Trzeba pisać, bo czas upływa.
Lipiec kładzie się upałem na drzewach, chodnikach, ulicach, ludziach i zwierzętach.
Kiedy rano odwożę chłopaków wącham jego zapach, to taki rzadki zapach w Irlandii.
W aucie gorąco, mam ciemne okulary i litr wody w butelce z rurką, a wczoraj nawet jechałam w krótkich spodenkach, co zdarzyło mi się tu PIERWSZY RAZ. Droga tam zabiera trochę ponad pół godziny, puszczam sobie i chłopakom podkasty psychiatryczne po angielsku, może coś zostanie im w głowach – wczoraj było o badaniach jak ćwiczenia fizyczne wpływają na zdrowie psychiczne, dziś o lęku społecznym, wywiad z gościem, który przeszedł całą drogę i sobie poradził. Chłopaki jednym uchem słuchają, drugim wypuszczają, do starszego pewno trochę trafia, ma 14 lat a zatem już coś tam rozkminia, dziś widziałam, że nadstawiał uszu, od września idzie do liceum, więc temat na czasie. Wracając dokańczam podcast, albo słucham sobie muzyki, wącham świat i oglądam Dublin latem.
Macham do dzieci na światłach.
Dziś zobaczyłam dziewczynkę – czekała, żeby przejść przez ulicę, mama z pieskami stała na rogu dla bezpieczeństwa, dziewczynka na oko dziewięcioletnia miała przejść przez ulicę sama, wyraźnie podekscytowana, może trochę zdenerwowana. Widziałam ją już wczoraj, dokładnie na tym samym rogu z mamą z pieskami, więc jej pomachałam, dziewczynka zanim pomyślała, to mi odmachała, potem się odwróciła do mamy, jakby przestraszona tym odruchem, bo przecież jestem obcą panią w samochodzie.
Droga na obóz sportowy wiedzie wzdłuż parku, jedziemy długo, bo to największy park w Europie. Park pachnie obłędnie, lipy, róże, trawy i rosliny, których nie sposób nazwać, pył i zapachy z pobliskich piekarni. We wtorek w drodze powrotnej zatrzymujemy się z Mo w Chapelizod i idziemy na łąkę, wystarczy nam dziesięć minut, żałuję, że nie kupiłam kawy w lokalnej kawiarence.

W inne dni zostawiam Mo w domu, nie ma potrzeby, żebym ciągała ją przez całe miasto w upale tam i z powrotem, zdążę ją podrzucić na gimastykę jak przyjadę.
Wtedy wracam sama i zastanawiam się, jak się czuję, że jestem sobą, jak tam w środku jest być mną, kiedy się na tym skupiam, wyczuwam coś wrażliwego i delikatnego w środku, co łatwo zranić, ale też łatwo odrasta, jak rośliny, które co roku ścina się do gołej ziemi.
A oprócz tego akurat dziś czuję radość z tego, że żyję, jestem, oddycham, mogę ten świat wąchać i oglądać. Ćwiczę pilnie codziennie, żeby stopa już przestała się gniewać, myślę o tym, jak dobrze czuć swoje ciało bez bólu, jak dobrze głęboko oddychać i jechać gdzie się chce.
Próbuję poczuć kto to jest ta ja, ta istota, która czuje i widzi i uzurpuje sobie prawo do myślenia, że świat jest taki właśnie, jaki mi się jawi.