Porażka wychowawcza

Kiedy dziecko leci do NY i przysyła ci tylko jedno, jedyne zdjęcie Chirico z galerii MoMA.

Adek nauczył się czytać na Encyklopedii Surrealistów, tak go zafascynowały obrazy, że w kółko się pytał nas o tytuły i w końcu sam zaczął literkować. Wczesny Chirico był jednym z jego najulubieńszych i najbardziej znielubionych artystów, bał się jego obrazów i je uwielbiał. To sugeruje, że Mo podsuwałam nieodpowiednie lektury do nauki, bo idzie jej opornie.

Rano lało, 10 stopni, ciemno i nic mi się nie chciało, a dzień taki długi i wypełniony różnościami jak Christmas cake owocami!

A teraz czekam na (jeszcze nie wiem jak ją nazwać i nawet, czy na dłużej tu zagości) i jest tak:

Niech żywi nie tracą nadziei!

Myśląc, planując i się snując

Dziś jesień. Zimno, wieje, chmury, liście, w sam raz na pójście do IMMY.

Pędem dwie wystawy, na , na którą się wybraliśmy musimy przyjść jeszcze raz, bo jest o Derry i The Troubles i jest tam fantastyczny film nakręcony przez Derry Film & Video Workshop, ale dla Mo to nudy niestety i nie chcemy przecież jej męczyć, bo jeszcze znielubi SZTUKĘ, więc tylko fragment, szybko, drobne urywki. Musimy wrócić bez niej.

Film pokazuje kawałki życia w czasie the Troubles, jak zwane są lata zaostrzonej walki katolików z protestantami zakończone dopiero w 1998 Porozumieniem Wielkopiątkowym. Występuje między innymi Bernadette Devlin, jedna z najbardziej charyzmatycznych kobiet jakie widziałam, porywająca postać połnocno-Irlandzkiej polityki. Każde zdanie z jej przemówień publicznych pali jak policzek, który zresztą wymierzyła Torysowemu Ministrowi Spraw Wewnętrznych w Brytyjskim Parlamencie w 1972 , kiedy po Krwawej Niedzieli, gdzie angielskie oddziały zabiły 13 osób w tym dzieci, powiedział, że żołnierze działali ‚w samoobronie’.

Odważna, bezkompromisowa, socjalistka, skupiona na obronie biedniejszych i słabszych, była przeciwwagą dla facetów z IRA zafascynowanych bronią i przemocą. Tutaj można sobie przeczytac jej pierwszy speech w Brytyjskim Parlamecie, który wygłosiła ta 21-latka wybrana do House of Commons jako przedstawicielka Mid Ulster, czyli części Irl Północnej. Wystapienie niespotykane w polityce, szczere, bez krzty dyplomacji i okrągłych słówek, rękawica rzucona Imperium. Zaraz po nim powiedziała, że nie sądzi, żeby jej kiedyś jeszcze pozwolili przemawiać. Niesamowita kobieta. Jeszcze całkiem niedawno krytykowała nacjonalizm i ‚kapitalistyczną klasę w Irlandii’.

Druga wystawa była bardziej dla Mo, jak na przykład to:

Thinking and Planning by Heron – to ja kiedy pracuję 😅

Potem kawa w galerii i spacer po zielonych terenach wokół, z Mo próbującą jazdy na taty elektrycznej hulajnodze.

Kora na grządkach to zbrodnia

Oczywiście, że nie zdążyłam przed weekendem, więc siedzę dziś nad przedmiotem, czego żałuję, bo pogoda przepiękna. Ostatnie dni lata/pierwsze dni jesieni, ciepło i słonecznie, rano 15 stopni, a nie 10 jak ostatnio. Ale jutro olewam pracę i jedziemy nad morze, pewno będzie brzydka pogoda.

Rzuciłam się wczoraj po południu na ogród, posadziłam w doniczkach kupione w Aldiku za 5 euro tradycyjne jesienne mums, czyli malutkie przepiękne chryzantemy i posprzątałam grządkę pod ścianą domu, ale okropnie mi się nie podoba! Chryzantemy za niskie, potrzeba mi czegoś pionowego, czegoś większego, grządka podsypana korą wygląda tragicznie, co z tego, że wiosną będę miała tu tulipany i żonkile, jak całą zimę będę musiała się patrzeć na korę? Nie mam pomysłu na rośliny na północną ścianę domu, zwłaszcza, że nie chcę stada ślimaków włażących na elewację.

***

Mi wrócił ze swoich aktywistycznych peregrynacji i rzucił pomysłem, że może by tak nad morze. Pogoda ciągle jak złoto, a ja w międzyczasie poczułam, że zbilżyłam się niebezpieczne blisko stanu ‚już dziś nic nie wymyślę mądrego’ i dalsze siedzenie w domu pod presją skończyłoby się tylko większą liczbą przeglądniętych blogów i stron z ogrodami, ze szczególnym uwzględnieniem ‚cottage garden in shade’. (Hosty? Szałwia? Hebe? potrzebuję coś zielonego cały rok, żeby martwą grządkę jakoś ożywić).

Pojechaliśmy więc nad morze i to był świetny pomysł, wykąpaliśmy się w ostatnich promieniach słońca i pooglądaliśmy tłumy na deptaku. Morze jest zawsze dobrym pomysłem.

Kobieta jak befsztyk

Czyżby kolejny post? Haha, proszę bardzo!

A propos Rowlands i Cassavetesa – ich miłość wzrusza. Byli razem przez ponad 30 lat, od studiów aż do śmierci Cassavetesa i to nie dlatego, że nie mieli innych możliwości – wystarczy na nich popatrzeć, oboje przystojni tą bijącą w oczy urodą Hollywoodzkiego glamour. Żadnych skandali, żadnych afer, romansów i głośnych rozstań, czy związków z adoptowanymi dziećmi, jak to się innym sławnym zdarzało. A do tego jakie kino! Jakie spojrzenie na relacje międzyludzkie! Jest coś głęboko humanistycznego w tych filmach, coś bardzo wzruszającego i delikatnego, choć nie ma tam kszty ckliwości czy uproszczenia.

Jeśli zostajemy w temacie kina, to muszę zdecydowanie polecić nowego Lanthimosa, choć nie skończyłam jeszcze rozgryzać o czym jest ten film. Poor Things (który też bardzo lubię – jedyny film, w którym widziałam, że seks może być radosny bez zakochania – bez wyrzutów sumienia) jest przy nim jak kaszka z mleczkiem, bułka z masłem, wakacje all inclusive. Kind of Kindness jest dużo bardziej mroczny i dziwny, niedosmażony stek raczej niż kaszka, wakacje na wyspach Triobrdiandzkich raczej, a nie all inclusive. Otwiera na ościerz okno do nieświadomości (które człowiek potem próbuje zamknąć, a tu wicher).

Poza tym pracuję. Katar minął. Spotykam się z moim baby & mom na obserwacje. Z radościa zauważam, że nieustanny strumień maili z pierdołami ze sprawami niecierpiącymi zwłoki zaczął powoli wysychać, jak tylko zrezygnowałam z bycia panią kierowniczką. Wszystko toczy się swoim trybem.

Kobieta pod wpływem

Tak, zaraz się zabiorę do pracy, tylko jeszcze podzielę się z wami Cassavetesem i Geną Rowlands. Świechna napisała, że Gena niedawno zmarła i tak mi przypomniała jedną z moich najbardziej ukochanych par amerykańskiego kina.

Kiedyś, dawno, dawno temu prowadziliśmy w Dublinie lewacki klub filmowy Auntie Underground, oglądnęliśmy wtedy wszystkie filmy Cassavetesa i zaprawdę powiadam wam jest to kino, którego się nie zapomina. Cassavetes jako aktor grał w największych Hollywoodzkich produkcjach, jak na przykład Dziecko Rosemary, aby mieć kasę na kręcenie własnych.

I jakie to filmy! A Women under the Influence, Faces, Minnie and Moscowitz, Gloria – jak szukacie czegoś na jesienne wieczory, to jest to kino takie, że od razu żałuję, że już oglądałam.

Ale bez Geny nie dał by rady, w (prawie) każdym z nich jest ona postacią o której nie można przestać myśleć.

***

Znowu się nie wyspałam, obudziłam się o piatej. Menopauza? Stres początku roku? Choroba? Hormony przed okresem? Ktoś rzucił na mnie urok? Pełnia? Koniunkcja Marsa? I do tego śnił mi się dom w dół, zbudowany z pustaków, który zamiast ścian w górę miał ściany w dół, czyli w dziurę w ziemi. Czy to jest właśnie to, co teraz buduję? 😉

Kobieta na skraju

Postanowiam jeszcze zrobić w tym roku podłogę w kuchni, którą swego czasu pomalowałam na kremowo, co okazało się największą porażką dekoracyjną dekady. Farba wygląda tragicznie i tragicznie się ją myje, zrobiła się LEPKA i wszystko się do niej przylepia, każdy proch, brud, włosek, kłaczek i paproszek, utrzymanie jej w czystości to prawdziwa męka, pokuta na kolanach, wiecznie wyglądający na brudny wyrzut sumienia. I oczywiście NIKT tak jej nie umyje jak JA, o to w tym wszystkim chodzi nieprawdaż.

Przypomina mi się matka słynnej Dory, nieszczęśliwa pani domu u której Freud zdiagnozował ‚housewife psychosis’. Kobieta w wieku około menopauzalnym, która całymi dniami zajmowała się utrzymaniem porządku w przestrzennym wiedeńskim mieszkaniu zydowskiej klasy średniej.

Z nich dwóch, córki wpadającej w histeryczne spazmy z powodu nieuświadomionych erotycznych popędów i nieszczęśliwej, wiecznie sprzątającej matki bardziej mnie wzrusza ta druga, starsza i bardziej samotna, z przekwitłą urodą, kobieta, która dziś byłaby starąbabą i moherowym beretem. Myślę o obsesyjnych, nieustannych i od początku skazanych na niepowodzenie próbach uporządkowania świata, starcia kurzy, wypolerowania podłóg, całego tego codziennego, mrówczego buntu przeciw entropii, ciaglej beznadziejnej walce z brudem i robi mi się smutno.

Remont kuchni musimy niestety odłożyć na ‚kiedy skończę studia’, ale postanawiam kupić winylowe przyklejane kafle podłogowe. Pokładam w nich dużą nadzieję, że uchronią mnie przed ‚housewife neurosis’.

Znowu poniedziałek, leje

Synek wyjechał, a raczej wyleciał w środę do USA, przed wyjazdem zaliczając małą sprzeczkę z Re. A my w ulgą oddychamy w swoim domu, bo jednak goście, nawet ukochani, to trudne na małej przestrzeni, w domku z najmniejszą łazienką w Dublinie.

Byli grzeczni i starali się, ale ich wieczny bałagan był dla mnie takim małym ziarenkiem piasku na prześcieradle, które nie pozwala zasnąć (choć może raczej wkurzającym piaskiem z nieumytych po plaży stóp). Tu jedna skarpetka, tu kable, tu worek, książki, szmatki, gumki do włosów, cały stół w dużym pokoju zawalony tak, że nie mamy nawet gdzie usiąść, żeby zjeść. Wracali o północy i bach bach jedne drzwi i drugie, a ja się budzę i przez następną godzinę się wałuję po łóżku, w tę stronę i w drugą i na abarot i wkurzona na siebie, że jestem taka delikatna, no ale nic tu wkurzenie nie pomoże, jak nie mogę spać.

Dom wrócił do swojej przyjaznej postaci, uładzony i ułożony, znowu przestrzenny i wygodny, bez nagłych niespodzianek, cichy wtedy, kiedy potrzebuję. Mam wyrzuty sumienia, że wygodniej mi w domu bez własnego dziecka i choć oczywiście zawsze go przyjmę z dobrodziejstwem inwentarza, gdy się w życiu potknie, to jednak nasz dom jest za mały na CZTERY dorosłe osoby, żyjące swoim osobnym życiem. Doszłam do wniosku, że mogę mieszkać z moimi DZIEĆMI, ale z dorosłymi to już inna bajka. Nie mogę im zarządzać pobudek i ciszy nocnej, nie mogę wymagać, żeby jedli obiad wtedy, kiedy ja i żeby nie gotowali po nocy i nie kąpali się i nie gadali głośno. I tak dalej, nie mogę kontrolować ich życia, co powoduje, że oni wpływają na moje i chodzę niewyspana.

Ale na razie są w USA. Potem wracają do Dublina i ku mojemu zdumieniu postanowili na razie tutaj zamieszkać, podpisali więc wynajem malutkiego pokoju za 880 euro miesięcznie. O-O

Powoli wracamy do codziennego rytmu. W zeszłym tygodniu miałam moje zajęcia na uniwerku, siedziałam od 9 do 5 z otwartą buzią, chłonąc doświadczenie, mądrość i wiedzę naszych wykładowców, wracałam do domu podekscytowana i szczęśliwa, że się na to zdecydowałam. Wszystko jest ciągle niesamowicie ciekawe, ale wydaje się również coraz trudniejsze w praktyce, bo najważniejszym narzędziem pracy kogoś takiego jest jego własna psychika, umiejętność spokojnego MYŚLENIA o tym wszystkim, co przynosi druga osoba do gabinetu. Mówią nam, że terapeuta musi być PORUSZONY historiami pacjentów żeby dobrze pracować, nie może być ciocią Dobra Rada, ale do tego trzeba mieć samemu dobrze poukładane w głowie.

No i czy ja mam?

Zaczynam od poniedziałku

W ten świeży poniedziałkowy ranek jadę  na pierwsze zajęcia. To już ostateczny koniec wakacji. Wczoraj jeszcze szybka kąpiel dla Palestyny (powietrze stopni 15, woda 14) wraz z innymi wariatami, dziś uczesana i ułożona, niekontrowersyjna. Jadę.

Zeszły tydzień był trudny, wesołe spotkanie ze smutnymi wiadomościami, stresująca rozmowa, która okazała się bardzo stresująca, ale poczułam to dopiero po, kiedy wystrzelona w kosmos obudziłam się nad ranem i nie mogłam zasnąć. Było trudno, ale wierząc w to, że mam rację nie ugielam się i nie zgodziłam się nic podpisać. Byli wkurzeni, ale nic nie mogli zrobić, bo mam takie prawo. No, ale teraz jestem na widelcu i muszę się bardzo pilnować. Trudno kłócić się  z instytucją, bo może przejechać po tobie jak walec.