Jednak zmęczenie materiału

Od wczoraj chłopaki od bawią się w ‚ciche dni’, w sumie ciekawe, że ja nigdy cichych dni nie miewam, mam głośne chwile, ale obrażanie się i muchy w nosie nie w mojej naturze. Może niepotrzebnie wczoraj wtrąciłam się do krojącej się awantury, wychodzi na to, że zamiast wyciszyć, dolałam oliwy do ognia. No cóż, bywa. Poszło o to, co zwykle, że na nie pomaga, albo za mało i tak dalej, w sumie się zgadzam, tylko nie podobało mi się, że rozmowa zaczęła się akurat wczoraj, kiedy nam pomagał.

Coś jest takiego w tej relacji dorosły syn-ojciec, że jest trudna, choć dobrymi chęciami wybrukowana. A może tak powinno być, żeby dorosłym dzieciom za dobrze w domu nie było. Teraz jest to szczególnie upierdliwe, bo nawet nie ma możliwości odetchnięcia od siebie, wyjścia do pracy czy szkoły, do kolegów czy gdziekolwiek. Adek w czasie roku szkolnego często pomieszkiwał u kolegów/koleżanek (nie wnikam), pracował, studiował, zarabiał, imrezował, miał dobre wyniki, więc się nie martwiłam, wracał do nas, jak go prosiliśmy albo miał na to ochotę. Teraz jest trudniej, próbuje się izolować po swojemu – czyli siedzi w nocy do 5 i wstaje o 3, co oczywiście strasznie wkurza ojca i tak dalej.

Prawda jest też taka, że z małym dzieckiem, które śpi w naszym pokoju i wstaje o siódmej lub ósmej rano i z dużym dzieckiem, które śpi za ścianą i urzęduje po nocy nie mamy żadnej intymnej chwili dla siebie i może tu jest pies pogrzebany;D

Taki dzień dzisiaj do tego szary, deszczowy, zimny, nawet na ogrodzie nie można posiedzieć.

Ale idziemy dziś pobiegać, po raz pierwszy od pół roku, więc liczę na poprawę nastroju.

Wczoraj

miałam małe załamanie, bo znowu za dużo i na wczoraj. Bo liczyłam na choć pół dnia przerwy, po tym, jak złożył w środę duży projekt, pół dnia Mi z Mo, w czasie którego ja będę mogła bez wyrzutów sumienia zająć się swoją robotą. Wściekła byłam na Mi, bo ciągle siedzi w papierach, bo ciągle ja siedzę w jego papierach, a na dodatek mam swoją pracę, Mo i ogarnięcie domu na głowie. I swoje ostatnie już wykłady, do których nawet nie miałam czasu się przygotować, robiłam slajdy dopiero wczoraj, na ostatnią chwilę, bo oczywiście swoje zostawiam na koniec, jak wiele osób z syndromem ofiary. I taka zestresowana, rozkojarzona, zmęczona siadłam wczoraj wieczorem do wykładu. Ech.

Dziś już minęło, bo to przecież nie jego wina, że ma bardzo wymagające studia, że musiał napisać 10 prac w ciągu pół roku (a każda na co najmniej 3000 słów, czyli 10 stron, plus ostatni projekt na 70 stron, nie żartuję), a do tego miał zajęcia, praktyki i pracę. A może też to siedzenie w domu zaczyna nas męczyć?

Nie jest łatwo czasami.

Nasze zdjęcie będę musiała później ściągnąć, bo kto to widział, tak się upubliczniać. Ale pamiętam, jak kiedyś Iksia bodajże na jakimś starym blogu wrzuciła swoje zdjęcie (kiedy jeszcze było to praktyką bardziej popularną) i pamiętam, jak sprawiło ono, że ta osoba za czarnymi literkami nagle nabrała jakby głębi, wyjrzała z innego wymiaru, stała się bliska. Więc też chyba chciałam stać się wam bliska. Albo pochwalić się ładnym zdjęciem, na którym wyglądam 10 lat młodziej niż zazwyczaj;D

Dzisiaj prawdziwie wiosenny dzień – 20 stopni i słońce. Mo, kiedy wyszłyśmy rano do ogrodu na kawkę, cała się spociła ‚co tu tak mamo gorąco?’. Wyciągnęłyśmy zatem ogrodowy basenik.

20 stopni – Irlandczycy się kąpią w ogrodowych basenach, Polacy ściągają sweterki. Moja siostra zamienia puchową kurtkę na zwykłą.

Taki ładny dzień. Pracowałam na ogrodzie, nie w ogrodzie, bo ‚w’ oznaczałoby, że sadziłam, pieliłam i podlewałam, a ja tylko przyniosłam sobie komputer i siedziałam na słoneczku. Ciągle jeszcze dużo pracy, studenci niecierpliwie czekają na oceny, Mich składa swoje ostatnie prace, które czytam i poprawiam, piszą się ostatnie dokumenty do nowego programu. Ostatnie wykłady online na uniwerku – jeszcze cztery . Końcówka, ale jeszcze nie koniec. Zwolnione obroty, ale jeszcze trzeba biec. Już niedługo.

Tylko co potem?

O pracę na razie się nie martwię do września – natura mojej roboty jest taka, że już sobie zapracowałam na wakacyjne miesiące, i tak mi nie płacą w wakacje, więc nie muszą mnie zwalniać:D W sumie fajnie. Mamy tylko nadzieję, że we wrześniu będzie gdzie wracać.

Święta spędziliśmy spokojnie,

siedzieliśmy w domu.

Właśnie przed świątecznym śniadaniem, siedzimy i czekamy na nasze dzieci.

Dla nas się wszystko jest jak było, nic nie zmieniło, rodzina i tak co roku tylko przez Skypa. No przepraszam, w tym roku Zoom. (A właśnie, skorzystałam z zooma pracowego i okazało się, że cała rozmowa z rodziną w Polsce nagrała się i jest dostępna na stronie pracowej 0_0 muszę to wykasować, ale wcześniej chciałabym to ściągnąć i nie potrafię. I teraz dylemat – zostawić to jeszcze tam do czasu, jak obczaję – choć nie jest publicznie dostępne, to admini mogą sobie zajrzeć – czy kasować już teraz?)

Wiosna mnie opętuje.

Tu ławeczka z tyłu domu, od kuchni. Od kiedy okaleczyliśmy zredukowaliśmy koronę naszego drzewa w ogrodzie, jest calutki dzień skąpana w słońcu:

Tu to samo okno od innej strony. I stoliczek, który codziennie prowokuje Mo do pytania ‚Mamo, a czy możemy jeść dzisiaj w ogrodzie?’. Niestety, choć słońce to jeszcze za zimno:

Tutaj maleńka jabłonka, na którą w zeszłym roku wydałam wyrok śmierci. Ale jak zobaczyłam tego kwiatuszka, to zgodziłam się na odroczenie. Ma teraz więcej słońca, więc może coś z niej będzie?

A z przodu domu mamy tak:

Cyprysy (?), bluszcz, Mo w chełmie hełmie i moje białe tulipany, sadzone w ciemny, deszczowy, listopadowy dzień. I jeszcze magnolia, proszę bardzo:

Dziś przedostatni dzień pracy

na mojej głównej uczelni. Wkrótce będę miała wolne – co prawda nie tak całkowicie, bo sprawdzanie prac i parę wykładów online jeszcze przede mną, ale większość godzin wykładowych odpadnie.

Nie martwię się, co będę wtedy robić, bo mam mnóstwo projektów (dokończyć sweterek Mo, pooglądać te wszystkie dokumenty, na które nie miałam czasu, przeczytać te wszystkie książki, na które nie miałam czasu, posadzić maliny, pomalować duży pokój, uszczelnić sufit w sypialni, uszczelnić ściany w toalecie, uporządkować papiery i tak dalej), ale przyznam, że będzie mi brakował możliwości pojechania nad morze, czy też do parku. Nie mówiąc już o przyjeździe do Polski, o którym chyba możemy chyba zapomnieć:( (bilety mamy na 1 czerwca).

Czytam relacje ludzi w Polsce zatrudnionych na śmieciowych umowach, którzy właśnie stracili pracę i tak mi ich strasznie żal. Przypomina mi się nasze szarpanie dwadzieścia lat temu. I gratuluję sobie, że zmieniliśmy kraj. Niby minęło dwadzieścia lat, niby wszystko się zmieniło, a nie zmieniło się nic.

W Irlandii rząd wprowadził koronazapomogi w wysokości 350 e tygodniowo dla ludzi, którzy stracili pracę. Nas to na szczęście nie dotyczy, przynajmniej na razie, ale pomaga uciszyć ten straszny lęk ‚a co jakby coś’.

Dzisiaj tylko pięć godzin w pracy na słuchawkach, ale dalsze trzy pracując. Dzieci korzytają z okazji – jedno ogląda baje, a drugie śpi cały dzień. Ja na razie odpoczywam od jeżdżenia do pracy, ale wiem, że prawdziwe wyzwanie dopiero się zacznie.

Wprowadzono dodatkowe obostrzenia – nie wolno przemieszczać się dalej niż 2 km od swojego domu – już nie pojedziemy do parku do jelonków, a i z koleżanką na spacer parkowy się nie spotkam. Biegać jeszcze można, jak również jeździć na rowerze, trochę mnie to pociesza.

Ogród cieszy coraz bardziej, właśnie rozkwitają tulipany posadzone pewnego ponurego listopadowego weekendu. Zrobię zdjęcie, jak wyczyszczę komórkę;)

Jestem w dziurze czasowej

ale już niedługo wychodzę. Poczekajcie:) Większość ludzi ma mniej pracy i nudzą się niemożebnie w Internecie, oprócz lekarzy i nauczycieli, a w obecnej sytuacji wolę być nauczycielem. Wczoraj uczyłam 9 godzin online, od dziewiątej rano do dziewiątej wieczorem, dziś tylko siedem, ale za to bez żadnej przerwy, na kamerce i słuchawkach. Gorzej niż w call centre. Ale sama chciałam. Wzięłam jeszcze zastępstwo, bo dobrze płacą i dają, więc szkoda odmówić, a poza tym jak wiadomo, trzeba się zabezpieczać jak się da, bo nie wiadomo, co będzie za parę miesięcy, a kasa, jak wiadomo, zawsze się przyda. Wiadomo.

Obecnie lubię w tej pracy głównie to, że nie można jej zostawić na później. Jestem okropnym prokrastynatorem i ratuje mnie tylko, że tak tutaj nie mogę: muszę weść do klasy o określonej godzinie, zrobić przedstawienie i wyjść. Tyle. Z głowy.

Problemy z prokrastynacją ma również Adek, który od sześciu miesięcy pisał pracę licencjacką i pięć dni przed jej oddaniem pracy miał, nie żartuję. Ma problemy ze zbyt zwięzłym pisaniem, wszystko co chciał napisał na 10 stronach, a mieli mieć 35 stron łącznie z tytułową, spisem treści, podziękowaniami. A ile się najęczał przez całe pół roku, że to jest bez sensu, że opisuje, co inni zrobili, że po co w ogóle coś takiego pisze, jak już to inni zrobili. Na szczęście się ogranął dwa dni przed i wysłał. Bez kontoli promotora, bo promotor poprosił o przesłanie pocztą;D Ale u nich na matmie nie ma obowiązku wysyłania promotorowi przed, więc mam nadzieję, że będzie dobrze. Teraz tylko cztery egzaminy online (ciekawe jak zrobią, żeby studenci nie ściągali hehe) i kończy studia. Chciałby robić magisterkę, ale nas na razie nie stać. Zaczął już szukać pracy, nawet miał parę rozmów i jedno spotkanie umówione, ale przez obecną sytuację wszystko mu na razie zawiesili. Startuje głównie do firm w Londynie, tam jest największe w EU centrum finansowe, więc i najlepiej płacą, ale też najwięcej wymagają, praca jest bardzo stresująca i osobiście nie wiem, czy to dobry pomysł. Ale niech próbuje, niech się sprawdza. Londyn dla młodego chłopaka może być pociągający;)

Mo jak (prawie) wszędzie w Europie nie chodzi do przedszkola i siedzi z nami w domu. My ciąglę pracujemy, więc ona ciągle ogląda baje na komórce, nie są to właściwie baje tylko takie scenki odgrywanie lalkami barbie 0_0 . Mam nadzieję, że po tych czterech tygodniach nie będzie miała puree zamiast mózgu. Przyjmuje to wszystko dość naturalnie, w przedszkolu jest wirus, więc nie można tam chodzić, co ją oczywiście cieszy, bo bardzo nie lubiła nowego przedszkola.

A i ja nie byłam zadowolona z opieki. W przedszkolu jest pani Loreta, która krzyczy i szarpie dzieci, nadepnęła koledze Mo na stopę i bardzo płakał. ‚Przypadkowo’. Kolega Mo ma autyzm i się nawet nie poskarżył rodzicom, bo nie mówi;( Mo bardzo go lubi, jest jej ‚second best friend’ (czyli zaraz po Ifci), jak powiedziała jego mamie;D W przedszkolu również oglądają baje, co doprowadza mnie do białej gorączki, bo przecież tylko ja mogę mojemu dziecku puszczać baje, prawda? Jedna mama widziała, jak panie Loreta podnosi dziecko pod pachy, bo rodzic przyszedł – podeszła po prostu do dziecka, które się bawiło, i bez słowa podniosła go do góry. Mo opowiadała mi również historie, jak to nie dostała nic do jedzenia przez cały dzień (‚mamusiu, na obiad był makaron, inne dzieci jadły, a ja nie dostałam’), co chyba jest jednak nieprawdą – managerka się zarzekała, że ona sama była przy podawaniu dzieciom posiłku i widziała na własne oczy, jak Mo jadła. Innym razem opowiedziała mi historię z owocami – że inne dzieci dostały jabłuszko, a dla niej nie starczyło. Choć trudno się zorientować co w tych opowieściach jest prawdą, pomyślałam, że jak tak wymyśla, to coś jest na rzeczy – nie lubi tego miejsca, nie czuje się tam dobrze.

W sumie skasowali nas na 1500 euro za 10 dni, które była w przedszkolu 0_0. Wliczając depozyt, którego zapewne nam nie oddadzą. Przedszkole jest nastawione głównie na kasę i nawet nie chce mi się opisywać, jakie boje z nim toczyłam przez ostatni miesiąc. Na początku marca złożyłam wypowiedzenie umowy dodając, że opieka nie spełnia standardów, a oni zażadali, żebym zapłaciła do końca wypowiedzenia, tj. do 10 kwietnia niezależnie od tego, że od 15 marca już nie chodzi do przedszkola w ogóle. Dowiedziałam się również, że opłata jest za tydzień, nie za miesiąc, bo ‚niektóre miesiące mają pięc tygodni’, więc jeszcze muszę im dopłacić. Co parę dni wysyłają ‚zaległe faktury’, co mnie doprowadza do wściekłości i odpowiadam, że podpisałam umowę na konkretną kwotę miesięcznie, więc nic nie jestem im nic winna. Ech. Jestem jeszcze na przedszkolnej WhatApp group i postanowiłam im trochę napsuć krwi, więc jak tylko rząd ogłosił, że będzie pomagał przeszkolom zapłacić pensje kadry puściłam pytanie, czy to oznacza, że nie musimy płacić za kwiecień. Pani właścicielka oczywiście mi zaraz szybko odpisała, że nie, że to dopiero są rozmowy, ale myślę, że część rodziców odczytała wiadomość prawidłowo i nie zapłacą za kwiecień:) Poczułam ulgę, jak zrezygnowałam z tego przedszkola. Gdyby nie wirus Mo musiałab i tak niestety tam chodzić przez dwa miesiące, albo wynajełabym opiekunke, więc finansowo na jedno wychodzi.

Panika to narasta, to się ucisza

Premier (Taoiseach, wymawiany ‚Tiszok’), który nie jest premierem – miesiąc temu były wybory przetasowujące system partyjny w Irlandii, ale nowy rząd nie został jeszcze wyłoniony, takie rzeczy to tylko w Irlandii; – mówi, że z końcem miesiąca może być nawet 15 000 chorych. Przyjmując, że około 10% potrzebuje pomocy szpitalnej, 1500 osób będzie w szpitalach. A mamy 150 łóżek intensywnej opieki medycznej. Koleżanka, która pracuje w lokalnej instytucji mówi, że mieli spotkanie z Funduszem zdrowia w piątek, na którym im powiedzieli, że ich instytucja będzie szpitalem polowym. Jej szef płakał na tym spotkaniu.

Wygląda na to, że wszyscy nareszcie zaczęli traktować zagrożenie poważnie. Wbrew pozorom bardzo mnie to cieszy, bo nie ma nic gorszego niż zlekceważenia możliwej katastrofy, mając oczywiście nadzieję, że ona się nie wydarzy.

Nawet Borys się ugiął i wprowadził jakieś środki zaradcze w UK, choć oczywiście szkół nie zamknął. Wygląda jakby chciał wprowadzić Darwinizm w czystej postaci – skoro najbardziej są narażeni ludzie starsi i osoby z poważnymi problemami zdrowotnymi, to może pozwolić im umrzeć. System finansów publicznych zdecydowanie będzie się miał lepiej, jak wymrze 15% staruszków (taka jest prawdopodobnie śmiertelność wśród tej grupy wiekowej).

A my się izolujemy. Od pięciu dni siedzimy w domu, przyznam szczerze, że ma to również dobre strony – wysypiamy się, przestaliśmy być tacy zagonieni. Ale codzienne wymyślanie zabaw dla czterolatki jest trudne.

Syn marnotrawny wrócił dziś do domu

Tak, wiem, też mu mówiłam, ale wiadomo. Jak ktoś ma 20 lat to żyje w innej rzeczywistości, prawda?

Niedziela bez niespodzianek. Wzrasta liczba zakażonych, Polska zamknęła granice, w Irlandii koniec świata zamykają puby dwa dni przed Patrykiem, w UK startują w maratonach z zaleceniem ‚pamiętaj, nie biegnij, jeśli masz gorączkę!’. Inne rzeczywistości.

Mo już dobrze, przestaje kaszleć. Od rana bawimy się w pływanie w basenie i skoki do wody, wszystko na 20 cm kwadratowych. Muszę mówić różnymi głosami i to po angielsku. Oj ta kwarantanna będzie długa… I nawet człowiek nie odpocznie w pracy, a na dodatek pracę ma w domu. Jutro zaczynam z grubej rury, 5.5 godz online. Ale przynajmniej szykowanie się do pracy odpada i dojazd, to powinnamy być na jakimś czasowym plusie, c’nie?

U mnie jednak to nie ten wirus. Czuję się całkiem dobrze, a nawet lepiej niż w ciągu ostatnich trzech miesięcy, bo się wyspałam.

W ogrodzie roślinki szaleją, wyłażą z ziemi i pączkują. Jeszcze takie pitulinki, nieśmiałe, delikatne – muszę zrobić zdjęcia. Zaraz zakwitnie magnolia.

Mi uziemniony, bo mu praktyki odwołali. Może go wykorzystam do postadzenia paru krzaczków, które czekają już ponad pół roku O-O.