Jeden cały dzień w szkole

zanim się rozchorowała. Nic poważnego – przeziębienie. Zawsze zaczyna się katarem, potem przechodzi w kaszel, ale taki, jakby płuca wyrywało. Kiedy już jest kaszel już wiem, że jest zdrowa, ale do szkoły posłać nie można. Na szczęście ja jeszcze nie pracuję, więc bez problemu zostajemy w domu.

Po pierwszych dwóch dniach bardzo zadowolona. Płacze, że mieli robić mapę w szkole, a ona nie będzie. Musieliśmy też wczoraj w domu rozwiązywać zadania z matmy. Dorwała się też do zeszytu ćwiczeń i zaczęła wypełniać, ale od środka, bo początek jej się nie podobał. I co tu robić – nie pozwalać? bo trzeba po kolei? bo będą to robić w szkole? Na razie pozwalam na wszystko, żeby ten jej entuzjazm opadł jak najpóźniej, bo to, że opadnie to pewne;D

Szkoła w czasie pandemii

W Irlandii, tak jak i w Polsce, główna odpowiedzialność za organizaję nauki spadła na dyrektorów, którzy wprawdzie dostali jakieś dodatkowe fundusze na środki czystości, odkażanie rąk, czy zatrudnienie dodatkowych nauczycieli, ale, jak to zwykle bywa, wszyscy narzekają, że nie wystarczające. Problemem są także duże klasy, na co rodzice zwracają uwagę od lat – w klasie Mo jest 30 dzieci.

Pierwsze wrażenie jest jednak pozytywne. Dzieci są podzielone na małe ‚pods’, czyli strączki po 7-8 osób, które siedzą przy jednym stoliku. Klasy to ‚bubbles’, czyli bąbelki, które nie stykają się ze sobą za dużo. Pierwszego dnia najmłodsze dzieciaki i ich rodzice zostali zaproszeni do szkoły ‚strączkami’, t.j. każda grupka na inną godzinę, co 15 minut, a że każda klasa ma poza tym własne miejsce na boisku szkolnym, z którego dzieci są odprowadzane przez dyżurujących nauczycieli do klas, zupełnie nie było tłoku przed szkołą. Od dzisiaj dzieci mogą przychodzić od 8.30 do 8.50, założenie jest takie, żeby nie tworzył się przed szkołą tłum czekający na otwarcie szkoły.

Dziś lało, więc przetestowaliśmy alternatywną drogę do szkoły: dojeżdżamy na rowerze 7 minut do Luasa (szybki tramwaj), potem 10 minut tramwajem prawie pod samą szkołę. Wszystko pół godziny na spokojnie, a 20 minut na niespokojnie, i człowiek jest (prawie) suchy. Jest dobrze:)

Moirin opowiada jak było

Szkoła

Dzieci Irlandzkie zaczynają naukę w wieku czterech, bądź pięciu lat (zależy od miesiąca urodzenia i miejsc w szkole), od klasy zwanej Junior Infant, po której idą do Senior Infant i dopiero do klasy pierwszej. Można by powiedzieć, że dwa pierwsze lata to zerówki, tyle, że są obowiązkowe i z programem klasy pierwszej – dzieci się uczą pisać, czytać i liczyć do stu. Zajęcia w szkołach zaczynają się najczęściej o dziewiątej, czasem przed zajęciami dzieci mają apel lub modlitwę, bo 96% podstawówek irlandzkich to szkoły wyznaniowe, a 90% katolickie. Jest trochę szkół protestanckich, jedna żydowska i chyba jedna muzułmańska.

Etos katolicki oznacza w praktyce różne rzeczy, szczegóły zależą od tradycji danej szkoły, siły rady rodziców, wpływów patronatu zakonu bądź pobliskiej parafii i oczywiście dyrektora. Zawsze oznacza to lekcje religii katolickiej jako część sylabusa, jak również przygotowanie do pierwszej komunii świętej, często modlitwę przed i po zajęciach, czasem objawia się to również bardziej odjechanymi artefaktami, jak na przykład gazetką ścienną z hasłami ‚Podnieś papier i pomyśl: czy Jezus by śmiecił?’. Szkoły nie-wyznaniowe nazywają się ‚wielowyznaniowe’ i mają lekcje o religiach świata – Adek na przykład był z wizytą w meczecie, świątyni buddyjskiej, kościele protestanckim i katolickim oraz świątyni żydowskiej. Szkoły wielowyznaniowe to najczęściej szkoły Educate Together, ruchu założonego w latach osiemdziesiątych przez rozdziców zmęczonych propagandą katolicką.

Szkoły są dość zróżnicowane ze względu na pochodzenie społeczne dzieci – obowiązuje ‚delikatna’ rejonizacja i dziecko z danego rejonu ma pierwszeństwo przyjęcia, a w dużych miastach nierówności klasowe układają się geograficznie. Pokazywałam chyba kiedyś tutaj mapy Pobal, które klasyfikują miejsce zamieszkania pod względem deprywacji – jeśli wpiszecie sobie w tę mapę hasło ‚Ballyfermot’ to zobaczycie, że dzielnica w której mieszkam jest określona jako ‚upośledzona’ czyli zagrożona ubóstwem. Co ciekawe, deprywacja nie jest mierzona dochodem (dlatego ‚ubóstwo’ tutaj jednak mi nie bardzo pasuje), ale poziomem wykształcenia, ilością samotnych rodziców, bezrobociem i ilością domów socjalnych. Szkoły w mojej dzielnicy są uznane za raczej słabe, choć podstawówki i szkoły średnie w tym względzie wydają się różnić – w szkolnictwie podstawowym poziom jest podobno dość wyrównany (ale trudno to zmierzyć ze względu na brak ogólnoirlandzkich egzaminów kończących podstawówkę). Upośledzenie za to wyraźnie widać w odniesieniu do szkół średnich – z mojej okolicy na studia dostaje się około 15% dzieciaków, w porównaniu z 95% z dzielnic lepszych.

Państwo stara się te różnice jakoś niwelować, wprowadzono program DEIS, który daje dodatkowe przywileje uczniom gorszych szkół, a całkiem niedawno zabroniono szkołom przyjmować na zasadach preferencyjnych dzieci, których członkowie rodziny ukończyli daną szkołę. Całe klany rodzinne kończyły dobre szkoły, a dzieciaki, które się dopiero przeprowadziły do danej okolicy nie miały żadnych szans dostania się do lepszych szkół, co dyskryminowało dzieci imigrantów i konserwowało pozycje społeczne. Zniesiono również zapisywanie dziecka do szkoły zaraz po jego urodzeniu. Nie było to popularne w szkołach słabszych, ale w szkołach obleganych, jeśli się nie zapisało dziecka na listę w ciągu pierwszego roku życia, było już często za późno w wieku dwóch lat. Rocznik Mo jest ostatnim rocznikem przyjętym na starych zasadach, od przyszłego roku dzieci będą przyjmowane na podstawie losowania.

Jak już wspomniałam, w mojej okolicy, dosłownie za rogiem, są trzy podstawówki, i kolejne dwie kawałeczek dalej. Ale Mo nie pójdzie do lokalnej szkoły, jako lewak trochę nad tym ubolewam, ale jako matka nie mam żadnych wątpliwości. Szkoła Mo jest właśnie szkołą Educate Together, nie-katolicką, o bardzo dobrej reputacji, ale publiczną i darmową i dlatego była już 63 na liście, kiedy zapisałam ją w wieku sześciu miesięcy. Moi znajomi wybrali się ze swoim synem tydzień po jego urodzeniu. Gdyby nie to, że utworzono w końcu dwie klasy, Mo nie miałaby szans się dostać. Tu dzieci nie uczą się religii, nie noszą mundurków (co jest bardzo wyjątkowe w Irlandii), mają wprowadzane elementy ‚forest school’ (np. jeden dzień w tygodniu spędza się cały na dworze), a rodzice są bardzo zaangażowani w sprawy szkolne. Zdaję sobie sprawę, że jest to szkoła dla rodzin uprzywilejowanych, dzieci z klasy średniej, z tak zwanych dobrych domów i statystyki to potwierdzają: w Irlandii dochód i wykształcenie rodziców jest mocno skorelowane z posyłaniem dzieci do tych nie-katolickich szkół, pomimo tego, że to szkoły publiczne. Drażni to moje poczucie sprawiedliwości – ale czy jakikolwiek rodzic odmówiłby takiego przywileju?

Miałam kiedyś taką dyskusję z moją ulubioną sąsiadką Hiszpanką, której syn – młodszy o rok od Mo – został zdiagnozowany jako dziecko na spektrum. L również zapisała go do naszej szkoły zaraz po urodzeniu, ale po diagnozie okazało się, że szkoła, pomimo równościowych haseł, nie oferuje nauczania dla dzieci nieneurotypowych. Takie możliwości daje szkoła lokalna, która zapewnia nauczanie zintegrowane w klasie ‚normalnej’ oferując dodatkową pomoc nauczycieli. L się strasznie obraziła na naszą szkołę i zaczęła mnie namawiać na posłanie Mo do lokalnej instytucji – miałyśmy parę naprawdę gorących dyskucji na ten temat. Czy naprawdę jestem hipokrytką, chcąc żeby moje dziecko skorzystało z (dość przypadkowo otrzymanego) przywileju? Gryzłam się tym przez jakiś czas, ale doszłam do wniosku, że żadna mama nie ma prawa sojemu dziecku takiej możliwości odbierać.

I tak oto teraz cieszymy się jutrzejszym pierwszym dniem w szkole, nie wiem już kto jest bardziej podekscytowany – ja czy Mo. Dzieciaki w klasie będą podzielone na mniejsze grupki i okazało się, że moja córka będzie w grupie właśnie z synem moich lewackich przyjaciół, tych, którzy zapisali go zaraz po urodzeniu. Oraz jeszcze jedną znajomą dziewczynką.

Wydaje się, że będzie tam mojej córce dobrze.

Ból głowy

niechybnie zwiastuje początek roku szkolnego, kiedy po wakacjach musimy zgrać nasze plany i zobowiązania tak, żeby a) rodzice mogli pojawić się w swoich pracach, b) rodzic mógł się pojawić w swojej szkole, c) dziecko zostało odebrane ze swojej i d) dziecko nie było samo w domu. W obecnej sytuacji musimy brać pod uwagę trzy uczelnie i szkołę, po dwa miejsca pracy na rodzica, a w dobie pandemii dochodzi jeszcze wesoły miszmasz zajęć online i w klasie. Dorzućcie do tego jeszcze dwa wieczory pracujące, brak instutucji świetlicy w Irlandii oraz brak samochodu (i prawa jazdy, hehe) i łamigłówka staje się koszmarem. Mo kończy codziennie o 1.10, ja w środę o 1 – jak się teleportować 5 km, żeby ją odebrać? W czwartek mam okienko od 1 do 2, kolejny wykład mam online – teoretycznie mogę odebrać ją o 1.10 i przywieźć do domu przed 2 i zacząć wykład. Praktycznie – już mi siebie szkoda.

Reflekcja po

Jedni wierzą w znaki zodiaku i czytanie z dłoni, inni w fusy, karty, tarota, jeszcze inni w świat sprawiedliwy, w którym każdy dostaje to, na co sobie zasłużył, są tacy, co wierzą w to, że gender to ideologia i w to, że jesteś kowalem własnego losu, jak i owacy, którzy wierzą w krasnoludki, elfy, wróżki i życie po śmierci, a także ci, co są przekonani, że szkoła z internatem jest najlepszą opcją edukacji dla dziecka, a pełnia księżyca wpływa na ludzkie zachowanie, jeszcze inni daliby sobie rękę uciąć, że duchy i zjawy istnieją, ale najbardziej nierozumni wydają się ci, którzy wierzą, że

Wracamy do pracy

choć ciężko powiedzieć, żebyśmy z niej wyszli. Praca z domu – oprócz wielu różnych zalet – ma też tę wadę, że zamiast bycia cały czas w domu, jest się cały czas w pracy i wszystko się z pracą kojarzy. Dlatego tak bardzo się cieszyłam na wyjazd do koleżanki blogowej K (który spełnił pokładane w nim nadzieje z naddatkiem).

Nasza szkoła wycofała się z pomysłu ‚wszystko online’, pewno zaważyły względy finansowe – studenci nie za bardzo chcą płacić grube pieniądze za lekcje przez Internet. Nie jest to tylko problem naszej szkoły – tutaj fajny artykuł, jak to zupełna komercjalizacja edukacji w USA spowodowała, że Uniwerki muszą się otwierać, nawet, gdy jest to niekonieczne z punktu widzenia edukacji i niebezpieczne z punktu widzenia zdrowia publicznego. Ale mi jest wszystko jedno, a nawet wolę nauczanie w klasie, bo online bywa uciążliwe, wymaga naprawdę dużo więcej przygotowania i trudniej nawiązać kontakt ze studentem, a – jak już zostało zauważone chyba nawet w starożytności – człowiek uczy się najszybciej za pomocą osobistej relacji z mentorem (nauczycielem, wykładowcą, mistrzem, choć aż tak sobie nie pochlebiam;).

Uczenie w czasach pandemii jest bardziej skomplikowane niż zwykle, bo na przykład wyobraźcie sobie wykłady hybrydowe – trzeba tak dobrać tempo wykładu i typy aktywności, żeby zarówno studenci w klasie, jak i ci online mogli brać w tym udział. Typowa akademicka swobodna dyskusja odpada, zajęcia mogą być przerywane różnymi ankietami (Czy zgadzasz sie z zaprezentowaną teorią? wybierz tak lub nie;) i testami z pytaniami zamkniętymi. A jak wiadomo ‚medium is the message’, co oznacza, że studenci zamiast rozwijać myślenie i argumentowanie, będą rozwijać umiejętność wybrania prawidłowej odpowiedzi. Bez zaglądania na koniec książki. Czyli dokładnie coś przeciwnego, co byśmy chcieli kształtować w edukacji akademickiej.

Na razie wszyscy nauczyciele muszą odbyć dziesięć godzin treningu ‚Uczenie w czasie pandemii’ i zdać test na koniec, hehe. Ale przecież najważniejsze, że wracamy do pracy: szczęśliwie przeszliśmy Kontrolę Programu i dostaliśmy pozwolenie na Kontynuowanie Nauczania na Kierunku Nauki Społeczne, co oznacza, że mamy gdzie pracować przez następne 5 lat. I to jest dobra wiadomość. Rok zapowiada się bardzo pracowicie, interesująco i oczywiście stresująco – M będzie prowadził zajęcia w naszej szkole i ćwiczenia z polityki społecznej dla licencjantów na swoim Uniwerku, a przy tym będzie również kończył swoje studia (ale dzięki pandemii napisał już połowę pracy magisterskiej, nie ma to jak siedzieć w domu na lockdownie!). Ja mam pieć nowych przedmiotów, ale z mojej dziedziny, więc luzik (gdyby nie to nauczanie hybrydowe – tu zaczynają się czarne myśli). Mo zaczyna szkołę podstawową, a Ad szuka pracy. A poza tym wszyscy zdrowi.

Opalenizna na nogach

przypomina mi nasze wakacje na słonecznym południu Irlandii. Mieszkaliśmy u jednej z najfajniejszych kobiet, jakie znam, naszej koleżanki blogowej, w domu pełnym życia – dzieci, zwierzaków, roślin. Dzień składał się z rozmów, picia kawy i cydru, tudzież wypadów nad morze. Pogoda była iście południowa, a koleżanka z tych, z którymi rozmowa zawsze sie klei. Piękne krajobrazy, sekretne plaże, morza szum i nocne Polaków rozmowy. A przy tym nie takie długie, bym rano budziłam się niewyspana. Czego chcieć więcej.

Widzę, że z moimi opiniami nikt nie ma ochoty polemizować, no cóż – rozumiem.

Będę męczyć studentów, bo oni nie mają wyjścia;D Właśnie wymyśliłam im temat eseju: ‚czy światowa pandemia przyczyni się do zlikwidowania czy pogłębienia społeczno-ekonomicznych nierówności’. Scheidel (2017) twierdzi, że każde długoterminowe zmniejszenie nierówności na świecie nadchodziło jako konsekwencja przemocy bądź globalnej katastrofy – plag, katastrof naturalnych czy wojen światowych. Jakby ludzkość niechętnie, tylko w obliczu kompletnej zagłady zgadzała się dzielić z bratem. Jak my to robimy, że z jednej strony uczymy dzieci ‚sharing is caring’, a z drugiej strony naprawdę, naprawdę nie umiemy się dzielić naszym dobrobytem z tymi, co mają mniej, ‚zasiłkowcami’ się powszechnie pogardza, a ludzi wykorzystujących innych ludzi, tzw. rekinów biznesu – podziwia. No ale moje społeczne rozkminki nikogo nie interesują, więc koncze.

Na szczęście jest natura, która nami nie przejmuje i robi swoje. Wyhodowałam sobie różę z patyka.

Ballada o dwóch różach, albo o tym jak kradzione tuczy.

Po drodze do pracy mijam taki przepiękny stary dom z najcudniejszą pnącą różą jaką widziałam. Dwa lata temu odważyłam się wejść do cudzego ogrodu i ukraść jedną gałązkę, ale po tym jak ją ucięłam, ogarnęły mnie wyrzuty sumienia i zapukałam do drzwi z pytaniem, czy mogę wziac szczepke. Właściciel się zgodził i uciął mi drugą – o czym nie wiedział – gałązkę. I z tych dwóch gałązek ta podarowana uschła, a ukradziona ma się coraz lepiej. Z patyka rok temu miałam taką różę (na dole po prawej):

A w tym roku wygląda tak:

Żywe istoty rosną, na naturę można liczyc:)

A dzisiaj są PIATE urodziny Mo! I tak jak piec lat temu, również w Bank Holiday czyli wolny poniedzialek, obudzilam się po piątej i nie mogę spać. Tylko na szczęście nie rodze:D

Paragraf 22

Rząd Irlandzki ma trzy priorytety: otwarcie szkół, ochrona staruszków, działająca służba zdrowia. Pewno też gdzieś tam – wcale nie na ostatnim miejscu – znajduje się gospodarka. Czy to właściwe priorytety? Czy to dobra kolejność? Tego nie wie nikt. Ale jak szkoły będą zamknięte, to trudno oczekiwać, żeby ludzie wrócili do pracy – nawet, jeśli pracują w domu, jest to niemożliwe, więc i gospodarka się nie ruszy. Pozwalanie dziecku na oglądanie bajek przez parę godzin dziennie, dzień w dzień, miesiąc w miesiąć przez następne pół roku ociera się o poważne wychowawcze zaniedbanie i na pewno odbije się na zdrowiu psychicznym – dziecka i rodziców. Z drugiej strony otwierać wszystko na hurrra, bez przemyślenia wydaje się też niezbyt rozważną opcją. Wystarczy mi pooglądać co się dzieje w Ameryce Łacińskiej. Czy turyści przyjadą do kraju z szalejącym wirusem? Wątpię.

Dochodzą mnie słuchy, że w Polsce po tym jak na czas wyborów otworzyli wszystko, co sie tylko dało, bo przecież ‚wygraliśmy z wirusem’ przed wyborami, a teraz na powrót zaczynają straszyć restrykcjami. Dla mnie oczywiście porażką byłoby ponowne zamknięcie szkół. No, ale priorytety są różne.

To otwieranie gospodarki też nie takie proste – w Irl na przykład obecnie płaczą właściciele restauracji, które przecież mogą już działać. Ale centrum Dublina wymarło – wszystko otwarte, ale nie ma ludzi, a bez turystów i ludzi z pobliskich biur restauracje splajtują. A jak tu pozwalać turystom na przyjazd, kiedy wiadomo, że jak zakażenia wzrosną, to zaraz inne kraje nakażą kwarantanny po powrocie z Irl, co zupełnie odstraszy przyszłych potencjalnych odwiedziających. Czyli paragraf 22.

Patrząc z innej strony – może to już się nie zmieni? Może centra miast będą musiały się trochę wymyśleć na nowo? Ludzie posmakowali pracy z domu, nagle okazało się możliwe to, co jeszcze parę miesięcy temu każdy manager średniego szczebla zwalczał jakby od tego zależało jego życie. U mnie w pracy, na przykład, zajęcia się kończą w połowie kwietnia i teoretycznie nie musimy przychodzić do pracy aż do połowy września. Żyć nie umierać:) Nie oznacza to, że nie musimy pracować – mamy mnóstwo esejów i projektów do sprawdzenia, prace licencjackie, przygotowanie wykładów na nowy rok, jakieś michałki typu programmatic review, który naprawdę zajmuje mnóstwo czasu i który musimy przeprowadzać co pięć lat dla każdego kursu (a ja uczę na trzech, w porywach do czterech). Niektórzy jeszcze piszą publikacje naukowe;) Większość tych rzeczy można robić w domu, można, a nawet często trzeba, bo wszystkie wymagają dość dużej koncentracji uwagi. Fajnie jest przyjść do biura i pośmiać się z kolegami, ale poza pomnażaniem kapitału społecznego, siedzenia na d to nie zastąpi. Wydaje się, że taka praca jest idealna wręcz do ‚working from home’, ale jeszcze rok temu nasi managerowie za punkt honoru wzięli sobie dopilnowanie, by wszyscy wykładowcy meldowali się w pracy o 9 rano;D No i nagle teraz się okazało, że można siedzieć w domu, że nawet trzeba i że to wszystko hula lepiej niż jak się było w biurze (może poza ćwiczeniami czy wykładami).

Coś czuję, że pandemia przyniesie nam dogłębne zmiany. Oby nie na gorsze;)