Negocjujemy Adexit. Dostęp do rynku wspólnego za odpowiedni wkład do wspólnej gospodarki został już niby dawno uzgodniony, co z tego, jak zobowiazania przyjete dobrowolnie ciągle okazuja się trudne do wyegzekwowania (poza finansowymi, gdzie się wywiązuje).

Kwestią sporną pozostają też niższe standardy (czystości), które doprowadzają mnie do pasji jakiej Angela Merkel nawet sobie nie jest w stanie wyobrazić. Ale nawiększym problemem jest dostosowanie zachowania do standardów obowiązujących na naszym terenie – tzn. my nie zgadzamy się na urzędowanie po nocy i wstawanie koło piętnastej, Adziarz uważa, że skoro jest dorosły to nic nam do tego. Rozmowy zostały gwałtownie zerwane w piątek, kiedy oboje z Mi byliśmy w pracy, a Adek spał do 15 i nie można było się do niego dodzwonić, żeby choć obiad nastwił czy naczynia pomył. Według niego powinniśmy byli dzień wcześniej zrobić rezerwację jego usług, natomiast nie możemy wymagać, żeby specjalnie dla nas zmieniał swój zegar dobowy.

Na razie porozumienia brak, ale negocjatorzy się nie poddają.

W zeszłym tygodniu byłam po raz pierwszy od dawna w mieście i poczułam MAGIĘ TEGO CZASU. Dublin jest pięknie oświetlony, jak co roku. Duch świąt jednak żyje, choć być może pod respiratorem.

Oczywiscie nie moje zdjecie, tylko Journal.ie

Byłam również na obiedzie świątecznym z dwojgiem przyjaciół w restauracji – siedzieliśmy na zewnątrz, ale pod dachem. Światełka, alkohol i towarzystwo przyjaciół uderzyło mi do głowy i mogłabym tak siedzieć pół nocy…

W domu po raz pierwszy mamy dużą żywą choinkę (ale w doniczce) i w dodatku już ją ubrałam, nie dało się inaczej, bo Mo od miesiąca marudziła o ‚dekorejszyn’, których jednak jak widać na załączonym obrazku nie ma za dużo, bo przecież ARMAGEDON – w sklepach WYKUPILI BOMBKI, mozna zamówić sobie na ‚po świętach’. Ale nie z nami takie numery, kupiłam zatem 600 światełek, jak widać. Choinka to prezent od Adka i Ren, przywieziony z rodzinnych stron Ren jeszcze przed zerwaniem rozmów.

Czubek uciety, ale nie wymagajcie ode mnie za wiele.

Ale prace okołoświateczne leżą – w zeszłym tygodniu umyłam jedno oko okno i to na razie byłoby na tyle. O pieczeniu pierników i robieniu pierogów zapomnij.

Zasypani jesteśmy niestety nie śniegiem, ale studenckimi esejami do sprawdzenia, na które poświęcam każdą wolną chwilę. Mi wziął sobie jeszcze fuchę na uniwerku, która z założenia miała być tylko dodatkiem prestiżowym i został tanią siłą roboczą: ma 150 postów na blogi akademickie do oceny przed świętami.

Ale wczoraj rzutem na taśmę posadziłam resztę tulipanów, trzy krzaki malin i borówkę amerykańską.

Tęsknię za owocami w lecie i kwiatami na wiosnę.

Dlaczego bogate dzieci dostają droższe prezenty, Mikołaju?

Wiele, wiele lat temu , kiedy Adek miał 5, a może 6 lat, gdzieś tak właśnie w okolicach grudnia wracaliśmy sobie do domu we trójkę. Adek całą drogę rozmyślał i kiedy zatrzymaliśmy się przed naszą bramą bardzo poważnie się na nas popatrzył i zapytał:

– Rodzice, a święty Mikołaj istnieje naprawdę? Tylko proszę, NIE KŁAMCIE MNIE.

Zapadła cisza. Adek nie spuszczał z nas wzroku.

– No wiesz synku……… nie istnieje.

– Tak się tylko mówi dzieciom. Ale wiesz, tak naprawdę ma on znaczenie symboliczne, a przestrzeń symboliczna … – zaczynałam się rozkręcać, chcąc choć trochę uratować tę dziecięcą wiarę.

– Ooo, tak myślałem! – wykrzyknął Adek z wyraźną ulgą.

– Bo wiecie, tak sobie właśnie rozmyślałem, że jak to jest możliwe, to znaczy jaki on ma NAPĘD w tych saniach, żeby tak szybko się poruszać, i jeszcze zatrzymywać, przecież nawet rakieta nie może lądować na ziemi, i jeszcze zdąża do WSZYSTKICH dzieci, czyli parę milionów – nawet miliardów, synku – no i nie mogłem zrozumieć, jak to jest NAPRAWDĘ możliwe…

I tak się skończyła wiara w Mikołaja u mojego pierwszego dziecka.

Wtedy jeszcze się zastanawiałam nad tym, czy mówić mu prawdę, czy nie załagodzić trochę tej rzeczywistości, czy nie obtoczyć jej w lukrze, obłożyć watą i posypać czekoladą. Ale moje dziecko było gotowe na prawdę i PRAWDA wyraźnie sprawiła mu ulgę.

I od tamtego zimowego dnia podejście do Mikołaja mi się przewartościowało.

Oczywiście – dzieci dwu, trzy bądź czteroletnie widzą świat na sposób magiczny, nie zauważając powiązań między przyczyną i skutkiem, ale pewne elementy racjonalności już się pojawiają i powinniśmy wzmacniać takie postrzeganie rzeczywistości.

Powinniśmy nauczyć je odróżniać rzeczywistość od fantazji, karmić je empatią, ale i logiką, zdrową dietą z wiedzy i precyzyjnego rozumowania, powinniśmy je nauczyć MYŚLEĆ, a nie fantazjować. Nie oznacza to przy tym rezygnacji z empatii i uczuć – bo sądzę, że jest to dla dziecka BARDZIEJ rozwijające, kiedy powiemy mu, że prezenty daje mama i tato, bo bardzo je kochają. I nie ma wtedy takich problemów:

Inaczej jak dorosną będą słabe z matmy, fizy i logicznego myślenia, będą wierzyć w tarota, post-hoc fallacy i homeopatię, seanse spirytystyczne, leczenie dotykiem, znaki i omeny, teorie spiskowe, Trumpa, Brexit, Polexit jako wzmocnienie suwerenności oraz obiecanki polityków. Będą podatne na manipulację i demagogię.

I zamiast aktywnie działać i zmieniać Wrodzoną Niesprawiedliwość Świata, będą czekały na Mikołaja bądź Rycerza na Białym Koniu, który je wreszcie doceni i uwolni. I obdaruje. Albo obudzi pocałunkiem.

Prezenty dla starych ludzi

Jak się jest z kimś lat 20+ to kupienie prezentu na bozenarodzenie/urodziny/dzień taty/męża/imieniny/whatever staje się problemem.

Po pierwsze, kasa jest wspólna, więc kupując dla niego, kupuję za jego. I swoje. To znaczy mamy osobne konta, a mój łaskawy mąż nie sprawdza mojego, ale i tak wszystko idzie z jednej puli. Wiadomo. Wiemy na co oszczędzamy i wiemy na ile sobie możemy pozwolić, żeby dziura w budżecie nie spowodowała buntów społecznych.

Po drugie, wszystko, czego bardzo chcemy, to sobie kupujemy sami. No bo jak wydaje się grubszą kasę na wiertarkę (ja) bądź ciuszki (mąż), to przecież trzeba być absolutnie pewnym, że to jest to. I trzeba przymierzyć, a jak tu przymierzać, żeby osoba przymierzająca nie wiedziała? (tabletki nasenne?)

Po trzecie, nic nie potrzebujemy. Naprawdę. Jak potrzebujemy, to patrz punkt drugi. A jak coś jest zbędne, to patrz punkt pierwszy.

(Po namyśle muszę stwierdzić, że chciałabym, żeby mąż mi zrobił niespodziankę i kupił samochód. Ale mogłoby to oznaczać to, że ma na boku bogatego kochanka/kochankę o których nie wiem. Po jeszcze głębszym namyśle stwierdzam, że ok).

Bo istotny jest jeszcze element zaskoczenia (wiem, wiem, za dużo bym chciała). No bo co to za prezent, jak sobie go sam wybierzesz? To nie żaden prezent, to po prostu zakupy.

A zatem, jak co roku, listopad zaczyna się bólem głowy, który dopiero kończy się koło marca – co MU kupić? Mikołajki – przepraszam, jest już za duży – Bożenarodzenie (w odróżnieniu od Bożego Narodzenia, które jest nie po mojej linii politycznej), jego urodziny i imieniny. Jeszce potem dzień taty, bo wiadomo, że dzieci same zapomną/nie pomyślą/kupią coś głupiego i to jeszcze za moją kasę.

Mąż już od paru lat rzuca ‚oryginalnym’ (hehe) pomysłem, że może ‚nie róbmy sobie prezentów w tym roku’ z uwagi na punkt jeden, dwa i trzy, no ale to przecież bez sensu, bo ja lubię dostawać prezenty!

Ale. I tu wracamy do dylematu.

Książki sobie sam kupuje.

Ciuszki – także.

Elektronika – ooo, tutaj to na pewno musi sam sobie wybrać!

Perfumy – trudna sprawa, bo mogą być tylko wegańskie.

Koszulka z nadrukiem? Fikuśna filiżanka na espresso z finezyjnym obrazkiem roweru? KUBEK? RĘKODZIEŁO? Nie myślcie, że nie próbowałam już wszystkiego. Dwadzieścia+ lat razy 3+ okazje w roku… Na czterdzieste urodziny kupiłam mu ZESTAW SERÓW i okazało się, że właśnie już sobie postanowił WCZEŚNIEJ, że zostanie weganem od dnia swoich urodzin;D Nie powiem, trochę się obraziłam i przestałam odzywać, dopóki nie zjadł tych serów.

Na święta od paru lat kupuję mu zegarki, ma już ten:

ten

Penny Farthing - The Unemployed Philosophers Guild

i ten

Chaplin - The Unemployed Philosophers Guild

Ale ileż można?

Standardem są również ‚śmieszne skarpety’, w nich najbardziej lubuje się Mo, która od kiedy tylko nauczyła się mówić lat na pytanie ‚co kupimy tacie na urodziny?’ wyskakuje jak Archimedes z wanny: ‚Skarpety!’, bo tato bardzo lubi skarpety. No przecież. Ma już różowe z kotkami, tęczowe, z lodami, kwiatkami, kratkami, paskami, prosiaczkami, geometryczne i zakręcone. I jeszcze inne.

W tym roku sięgnęłam już chyba dna i na Bożenarodzenie kupiłam mu śmieszny dzwonek do roweru (Adek mu zniszczył ten nieśmieszny) i zatyczki do uszu, bo Mi ma bardzo lekki sen. Ale to nieZWYKŁE zatyczki, bo najdroższe na rynku! (24 euro). Sam by sobie nie kupił.

A wczoraj złapałam się na myśli, że może jeszcze ultradźwiękowa szczoteczka do zębów?

Co będzie dalej??

Podgrzewane papucie? Tupecik? Pas z kociego futra na korzonki? (o fe, niewegański!). Ozdobna szklanka na zęby?

Człowiek bez przerwy

A to mój mąż przy pracy w swojej jaskini, pracuje obecnie bez przerwy.

Widać jeszcze nie przymocowany kominek – czy ja pisałam, że u mnie wszystko powoli?

Na kominku kolekcja rysunków Mo i popiersie Marksa, pomgaga Mi przy pracy.

Mnie Marks pomaga w akumulacji apitału – wrzucam tam resztę z zakupów, jeszcze sto lat i będę burżuazją.

Outfit Mi – kapelusz Ren, okulary własne.

Możecie też zobaczyć mój ostatni nabytek – szezląg, który kupiłam, żeby już nikt nie miał wątpliwości, że jestem klasą średnią!

Czekałam 21 tygodni na dostawę, już myślałam, że sprawdzają moje pochodzenie społeczne i dokopali się do chłopstwa i babstwa, ale okazało się, że się akurat zaczęła pandemia! No ale wreszcie jest i niedowiarki mają się z pyszna.

Takie dwa bukiety dostałam od koleżanki mojego syna w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Jak powszechnie wiadomo, można mnie kupić kwiatami. Koleżanka mieszkała z nami przez te dwa tygodnie, bo jej współlokatorka miała kontakt z kimś z wirusem i musiała się kwarantannować.

Przy okazji prezentuję nowy kolor ścian – wprawdzie nie widać dokładnie, wyglądają trochę jak białe, ale to nie jest biel, Dulux mówi, że to ‚pebble drift’. Dobrze się kojarzy i nareszcie nasz duży pokój nie wygląda jak piwnica. Zostawiłam specjalnie ten krzywy górny róg, żebyście sobie zobaczyły jak się odróżnia od białego sufitu. Kominek też dostał nowe ubranko – farba tablicowa, kocham. Wszystko to zrobione jeszcze we wrześniu, ale się chyba jeszcze nie chwaliłam, że trzy lata po kupnie domu nareszcie pomalowaliśmy ściany:) U mnie zawsze wszystko się toczy wolno – do dziś nie mamy parapetów, to już dwa lata po wymianie okien.

Bardzo miła z niej dziewczyna, tej koleżanki, ciepła, uczuciowa, sympatyczna, została role model dla Mo, która od też chce się teraz malować, ‚jak Ren’. Na moje wyjaśnienia, że nie można się malować do szkoły stwierdziła, że będzie tylko na weekendy:D

Mo ją po prostu kocha. W Adka uczucia nie wnikam, nie ma co zmuszać do deklaracji.

Trochę miałam więcej luzu wcześniej, ale już się skończyło.

Teraz 50 esejów do sprawdzenia. Nowe wykłady do zrobienia.

A w dodatku zaczęła mi się klasa hybrydowa – raz w tygodniu jestem w szkole, w całym rynsztunku i gadam do studentów obecnych w klasie i w Internecie. Całość jest nagrywana.

W zeszły piątek zobaczyłam przyszłość – studenci mieli prezentacje na zaliczenie, których nie zdążyli skończyć tydzień wcześniej, kiedy mieli zajęcia z innym wykładowcą. Moja rola polegała na połączeniu wszystkich na moim Zoomie, a ponieważ miałam za chwilę kolejny wykład dwu godzinny w innej sali, musiałam wyjść w czasie, kiedy prezentacje online jeszcze trwały. Ze mną wyszły osoby dotychczas obecne w sali – też mieli jakieś swoje niecierpiące zwłoki potrzeby.

W klasie został włączony komputer ze studenckimi prezentacjami, które się wyświetlały na tablicy, studentami słuchającymi przez Internet i jednym wykładowcą biorącym udział z domowych pieleszy. Klasa zupełnie pusta, tylko migający ekran. Zajęcia duchów.

Politycy partii przewodniej w kraju dociskają gazu i pędzą na czołówkę ze ścianą, kretyni u władzy grają na poparcie (małej garstki) jeszcze większych kretynów. Nie sądzę, żeby Polska wyszła z Unii, niemniej jednak taka idiotyczna postawa wyrzuca nas z korytarzy UE prosto na zapyziałą orbitę nieśmiesznych lokalnych satrapów. Nie tak się robi dyplomację.

Ech, nawet ja – całe życie w gorącej wodzie kąpana, z nerwami na wierzchu i kompleksami jak kule u obu nóg – tyle się nauczyłam w tej Irlandii, że negocjacje nie polegają na robieniu z siebie wujka wariatuncia i stawiania się w sytuacji przegranej, takiej, która tylko obnaży nasz brak jakiekokolwiek znaczenia. To jak słynne ‚czy wiecie kim ja jestem!’ (na co Kajko mówi do Kokosza „zobacz, biedny człowiek, nie wie kim jest!”) Żałośnie i smutno i straszno.

Cała moja nadzieja w młodej Polsce, w tych wszystkich wioskowych dziewczynach stadnie chodzących na Zumbę (pozdrawiam Iksia!), które są w stanie powiedzieć do księdza ‚pokaż macicę!’. Czekam, kiedy one przejmą władzę.

Beczka na ciężkie czasy

albo moje luksusowe życie w pandemii.

Po pierwsze, praca z domu – w ogóle mnie nie obciąża, a wręcz przeciwnie, można powiedzieć, że mnie odciąża, wręcz wyzwala mnie z pewnych ograniczeń. Na przykład mogę podczas przerwy w wykładach poleżeć sobie na sofie, albo nastawić zupę dla całej rodziny. W ogóle pozycja horyzontalna w czasie pracy bardzo mi się podoba, pozwala na szybszą regenerację sił i chciałabym również po pandemii mieć taką możliwość, święty Mikołaju. (Pamiętam jak w ciąży marzyłam o ‚pokoju socjalnym’ w pracy, żeby choć przez chwilkę móc sobie poleżeć w przerwach między wykładami… Marzenia się jednak spełniają, nieważne, że pięć lat później i tylko dzięki ogólnoświatowemu stanowi wyjątkowemu).

Chodzenie ciągle w takich samych ciuchach (nie, nie TYCH samych! jeśli tak przeczytałaś, to wróć!) – u mnie zestaw obowiązkowy to bawełniana bluzeczka w paseczki i spodnie od piżamy – jest również bardzo relaksujące, nie muszę codziennie od rana dumać jak się ubrać, nie muszę nic prasować, chodzić na obcasach ani ściskać się ołówkowymi spódnicami (nie, żebym to robiła przed pandemią, ale zdarzało się, że przemykając po korytarzach fabryki jakaś niewymarła jeszcze część mojej toksycznej kobiecości na widok kobiety eleganckiej podnosiła głowę i pytała pogardliwie ‚a ty?’). A teraz wystarczy bluzeczka w paseczki, z ewentualnie dopiętym białym kołnierzykiem, jakbym chciała bardziej uroczyście (jeszcze się nie zdarzyło, ale jakby co…).

Jestem ponadto w tej dobrej sytuacji, że państwo Irlandzkie ma takie same prirorytety, jak ja: dzieci cały czas chodzą do szkoły. Nie ukrywajmy – dziecko w domu by mnie dobiło. Ale równocześnie największy stres rodzica małego dziecka – kto zostaje w domu kiedy dziecko ZNOWU JEST CHORE (w tym roku szkolnym już trzy razy!) – w pandemii po prostu nie istnieje. I tak jesteśmy w domu. Cały czas. BINGO. Szach-mat życie! Brak konieczności lawirowania pomiędzy pracami i kombinowania z godzinami, zwolnieniami i zarobkami to po prostu luksus, wisienka na torcie, moja prywatna pandemia +

Zamknięte sklepy to już w ogóle mały pikuś i w ogóle mnie nie ruszają – w tym roku jesteśmy biedni (boże, czy kiedykolwiek nie byliśmy?), bo płacimy za studia Mi, więc WRĘCZ cieszę się, że mnie nic nie kusi. Restauracje, spa, kluby fitness, salony kosmetyczne i fryzjerskie, nocne kluby, wycieczki zagraniczne, koncerty, mecze, płatne wystawy, wyprawy jachtem, loty balonem, loty w kosmos i inne podobne atrakcje praktycznie zawsze były w moim kajeciku zaksięgowane w zakładce „nie niezbędne do życia”, a zatem byty nieistniejące, liczby nierzeczywiste, wobec czego trudno mi odczuwać ich brak. Jakbym chciała poszastać pieniędzmi, mogę sobie zamówić jedzenie na wynos:D

Jedyne, za czym naprawdę tęsknię to loty do Polski, ale przecież byłby to skandal, gdyby mi już ZUPEŁNIE niczego nie brakowało, prawda?

Oraz na szczęście jesteśmy zdrowi, ale tutaj pukam w niemalowane.

Oprócz tego nie czuję się w ogóle ograniczona w moim jestestwie, moja wolność jest wolna z maską czy bez, a noszenie jej jest mi doskonale obojętne – dokładnie tak, jak z majtkami: nawet w największe upały społeczeństwo upiera się, żeby mieć je na sobie, a jakoś nikt za bardzo nie protestuje, że uwierają, obcierają, powodują grzybicę i nie można przez nie oddychać;)*

Hmmm…

Przestałam się bać.

Wygląda na to, że praktycznie od zawsze żyję w Ciężkich Czasach, Pandemia to moje drugie imię, a Kryzys to mój partner życiowy, razem sobie oto żyjemy od wielu lat swoim małym, monotonnym, nudnym i biednym życiem, bo niewidzialna ręka rynku tak nam pociągnęła z liścia na samym początku dorosłości, taki nam lockdown wprowadziła, że teraz mało co nas rusza.

Niczego mi nie brakuje, jestem szczęśliwa i spokojna, a moja beczka mi w zupełności wystarcza.

Ale beczka jest ważna, bo nawet Diogenes nie spał gdzie popadnie.

* Wiem, że są osoby, które mają problemy z płucami i dla nich noszenie maski może być faktycznie niewskazane. Ale w moim otoczeniu osoby, które najbardziej narzekają na noszenie masek to te same, które palą szlugi. I co im zrobisz;)

Lata później

Mijają trzy lata, odkąd wprowadziliśmy się naszego domu i codziennie dziękuję za to losowi, a w zimie nawet dwa razy dziennie. Dom jest ciepły (szczególnie po wymianie okien i ociepleniu) i suchy, idealny na Irlandzki listopad i grudzień. I styczeń. I luty.

Mamy sypialnię, pokój Adka, pokój dzienny i mały pokoik w sam raz na home office albo gabinet, jak to się kiedyś nazywało. Wystarczająco miejsca, by sobie nie przeszkadzać, kiedy oboje prowadzimy zajęcia.

Jakoś dobrze się mamy tej zimy, pomimo okoliczności przyrody.

Siedzimy w domu, ale mamy dom. Siedzimy sobie na głowie, ale się lubimy, więc nie jest to szczególnie upierdliwe. Mamy pracę, którą bez problemu da się wykonywać zdalnie. Mamy szczęście. Czasem sobie myślę o tych wszystkich ludziach stłoczonych w wynajmowanych mieszkaniach z przeciągami, o ścianach w kolorze Magnolia, ludziach martwiących się zasiłkiem, wynajmem i nieuchronną podwyżką czynszu, gdy tylko już będzie można. Byliśmy o krok od takiej sytuacji, od osunięcia się w przepaść, zapadnięcia w ruchome piaski, gdzie im bardziej się porusza nogami, tym głębiej się człowiek zakopuje, od chorób dzieci z ciągłego wdychania grzyba na ścianach, od wiecznego szarpania się i martwienia, od kiełkującej depresji, żywiącej się natłokiem ludzi na metr kwadratowy podłogi i spraw na głowę. Jakoś nam się udało.

Pracą się nie martwię – bo właściwie nie ma czym, mali ludzie muszą podskakiwać, żeby wydawać się większymi. Nawet samym sobie. Wydaje się, że sprawa jest wyciszana od góry, bo żadne odgłosy do mnie nie dochodzą, choć zawsze zostaje paranoja, że to po prostu MNIE nikt nic nie mówi;D

Znowu posadziłam tulipany i szafirki, czekam jeszcze na cebulki moich ukochanych białych, muszę też dokupić donice. W najciemniejszym miesiącu w roku trzeba pamiętać, że przyjdzie wiosna i nie można wtedy zostać bez tulipanów.

40 lat później