Ostatnia porcja esejów

już z ledwością się przez nie czołgam. Po tylu pracach oceniam bardziej intuicyjnie, choć cały czas przychodzą wątpliwości, czy kogoś nie skrzywdziłam oceną. Nie pomaga to, że mam dwa systemy oceniania w dwóch różnych szkołach – w jednej bardzo mnie gonią za zbyt dobre oceny, w drugiej większy luz.

Przedwczoraj nie mogłam się już na eseje patrzeć i nie sprawdziłam żadnego, ale za to spędziłam dwie godziny na telekonferencji. Przynajmniej mogę robić na drutach w trakcie:D Trochę to zmniejsza poczucie straty czasu. Poza tym coraz to coś, niby małe, ale upierdliwe i już się tak zapędzili, że wczoraj odkryłam, że jestem moderatorem dwóch przedmiotów (polega to na przeglądaniu próbek pracy i ocenie ocen, jakie wystawił wykładowca), nawet to chciałam zrobić, ale już mnie wściekłość wzięła, bo i tak jestem cały czas do tyłu z robotą i Mi kazał mi napisać maila, że nie jest to w moim zakresie obowiązków. Co też zrobiłam, przyszła odpowiedź – nie ma problemu. Ech, coś jest takiego, że człowiek nie lubi odmawiać, bo chce się wykazać i okazać niezbędny, szczególnie w tym niepewnym okresie – ale czy oznacza to, że można dać sobie wejść na głowę?

Poza tym biegamy, z czego bardzo się cieszę, bo od początku wprowadzenia obostrzeń utyłam dwa kilo. Biegliśmy już ósmy raz już w tym sezonie, a sezon się zawsze dla nas rozpoczyna pod koniec kwietnia. Odkryłam przyjemność z biegania powoli.

Jakoś negocjujemy swoją przestrzeń wspólną, choć nawet Mo chciałaby już trochę wolności. Wyraźnie widzę w jej zachowaniu mały regres, od kiedy jej ten malutki skrawek autonomii w przedszkolu został zabrany i znowu jest z nami 24 godziny na dobę, jak niemowlak. Wikła się z nami w przepychanki o władzę, nie lubi, jak ciągle coś jej każemy, a nawet tylko jak przypominamy, czy też powtarzamy. Czekam na nowy rok szkolny jak na zbawienie:)

Choć ustalenia związane ze szkołami na dzień dzisiejszy są nieco – powiedzmy – niepokojące: dzieciaki mają chodzić do szkoły co drugi dzień, bo klasa będzie dzielona, albo na różne zmiany, ale dokładnie jak to w praktyce będzie wyglądało, nie wiadomo. Małych dzieci nie da się uczyć online, lekcje przez internet dla pięciolatków to – nie łudźmy się – porażka. Dzieci w tym wieku nie mają jeszcze w takim stopniu rozwiniętego myślenia abstrakcyjnego, umiejętności słuchania i wybiórczej uwagi. Teraz mamy spotkania z grupą przedszkolną online trzy razy w tygodniu i Mi nazywa je ‚lekcjami żenady’ – ostatnio Mo przez 15 minut siedziała pod sofą, a trzy nauczycielki wołały ją z komputera;D ‚Moirin, bawisz się w chowanego? Gdzie jesteś?’ W końcu przeprosiłam panie i wyłączyłam. Żadnego innego dziecka nie było. Kiedy są, wcale nie jest lepiej, bo każde zajmuje się pokazywaniem swoich zabawek.

Marzę o wyjeździe nad morze.

Szacun.

Każdy człowiek najbardziej potrzebuje szacunku.

(Być może po zaspokojeniu podstawowych potrzeb, ale być może wcale nie po, tylko równolegle). Zwróciliście kiedyś uwagę jak często ‚respect’ pojawia się w amerykańskich serialach o gangsterach? Albo filmach akcji? Szacun jest najważniejszy w pierdlu, na ulicy i poza nią. W pracy. W szkole. Wśród przyjaciół. Ludzie często nie zabijają dla pieniędzy, zabijają dlatego tego, że ktoś ich znieważy, poniży, ośmieszy, upokorzy.

Szacun zależy od pozycji społecznej. A ona przeważnie od wielu różnych czynników, które raczej nie są naszą zasługą. Nawet te rzeczy, które wydają się nam naszymi osiągnięciami, bardzo często są tylko szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Że się urodziliśmy w tej rodzinie, a nie innej. Że mama piła, albo właśnie nie piła. Że czytała nam na dobranoc, albo właśnie nie czytała. Że nasi rodzice mówili z takim a nie innym akcentem, wiedzieli, nawet właśnie nie wierzyli, ale po prostu WIEDZIELI, że pójdziemy na studia i nauczyli nas wcześnie, że możemy sobie brać ze świata, co tylko chcemy. Albo właśnie, że świat jest zły, ludziom nie należy ufać i każdy chce nas oszukać. Że nikt wokoło nie miał wyższych studiów, więc nam nawet to nie przyszło do głowy. Nasze talenty, nasza pracowitość i inteligencja – jak myślicie, są naszą zasługą? Nasz dobry gust w urządzaniu wnętrz. Nasz zły gust w urządzaniu wnętrz. I tak dalej. To wszystko, wszystko, naprawdę wszystko, no prawie wszystko;) nie jest naszą zasługą. Myślicie, że się tego można nauczyć? Mówię ‚tą książkę’ i od dwudziestu dwóch lat mąż mnie poprawia;) (Niemniej jednak, być może, jest jakiś mały margines swobody – tylko margines ten jest dla niektórych szeroki na prawie całą kartkę, a dla niektórych to 0.03 milimetra na samym jej skraju.)

Rozkład szacunku jest różny w różnych społeczeństwach. W niektórych ludzie na górze mają potwornie dużo, a ludzie na dole nic. Pomimo pustych deklaracji, że ‚wszyscy są tak samo ważni’ i piekarz, i śmieciarz i hydraulik i doktor, żadne dziecko nie chce być śmieciarzem, mało chce być piekarzami i hydraulikami. Jak już jesteś piekarzem, to chociaż na własny rachunek. Jak pracujesz w fabryce, to jest znak, że coś z tobą nie tak. Jak sprzątasz, pracujesz na kasie w markecie, jesteś ochroniarzem na parkingu. Jesteś kelnerem, czyli właściwie nikim. Nie stać cię na mieszkanie, nie dadzą ci kredytu – zmień pracę i weź kredyt. Jeśli nie możesz, jeśli naprawdę lubisz swoją pracę, jeśli okoliczności są takie a nie inne – jesteś po prostu nieudacznikiem i szacunek ci się nie należy. W innych społeczeństwach jest trochę lepiej – na górze też ma się bardzo dużo, ale na samym dole też można mieć troszeczkę.

Pomimo, powtarzam, pomimo tego, że jako jednostki często się z tym nie zgadzamy, to jako społeczeństwo odmawiamy osobie na samym dole drabiny społecznej szacunku. I to tym bardziej, w im bardziej nierównym społeczeństwie żyjemy. Jeśli myślicie, że tak nie jest – to wyobraźcie sobie, że od jutra jesteście kelnerkami. Robotnicami w fabryce. Że wasze dziecko będzie kelnerem. Że będzie śmieciarzem, będzie pracowało w kasie na markecie. Wyobraźcie to sobie we wszystkich szczegółach i uśmiechnijcie się do tej myśli.

W równiejszym społeczeństwie rozkład zarobków, a przeto szacunku jest równiejszy. Ale szacunek jest nie tylko związany z pieniędzmi oczywiście, choć pieniądze często go odzwierciedlają. W Irlandii bezrobotni dostają od 800 euro miesięcznie, ale nadal są pogardzani, równie mocno jak bezrobotni w Polsce.

No i właśnie ten szacunek jest loterią, bo jest zależny od twojej pozycji społecznej. Urodziłeś się w rodzinie popegieerowskich robotników rolnych? Powodzenia. To, że możesz iść na studia nawet nie zaistnieje w twojej głowie. Wszędzie, od najmłodszych lat będziesz widział ludzi, którzy czują się od ciebie lepsi. Którzy ciebie właśnie nie ‚respect’, nie to, że otwarcie pogardzają – ale uważają ciebie , ze kogoś mniejeszego, mniej istotnego, mniej ważnego.

W niektórych społeczeństwach jest gorzej pod tym względem, w innych trochę lepiej. W USA jak się urodziłeś w biednej rodzinie afroamerykanów to naprawdę jedyny sposób w jakim możesz się dorobić, to handel narkotykami. Ludzie pracujący na kasie w Wal-Marcie dostają tak mało pieniędzy, że państwo im daje bony na jedzenie. W UK jeśli masz tzw. received pronunciation, zwaną również Queen’s English, to łatwiej dostaniesz pracę, a w pracy szybciej awasujesz. Moja koleżanka posyła dziecko do prywatnej szkoły w Londynie tylko i wyłącznie dlatego, żeby miało odpowiedni akcent. W Irlandii jest trochę lepiej, ale nadal dziecko urodzone w klasie średniej ma dziewięć razy większe szanse na pracę klasy średniej. DZIEWIĘĆ RAZY (służę badaniami). Nawet, jeśli jest dość leniwe i przeciętnie inteligentne. Nadal uważacie, że to jego zasługa, że dostało się na studia? Wybitnie inteligentne dziecko urodzone w niższej klasie ma pod górkę, i raczej nie chodzi tu o pieniądze, tylko o kulturę: system wartości, norm, wyobrażeń. Jeśli NIKT z twojego otoczenia nie skończył szkoły średniej, myślisz, że tobie wpadnie taki pomysł do głowy? Skąd? Z powietrza? W jednej szkole w biednej dzielnicy Dublina (Ballymun) NIKT Z RODZICÓW NIE BYŁ NIGDY W BIBLIOTECE. Nigdy. W dzielnicy tej 69% rodziców nigdy nie było w bibliotece. To się nazywa brak kapitału kulturowego, który się dziedziczy, zupełnie tak samo, jak kapitał ekonomiczny. W innej szkole tylko 1.4% rodziców miało wykształcenie wyższe. W niektórych dzielnicach Dublina 98% dzieci idzie na studia (Rathmines). W dzielnicy, w której mieszkam jest to 15%. Myślicie, że moje dzieci pójdą na studia? Oczywiście. Jedno je właśnie w tym roku skończyło. Dlaczego? Dlatego, że ja mam ten kapitał kulturowy i przekazałam go moim dzieciom. A inne dzieci, te, które codziennie spotykam na ulicy, nie dostają go od rodziców, bo rodzice – być może – NIGDY nie byli w bibliotece.

Szacun jest podstawową ludzką potrzebą, ważniejszą od czegokolwiek innego w społeczeństwach dobrobytu. Szacun zależy od loterii urodzenia. Dlatego jestem lewaczką.

Szacun powinien zależeć od wysiłku, ale wiemy, że tak nie jest. Nawet psychologia już odkryła, że dzieci powinno się nagradzać za ‚wysiłek’, a nie za rezultat. Ale dla nas, dla społeczeństwa, ciągle liczy się resultat – wynik matur, prestiż uczelni, wysokość zarobków. A ‚social justice’ jest nieustająco szkalowana i wyśmiewana.

Jak świat powinien być w takim razie urządzony? Ciekawym pomysłem jest ‚zasłona niewiedzy‚, idea rozwijana przez Rawlsa, i wielu filozofów przed nim (Hobbes, Locke, Rousseau etc.). Wyobraź sobie, że masz się narodzić na świecie, ale nie wiesz, kim będziesz. Nie znasz swojej płci, narodowości, pochodzenia etnicznego, sytuacji społecznej, wrodzonej inteligencji, zdrowia, niepełnosprawności etc. Masz równe szanse być każdym z siedmiu miliardów istnień ludzkich.

I jeślibyś wiedział, że to, co otrzymasz w momencie urodzenia jest zupełnie, ale to zupełnie losowym zestawem zmiennych, urządziłbyś ten świat inaczej? Jeślibyś wiedziała, że możesz się urodzić w rodzinie Travellersów z dziewięciorgiem dzieci, byłabyś przeciwko polityce wyrównywania szans? Przeciwko zasiłkom? Jeślibyś wiedział, że równie dobrze możesz się urodzić jako dziecko niepełnosprawne, byłbyś za dodatkowym wsparciem dla tych dzieci? I tak dalej.

Jakbyś ten świat urządził?

W Irlandii upał.

Chłonę ten czas, bo przeżyłam już tutaj lato z dwoma dniami słonecznymi. Siedzę na ogrodzie, choć trudno się pracuje bo laptop za bardzo się nagrzewa. W zimie podcięliśmy trochę nasze ogrodowe drzewo i teraz mamy słońce przez cały dzień, choć drzewo niespecjalnie wygląda. Żałuję, że zleciliśmy tę robotę znajomemu, chcieliśmy oszczędzić 200 euro i mamy okaleczone drzewo, jednak trzeba ufać fachowcom. Mam nauczkę na przyszłość.

Ale słońce jest. Trawnik, który sieję bez przerwy od dwóch lat, a który nie chciał rosnąć w kompletnym cieniu, wygląda trochę lepiej. Kwiaty mają raj, skimmia japońska trochę mniej – wyraźnie jest jej za gorąco.

Ostatnie tygodnie wzmogły u mnie tęsknotę za własną przestrzenią, nie dzieloną z jednym albo drugim dzieckiem. Jedno dziecko wstaje o 8, a drugie o 15, kiedy jedno kładzie się spać, drugie zaczyna życie towarzyskie przez internet. W nocnej ciszy odgłosy śmiechu niosą sie po całym domu, ale co zrobisz – zabronisz dorosłemu człowiekowi kontaktów z rówieśnikami? A więc marzę o adaptacji strychu, gdzie się wyniesiemy razem z Mi – to będzie tylko nasza przestrezń. Zamierzam wywiesić tabliczkę ‚Dzieciom wstęp wzbronony’ (nawet dorosłym).

Ale po raz kolejny jestem wdzięczna za tę przestrzeń, którą mam, za ten dom i maleńki ogródek. Za to, że jeszcze pracuję. Za to, że daliśmy radę odłożyć na czesne za rok studiów. Za to, że rzutem na taśmę zaliczył praktyki – gdyby brakło mu dosłownie dnia-dwóch, cały pierwszy rok miałby nie zaliczony. A mogło by się tak stać, bo jak tylko wprowadzono lockdown, wszystkie praktyki zostały odwołane, ale to wcale nie był żaden argument dla instytucji certyfikującej, która wymaga, żeby 350 godzin odpracowane było w jednym kawałku. Mi bardzo żałował tak nagłego końca praktyk, trafił na fantastyczną mentorkę z dwudziestoletnim doświadczeniem i pokładami rozważnej mądrości. Rozśmieszyła mnie jej opinia, kiedy w raporcie z praktyk napisała, że Mi ‚ma trudności z okazywaniem słabości’, ale ‚uczy się, że okazywanie słabości może być siłą’. I to jest cała prawda o nim.

Wdzięczna jestem więc też za to, że wciąż wygląda na to, że te studia to dobra inwestycja. Pomimo plotek, że zamierzają obciąć 30% wynagrodzenia pracownikom państwowym, wydaje się, że jego umiejętności jednak będą w cenie.

Posiadacze psów są szczęśliwsi od posiadaczy kotów,

z badań wynika. Nie wiem czemu, ale badzo mnie to dziś rozbawiło, jakieś pomysły jak to interpretować?

Ciągle lato. Dwadzieścia stopni, Mo, irlandzka dziewczynka, wychodzi do ogrodu i wraca cała czerwona i spocona. Kwitną petunie, niestety, to już koniec tulipanów i bzu. Wczoraj pojawiły się klony japońskie w Aldiku, wysłałam M z samego rana, kiedy wychodził o ze sklepu po 10 już wszystkie drzewka były sprzedane. Centra ogrodnicze zamknięte, a rośliny ogrodowe to hobby każdego Irlandczyka, jak wiadomo. U nas na poczcie można kupić sadzonki petunii i aksamitek, idą jak świeże bułeczki:)

Ryanair odwołał nasz lot do Pl i tak dylemat jechać-nie jechać mi się rozwiązał. Żałuję najbardziej Mo i tych cudnych wakacyjnych miesięcy, kiedy biega z kuzynami do późnego wieczora, żałuję ciepłego Polskiego morza i tego balsamicznego, upajającego zapachu sosnowych lasów.

Dostaliśmy maila ze szkoły, że niedługo nam przyślą tzw. welcome pack, czyli pakiety powitalny. Normalnie dzieciaki w czerwcu odwiedziłyby nową szkołę i poznałyby się, a tak zostają nam papiery i spotkania online.

Ja jeszcze urobiona po pachy, jestem drugim egzaminatorem dziewięciu prac dyplomowych, jeszcze ostatnie eseje z uniwerku i egzaminy online po 18 maja. Długo się ta końcówka ciągnie.

W Irl matury odwołane, uczniowie dostaną oceny na podstawie ocen rocznych. Trochę to uprości cały galimatias, bo przecież matury trzeba by było sprawdzić i ocenić i dopiero na ich podstawie przyjmować na studia. A tak szybciej będzie wiadomo co i jak. U nas w szkole już poinformowali, że prawdopodobnie rok akademicki zacznie się dopiero w październiku, a może i w listopadzie. I w dodatku już chyba wiadomo, że większość zajęć będziemy prowadzili online.

Z niecierpliwością czekam na koniec, kiedy będę mogła wreszcie przeczytać książkę. Minusem mojej pracy jest to, że muszę tam tak dużo czytać , że już nie starcza mi czasu na czytanie dla przyjemności. Albo z ciekawości.

Pogoda w Irlandii zwariowała,

od tygodnia słońce, słońce, słońce. Korzystamy ile wlezie, siedząc w ogrodzie na kocyku, jedząc na dworze obiady i popijając kawkę, choć ile wlezie to dla mnie znaczy dwie, może trzy godziny. Bo rano pracuję i po południu pracuję, właściwie późnym popołudniem, bo rano to tak od 10 albo 11 – jak wiadomo człowiek, który do pracy nie chodzi to coraz później wstaje i coraz później kładzie się spać. Nawet Mo wstaje po 9, w sumie nic dziwnego, jak kładziemy ją po 22. Ale jak wiadomo czas jest względny, więc po co się przejmować zegarkiem. Ciekawe, czy są osoby, które bez zegarka wstają coraz wcześniej, nawet trudno mi sobie to wyobrazić.

A zatem siedzimy sobie w ogródku:

Albo chodzimy na spacery:

Chyba takim latem też można się cieszyć.

O tym, jak byt określa świadomość

Jak wiadomo, jestem lewaczką, bardziej Bourdieunistką, niż Marksistką, ale w sumie dla większości i tak komunistką;) I obecnie mam taką cichą złośliwą hmm.. radość, jak czytam sobie niektóre blogi, posty bądź opinie. Po raz kolejny przekonuję się, że byt określa świadomość, a odwrotnie w dość małym stopniu, niestety.

Jest taki jeden blog, który swego czasu czytałam dość często – autorka bardzo dobrze pisze, mieszka w Dublinie i poradziła sobie świetnie na emigracji, pomimo tego, że wyjechała z kraju dobrze po trzydziestce. Taki pozytywny przekaz, kiedyś mi dość potrzebny – że jak się chce, to się może. Tak sobie czytałam tego bloga i czytałam i co jakiś czas natykałam się na, powiedzmy, bobki neoliberalne – czyli nie tylko, że jak się chce, to się może, a jeszcze że jak się nie może, to chyba się jednak za mało chce. Albo się jest leniwym. Albo głupim. Albo coś w tym stylu. Bez uwględniania kontekstu klasowo-ekonomiczno-kulturowego. A zatem autorka, kiedy już było jej trochę lepiej w tym kraju, dzieliła się co i rusz z czytelnikami swoimi bserwacjami, które można było sprowadzić do stwierdzenia, że niektórzy sami ładują się w kłopoty; Bo na przykład decydują się na dziecko, gdy ciągle jeszcze muszą dzielić z kimś wynajmowane mieszkanie. Bo na przykład nie wyjadą z Polski, kiedy przecie mogą. Bo na przykład chcą pracować w pracy, która ich ciekawi, a nie w takiej, która im się finansowo najbardziej opłaci. Albo pisała o tym, jak wiekszość ludzi skupia się na narzekaniu, zamiast skupić się na rozwiązywaniu problemów – bo jak się chce, to można. I z lubością opisywała takie ‚zżyciawzięte’ przykłady, jak to jeden, załóżmy, pan pracujący na zmywaku, cały czas narzekał na zarobki i chujową pracę, a drugi, na takim samym zmywaku, skupił się na wyszukiwaniu okazji bycia zauważonym, i voila! zauważony został. Szybko dostał awans, podwyżkę i generalnie dobrze mu się powodzi. Czyli został menagerem. Czyli jak się chce, to można. Blog był często gęsto okraszony opisami podróży autorki, dobrymi radami, jak na przykład wybierać hotel, i w ogóle poradnictwem jak można sobie fajnie żyć. Jeśli tylko się chce. Pomiędzy tym przewijały się często dość złośliwe opisy sytuacji, które autorkę denerwowały, przeważnie w kontekście ‚jak to ludzie sobie nie radzą przez swoją własną głupotę i dlaczego inni ludzie mają z tego powodu odczuwać niewygodę’. Pamiętam na przykład opisy wszeszczących dzieci, przepraszam, bachorów w samolocie, z konkluzją, że jak nie potrafisz uciszyć swojego bachora, to powinnaś siedzieć w domu. I tak dalej.

Po jakimś czasie przez takie właśnie tyrady, przestałam bloga czytać. Pomimo dobrego stylu i ciekawych doświadczeń, kompletny brak wyobraźni społecznej zaczął w końcu aż boleć.

No i tak jakoś z ciekawości, a może jeszcze czegoś innego, jak na przykłąd jakiegoś złośliwego impulsu, bo autorka – tak się składa – pracuje w branży najbardziej chyba dotkniętej obecnym kryzysem, zajrzałam do niej niedawno.

I nagle się okazało, że jednak byt określa świadomość. Że jednak nie jest tak, że ‚chcieć to móc’, bo czasem jesteśmy w czarnej dupie przez skomplikowany układ okoliczności społeczno-ekonomicznych. I oto autorka, która zawsze miała jakieś dobre rady dla nieszczęśników, typu ‚wyprowadź się od toksycznego partnera i bądź niezależna’, ‚znajdź sobie niszę i zacznij zarabiać’ itd. narzeka na rząd i obecne rozporządzenia.

I tak chciałabym złośliwie doradzić autorce, że może czas przestać narzekać na ‚lockdown’ i ‚government’, tylko znaleźć sobie jakąś niszę – przecież są branże, które mają obecnie prawdziwe żniwa. O, można zająć się domowym browarnictwem, na przykład – słyszałam w radio, że branża nie może nadążyć z zamówieniami.

A że ciężko i ma się kredyt? Hmm, może trzeba było myśleć, zanim się kredyt wzięło – a nie pracować w tak niepewnym sektorze. Niektórzy ludzie to się sami pakują w kłopoty, prawda?

Żegnam się z wakacjami

w Polsce. Bo chyba się nie da/nie ma sensu – dwa tygodnie kwarantanny w Pl, po przyjeździe siedząc u brata, sporadyczne spotykanie się z rodzicami, kiedy przyjadą do brata na ogródek, siedzenie bratu i bratowej na głowie przez miesiąc (?), w czasie, kiedy niedługo będzie im się dziecko rodziło, bo przecież nie będziemy mieszkać na 7 piętrze w bloku u rodziców z Mo, która nie mogłaby za bardzo wychodzić z domu, i jeszcze ta kwarantanna, no zatem siedzenie bratu na głowie, brak pewności, czy w ogóle pojedziemy nad morze np w sierpniu, a po przyjeździe do Irl znowu dwa tygodnie kwarantanny. Czyli dwa miesiące wakacji z czego miesiąc w kwarantannie. Nie ma to sensu, nie?

Nie mówiąc już o tym, że przecież jeszcze samoloty nie latają.

Chyba wszyscy zaczynamy mieć dość

Ja wczoraj dotarłam do kresu (choć pewno nie ostatniego) kiedy zaczęłam wrzeszczeć na Mo, że zjadła dwie truskawki więcej, a miała zostawić dla brata, mówiłam jej i pokazywałam, że dla każdego z nas zostało tylko po dwie, a ona zjadła chyba z siedem, NO PRZECIEŻ MÓWIŁAM CI, ŻE MASZ ZOSTAWIĆ DLA NAS, DLA ADKA, PROSIŁAM CIE, NIEDOBRA JESTEŚ, OKROPNA Z CIEBIE DZIEWCZYNKA, WSTRĘTNA, darłam się i darłam, i na to wszedł Mi, ja górująca nad Mo, wydzierająca się, i ona, taka malutka, kuląca się w sobie, dziewczynka z warkoczykami, strasznie niedobra dziewczynka, wcielenia zła, bo zjadła dwie truskaweczki więcej.

Przepraszałam ją oczywiście i przepraszałam później, ale jeszcze w nocy budziła się z płaczem i wołała tatę i coś mu tam mówiła, że ona tylko zjadła dwie truskaweczki i że przecież dla Adka zostało.

Ja też pół nocy nie mogłam spać. Jak można o coś takiego zrobić malutkiej dziewczynce awanturę?

Pogoda taka sobie,

do dużego parku dalej nie można pojechać (nie można się oddalać dalej niż 2 km od miejsca zamieszkania), u nas też zaczynają przebąkiwać o maseczkach. No cóż, jak trzeba będzie, to mus i tyle, choć już przeczuwam jak bardzo upierdliwe jest to w noszeniu, szczególnie, jak się jest okularnikiem.

Ja dalej siedzę w robocie i NAPRAWDĘ MAM JUŻ DOŚĆ, ale nie mam się komu poskarżyć, bo Mi ma jeszcze gorzej. I przez to mamy razem gorzej, bo on wyjęty z harmonogramu codziennie od 10 do 17. Bo ma zajęcia, noż kurcze blade, jaja sobie tam robią na tym uniwerku. Jesteśmy załatwieni na amen tymi studiami, pracami, opieką nad dzieckiem i te historie, że ktoś się nudzi i nie ma pomysłów co z czasem zrobić, ogląda jakieś stare seriale i w ogóle to zaczął czytać książki, to jakby z jakiegoś innego kosmosu docierały do mnie. No, ale z drugiej strony lepiej być zarobionym, niż niedorobionym i martwić się pracą, nie?

Jak widać nastrój dziś średni, bo robota, robota, robota, Mo też zaczyna mieć dość siedzenia w domu tylko z nami, na ogrodzie nie można sie zrelaksować, bo za zimno. No nic, wygląda na to, że trzeba sie zapieprzać dalej, coby jak najszybciej skończyć. Wczoraj sprawdzałam chyba najgorsze prace w moim krótkim życiu wykładowcy, z chęcią oblałabym połowę roku, mózg do dzisiaj mi jeszcze się nie naprawił. Jutro sprawdzam ich egzaminy i już się boję.

Pogoda dziś lepsza,

chłopaki dalej skłócone. Mnie świerzbią palce i chcę sadzić maliny borówki truskawki, ale się okazuje, że to wszystko na jesień. Nie przygotowałam w tym roku ogrodu, mieliśmy lecieć do Polski na trzy miesiące pod koniec maja, więc żadnych koperków szczypiorków bobow i kalarep nie sadziłam. A teraz żałuję.

Sklepy ogrodnicze otwarte tylko online, ale towar bardzo przebrany i mają problemy z dostawami.

Sezon biegowy uważam za otwarty! Wczoraj coś koło 4 km, jak na pierwszy raz to nawet tempo dość dobre, zważywszy, że od pieciu tygodni siedzimy w domu.

Kupię sobie piękną różę na miejsce koło furtki. I stanik do biegania.

Taki oto sweterek w koronawirusy robię dla Mo:

W Irl testują wszystkich pensjonariuszy i pracowników domów opieki. Z perspektywy paru tysięcy kilometrów Polska wygląda strasznie – Sejm głosujący, żeby nie testować pracowników służby zdrowia w sytuacji, gdy 1/3 zakażonych to służby medyczne. Gigantyczne kary za wejście do parku czy lasu. I w międzyczasie, to znaczy w czasie pandemii, głosowanie za całkowitym zakazem aborcji. Plus za pozwoleniem zabierania dzieci na polowanie.

No photo description available.

Mój kraj urodzenia wydaje mi się coraz bardziej zdziczały.