Pojechaliśmy rowerem. Nie tak źle, dziesięć km w jedną stronę, tylko, że w drugą pod górkę;D I z dzieckiem na krzesełku. Cała wyprawa zajęła nam trzy godziny – pięćdziesiąt minut jechałam w jedną stronę, i prawie dwie godziny wracaliśmy, bo pod górkę;) Mo bardzo zmarzła po drodze, ze mnie lał się pot. Mam nadzieję, że się bardziej nie rozłoży przez to testowanie.

Atmosfera jak z filmów katastroficznych – armia, wszyscy w maskach, niektórzy w odzieży ochronnej na mundurach. Centrum testowania zrobiono przy Dublińskim stadionie, można wjechać samochodem, albo przyjść na piechotę.

20 minut i po wszystkim.

Jutro wynik.

Myślę, że będzie negatywny. Ale może lepiej, żeby był pozytywny, bo jak tak ma wyglądać od teraz każda choroba, to ja dziękuję.

Adek szczęśliwie poszedł na imprezę w piątek po południu i do niedzieli nie wrócił, w poniedziałek zadzwoniłam do niego, żeby na razie nie przychodził do domu. Podrzucił nam tylko zakupy. Mieszka u koleżanki, mam nadzieję, że nie doczekam się wnuków przez tego Covida;D

Jak (nie) działa system

Lekarz nie oddzwonił, widocznie nie jesteśmy poważnym przypadkiem;D

Poza tym ujawnił się katar, czyli zanik węchu ma jakieś wyjaśnienie.

Teraz testowanie raczej nie ma sensu: nawet, jeśli lekarz oddzwoni jutro, a test zrobimy najszybciej w środę, jak będą mieli czas do nas podjechać (przypominam, że nie mamy samochodu, a chyba jechać publicznym transportem na test się nie powinno), wynik najszybciej w piątek.

Mogliśmy dziś prywatnie – tylko 180 euro, jakbyśmy się jakoś dostali do centrum, bo przecież nie mamy samochodu. (Hmm… ale przecież mamy rower!)

A w poniedziałek i tak by poszła do szkoły, bo wg. wytycznych w Irl można przestać się samo-izolować dziesięć dni po wystąpieniu objawów, jeśli przez co najmniej pięć nie ma się gorączki. A ona nawet gorączki nie miała – bo stan podgorączkowy się nie liczy.

Ale jeszcze poczekam i zobaczę, co lekarz powie jutro, jak w ogóle oddzwoni. Może mogłaby już iść w środę do szkoły?

Wygląda na to, że system sobie nie radzi z wirusem, z takimi rozwiazaniami jesteśmy skazani na coraz wyższą liczbę zakażeń (i śmierci), albo na coraz bardziej restrykcyjne zamknięcia kraju /regionu/miasta. Bez wprowadzenia szybkich, tanich testów na masową skalę powrót do normalności się nie uda.

Szybkie testy antygenowe niesłusznie mają złą reputację, ich zła sława wywodzi się z pierwszych wersji, które dawały tylko 50% pewności. Ale procent false negative został bardzo zredukowany, obecnie to tylko 3% (na sto osób chorych, trzy osoby nie zostaną wykryte), a ich niska cena – co przekłada się na dostępność – i szybkość wyniku sprawia, że mogą być dużo bardziej skuteczne.

Wyobraźmy sobie, że już w sobotę zakupiłabym testy dla wszystkich członków rodziny (dlaczego by nie – jakby kosztowały po 5 dolarów sztuka, no, nawet za 10 byłoby mnie stać). Jeśliby wszystkie wyszły negatywne, to mogłabym powtórzyć po dwóch dniach – i znowu, jeśli by wszystkie wyszły negatywne, przy braku objawów prawdopodobieństwo wirusa było by naprawdę znikome – 3/100 z 3/100 to 0.0009. Dziewięć osób, na dziesięc tysięcy zakażonych i testowanych, ma fałszywie ujemny wynik dwa razy. (Dobrze policzyłam?)

Test systemu

No to mam okazję przetestować system. Na razie do przychodni dodzwoniłam się za 25. razem.

Lekarz ma oddzwonić. Czekamy.

Mo czuje się świetnie, został jej tylko mokry kaszel. Coraz mniej mi to wygląda na koronę, ale machina została uruchomiona.

M żałuje, że nie może iść jutro na zajęcia, moja praca wymaga, żebym poszła w środę, dopóki moje dziecko nie ma pozytywnego testu, a ja żadnych objawów, nie jestem traktowana jako zagrożenie.

Zima nas w tym roku wykończy

Jak niedawno pisałam, Mo zaczęła rok szkolny chorobą.

Nic nadzwyczajnego – katar, lekka gorączka, charczenie i świsty przy oddychaniu, jakby się dusiła, a potem kaszel wyrywający płuca, choć tak naprawdę oskrzela. Typowa ‚choroba Mo’, którą przechodziliśmy chyba z dwadzieścia razy, od kiedy Mo skończyła trzy miesiące.

Kiedy po raz pierwszy nie mogła złapać powietrza na leżąco i cały dzień musiałam ją trzymać pionowo, bardzo się przestraszyłam, ale lekarka stwierdziła, że to ‚bronchilitis’ i że małe dzieci często to przechodzą, choć niektóre gorzej niż inne. Dać jej paracetamol, dbać, żeby piła, a jeśliby siniała wokół ust, pędzić do szpitala, bo to znaczy, że zaczyna się dusić. Ale zdarza się to bardzo rzadko.

Kiedy po raz drugi spędziłam z nią całą noc na siedząco, umierając ze strachu, że w ciemności nie zauważę, jak sinieje, o poranku szybko zarejestrowałam się do lekarza, który ją osłuchał i powiedział: dać paracetamol, przystawiać do piersi, jakby siniała wokół ust, albo nie mogła się przebudzić – pędzić do szpitala. Świczenie i charczenie skończyło się następnego dnia, a przez kolejne dwa odkasływała niemożliwe ilości flegmy, ale miała się dobrze.

Przy kolejnych razach już się nawet nie rejestrowałam – nawet do umierania ze strachu można się przyzwyczaić. Przez jeden dzień i jedną noc muszę ją trzymać na rękach, słuchając oddechu Lorda Vadera i obserwując, czy nie sinieje, ale jak przeżyjemy 24 godziny, to będziemy żyć. I ona i ja, bo bo takiej zarwanej nocy ja też zwykle czuję się jak przepuszczona przez wyżymaczkę. Potem tylko wyrywający płuca kaszel (choć naprawdę oskrzela) i jesteśmy w domu.

Po jakiś piętnastu ‚broncholitis’ poszłam z nią do lekarza z pytaniem, czy może tak częste choroby są jakoś powiązane z astmą, ale było już parę dni po najgorszych objawach i w płucach nic nie było. Pani doktor na dodatek stwierdziła, że astmy się tak łatwo nie diagnozuje.

W końcu zaakceptowałam lorda Vadera w mojej małej córeczce i kwestię zostawiłam na przeczekanie – ‚broncholitis’ jest chorobą dziecięcą, więc jest szansa, że przed maturą z niej wyrośnie (jeśli przeżyje). Wystarczy przecież tylko obserwować, czy nie robi się sina.

Kiedy zatem w sobotę znowu zaczęła znajomo pokasływać, dziesięć dni po ostanim ‚bronocholitis’ nie zwróciłam na to za bardzo uwagi. W nocy zaczęły się znajome świsty, charczenie i okropny, suchy, nieustanny kaszel, pół nocy przeleżała na pół-siedząco na mnie, drugie pół lulał ją M. Dziś już jest całkiem dobrze – kaszel zmienił się na mokry i nie staje mi już serce z każdym jej oddechem.

Tylko, że wysmarowała się cała tranem i w ogóle tego nie poczuła. Zrobiliśmy eksperyment – M dał jej do powąchania różę, a Mo z zamkniętymi oczami powiedziała, że to fasolka. Psiknęłam się perfumami i nic. Zupełnie nie ma węchu. A ja trzy dni temu też miałam gorączkę i bolało mnie gardło (choć dziś się czuję tak, że myślę nawet o jutrzejszym biegu).

I co myślicie?

Nie, nie panikuję – bo jeśli tak miałoby wyglądać przechorowanie TEGO wirusa, to mamy szczęście. Prawdziwe pytanie brzmi – czy powinniśmy iść we wtorek do pracy? Czy powinnam ją puszczać do szkoły, w przypadku, gdy się nie dodzwonię do lekarza?

A jeśli jej jutro węch wróci?

Jesień nas w tym roku rozpieszcza

Sekwoja olbrzymia w naszym (prawie) lokalnym parku

i ja też pozwoliłam sobie na odrobinę luksusu: zapisałam Mo do płatnej świetlicy po szkole.

Koszt – koło 400 e na miesiąc (3.5 godz. dziennie). Nie bardzo nas na to stać, ale ze względu na moje dość niskie dochody w tym roku państwo irlandzkie być może dopłaci nam 1/3. A resztę dostaniemy od Adka, w ramach dorzucania się do domowego budżetu.

Świetlica nam powiedziała miesiąc temu, że nie ma szans, że nie ma miejsc, że mają długą listę oczekujących, więc zaczęłam stawać na głowie i żebrać o przesunięcia godzin w szkole, wymyślać, co zrobić jak kończę o 1, a 10 minut później mam odebrać dziecko ze szkoły, panikować i w ogóle się zamartwiać. No i znienacka, w zeszły piątek, zadzwoniła pani, że miejsce się zwolniło, zaraz raniutko w poniedziałek podjechałam i załatwiłam wszystkie formalności, żeby mi tylko nie uciekło. Bo jest to świetlica, do której chodzą dzieci z klasy Mo, tuż przy jej szkole (w Irl nie ma świetlic szkolnych, większość to świetlice przy przedszkolu, które również oferują opiekę dla starszych dzieci), publiczna, czyli w miarę tania. I będzie można ją odbierać do 4.30, czyli dla mnie idealnie.

(Z dziećmi jest jak z tą kozą z przysłowia o rabinie. Tylko zamiast ją sprzedać, to jeszcze płacisz 400 euro miesięcznie, żeby się jej pozbyć na trzy godziny;D

Takiego luskusu czasowego dawno nie miałam. Jeszcze mnie trochę wyrzuty sumienia gryzą, że przecież nie mam tak dużo godzin, że dam radę, że mogę oszczędzić te pieniądze, ale jak sobie przypominam nasz zeszły rok akademicki, stres, kompletny brak czasu na wszystko, wieczne puszczanie dziecku bajek na komputerze, to się na to gryzienie robię odporna. Tym bardziej, że w tym roku M jest jeszcze bardziej zabiegany i będzie znowu pracował ranki i wieczory, oraz calutkie weekendy.

I tak to na spokojnie leżę sobie teraz w łóżeczku, w ramach pracy z domu, i kończę przygotowywać materiały na pierwszy semestr. Znowu mnie boli gardło i czuję się kiepsko (podejrzewam zmasowany atak wirusów ze szkoły Mo), ale możliwość pracy w pozycji horyzontalnej wybitnie pomaga.

Ostatnie ciepłe dni lata,

a moze początki jesieni. Siedzę w ogrodzie w pieknym, jesiennym słońcu, już nie tak ostrym jak w lecie. Napisałabym, że cisza i spokój, ale gołębie gruchają, mewy krzyczą, psy szczekają, ptaszki ćwierkają, pszczoły i inne bąki bzyczą. Gdzieś daleko słychać pojedyncze samochody, czasem przejedzie pociąg – linia kolejowa przebiega za domami ulicę dalej. Kwiaty i rośliny kwitną i rosną, jeszcze ostatnie tygodnie wytężonej pracy przed nieuknioną zimową pauzą. Nawet jabłka w tym roku niemożliwie dorodne, choć tylko pięć.

Nie uwierzycie, jak wygląda teraz moja róża, którą posadziłam z gałązki:

Teraz
Dwa miesiace temu

Virginia Creeper też w zeszłym roku była malutkim pnączykiem i miała 10 cm. W tym roku zajęła pół ściany i zaczyna się pięknie czerwienić. Posadziłam ją w takim miejscu, że mi nie ucieknie, bo to straszny rozbójnik jest i ogrodnicy przed nią przestrzegają. Ale jest taka piękna na jesień!

Tylko passiflora się nie daje, jak widać – również rok temu posadzona po drugiej stronie muru, wyrosła ponad i przewiesiła swoje pędy i kwiatuszki na Virginię:

Wichura poszarpała nasz wielki powojnik i postanowiłam go podciąć. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, bo wygląda teraz bardzo biednie. Mam nadzieję, że przeżyje.

Tylko mój jadalny ogród marniutki – skromny koperek, oskubany przez dzieciaki, krzaczek czarnych pomidorków, dwa marne krzaki malin i dwie truskawki. Obiecuję sobie, że się poprawię.

Mo zadowolona ze szkoły, dziś jakby bardziej niż w poprzednie dni. Mieli lekcje w ogrodzie, a w dodatku była ‚mini teacher’.

Nowy rok

zaczął się – jak to zwykle bywa we wrześniu – rannym wstawaniem.

Już myślałam, że mnie tym razem wykończy, bo ciało nie zamierzało poddawać się tyranii pt. ‚wstajemy o siódmej’ i choć wstawało, to nie chciało zasnąć do połowy nocy, ale na szczęście dla mnie skończyło się kapitulacją. Bez ofiar. A zatem zasypiam bez żadnych proszków i to koło 11. Well done! Mo też się przestawia, chodzi codziennie spać przed 9, a jak jest zmęczona rano i nie budzi się przed budzikiem, to kładę ją jeszcze 15 minut wcześniej i naprawdę, naprawdę rano jest coraz lepiej. Niedługo – jak taka_jedna – będziemy wstawać przed świtem, budzić koguty i przybijać piątkę z różanopalcą jutrzenką, jestem z nas taka dumna!

Ale żeby utrzymać ‚rutynę’, jak się mówi w ponglish, muszę również wstawać rano w weekendy, bo inaczej ciało się rozbisurmani i będzie źle. I to jest prawdziwa katastrofa.

Co jest największą przyjemnością chorowania?

Leżenie w łóżku i czytanie książek. Bez wyrzutów sumienia.

Wreszcie skończyłam Half of the Yellow Sun – pierwsze 100 stron czytałam cztery miesiące, dalsze 300 zajęło mi trzy dni. Długo (i nudno) się zaczyna, by nagle człowieka kompletnie wciągnąć, łącznie z butami. Nie mogłam przebrnąć przez opisy egzotycznej codzienności i przyrody, napisane w dodatku z punktu widzenia prostego chłopaka z afrykańskiej wioski. Nuda panie. Może specjalnie szkic z luksusowego życia Nigeryjskich intelektualistów, osadzonego w tradycyjnej afrykańskiej kulturze, ciągnął się jak flaki z olejem, by uświadomić czytelnikowi szok i nagłość rewolucyjnej zmiany. Ale stanowczo wolałam opisy garderoby porządnej niemieckiej pani domu z Hannemana, które zdaje się spełniały tę samą funkcję. Może nie lubię egzotyki?

W czasie lockdownu przeczytałam również Normal People i jestem zachwycona. Książka przepięknie napisana, sprawiła, że raz jeszcze poczułam się jak studentka na progu dorosłości. To jest książka o tym jak się staje kim się jest – ta atmosfera niedopowiedzenia i niepewności, niedookreśloności, kiedy jeszcze tak naprawdę nie wiadomo kim jesteś i kim są inni ludzie, kiedy jeszcze człowiek nie zastygł w swojej formie, w swoich ulubionych powiedzonkach i postawie wobec rzeczywistości, kiedy dopiero się z tej magmy wyłania i kiedy odkrywa całą ciemną mroczność świata, która tak naprawdę okazuje się być w środku człowieka, w środku nas i nagle stajemy z nią twarzą w twarz i nie wiemy co z tą wiedzą zrobić. Jest to książka o miłości, sado-masochizmie, cierpieniu i dojrzewaniu. Książka napisana językiem pięknym, delikatnym, precyzyjnym, oszczędnym. Dodatkową przyjemnością są dla mnie lokalne smaczki – Uniwersytet, w którym się rozgrywa akcja, to właśnie ten, na którym obecnie studiuje M, a Adek właśnie go skończył. Zaskoczyło mnie, że w Polsce książka jest oceniana jako dość przeciętna – może to kwestia tłumaczenia, choć chyba bardziej tego, że ginie bogactwo odniesień kulturowych i społecznych.

Bo ta książka jest też o strukturze klasowej Irlandii, gdzie podziały te wysysa się z mlekiem matki – różnice w odziedziczonej pozycji społecznej są oczywiste, stanowią tło, nie muszą być werbalizowane, a często nie są nawet uświadamiane, choć ludzie podług tych reguł żyją. Jest to uznane za ‚normalne’, za to, jak się rzeczy mają. Pomimo wszechobecnej politycznej grzeczności, rodziny mieszkające w domach socjalnych są naprawdę inaczej postrzegane, a twój akcent w sekundę potrzebną na wypowiedzenie ‚wha?’ sytuuje cię na odpowiednim szczeblu społecznej hierarchii. Ale żeby zrozumieć Irlandię, trzeba najpierw zrozumieć angielską kolonizację, która skończyła się dopiero z początkiem XX wieku, bo struktura klasowa nakłada się na podziały narodowościowe (które w praktyce były rozumiane jako religijne) i częściowo się z nich wywodzi. Dychotomia Protestantów i Katolików to wciąż żywy kod interpretacji rzeczywistości społecznej (choć być może w Republice już nie aż tak ważny, jak w Irlandii Północnej). W zeszłym roku moi studenci na jedno z zaliczeń mieli wybrać sobie jakieś miejsce w Irlandii – kawałek ulicy, małą wieś czy cokolwiek – i na podstawie Spisu Powszechnego z 1901 i 1911 roku przeprowadzić jego społeczną charakterystykę. I pomimo, że dostępne dane są bardzo skromne (wyznanie, liczba dzieci, zawód, ilość pokoi w domu, umiejętność czytania), wyraźny obraz zaczął się wyłaniać: Protestanci byli bogatsi (więcej pokoi, mniej osób na pokój), o lepszych zawodach, częściej umieli czytać i pisać, mieli mniej dzieci. I Uniwersytet, o którym piszę, jest właśnie uniwersytetem protestanckim – katolicy nie mogli na nim studiować aż do końca XVIII wieku (kobiety dopiero od 1904, co jest i tak najwcześniej w całej Brytanii). Do dzisiaj jest on najbardziej prestiżowy w RoI (a jego przepiękna biblioteka grała w Harym Potterze).

Niestety, niewiele czytam książek. Choć czytam nieustannie, praktycznie cały czas, trudno powiedzieć, żebym czytała dla przyjemności czytania, jest to raczej jakaś kompulsja, jakby mój umysł karmił się faktami i skrawkami informacji. Bardzo dużo muszę czytać do pracy, a jak mam przerwę, to wpadam w pułapkę gazet, blogów i wiadomości, krótkie informacje, jeśli nawet pogłębione analizy, to na pięć, a nie pięćdziesiąt stron. Przypomina mi się, jak byłam nastolatką i z nudów czytałam w toalecie nawet opakowania proszków do prania, szamponów i mydeł. Krótkie teksty są łatwiejsze do ogarnięcia, nie wymagają takiego skupienia, wejścia w obcy świat, a czytanie książek na komórce mnie denerwuje, mam całą bibliotekę, ale druk jest mały, niewygodnie się przerzuca strony itd itp.

Postanawiam zatem w tym roku czytać mniej – mniej faktoidów i zupełnie mi niepotrzebnych informacji, a więcej książek, ładnie napisanych.

Wylegując się w łóżku zaczęłam również oglądać Gilmore Girls – co was najbardziej w tym serialu uwodzi?

PS. O czymkolwiek bym nie pisała, i tak schodzę na socjologię i podziały społeczne ;D