Siedzę cichutko w dużym pokoju

u moich rodziców. Siedzę na łóżku, rozkładanej sofie, Morinka śpi obok, Adek w górach, Mich wrócił już do Irl. Sprawdzam prace studentów. Zza zamkniętych drzwi słychać ciche odgłosy mycia naczyń przez mojego ojca.

Czuję się bezpiecznie, czuję się w centrum wszechświata. Czuję, że tu właśnie mam prawo być ja, mam niezabieralne prawo zajmować przestrzeń, siedzieć, mówić i milczeć. Żyć. Być.

Dobrze jest mieć jeszcze rodziców jak jesteśmy dorośli, można na chwilkę poczuć to bezwarunkowe bezpieczeństwo i akceptację. Nawet, jak krytykują, to nie jest to krytyka taka, że lepiej żeby nas nie było. Dobrze jest mieć rodziców, można powiedzieć swojej córeczce ‚ Posuń się chudasie, to jest MOJA mamusia!’

Mama wygląda już jak staruszeczka, nie jak starsza pani, co to jeszcze parasolką zdzieli po głowie, ale jak przygarbiona staruszeczka. Ale jakoś funkcjonuje, jest lepiej niż było dwa miesiące wcześniej. Dwa miesiące temu moja siostra uratowała jej życie, zawołała lekarza do domu i zawiozła ją na pogotowie, gdzie okazało się, że mama ma dziesięciokrotnie przekroczone stężenie leku rozrzedzającego krew. Mogła się wykrwawić, mogła mieć wylew krwi do mózgu, mogło już jej nie być. Piszą, że jednym z czynników wpływających na długowieczność są kontakty społeczne, bo bliscy wyłapią ten malutki szczegół, to małe pół tabletki, które człowieka dzieli od śmierci. Nikt mojej mamie nie kontrolował stężenia leku we krwi, po zmianie leku miała zrobić badanie, ale odłożyła na później, potem zapomniała, a potem wylądowała w szpitalu. Od paru miesięcy nie mogliśmy odkryć co się dzieje, jeszcze na wakacjach czuła się dość dobrze, potem zaczęło ją swędzieć całe ciało, nogi zaczęły puchnąć, woda zbierać się pod skórą. Była przez tydzień w szpitalu na oddziale dermatologii, gdzie nasmarowali ją sterydami i wypuścili do domu. Potem lekarze straszyli ją rakiem, bo takie dziwne objawy. A to przedawkowany lek na rozrzedzenie krwi, lek, który oprócz przedawkowania wywołał jej również alergię. I żaden lekarz nie skontrolował poziomu leku we krwi, żaden nie skojarzył, że słoniowate nogi to przez wewnętrzne krawienie.

Ale teraz jest dobrze, choć fizycznie bardzo się postarzała. Wygląda jak zasuszona staruszeczka z japońskich bajek, co to już ledwo chodzi, ale jeszcze dogaduje. Trochę się z nią się sprzeczam, czepiam się jej, prowokuję ją, bo emocje dyskusji najlepiej przeciwdziałają popadaniu w starczy stupor. Widzę też, że dobrze jej robi przyjazd Morinki, ożywia ją, energetyzuje. Mama ma bardzo sprawną pamięć, choć do myślenia miałabym zastrzeżenia – jest bardzo konserwatywna i popiera kościół. No ale cóż, nie można za wiele wymagać od człowieka, który przeżył wojnę;)

Tato lepiej funkcjonuje, choć pamięć krótkotrwała szwankuje mu bardziej. Często zapomina gdzie co położył lub schował, ale jest dużo bardziej sprawny fizycznie. No i nadal bardzo interesuje się światem, a już szczególnie Rosją. Słucha rosyjskich audycji i dużo czyta, ma swoje oryginalne teorie na przykład na temat powstania języków i archeologii.

Ech, dobrze jest mieć rodziców.

Bardzo dziękuję za życzenia zdrowia albowiem wysoka gorączka płynnie przeszła w katar i zapalenie oskrzelików (taką mam nadzieję, że nic poważniejszego). Całą noc pojękiwanie i kaszel. Moje drugie dziecko także nie próżnowało i również wyhodowało sobie dorodny katar i kaszel. No coż, wirusy też mają święta w naszej rodzinie.

Całe święta spędziliśmy w domu, głównie na rozłożonej sofie w dużym pokoju. Żadnego spaceru do parku chociażby, nie mówiąc już o wyjeździe nad morze.

Ale nie poddajemy się i lecimy dziś do Polski, pozarażać trochę w ojczyźnie. Też im się należy.

Niestety, przez te choroby ominie mnie cudowny wyjazd w góry:( chyba się zapłaczę, kolejny rok, kiedy nie mogę jechać.

Muszę pozałatwiać trochę rzeczy urzędowe, bo chcę robić prawko w maju w Polsce.

Wigilia.

To już trzecia Wigilia w nowym domu. Jest po prostu pięknie. Spokój, jaki daje własny dom jest nie do wyobrażenia.

Nie odzywałam się, bo powaliła mnie para-grypa, tak myślę, że para, bo przecież się szczepiłam 0_0. Od niedzieli 39 stopni, na szczęście trochę działał ibuprofen. Zawsze w święta choruję, organizm jest tak przemęczony semestrem, że rozkłada się w pierwszym wolnym terminie – chyba zacznę chorowanie wpisywać do kalendarza. Ale już się czuję lepiej i najważniejsze, że psychicznie też – wygląda na to, że strachy rosną proporcjonalnie do wykończenia organizmu.

Ale porządki zaczęłam na szczęście zaraz jak tylko skończyłam pracę, czyli w zeszły czwartek, i aleluja! Pan już może przyjść skontrolować moje okna.

No photo description available.

Lubię mieć okna umyte na święta, bo potem już nigdy nie mam na to czasu aż do lata.

Więc w czwartek okna, Mo w tym czasie już rosła sobie gorączkę w naszym łóżeczku, w sypialni na górze; mąż w tym czasie pisał esej. Jeszcze dzień wczesniej, w środę, przyjaciele podrzucili nam Liama do opiekowania się (miał podobno grypę żołądkową, ale już żadnych objawów, na szczęście). Liam jest cudnym trzyletnim chłopcem, ale urzęduje na spektrum autyzmu i powiem wam szczerze, że to jest po prostu przechlapane. Cały dzień oczy dookoła głowy, bo tak, jak Mo mogę w miarę przewidzieć, to Liam jest jak wolny elektron, to i tak duży sukces, że tym razem pogryzł tylko sześć jabłek, a nie gumowe piłeczki. Również pięć razy NIE strącił na siebie gorącej herbaty/wody/napoju, przebierałam go, bo polał się wodą (z gąbki, która leżała koło zlewu – któż by mógł przewidzieć?) tylko trzy razy. W końcu spacyfikowałam go Peppą i zaprawdę powiadam wam, bajki to zbawienie. Mąż oczywiście pisał esej, ale muszę uczciwie przyznać, że dał mi przez półtorej godziny odpocząć od dzieci. W piątek od południa (chciałam napisać od rana, ale jak ktoś wstaje 9.30 to może pisać ‚od rana’?;) machnęłam naszą sypialnię, czarny pokój i przedpokój na błysk, a przed tym 30 pompek, po raz pierwszy od nie-wiem-kiedy; mąż pisał esej. W sobotę odgruzowałam kuchnię (mąż pisał esej), nienawidzę sprzątać kuchni, w kuchni zawsze najwięcej się podziewa przydasi, co zaglądnę do szuflady, to rośnie już trzecie pokolenie. Pewno to znacie – sznurki, pokrywki, plastikowe zatyczki od nie-wiadomo-czego, nakładki na patyczki nie-wiadomo-do-czego, trzydzieści reklamówek i pięć taśm klejących (wtf?), na wpół spalone urodzinowe świeczki i pogniecione, papierowe, ozdobne spody do muffinek. Po pięciu szafkach i trzech szufladach człowiek jest nieżywy i nie chce mieć nic wspólnego ze światem rzeczy, duchowa kontemplacja i ubóstwo zaczyna wyglądać całkiem zachęcająco. Ale udało mi się tez delikatną perswazją zachęcić męża do pomalowania antygrzybiczną farbą ściany pod zlewem i zamontowania półek, które oparte o kaloryfer w kuchni czekały na ten wielki dzień od półtora miesiąca (pamiętacie jak nam się kran zepsuł?). Oprócz tego pisał esej.

W niedzielę już, już miałam iść na piwo (nareszcie jakieś szaleństwo!), ale rano przeczytałam męża esej i nagle zaczęłam się trochę kiepsko czuć, do wieczora urosłam sobie gorączkę, więc prawie cały dzień spędziłam w łóżku (mąż wprowadzał poprawki). Aaaa, stop, stop, ja sobie leżałam a MĄŻ Z MO ustroili choinkę.

A wczoraj wstałam z łóżka i zaraz położyłam się znowu, mąż pojechał do biblioteki a my z Mo pół dnia w łóżeczku. Ona bajki, a ja drzemałam, i tak do 13. Potem już było lepiej, tak, że na ibupromie skończyłam sprzątać duży pokój i nastawiLIŚMY Z MĘŻEM bigos. Bigos jest po prostu rewelacyjny, wegański, taki, że nasza znajoma Amerykanka (w zeszłym roku) powiedziała, że w życiu nie jadła nic takiego pysznego.

Uff, aż się znowu zmęczyłam tym pisaniem;)

Ale za to dziś już spokojnie, rano tylko machnęłam śledzie i trochę uszek (z mężem;), potem napisałam 12 kartek dla moich sąsiadów, jeszcze tylko barszcz i ciacho wegańskie i voila! Świętujemy.

Muszę tylko Mo oderwać od bajek, bo przez te choroby to się rozbisurmaniła.

A sweterek dla Mo wygląda tak:

A teraz moje miłe

Życzę Wam wszystkim cudownych, spokojnych, szczęśliwych świąt. Z rodziną, czy bez, w domu, czy na końcu świata, życzę Wam poczucia, że to wszytko ma sens. I że dobro zwycięży. I że warto.

Historie niesamowite, czyli jak okradłam złodzieja

Grudniowy zimny dzień (jak na Irlandię, oczywiście). Ostatni dzień zajęć w tym semestrze, na które bardzo, bardzo, bardzo nie chciało mi się przygotowywać. Niby tylko dwie godziny, ale zawsze to praca. A jeszcze rano wpisywanie ocen, jakieś pracowe maile, odpowiedzi, słowem – normalny dzień. Ale skończyłam szybciej – była tylko jedna studentka (wiesz, Holly, jak musisz szybciej wyjść, to ja to rozumiem… Holly z uśmiechem: Nieee, proszę pani, z chęcią zostanę), ale w końcu i tak puściłam ją 15 minut wcześniej. Już się bardzo spieszyłam do sklepu w włóczkami, bo Mi poprosił mnie jeszcze, żebym odebrała Mo (po drodze, bo on musiałby specjalnie jechać), więc żeby zdążyć, musiałam się spieszyć. No dobra, szybciej, szybciej, wzywały mnie guziczki i włóczki. Po wielu bowiem miesiącach skończyłam sweterek dla Mo i musiałam, po prostu MUSIAŁAM kupić i przyszyć guziczki. Dzisiaj.

Zatem, jak już wiemy, bardzo się śpieszyłam. Ale muszę wam na marginesie powiedzieć, że jakbym się nie śpieszyła to zrobiłabym zupełnie, ale to zupełnie tak samo, bo – no cóż – już taka jestem. Ale żeby prawdzie stało się zadość musimy się zgodzić, że tym razem się śpieszyłam, wybiegłam więc ze szkoły, podjechałam ten malutki kawałeczek uliczkami starego Dublina, który zachwycająco wygląda po zmroku, minęłam po lewej park i katedrę, cudnie podświetloną, a po prawej przepiękne budownictwo socjalne z początków 20 wieku („Each living room possessed a substantial kitchen range, food cupboard, coal bunker and a dresser. All bedrooms were fitted with stoves and cupboards”!), odetchnęłam świeżym, mroźnym, zimowym powietrzem, wyminęłam samochody stojące w korku i świątecznie rozbawione tłumy i wjechałam w bramę, jeszcze tylko do góry po kocich łbach i już byłam na Francis Street, gdzie właśnie znajduje się to niewielkie królestwo dla małych dziewczynek i dorosłych kobiet. Rower zostawiłam na ulicy, niedaleko sklepu, przypięty do samego siebie i oparty o ścianę, bo przecież się śpieszyłam. Bo tylko na parę minut. Ale gdybym się nie śpieszyła, zostawiłabym go zapewne zupełnie tak samo. Znacie mnie.

W sklepie spędziłam może pięć minut, choć oczywiście po wyjściu okazało się, że ze dwadzieścia (kupiłam jeszcze przepiękną bawełnę na nowy sweterek), bo wchodzi się tam jak do nory królika, która z zewnątrz wygląda całkiem malutko, a w środku mieści się tysiąc komnat i jeszcze trochę. Możecie sobie to wyobrazić, tylko z włóczkami i guziczkami zamiast komnat. A zatem po pięciu dwudziestu minutach, oszołomiona kolorami, fakturami, splotami i przepięknymi wzorami opuściłam czarodziejską krainę i znalazłam się w ciemnej, zimowej rzeczywistości.

?

…???

Roweru nie było.

Nie mogłam w to uwierzyć.

Pochodziłam jeszcze w tę i z powrotem, zaglądnęłam w boczną uliczkę, ale na próżno. Wiał wiatr i zrobiło się naprawdę zimno. Pomyślałam, że muszę zadzwonić do Mi, żeby odebrał Mo z przedszkola i wtedy zorientowałam się, że telefonu też nie mam.

Hmmm…

Aaaa!

Zostawiłam w szkole!

Dobrze, to muszę się jak najszybciej dostać do szkoły. To z powrotem, kocimi łbami w dół, przez bramę i ulicę, oświetlona katedra i park tym razem po prawej, budownictwo socjalne po lewej. Do góry, byle szybciej. Boże, na rowerze byłoby 5 minut, a tak… Znowu przez ulicę, znowu kocie łby, ludzie, mnóstwo ludzi na ulicach, gdzie oni tak łażą po nocy, cholera jasna! Szybciej. Wpadłam do szkoły, szybko, szybko, po schodach na trzecie piętro, cholera, światło się świeci, ktoś już jest w klasie. Nic to, wchodzę. Aaaaa, to ja nie zgasiłam światła! Telefon jest, uff.

Dzwonię do Mi, nie odbiera, do Adziarza, super, jest w domu. Jest dokładnie 17.30, czas, kiedy Mo musi być odebrana z przedszkola. Adek, powiedz tacie, że rower mi ukradli i musi pójść po Mo. Rozłączyłam się, teraz telefon do przedszkola. Bla bla bla, będzie później. Uff.

No nic, trzeba ruszać do domu, ale postanowiłam jeszcze raz sprawdzić okolice Francis Street. Może rower ktoś po prostu przestawił, bo mu przeszkadzał? Może ktoś coś widział? Pędzę więc z powrotem. Na ulicach tłumy, po kiego grzyba ci ludzie tak chodzą? Biegnę. Przebijam się. Zapominam, że jestem człowiekiem, a nie rowerem – ruszam na zielonym dla samochodów. Zatrzymuję sama siebie. Po prawej cholerne budownictwo socjalne, po lewej katedra, niby oświetlona, ale ciemno jak w … Ulica. Brama (co tu tak ciemno?). Kocie łby (cholerne kocie łby! Nogę można sobie skręcić). Wreszcie jest. Francis Street. Ale roweru nie ma. Jak go nie było, dalej nie ma. A może gdzieś indziej zostawiłam, tylko zapomniałam? Nie no, na pewno tutaj. Zastanawiam się, czy go zapięłam, tak, chyba tak, zawsze to robię. No, chyba, że nie. Kurcze blade. Porozglądam się jeszcze trochę, bo co mam do roboty. Ten czarny samochód dostawczy wygląda podejrzanie, pewno pan się wkurzył, że mu zastawiam chodnik i zgarnął do samochodu. No ile to roboty. Ech ci ludzie…, przychodzą mi na myśl słowa poety. No nic, przejdę się jeszcze do końca ulicy i wracam. O, jest jakaś para na rowerach …. eeee, mają swoje. Powiedzieć im, żeby tu nie zostawiali, że kradną? Eeee, chyba odjeżdżają. Oooooo, tam na końcu ulicy stoją jakieś rowery oparte o barierki, może ktoś go po prostu przestawił, żeby dać mi nauczkę? Zobaczę je jeszcze i wracam, trzeba iść do autobusu. Eeee, nie, to na pewno nie mój, nie ma koszyka. Odwracam się i cofam i nagle zerkam w głąb oświetlonej klatki schodowej…. Nie chcę wierzyć, znowu zerkam…

I zerkam…

I zerkam…

???

??!!!

Znalazł! Jest! Okazało się,

że jakiś pieprzony złodziej zabrał go z ulicy i wstawił sobie do klatki schodowej 30 metrów dalej. Może poszedł po piłkę do metalu, bo jak wiecie rower był przypięty do samego siebie. A może miał inny plan. Brama wejściowa w każdym razie zamknięta, dzwonię pod pierwszy numer i jakaś miła pani mi otwiera, choć moja historia brzmi dość nieskładnie.

Wchodzę do bramy, ręce mi się trzęsą, myślę sobie, że jeszcze ten złodziej jest gotów walnąć mnie w głowę, albo zabrać mi kluczyk do zamka i odebrać MÓJ ROWER jego prawowitej właścicielce, czyli mnie. I jak udowodnię przypadkowym świadkom, że to jest moja własność? Odpinam zamek, ręce mi się trzęsą coraz bardziej, szybciej, żeby nie zdążył wyjść z mieszkania.

Wreszcie otwieram bramę. Wychodzę.

Mijam sklep z włóczkami. Jest jakaś godzina później, mam rower i komórkę.

To się nazywa sukces!

Stres. Przeziebienie. Ponury swiat. Bardzo smutna diagnoza przyjaciela.

Wszystko to uruchomilo mi, po raz kolejny, hipochondrie. A zatem wsluchuje sie w swoje pluco, wczuwam sie w swoje oskrzela, odkasluje, odchrzakuje, wypluwam. Boli mnie tam, gdzie zwykle. W tym przekletym miejscu, ktore zawsze pierwsze choruje i ostatnie zdrowieje. Przemawiam sobie do rozumu, ze przeciez przeziebienie, ze przeciez tydzien temu zupelnie stracilam glos, a jest juz tak duzo lepiej. Przemawiam sobie do uczuc, ze przeciez wszytko jest dobrze, ze zyje, ucze, jezdze na rowerze, codziennie 12 km w deszczu, zawiejach i zimnie. Ale zadno z nich nie chce mnie sluchac. A zatem pochrzakuje, pokasluje, odkrztuszam. I znowu i znowu. I znowu.

Boje sie. Przyjaciel jest w moim wieku, za wczesnie, cholera, za wczesnie. Z calej naszej siedmioosobowej brygady na studiach dwie osoby nie zyja, jedna sie psychicznie nie ma za dobrze, a teraz kolejny przyjaciel dostaje taka diagnoze na twarz.

Zima.

Posadziłam 150 tulipanów i narcyzów. Większość w doniczkach, pięćdziesiąt w ziemi.

Mo znowu chora, te jesienie i zimy to co dwa tygodnie infekcja. Tym razem wczoraj – o dziesiątej rano piękne słońce i dziesięć stopni, więc rzuciłam się do sadzenia, Mo wyszła ze mną na ogród, wytrzymała godzinę i powiedziała, że jej zimno. Potem po obiedzie domagała się drzemki i zasnęła, kiedy Mich ją pobujał (do dziś uwielbia tak zasypiać, na rączkach). Obudziła się po 30 minutach, dotknęłam jej czoła i oczywiście. 39.5. Wysoka gorączka całą noc, o trzeciej rano dałam jej trzecią dawkę paracetamolu, rano było dobrze. A teraz znowu rośnie. W przedszkolu szkarlatyna. Zobaczymy.

Przycięliśmy drzewo w ogrodzie i nie wiem, czy to był dobry pomysł. Sąsiad narzekał, że za dużo cienia, mi też brakowało tego słońca w ogrodzie – nie było miejsca na grządki. Ale teraz drzewo takie łyse, pokaleczone. Pewno trochę odrośnie, ale już nigdy nie będzie miało takiego ładnego kształtu.

W pracy zawirowania i zmiany. Z dwóch kursów, na których uczę najwięcej, jeden wygaszają, a drugiego losy właśnie się ważą. Jeśli i on padnie, to nie wiem, czego i gdzie będę uczyć, zostanie mi parę godzin dosłownie. Ale to może właśnie jest to okno, co się otwiera, a ja tylko widzę zamknięte drzwi;)

Tym bardziej się cieszę z tych studiów Mi, bo dadzą nam duże bezpieczeństwo finansowe. Za półtora roku. Jak wszystko pozalicza. Na razie panikuje, bo ma jutro egzamin z trzech przedmiotów.

Magnolia ma już duże pączki. Mam nadzieję, że jej nie wymrozi.

Adek ma egzaminów pięć w tym tygodniu. Mo chora. A ja się cieszę, bo to już ostatni tydzień w tym semestrze. Jeszcze tylko do sprawdzenia 20 esejów, 27 godzin wykładów i jeden webinar. I już.

Niektóre narcyzy już wychodzą z ziemi.

Brak czasu w tym semestrze jest naprawdę nie do wybrażenia. Każdy weekend był zabrany przez studia Mi, eseje, przygotowania do egzaminów. Od września nie był z nami ani razu na zwykłym spacerze, w parku, nigdzie. (O przypomniało mi się, był raz z nami w galerii podczas ferii listopadowych). Mo w soboty i niedziele była przeważnie na mojej głowie, w której jeszcze musiałam pomieścić przygotowanie do zajęć i sprawdzanie prac. W tygodniu, dwa dni jestem w szkole od dziesiątej rano do dziesiątej wieczorem, moją Mo widzę tylko przez pół godziny przed wyjściem do pracy. Miałam dni, kiedy miałam zajęcia przez dziewięć godzin bez przerwy, zmieniałam tylko klasy i budynki, w drodze, na rowerze łykając kanapkę. Wracałam o 22.30 i musiałam sprawdzić co najmniej jedną pracę, bo ‚się nie wyrobię’. A jeszcze obiady (domowe, żeby było zdrowo), posprzątanie huraganu po dzieciach (cztero i dwudziestoletnim), pranie, naczynia, przygotowanie ubrań do pracy i ogólne ogarnięcie życia domowego.

Moja jedyna malina nadal owocuje:)

Ale wszystko jest dobrze, dopóki się nie stresuję. Dopóki śpię w miarę dobrze i mam ochotę do życia, patrzę na słońce i lubię moją pracę. Jak tylko zaczęłam się denerwować, że nie dam rady, że nie wyrobię się z terminami sprawdzania prac, jak przestałam spać, a w żołądku poczułam znajomy ciężar, jak zaczęło być mi niedobrze, a życie zaczęło się wydawać niezbyt zabawne, to zaraz się rozchorowałam. A chorować oczywiście nie mogę, bo przez tygodniową chorobę w takim okresie tracę dwa tysiące.

Kompost się zrobił i pachnie ziemią. Ostały się tylko skorupki od pistacji i pestki od mango.

Musiałam zatem prędko porozmawiać ze sobą i na nowo ustawić priorytety i zrozumieć, że mogę mieć terminy w dupie. Więc mam. Poprosiłam o dodatkowy tydzień w jednej pracy, o dwa tygodnie w drugiej. Oczywiście się zgodzili, bo im i tak poszłam wcześniej na rękę, że robię robotę za kogoś innego.

Dlatego nie piszę. Nawet nie mam siły składać zdań z literek, po dziewięciu godzinach układania zdań w obcym jednak języku.

Ale już niedługo.

Fuksja jeszcze kwitnie.

Patrzę teraz pozytywnie na rzeczywistość: za dwa lata może w ogóle nie będę pracować;D

Mam dzisiaj taki dzień marudzenia

że sama ze sobą nie wytrzymuję. Na szczęście nikt inny nie musi, oprócz najmłodszego dziecka, które bardzo uprzejmie zajmuje się cały dzień bajkami.

Nie marudzę zatem, no, chyba, że w duchu i pod nosem, bo nawet nie mogłabym sama siebie słuchać. Najmłodsze jest chore, więc też nie mogę obniżać jej nastroju.

A najgorzej, że nie mam na co marudzić, oto bowiem cały dzień leżę w domu, w łóżeczku, z najmłodszym chorym. Nawet obiad jest ugotowany.

Kusi mnie pewna propozycja pracowa, która jeszcze nie została postawiona, a ja ją już rozkminiam i nawet odmówiłam. Co się ze mną dzieje. Mam bowiem wrażenie, że moja (nielubiana i leniwa) koleżanka z pracy nie wróci ze zwolnienia przed pójściem na macierzyński. Na razie nie ma jej dwa tygodnie i wzięłam duuużo zastępstw za nią, co daje mi w sumie 30 godzin tygodniowo wykładów i ćwiczeń. Plus drugi uniwerek. Nawet zważywszy na to, że część zajęć to takie łatwe michałki, to i tak przecież muszę COŚ przygotować. A weekendy mam zupełnie wyjęte, bo Mi potrzebuje każdej wolnej chwili na pisanie esei i uczenie się do egzaminów.

No i tak. Szybka kalkulacja jest taka: za jeden dodatkowy przedmiot po trzy godziny tygodniowo przez cztery tygodnie zarobię trochę mniej niż tysiąc euro brutto. Chcę wziąć dwa, kusi mnie trzeci. To w końcu tysiak – będzie na studia Mi. Ale się zajeżdżę. Od rana do wieczora, bo jeszcze mam 57 esejów do sprawdzania w ciągu 3 tygodni. No i rozkminiałam i rozkminiałam, bo człowiek jest chciwy, ale zdecydowałam się nie brać. Z tego wszystkiego napisałam do managerki, że jakby co, to ja tylko wezmę dwa, a ona mi pisze, że nic jeszcze nie wie;) No oczywiście, że nie wie, bo moja (leniwa i niefajna) koleżanka to zawsze wszytkich trzyma w niepewności do ostatniej chwili. Choć oczywiście mi w mailu pisała, że będę musiała sprawdzić eseje studentów za nią (które mają składać niby już kiedy ma wrócić).

No dobrze zejdę z niej, bo może ma ciężko. Cukrzyca ciążowa i milion dolegliwości. Nawet nie to, że jestem na nią zła, bo się już przyzwyczaiłam do olewactwa i udawania, że coś się robi – np. dzielimy jeden przedmiot egzaminacyjny, więc na każdego wypada pięc pytań i odpowiedzi, na które miała DWA MIESIĄCE. Nie napisała ich i odeszła na zwolnienie w dniu, w którym miały być oddane. Oczywiście. Jest to ta sama osoba, która w zeszłym roku WYMYŚLIŁA teorię na egzamin, nie żartuję, pomieszała nazwiska i teorie w pytaniu egzaminacyjnym. I jeszcze udawała, że ma rację, nigdy za to nie przeprosiła i powiedziała moderatorce, że ‚A. (czyli ja) nie chce z niej zejść’ i to jest takie wkurzające. Moderatorka delikatnie poprosiła ją o zmianę pytania, bo nie chciała robić afery. Ech. W sumie odpuszczam dziewczynie, nawet nie mogę być na nią zła w sumie, zupełnie obiektywnie jest bezczelną manipulatorką i kłamczuchą. Myślę sobie, że nie jest jej pewno fajnie w życiu, z takim bagażem kompleksów – bo inaczej po co by to robiła?

A dziś cały dzień pada…

poszłyśmy więc do galerii Sztuki Nowoczesnej.

Mo uwielbia tam chodzić, bo w podziemiach jest kawiarnia z kącikiem zabaw dla dzieci i zawsze tam wstępujemy na kawę i ciacho. I spotykamy inne dzieci, które też nie mają co robić w deszczowy dzień. A do tego w różnych innych salach jest sztuka i to najczęśćiej za darmo. Ale się nie spinamy – chodzimy zobaczyć eksponaty tylko wtedy, jak mamy na to ochotę. Czasem zobaczymy całą wystawę, a czasem tylko jedną sztukę i jest git. Mama zadowolona i Mo szczęśliwa. Dziś widziałyśmy czarny pokój z dziurkami światła i lustrami i czułyśmy się jak w środku drogi mlecznej. Było pięknie.

A wokół galerii jest park, o jak na zdjęciu. I nawet ogród z jabłuszkami i pewnego jesiennego dnia zerwałyśmy sobie nawet jedno zakazane czerwone jabłuszko. Bardzo było smaczne. Zupełnie jak w raju.

Ifcia i Zaczek

bardzo się lubią. Ifcię (po prawej) kupiłam dawno dawno temu w jakiejś ciucharni, a Zaczek przywędrował z Roztocza, od Iksi (jeszcze się nie odwdzięczyłam!). Mo ich ponazywała – tak, jak swoich najlepszych przyjaciół z przedszkola (ten kotek rzeczywiście przypomina Zaczka, ma taki sam zmeczono-łobuzerski błysk).

Ty – wódkę za wódką w bufecie

Oczami po sali drewnianej – I serce ci wali. (Czy pamiętasz?) orkiestra powoli opada przycicha powiada że zaraz (Czy pamiętasz?).

Śpiewa mi się. Od rana do wieczora, z przerwą na spanie.

A najlepiej mi się śpiewa jak jadę na rowerze. Pół godziny w jedną, pół godziny w drugą. Inna piosenka pod górkę, inna z górki. Słuchu nie mam za grosz, ale nadrabiam entuzjazmem i wdziękiem scenicznym.

Tu moja popisowa piosenka (w prawie tak dobrym wykonaniu, jak moje;D)

Nerwica minęła, a piosenka została. Tak samo jak z tą wódką – już nam się nie zdarza. Bo co to za walcowanie po wódce;)

Wychodzi na to, że pojechałam bez biletu powrotnego do raju. I zostałam.

Ech, ta Sztuka.

Ostatnio gościł w moim domu Prawdziwy Artysta. Artysta przyszedł nie bardzo trzeźwy i przez pierwsze trzy godziny nie bardzo kontaktował i nie wiedziałam, że jest Artystą, bo widziałam go pierwszy raz na oczy. Ale jak wziął gitarę…

Tak bardzo mi się podobało, że komplementowałam go nieustająco i na koniec powiedziałam, że w tym domu Prawdziwy Artysta jest zawsze mile widziany. O każdej porze dnia i nocy. A on taki się poczuł doceniony, że chciał mi się czymś odwdzięczyć za gościnę i dobre słowo i na odchodnym, już przy furtce, wyciągnął woreczek z kokainą;D Trochę się zawahałam

(może trzeba w życiu raz spróbować?),

ale co bym robiła po kokainie przez resztę nocy, jak wszyscy już by spali? Sama bym chodziła po domu? Odmówiłam. Jeszcze mnie namawiał, ale akurat wybrał sobie nietrafiony argument (great sex with your husband!), bo nie narzekam:)

Ech, ci Artyści.

Moje dzieci mają słuch i uważam to za prawdziwy cud. Mo miała dziewięć miesięcy, kiedy zostałyśmy zaproszone na próbę musicalu do teatru, myślałam, że posiedzimy dziesięć minut i będziemy musiały się ewakuować, a ona bujała się w takt muzyki przez półtorej godziny. Jeszcze chodzić nie umiała, ani mówić.

A teraz mi się w duszy śpiewa, bo READING WEEK, czyli przerwa świateczna! Siedzę przez tydzień w domu i układam pytania egzaminacyjne. Miałam wolne od piątku i przez trzy i pół dnia nie ruszyłam roboty, te luksusy mnie kiedyś zgubią;) Wreszcie ustroiłyśmy z Mo dom na Halloween (przypominam, że oryginalnie Irlandzkie święto), Chcecie zobaczyć?

Rano o 7.30 wpadł mój ulubiony hydraulik i sprawdził boiler i zainstalował kran kuchenny. Jeszcze wczoraj (a dzień wolny to był) o 20 zatekstował, czy jesteśmy gotowi, żeby przyszedł, odpisałam, żę jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu i zaraz dostałam odpowiedź ‚ja też’. Mam szczęście do fachowców, jak już znajdę dobrego, to mamy świetne relacje. Pan jest naprawdę myślący i mieszka po sąsiedzku, co się okazało, jak kupiliśmy dom, a znamy go jeszcze z poprzedniego mieszkania, kiedy przyszedł do naszego landlorda naprawić boiler. Pan nam zawsze dobrze doradza, a ja słucham się fachowców, którzy się znają na rzeczy.