo, ja już bym chciała gdzieś pójść z tego domu!). Ifci mama pewno wcześnniej wiedziała o problemach – jej siostra pracuje w tym przedszkolu – i dlatego Ifcię przeniosła (a pisałam wam, że tato i mama podali mi dwie różne wersje tego, dlaczego się przenieśli!).

Szybki cios w twarz i zostaliśmy z tym przeokropnym bólem głowy, jakim jest opieka przedszkolna w tym kraju.

Opieka nad dziećmi w Irlandii leży na łopatkach, a raczej opiera się na barkach babć – tak źle to chyba nie jest w żadnym kraju bogatej Północy (bo że na Południu ludzie polegają tylko i wyłącznie na swojej rodzinie, to wiadomo). Opłaty za przedszkola są jedne z najwyższych wśród OECD państw (w tym roku za UK, USA i Nową Zelandia), oraz najwyższe w całej Unii (służę statystyką). Co i rusz pojawiają się w telewizji publicznej reportaże, jak dzieci są źle traktowane, a do tego nie ma miejsc. NIc, tylko siedzieć z dzieckiem w domu. Niestety, w sytuacji, kiedy kredyt mieszkaniowy za trzy pokojowy dom wynosi ponad tysiąc euro, a czynsz za 2 pokojowe mieszkanie prawie dwa razy więcej na wolnym rynku, w wielu rodzinach musi pracować oboje rodziców.

Jest jeszcze kwestia emerytury – jeśli wypadnę z rynku pracy, nie będę miała tych 40 lat okresów składkowych, które są wymagane na 1000 euro emerytury państwowej. Nie mówiąc już o tym, że ja CHCĘ pracować, lubię moją pracę (mimo straszliwego ostatnio tempa) i jestem chyba dość dobra w tym, co robię. Studenci mnie lubią.

Ale rozważam przejście na zasiłek, poważnie.

Nie spałam prawie całą noc. Pracuję dziś do 21.30. Jest mi niedobrze ze strachu.

Solennie,

naprawdę poważnie przyrzekam sobie, że ostatni raz wzięłam tyle godzin/nadgodzin/zajęć dodatkowych/pisania programów. Koniec, wystarczy, nigdy więcej takiego życia jak w więzieniu, od pracy do domu do pracy, całe, calutkie weekendy poświęcając na pracę, z przerwami na opiekę nad Mo. Ani na spacer całą rodziną, ani do kina, ani w gości – w gości chodzę ja z dzieckiem, żeby dać Mi czas na uczenie się do studiów albo przygotowania do pracy.

Dziś były urodziny Mi, od miesiąca planowaliśmy, że sobie pójdziemy CAŁĄ RODZINĄ na spacer do parku, a potem do włoskiej knajpki i oczywiście nici, figa z makiem, null, niente. Nie mogliśmy sobie pozwolić na PÓŁ DNIA NIC NIEROBIENIA we dwójkę. Kto to słyszał o takim lenistwie. Staram się wymyślać zabawy w domu dla Mo, ale już dzisiaj mi powiedziała „mamusiu, ja już jestem zmęczona w domu, ja chcę iść do parku, do jelonków, albo do ogrodu’, na całe szczęście Adek w ramach prezentu dla ojca wziął ją na całe 40 minut na kopanie piłki w ogrodzie. W tym czasie jak przygotowywałam slajdy na jutro.

Problemem jest to, że Mi jest też przeokropnie zajęty, nasze weekendy zaczynają się zatem prawie-że-kłótnią, kto ma więcej na poniedziałek i kto w takim razie zaczyna robotę od rana. Bo wiadomo – jak rano się zacznie, to potem nie ma się takiego stresu, że się nie zdąży, więc ten, kto wygrywa na przechlapanie z robotą paradoksalnie łatwiej się z nią uwinie i może już wieczorem się trochę wyluzować, z poczuciem, że znowu pchnął sprawy do przodu. A przegrany siedzi do jedenastej w nocy i ściuboli, nie mogąc się ze stresu skoncentrować.

Problem wynika częściowo z tego, że zostałam zaproszona do pisania programów nowego kursu, taki mnie zaszczyt kopnął, który oczywiście z zaszczytem nie ma nic wspólnego, ale pozwala mieć po części kontrolę nad programem. Oznacza to, że mogę mieć coś do powiedzenia, jak będą chcieli wywalić w kosmos wszystkie moje ulubione przedmioty, zastępując je michałkami takim jak ‚Learning to Learn’ albo inne ‚Employment in Action’.

Ale przecież ludzie przeżywają więzienia/wywózki/wojny, a ja mam nie przeżyć nadmiaru roboty?

No przecież dam radę.

Ale po co. Muszę pamiętać na przyszłość- po co. I nie brać dodatkowych przedmiotów, bo dochodzę do wniosku, że kasa nie jest tego wyjałowienia życia warta.

No właśnie, czemu Ifa zmieniła przedszkole?

Spadło to na nas jak grom z jasnego nieba, w styczniu, zaraz jak tylko wróciliśmy z Pl.

NIE MA IFY! Gdzie moja Ifcia! Czemu nie ma Ify? Może jest chora? Nie, nie ma jej. Zmieniła przedszkole!!!!

Jest to największa tragedia czteroletniego życia. Nie ma Ifci!

Dlatego pogratulowałam sobie, że jeszcze w listopadzie wzięłam nr telefonu do mamy. Dziewczynki miały się spotkać na zabawę, ale się rozchorowały i tak albo jedna albo druga w kółko, albo coś nam, lub znowu Ify rodzicom nie pasowało. Ale teraz postanowiłam działać szybko i napisałam do mamy Ify, że Mo tęskni, że codziennie się pyta, że chciałaby się spotkać. I tak zostałyśmy zaproszone na wczorajsze urodziny, na których okazało się, że jest tylko rodzina Ify. Mama, tata, bracia, ciocie, dwaj wujkowie, kuzyni, kuzynki, babcia z dziadkiem. I my O_O.

Zapytałam się tam o zmiane przedszkola i dostałam od mamy i taty Ifci dwie różne wersje;) Tato powiedział mimochodem, że były jakieś problemy z przedszkolem, a że Ifcia i tak miała iść do szkoły podstawowej bliżej domu, a oni dość daleko mieszkają, to zdecydowali się zmienić przedszkole już teraz. Mama Ifci powiedziała, że dali ją do przedszkola irlandzkiego, z którego dzieci później idą do tej właśnie szkoły, żeby się Ifcia socjalizowała już z tymi dziećmi i po irlandzku. Bo będzie chodziła do Irlandzkiej szkoły.

W Irlandii bowiem mówi się głównie po angielsku, w języku kolonistów, którzy podbili Irlandię 700 lat temu. Większość ludzi nie potrafi mówić po irlandzku, pomimo, że jest on oczywiście przedmiotem obowiązkowym w szkole. Ale nie jest pierwszym językiem dla Irlandczyków, choć oczywiście są jeszcze rejony, gdzie mówi się w domu po irlandzku – na zachodzie, w tak zwanym Gaeltacht areas, proszę bardzo:

Image result for gaeltacht areas"

Na 4.75 mln ludzi po irlandzku mówi w domu jedynie 60 tys., choć już są najnowsze badania, że nawet na tych terenach nastolatki już lepiej mówią po angielsku, bo na co dzień korzystają z Internetu i angielskich mediów.

Są oczywiście szkoły w których się uczy po irlandzku i są one dość popularne i przeważnie bardzo dobre. I właśnie Ifcia będzie chodzić do takiej szkoły.

A język irlandzki, czyli celtycki, Gaelic, jak tutaj mówią, jest bardzo trudny. Nie przypomina żadnego znanego mi języka – brzmi trochę jak język elfów;) Podobno to też indo-europejski, ale gramatyka jest zupełnie odjechana.

Sprawdziłam wszystkie prace

i mam dzień przerwy!

Ale już dziś wieczorem nowa dostawa piętnastu, a jutro dwadzieścia. Każda na trzy tysiące słów, czyli dziesięć stron, no, może dziewięć czyli 315 stron. Czy już ktoś mnie żałuje? Komu komu, bo idę do domu, 315 stron kiepskiego angielskiego, nudnych epistoł o polityce społecznej?

I jak tu się dziwić, że już nie czytam dla przyjemności.

Ale dziś Mo była na urodzinach najlepszej przyjaciółki, Aoify (Ify). Tej, która zmieniła przedszkole, której bolesny brak w grupie starszaków jest obecnie źródłem wielu tak zwanych rozkminek. Napisałam zatem do mamy Aoify dziesięć dni temu, czy dziewczynki mogły by się spotkać, bo Mo strasznie tęskni, na co mama odpisała mi, że A. będzie miała niedługo urodziny, hurraaa! I tak od dziesięciu dni miałyśmy nowy zestaw pytań, czyli ‚Czy dzisiaj idziemy na Aoify urodziny?’ i ‚To kiedy idziemy na Aoify urodziny’, ale oczywiście nie znaczy to, że kiedy kupiłyśmy Aoifie prezent (wybrany przez Mo) obyło się bez płaczu i ‚nie chcę dać Aoifie tego prezentu!’, ‚Ja też chcę taki prezent!’, ‚Tak, chcę go teraz otworzyć i nie pojść na Aoify urodziny!’.

Ale jakoś sobie poukładała w końcu w głowie – przy dużym udziale umoralniających zabaw z lalkami – że jak chce się dostawać prezenty, to trzeba również je dawać: otóż lalka Jasmine nie chciała dać prezentu urodzinowego lalce Mo, której to Mo było z tego powodu przykro. Lalka Jasmine płakała i zamknęła sie w domu z prezentem, w wyniku czego nie poszła na urodziny lalki Mo, podczas gdy wszystkie inne lale – Aoifa, Elsa i Anna – świetnie się tam bawiły i dostały tort. I żelki.

Urodziny były na sali zabaw i trwały dokładnie dwie godziny sześć minut;) Ale przez godzinę minut trzydzieści dziewczynki biegały tak szybko, że prawie ich nie było widać.

A to jedna z nielicznych chwil, kiedy stały w miejscu:

(Zdjęcie będę musiała później ściągnąć).

Zjadacz czasu

Praca pożera mi każdą wolną chwilę, naprawę w życiu nie spodziewałam się, że stanę się takim pracusiem. Zwłaszcza, że jak wchodziłam na rynek pracy to było 20% bezrobocia. W każdym razie wszyscy, którym mówię ‚poniedziałki mam wolne, a we wtorki idę do szkoły na dwie godziny’ to mi zazdroszczą i nawet sobie nie wyobrażają, że tak naprawdę to pracuję cały czas. Nawet teraz, w piątek wieczorem. Nie mówiąc już o sobocie i niedzieli.

Powtarzam sobie, że jeszcze tylko półtora roku, Mi skończy studia i będzie łatwiej. Nie będziemy potrzebowali tyle pieniędzy (rok studiów magisterskich to 9 tys. euro, tutaj się zawsze płaci za magisterki). Ale teraz nie ma wytchnienia. Najbardziej wykańczają mnie eseje, wypociny, wypracowania.

Oprócz zwykłej pracy mamy dodatkowo dwie rewizje programów i trzeba namnożyć różnistych dokumentów. Przyrzekłam sobie, że nie będę narzekać, bo bardzo źle by było, gdyby te kursy zostały wygaszone, co automatycznie się dzieje po pięciu latach, jeśli się od nowa nie wystąpi do instytucji nadającej uprawnienia do prowadzenia studiów. Nie narzekam zatem.

Ale taka intensywna praca wyjaławia. Wysysa wszelką inwencję i twórcze podejście do życia. Szczególnie, że w mojej dużo czasu zajmuje mi pisanie. I czytanie setek źle napisanych wypracowań. Po takiej dawce złej literatury język mi kwadracieje i sama zaczynam pisać prostokątnie.

Kończę terapię za cztery miesiące. Termin ustalony. Tak, naprawdę można skończyć terapię, sama jestem zdziwiona. Doszłam do tego uczucia, że to naprawdę wszystko. To już koniec. Krążymy wokół tych samych tematów, rozmowa jest przeważnie miła i relaksująca a dramatów już nie ma. Czas się zbierać. A pieniądze zaoszczędzone zainwestuję w samochód:)

Adek kończy studia w czerwcu. Mo zaczyna szkołę we wrześniu.

Młodszy brat będzie miał trzecie dziecko!

Idzie wiosna, a moje sto krokusów, narcyzów i tulipanów już wyłazi spod ziemi.

A co u Was?