Już dobrze.

Wszystko się we mnie uspokoiło, kiedy (nareszcie) podjęłam decyzję. A wyjazd kusił, przyjaciółka oferowała pomoc, bilety tanie… W końcu przeważyło to, że nawet, jakbym wyskoczyła do Pl tylko na tydzień, tylko odwiedzić najważniejszych ludzi i stare kąty, to i tak musiałabym w Irl siedzieć na dupie przez dwa tygodnie kwarantanny po powrocie. Ani nad morze, ani na krótki wyjazd, ani na spacer, ani do sklepu.

Pogodziłam się z rzeczywistością, podjęłam decyzję i cały zamęt wewnętrzny minął. Będzie dobrze. Jest dobrze. I zaraz pojawiły się pomysły, jak można tutaj umilić sobie życie i oto okazało się, że możemy odwiedzić ulubioną, dawno nie widzianą koleżankę Freyę (ktoś pamięta?). Ostani raz widzieliśmy K ponad rok temu, kiedy przywiozła nam cudny kominek z Waterford. K kocham od pierwszego wejrzenia, jest jedną z tych osób, z którymi zawsze jest o czym rozmawiać, a wyskoczenie na kawę może skończyć się tańcem nago przy świetle księżyca na brzegu jeziora z kwiatem paproci w zębach. K jest osobą niekonwencjonalną w najlepszym tego słowa znaczeniu. I jeszcze mieszka w przepięknym zakątku Irlandii. I jej gościna spadła nam z nieba, bo na jakikolwiek krótki wyjazd z noclegami gdzieś w Irlandii trudno się na razie wybrać, bo – podobnie jak w Polsce – ludzie tłumnie ruszyli na wypoczyn i wszystkie fajne kwatery są pozajmowane, albo wyjątkowo drogie (chcieliśmy pojechać na zachodnie wybrzeże na długi weekend i okazało się, że kosztowałoby nas to dużo ponad 1000 euro).

Oprócz tego zostając w domu pchniemy do przodu parę spraw remontowych, co też nie jest bez znaczenia.

Ale bez samochodu jak bez (trzeciej) ręki, odczuwam to teraz szczególnie. Te samoloty, pociągi, autobusy, podróż 3 h w maskach, klimatyzacja, dotykanie tych wszystkich klamek i powierzchni. Wszystko staje się bardzo, bardzo skomplikowane. Zapisałam się zatem na test z teorii, najbliży wolny termin to 14 listopada w Sligo! Jadę z koleżanką, po teście planujemy relax w wodorostach. W Dublinie pierwszy termin (testu, nie wodorostów) dopiero w połowie stycznia!

W Irlandii po zdaniu teorii dostaje się ‚learners permit’, wtedy trzeba jeszcze zaliczyć 12 godzin jazdy z instruktorem i jeździć z osobą towarzyszącą, aby zdać jazdę. Ja takiej możliwości nie mam, dlatego planuję wykupić 100 jazd. Przecież w końcu się muszę nauczyć:)

Lato! Słońce! Morze!

Nareszcie!

Byłam ostatnio dość marudna, niezbyt wakacyjna, trochę smetna. Dotarło do mnie, że nie polecę w tym roku do mojej rodziny, nie zobaczę mamy taty siostry brata, drugiej siostry, drugiego brata, ich dzieci i partnerów. Ani moich przyjaciół. Ani przyjaciół moich przyjaciół. I jeszcze pogrzeb jeden i drugi. No i w ogóle. Deszcz, temperatury koło 15 stopni celsjusza. Wiatr. Nie ma cudnego balsamicznego zapachu sosen z polskiego morza. Nie ma upałów, długiego siedzenia przy napojach wyskokowych albo i nie. I tak mi trochę nie tak było – niby wakacje, ale. Niby przerwa, a czuję się jak telewizor na stand baju. Jak Alexa, która niby nie słucha, a wszystko nagrywa.

Ale oto dzisiaj!

Słońce! Pogoda! Morze! Kamienie! Powietrze!

Nie byłam za Trzaskowskim

ale jeszcze bardziej byłam przeciw PiS.

PO (KO) jest dla mnie oczywiście za bardzo ‚zausz firmę’, zbyt neoliberalne ekonomicznie, zbyt pogardliwie odnoszące się do biednych, starych, mieszkających na wsiach.

Ale PiS wcale nie jest socjalistyczną partią, jakby ktoś myślał. Za rządów światłego PiS-u sfera usług publicznych upada – służba zdrowia jest chronicznie niedofinansowana i prywatyzowana, ludzie uciekają do różnych Luxmedów i wydaje się im, że super, bo ‚są klasą średnią’. Edukacja publiczna, z której Polska była taka dumna, powoli się degeneruje, nauczyciele traktowani są jak pół darmowi wyrobnicy propagandowi. Coraz więcej moich znajomych (lewicowych!) posyła swoje dzieci do szkół prywatnych, albo chociaż kupuje korepetycje. Mnie się to nie mieści w głowie – Adek w całej swojej karierze szkolnej był na DWÓCH godzinach korków z polskiego, przed tutejszą maturą. Transport publiczny został zupełnie rozpieprzony, kolej działa dużo gorzej niż za komuny. Za to wszystko ludzie dostali 500+ – i niech sobie kupią auto/zapłacą za operację/prywatne szkoły. Nie pojmuję, po prostu nie mieści mi się w głowie, jak można tego nie wiedzieć. W pakiecie z upadkiem usług publicznych PiS oferuje farmazony w stylu ‚Polska dla Polaków’, zakaz aborcji, strefy wolne od LGBTI itd itp, wszystko to, co zostało już wiele razy opisane. Teraz zaczynają z ‚repolonizacją mediów’. WTF?? Ale dla wyborców PiS z mojej rodziny, jeszcze nigdy nie było tak dobrze w Polsce;D, nie żartuję. Propaganda za dwa miliardy działa.

Więc nie byłam za Trzaskowskim, ale bardzo, bardzo jestem rozczarowana wynikami wyborów.

Z wakacjami w Polsce trzeba się chyba pożegnać, a typowa Irlandzka pogoda nie nastraja optymistycznie. Ale nie pozwolę przecież, aby pogoda zepsuła mi lato!

Pamiętam takie właśnie lato w 2008, nasze pierwsze lato w Irlandii. Lało i wiało bez przerwy, było zimno i bardzo przygnębiająco, a za horyzontem czaił się wielki kryzys. Dzieliliśmy mieszkanie z pewną parą Polaków, którzy mieli w zwyczaju na nas się obrażać, bo na przykład zostawiliśmy nieumyte dwa talerze w zlewie, ale być może byliśmy po prostu dość upierdliwi, bo jako rodzina byliśmy bardziej głośni. Ściany koło okien były całe czarne od grzyba, w jednym pokoju lała się woda po ścianie. Mieszkanie było na parterze, przy ciemnej ulicy i w sypialni, gdzie spał Adek, prawie nie było dziennego światła. My z M spaliśmy w dużym pokoju na dmuchanym materacu, któremu co noc przybywało dziur, sumiennie zalepianych przez nas co wieczór w półgodzinnym rytuale. Materac nazywaliśmy ‚Ociosankiem’, bo coś w nim przypominało bardzo głodne niemowlę z filmu Svankmajera. Nie było nas stać nie tylko na łóżko, ale też na samodzielny wynajem tego mieszkania (1115 euro za miesiąc), dlatego, kiedy nasi współlokatorzy ogłosili, że się wyprowadzają, musieliśmy zacząć szukać czegoś tańszego. Mi w tamtym czasie pracował w fabryce przy montażu alarmów i zarabiał 19 tys. euro rocznie, ja nie nie miałam jeszcze pracy, ani nie przysługiwał mi żaden zasiłek. Płakaliśmy z Adkiem co noc, z tęsknoty za Polską, dziadkami, przyjaciółmi i latem. Kiedy M był w pracy, jak tylko nie lało chodziliśmy z Adkiem na spacery, do darmowych galerii i muzeów. Na weekend jeździliśmy nad morze, z własnymi kanapkami i piciem, oczywiście.

A jednak, pomimo wszystko, wbrew wszystkiemu, właściwie nie wiadomo dlaczego, czułam, że pozostanie w Irlandii to dobra decyzja. I miałam rację.

Ale zupełnie, zupełnie inaczej siedzi się w takie lato we własnym domu, czyta książkę i patrzy na cudny ogród.

Dzisiejszą datę trzeba zapisać

w annałach, bo dziś pierwszy raz przebiegliśmy 10 km. Plusy epidemii – nigdy wcześniej tak systematycznie nie biegaliśmy.

Od dwóch tygodni pada. Siąpi. Kapie. Kapuśnaczy. Leje. Chłosta deszczem. Trawa już w ciągu tygodnia wróciła do swojej irlandzkiej zielości, petunie i hortensje kwitną, ale inne kwiatki słabiej.

Zmarł nasz przyjaciel. Na pogrzebie celebra. Tłumy, upał, długaśne przemowy. Najwięcej mówili oczywiście ci, co go mało znali. A jednak wystawny pogrzeb może przeszkadzać w żałobie – kto by pomyślał. My nie przylecieliśmy, bo nie było jeszcze lotów. Może i lepiej, że nas nie było. Myślę o W cały czas, wydaje mi się to po prostu niemożliwe. Kiedyś byliśmy bardzo, bardzo blisko – W był chłopakiem mojej przyjaciółki i najlepszym przyjacielem M. Ojcem chrzestnym naszego związku, u którego w domu na kozetce spędziłam dużo czasu analizując drobiazgowo zachowanie M. Potem zaczął robić karierę i trochę się chyba nią zachłysnął, pamiętam, że kiedy M już tu wyjechał a ja byłam jeszcze w Polsce, umawialiśmy się na piwo i miałam dojmujące wrażenie, że jest za coraz grubszą szybą, że widzę tylko personę, a prawdziwy W jest gdzieś głęboko schowany. Przez parę lat na coraz rzadszych spotkaniach próbowałam się do niego przebić, wydawało mi się to niemożliwe, że jak ktoś był taki bliski, może się stać tak daleki. Widzieliśmy W jeszcze parę razy z M, ale prawdziwa bliskość wróciła dopiero rok temu, kiedy jego ukochana firma go zwolniła a on już był poważnie chory.

A teraz nawet piosenkę na pogrzebie puścili nie tę. Dobry zespół, ale nie ta piosenka.

Jak mam dużo wolnego coś

się dzieje z moim rytmem dobowym. Po jakimś miesiącu przestawiam się tak, że kładę się po pierwszej w nocy, a wstaję po dziesiątej rano. Jeśli prawdą jest, że im się jest starszym, tym wcześniej się wstaje, to ja się chyba cofam w rozwoju.

Dziś była to dziesiąta siedemnaście i zmusiłam się, naprawdę się zmusiłam, żeby na stałe otworzyć oczy i się przebudzić. Kiedy nie pracuję, śpię dużo i długo, a w nocy nie budzi mnie nic, oprócz siku. I rano też mnie nic nie budzi, potwierdza to mój zegarek fitbit, który pokazuje, że kiedy normalni ludzie pija drugą kawę, ja śpię snem głebokim, przeciwnie do teorii mojej siostry, że człowiek nie ma szans się rano wyspać.

Trochę się tym przejmowałam, bo trudno się umówić na wczesny spacer albo telefon z przyjaciółką, jak ledwo się otwiera oczy po jedenastej, a poranną toaletę kończy się przed południem, szczególnie upierdliwe jest to w kontaktach z ludźmi, którzy mają odwrotnie, jak na przykład moja siostra, która wstaje po szóstej, a kładzie się spać już po dwudziestej (pierwszej), kiedy ja dopiero zaczynam mieć chęć na poważne rozmowy o życiu, ale poszłam po rozum do głowy i wytłumaczyłam sobie, że po prostu żyję czasem zimowym. Plus godzina. Albo dwie. To tak, jakbym kładła się po dziesiątej i wstawała o siódmej, prawda? Prawda. Rzadko ma się taki luksus w życiu, że nie trzeba się dostosowywać do rytmu całego świata, zamierzam więc w tym luksusie się pławić:)

Ciekawe jest to, że moje dziecko też się przestawia. Mo obecnie zasypia po dziesiątej i budzi się po dziewiątej rano, chwilę sama się bawi, pije mleczko, przyniesione przeze mnie poprzedniego wieczora, głaszcze mnie po twarzy i cichutko przytula. Idzie siku, wraca. Zawsze wieczorem, do snu, zabiera ze sobą na górę swoje aktualne skarby – kamyczki, laleczki, kwiatki, plastikowe zjeżdżalnie, pieski, różowe notesiki z okładką z futerka. Skarby śpią pod łóżkiem i są wyciągane rano, jak tylko się obudzi. Skarby gwarantują mój łagodny transfer z krainy snu do jawy, bo po dziewiątej na granicach świadomości zaczynam rejestrować jakieś ciche opowieści, śmichy-chichy, ciumaski i przytulaski, a kiedy wreszcie otworzę oczy, widzę przed sobą małą, roześmianą twarz dziewczynki Mo. ‚Mamo, już się obudziłaś?’.

Tak.

Odpoczywamy.

Cały poprzedni tydzień wypełniony słońcem, cudowne dni spędzane w całości na dworze, spotkania z moją ulubioną sąsiadką (którą dwa lata temu namówiliśmy na kupno domu w naszej dzielnicy), Mo w ogrodowym basenie dwa na trzy metry uczy się pływać. Długie spacery wzdłuż rzeki, parki i ciacho na wynos z naszej ulubionej włoskiej restauracji. Odpoczywamy.

Coraz więcej dzieci na ulicy, powypuszczane z domowego zamknięcia, spragnione towarzystwa i zabawy z rówieśnikami. My też w czwartek pozwoliliśmy Mo pójść samej się z nimi bawić i oto czwartek stał się taką wizją dnia z przyszłości, kiedy będzie sama wychodzić na dwór – nie mogę się już doczekać! Puściliśmy ją najpierw trochę ostrożnie, z pewną rezerwą, mając na uwadze ewentualne konsekwencje, jeszcze niepewni, czy można i czy to jest właściwe. I nadal tego nie wiemy, ale zamknąć dzieci na długo też jest dobrym wyjściem – po tak długim okresie przebywania tylko z nami zauważyłam pewien regres w jej zachowaniu. Śni się mi nowa szkoła Mo, pełna fantastycznych pomysłów, rozwojowych atrakcji i edukacyjnych zabaw dla dzieci, najwyraźniej pokładam w niej wielkie nadzieje.

W piątek zmiana pogody i potwornie zimno, poszliśmy na długi spacer, a pod koniec musiałam jej dać rękawiczki i czapkę. A w sobotę gorączka! 39 stopni. Właśnie miała wpaść do nas nasza ulubiona sąsiadka, więc piszę do niej, co i jak, a ona, że powinniśmy się przetestować, bo to na pewno TEN wirus. Nie wydawało mi się to prawdopodobne, no ale poczytałam co robić w takiej sytuacji i okazało się, że lekarz może zlecić test i wtedy trzeba jechać do wyznaczonego centrum testowania. TRANSPORTEM PUBLICZNYM, jak się nie ma samochodu… A jeśli lekarz nie zleci testów, to może zlecić 14 dniową kwarantannę dla całej rodziny. No i tu mnie szlag trafił, bo już sobie wyobrażam dwa tygodnie kwarantanny dla całej rodziny za każdym razem jak dziecko zagorączkuje, czyli jakieś dziesięć razy w ciągu roku. I piszę o tym do mojej ulubionej sąsiadki, a ona ‚no ale jest pandemia!’. Ale wiem, że sąsiadka to panikara;) Tak wam piszę, żebyście nie myśleli, że chciałabym pozamykać wszystkich w domu na następne pół roku. Nie wydają mi się takie działania rozsądne i na całe szczęście gorączka Mo trwała jeden dzień, a w poniedziałek na wideo-wizycie lekarskiej pani doktor ani słowem nie wpomniała o testach ani kwarantannie. W międzyczasie rozwinęła się infekcja oka i oto mieliśmy najbardziej prawdopodobną przyczynę gorączki. My jesteśmy nadal zdrowi.

Rozkminki pana od Bolka i Lolka przesłuchałam w całości i nie przekonał mnie. Jak to bywa z najlepszymi teoriami spiskowymi – jest tam ziarnko prawdy, ale również dużo nieporozumień i naciąganych interpretacji. Pan na przykład wspomina o ‚fałszywie dodatnich wynikach testów’, ale nie mówi, czy to testy na przeciwciała (mniej dokładne) czy też na RNA wirusa (bardzo dokładne). Nie zaleca się aktualnie stosowania testów serologicznych w celach diagnostycznych właśnie ze względu na dużą nieprecyzyjność – na razie mało wiemy, na temat ludziej odporności na wirusa, jak długo się utrzymuje, na jakich poziomach, oraz czy jest możliwe wykrywanie odporności na inne koronawirusy, powszechne w populacji. Pan mówi poza tym o dobrym rozwiązaniu wprowadzonym w Szwecji – coż, powiedziałabym, że jeszcze tego nie możemy ocenić, a w świetle najnowszych danych o zgonach w Szwecji i coraz większej krytyce tamtego modelu, wydaje się to wątpliwe. Poza tym w Szwecji jest również wiele obostrzeń i zakazów (co omawia ten pan) i trzeba brać pod uwagę specyfikę kulturową – dużo większy dystans społeczny na codzień (Kasia – prawda?). A chyba klu tego całego wywodu jest wniosek, że pandemia jest sztucznie rozdmuchiwana, żeby Bill Gates mógł wcisnąć każdemu swoje szczepionki:D I choć niewątpliwie Bill Gates kręci na wirusie swoje lody, nie oznacza to , że pandemia została PO TO zrobiona. Kolejny szczegół, do którego mogłabym się przyczepić to jak pan komentuje, że w Polsce ‚najdurniejszy zakaz jest respektowany’ i niby Polacy jak te owce słuchają władzy – otóż jest dokładnie odwrotnie. Polacy znani są z NIE respektowania zakazów i nakazów (choć, oczywiście, trudno nie respektować zakazu, kiedy kara wynosi 30 tys. złotych;). Polska kultura prawna jest dość permisywna, tzn. łamanie prawa nie jest potępianie samo w sobie: częsciej zgadzamy się ze stwierdzeniem, że ‚bezsensownego prawa nie trzeba przestrzegać’ niż ‚każde prawo powinno być przestrzeganie’. Badania na ten temat robił już Petrażycki w latach 60tych, potem Kurczewski, Skąpska itd. Ogólnie podkreśla się brak spo­łecz­nej ak­cep­ta­cji dla sta­no­wio­ne­go pra­wa i kry­tycz­ne na­sta­wie­nie wo­bec pań­stwa i  je­go or­ga­nów. Długa tradycja buntu wobec władzy i prawa być może ma swoje korzenie w rozbiorach, a może jeszcze wcześniej liberum veto, ale to tutaj nieistotne, sedno tkwi w tym, że Polacy nie stosują się do zaleceń i zakazów. Inną kwestią, której omówienie przez pana jest dość niejasne są liczby euromomo : otóż pokazują one wzrost śmiertelności w 16 tygodniu roku 2020 o 50%, jak nie o 70% (powiedzmy od 50 tys do 90 tys. – bo wzrost zimowy już był za nami):

Image

Pan zdaje się sugeruje, że wzrost ten to skutek zamknięcia szpitali dla innych pacjentów niż covidowi, co wydaje się absurdem. Poza tym wskaźniki śmiertelności cytowane przez pana nie są niczym nowym, od paru tygodni wiemy jaka jest śmiertelność w różnych grupach wiekowych, a zależy ona również od wydolności ochrony zdrowia, czemu miało służyć właśnie ‚spłaszczenie krzywej’. Naukowcy się nie ‚pomylili’, tylko cały czas napływają nowe dane, naukowcy nie ‚straszyli’, tylko ostrzegali i pokazywali, jakie mogą być konsekwencje. Sytuacja jest dynamiczna, wprowadzanie różnych środków wpływa na liczbę zakażeń i śmierci, sugerowanie, że skoro nie umarło tyle osób, ile mogło, to cała rzecz jest bardzo wyolbrzymiona jest nieuczciwe.

Cały wywód pana od Bolka i Lolka zawiera mnóstwo takich nieścisłości i gdybań, a teza ‚pandemia została stworzona, żeby sprzedać szczepionki’ jest po prostu naciągana. W dodatku jeszcze nie ma szczepionek – i nie wiadomo, czy będą. A zresztą rząd polski właśnie poluzował wszystkie obostrzenia, więc już nie ma na co narzekać – może być tylko lepiej;)

Wnioski pana są tak samo logicznie sensowne, jak to, że pandemia została stworzona, żebym mogła spokojnie dokończyć mój sweterek w koronawirusy. Na drutach.

Nie mogę się przemóc

i dokończyć „Koniec Wolności”, pan brzmi jak lektor Bolka i Lolka i cały czas mam wrażenie, że opowiada bajki, takim radosnym głosem: ‚Jeżeli byłoby to pięć procent, z siedemdziesięciu w całej populacji, dałoby nam to sumę…”;) Ale posłucham do końca, a już mi się ciekawe wnioski nasuwają.

Przecudna końcówka maja.

Upał. Mo od rana w ogrodzie, w basenie, dostała od sąsiada mini zjeżdżalnię plastikową i zrobiła sobie ‚water slide’. Ja trochę próbuję opalić nogi, ale równocześnie raczej słońca unikam – praży jak w Polsce, aż skóra szczypie, więc kończy się na jakiś dziwnych wygibasach. Nogi gołe, bluzka z długim rękawem, koszulka na głowie, książka w ręce, ani się opalać, ani czytać, ani żaden ze mnie towarzysz zabaw.

Mam wolne. Upajam się wszystkim tym, na co wcześniej nie miałam czasu. Wczoraj pożyczyłam od koleżanki pięć książek, trzy kucharskie, a dwie do czytania. Strasznie nudzi mnie gotowanie, przez cały rok akademicki nasza kuchnia opiera się na dziesięciu spawdzonych przepisach – muszą być szybkie, warzywne, w miarę smaczne (ale nie przesadzajmy) i wegetariańskie, z łatwą opcją wegańską. Pożyczyłam książkę z przepisami z Cornucopii, legendarnej Dublińskiej hipsterskiej restauracji i będę próbować.

Poza tym biegamy. Systematycznie, powoli, bez szaleństw i tak doszliśmy do 8 km wczoraj. Bieganie jest niesamowite, ale nie przekonanych żadne słowa nie zachęcą wystarczająco, bo najpierw trzeba się przebić przez ogromne zmęczenie, wkurzenie i ogólną nudę, by dojść do jakiegoś takiego zachwytu nad światem. Biegamy zawsze wieczorem, kiedy słońce zachodzi i takie łagodne, zmęczone plamy światła rozświetlają prawie-że-bezkresne zielone połacie, konie skubią trawkę, kwiaty pachną, drzewa szumią, a my sobie z M gadamy.

I chodzimy na spacery z Mo. Ona jest dzielnym piechurem, spokojnie przejdzie i przehulajnoży już z 10 km, trochę na koniec marudząc, ale jest podatna na przekupstwo – ciacho na wynos z ulubionej restauracji zawsze działa. Chcę w niej zaszczepić tę przyjemność chodzenia, łażenia, zwiedzania, włóczenia się po lokalnych parkach, pagórkach i meandrach rzecznych. Jako dziecko komuny zostałam wychowana w atmosferze fascynacji turystyką lokalną, bo dalsze wyprawy Syrenką do Warszawy (albo małym Fiatem nad Balaton, ale to nie ja) były jednak męczące. Aktywistka od urodzenia, zapisałam się do dwudziestu klubów, między innymi Szkolnego Klubu Krajoznawczo-Turystycznego, z którym przełaziłam setki kilometrów, włócząc się przez Pogórze Kaczawskie, Góry Sowie, Rudawy Janowiskie i oczywiście Karkonosze.

Czemu z tej pustki ciągle drwisz,

jeśli ta pustka nie drwi z ciebie’.

Zabawmy sie w zgadywanki. Co widzicie na poniższych obrazkach?

The Thinking Behind The Famous Rorschach Inkblots Test

Jest jakieś takie głęboko zakorzenione poczucie w człowieku, że rzeczy muszą być po coś albo dlaczegoś. Chyba najtrudniej jest nam, ludziom zaakceptować przypadek czy splot okoliczności. Całkiem, jakby kosmiczny przypadek w jakikolwiek sposób podważał sens podziału na dobro i zło, sens ludzkiego świata. Ale przecież jest to proste – jest świat człowieczy, świat wartości. I rzeczywistość zewnętrzna, że się tak wyrażę, która nie ma sensu i celu. Po prostu jest. Rzeczy nie zdarzają się ‚po coś’, rzeczy się po prostu zdarzają. Nie chorujemy, „po to”, żebyśmy mogli coś zrozumieć – na przykład co jest dla nas ważne, choć oczywiście możemy wyciągnąć wnioski z różnych wydarzeń – przekonać się, co jest najistotniejsze dla nas. Możemy również zaobserwoać ciągi przyczynowo-skutkowe, po to, by ewentualnie zapobiec im w przyszłości, ale nigdy nie będziemy mieli całkowitej kontroli nad światem zewnętrznym.

Choć jesteśmy częścią świata i nasze działanie mają bezpośredni wpływ na to, jak się ma nasz ludzki byt, rzeczy nie przydarzają się nam, by nas ukarać, zatem również nie często przydarzają sie ‚dlaczegoś’. Łączenie trudnych doświadczeń z ‚karą’ jest bezpośrednim przeniesieniem skojarzeń z dzieciństwa – wylałam mleko i mama na mnie nakrzyczała, byłam zła i spotkała mnie kara. Ale świat (niestety?) tak nie działa, chorujemy i umieramy nie dlatego, że byliśmy ‚niegrzeczni’. Choć nadużywanie alkoholu jest bardzo częstą przyczyną raka, nie każdy chory nadużywał alkoholu.

Taki to dziwny świat – ludzki i nieludzki zarazem, i musimy w nim jakoś odnaleźć. A to jest chyba najtrudniejsze.

Głęboko zakorzenione specyficzne pragnienie sensu powoduje, że za różne przypadkowe rzeczy ktoś musi być odpowiedzialny. No bo jakżeby inaczej? Przypadek? Nie sądzę;) Cechę tę najłatwiej zauważyć w czasach wyjątkowych, jak na przykład pandemii. Albo wymyślonej pandemi;) w każdym razie sytuacji nadzwyczajnej.

Doszukiwanie się sensu jest również związane z nietolerancją niewiedzy. Nawet, jak nie wiemy, to wiemy przecież, bo musimy wiedzieć. Budujemy sobie świat ze skrawków dostępnych informacji, nie mogąc dopuścić do świadomości, że w naszym obrazie są dziury, bo niepewność rodzi strach. ‚Wiem, że nic nie wiem’ nie bez kozery jest kojarzone z samoświadomością i odwagą. Bo im bardziej nie wiemy, tym bardziej jesteśmy przekonani, że coś wiemy – to tak zwany efekt Krugera-Dunninga:

Anthony Ricciardi on Twitter: "The more I listen to contrarians ...

I obecnie szalejące teorie spiskowe to właśnie dla mnie konstekwencja doszukiwania się sensu we wzorach Rorschacha, oraz, oczywiście efekt Krugera-Dunninga. Nagle wszyscy jesteśmy epidemiologami, psychologami społecznymi i ekonomistami i po prostu wiemy, jakie restrykcje powinny bądź nie powinny być wprowadzone, na jak długo i jak to by się odbiło na zachorowalności. I gospodarce. Wiemy, że to wszystko ściema, że wirus nie jest/nigdy nie był taki groźny i gdyby tylko wszyscy przestali panikować, to moglibyśmy dalej sobie żyć, być może chorując sobie niezauważenie na ‚grypę’, zdrowiejąc szybko i bez komplikacji. I wszyscy mogli by życ długo i szczęśliwie w krainie mlekiem i miodem płynącej:)

Przesłuchałam połowę filmiku polecanego przez Iksię, mój komentarz w następnym odcinku;)

Dziś pierwszy dzień

lżejszych restrykcji. Zostały otwarte sklepy z narzędziami i ogrodnicze. Oficjalnie można się spotykać w niespokrewnionych grupach czteroosobowych. Spacery do 5 km.

Wczoraj tylko 64 nowych chorych, 10 zmarło. Wyraźnie idzie w dobrym kierunku.

Kilometrowe kolejki do centrów ogrodniczych:

Irish shoppers queue from early morning as thousands of businesses ...

Też chciałam pojechać po kwiatki, ale dobrze, że się akurat nie wybrałam.

Rząd stoi przed trudnym zadaniem – otworzyć ekonomię, ale tak, żeby jednak ograniczyć zarażenia. Wiadomo, że trzeba wracać do normalności, ale istotne jest tu ‚ostrożnie’. Zachorowania dzieci na wieloukładowy zespół zapalny, prawdopodobnie powiązany z wirusem, pokazują, że jeszcze wiele o tej chorobie nie wiemy.

Nie podzielam powszechnej krytyki rządów, że restrykcje niepotrzebne, że za surowe, że za długo. Kluczem w tym wszystkim był właśnie brak wiedzy – jest to nowy wirus, o którym naprawdę dużo nie wiedzieliśmy w lutym i marcu. Jak się okazało, wirus jest 10 razy bardziej śmiertelny od grypy, choć chyba mniej zaraźliwy. Nie wiadomo jeszcze jakie są długoterminowe skutki przechorowania – wiele badań pokazuje zwłóknienie płuc, choroby układu krwionośnego, nerek itd. To nie jest tak, że ktoś zachoruje, wyzdrowieje i już. A przynajmniej nie we wszystkich przypadkach.

Jak już u Milagros pisałam – każde działania prewencyjne opierają się na szacunku ryzyka, ale trudno szacować ryzyko na podstawie prawie nieistniejących danych – to sytuacja z lutego/marca br. Ryzyko czegoś, z czym się nigdy wcześniej nie zetknęliśmy. Jeśli stawka jest bardzo wysoka, a ryzyko nieznane, rozsądnie jest zrobić wszystko, żeby to ryzyko zminimalizować. Tutaj ryzykujemy życiem wielu ludzi, dlatego, dopóki mało wiemy, warto być ostrożnym. Mnie rząd polski i irlandzki przekonał swoim podejściem, i jak widać lekkomyślność WIelkiej Brytanii dużo gorzej się zakończyła. Powszechnie podawany przykła Szwecji też mnie nie przekonuje – jest tam 3 razy więcej ofiar śmiertelnych na milion mieszkańców niż w sąsiedniej Danii. I dużo więcej niż w Norwegii. NIestety, w Irlandii też te wskaźniki są dość wysokie – bo zarażanie zależy też od kultury danego kraju, a jak wiadomo Irlandczycy lubią bliskość, puby i dobrą zabawę, przeciwnie do Szwedów. Co by dopiero było, gdyby restrykcji w Irl nie wprowadzić!

Oczywiście nasza odpowiedź powinna później odpowiednio modyfikowana w miarę, jak wiemy coraz więcej. I teraz właśnie jest ten czas.

Ciekawa jesetem jakie zmiany społeczne i ekonomiczne przyniesie obecna sytuacja. Myślę, że oprócz negatywnych konsekwencji – kryzysu, bezrobocia – będzie również parę pozytywów. I tak jak skutkiem II Wojny Światowej w wielu krajach było wprowadzenie państwa opiekuńczego, systemu emerytur, powszechnej ochrony zdrowia, również obecnie będzie parę dobrych zmian (bez skojarzeń;).

Po pierwsze, więcej ludzi będzie pracowało zdalnie. Co oznacza mniej dojazdów do pracy i mniej zanieczyszczone powietrze:)

W Dublinie spadną ceny mieszkań i domów, zarówno kupna, jak i wynajmu. Bardzo, bardzo pożądana zmiana.

Być może zmieni się również podejście do systemów opieki zdrowotnej – szczególnie w USA jest szansa, że zostanie zauważone, że katastrofa zdrowotna jest dużo trudniejsza do opanowania, jeśli znaczny procent ludności nie ma dostępu do opieki zdrowotnej. W Irl być może przyśpieszy to długo wyczekiwaną reformę dwutorowego systemu i integrację prywanych i państwowych usług, choć już słyszałam opinię, że przez wirusa na Slaintecare nie ma kasy.

Turystyka masowa, globalna, degradująca planetę znacznie się zmniejszy. Sama latam do Pl dwa razy w roku i jest to dla mnie bardzo, bardzo ważne – szczególnie kontakt Mo z kuzynami, kuzynkami i całą rodziną, ale może tak naprawdę powinnam przeboleć, że tak się nie da – jestem tu, to jestem tu i nie dokładać się do tego szaleństwa latania.

Co jeszcze?