A jeszcze palacz węgiel w nią sypie

Zegarmistrz światła purpurowy coraz bardziej przypomina szalonego motorniczego, który nic innego nie robi, tylko dowala do pieca. Już człowiek myśli, że jest tak przyciśnięty do ziemi, że już więcej się nie da, to nagle myk! i zapraszamy na następny level, kolejny stopień wtajemniczenia.

Jeszcze nie skończyłam sprawdzać 70 ciu prac, które miałam w planach na czas przerwy świątecznej, ledwo co ogarnęłam dwa nowe przedmioty, poplanowałam sobie pracę na weekendy, wieczory i między wykładami, to okazało się, że muszę wprowadzić dietę.

Kiedy tylko oswoiłam się z dietą, a raczej pogodziłam się z ograniczeniami, daję radę planować i gotować w porywach na trzy gary – dla siebie, dla Mo, dla wegan (oczywiście razem z Mi), łykam zupę na śniadanie jakbym nic innego nie robiła od urodzenia, tonę w tonach pieczonych warzyw i już nawet przekonałam samą siebie, że to smaczne, to okazuje się, że zamkną szkoły.

ZAMKNĄ SZKOŁY.

Szkoły zamknięte. Wyobraźcie to sobie.

Mi na praktykach od rana. Do 17.

A ja na wykładach online. A jak nie na wykładach, to przygotowująca wykłady.

Bez kawki. (Nie mówiąc już o winku).

Bez chlebka.

Podjadająca w przerwach brukselkę i rybę z sałatą.

Za to z dzieckiem. W domu. Cały czas. Całyczasebezprzerwyzdzieckiemwdomuibajkaminakomorceitablecie.

Fisher Price | This 'Work From Home Play Set' Nails the Struggle of 2020 &  It's Cracking Parents Up - Fake Toys

Na śniadanie zupa,

czyli żyję jak w polskich komediach.

Od kiedy się dowiedziałam, że płatki owsiane też odpadają, nie mam pomysłu na śniadania.

Ale słodkie pieczone ziemniaki zaczęły mi smakować. Jak i ryba trzy razy dziennie (bo spróbujcie się najeść samymi warzywami).

Mój kosz na owoce i warzywa nigdy nie był tak pełny i nigdy nie jadłam tak dużo batatów, brukselki, kalafiora, brokułów, rzepy, kapusty, oliwek, sałaty, kaparów, marchewki i pietruszki. Czasem jem pieczone bataty z marchewką, czasem z rzepą, czasem wszystko wrzucam do jednej zupy.

Żyć nie umierać.

Nareszcie 2021

Stary rok jeszcze trochę nas wczoraj wyszargał, kiedy dowiedzieliśmy się rano, że Mo ma mieć test na wiadomo-co po południu, bo ktoś z jej klasy był pozytywny 21 grudnia w szkole. Kiedy odebrałam wiadomość było -5 i popadywał śnieg z deszczem, test miał być w ogromnym nowym centrum na obrzeżach Dublina, około 13 km od nas. W pierwszym momencie chciałam wysłać Mi na rowerze z Mo, ale po chwili dotarło do mnie, jak bardzo to jest bez sensu – godzina w jedną, godzina w drugą, na rowerze w marznącym deszczu, na ruchliwej trasie wylotowej z Dublna – jeśli jeszcze nie jest chora (a nie jest oczywiście, na razie wygląda na zdrową jak koń), to po czymś takim na pewno będzie.

Przyjaciele, z różnych powodów, nie mogli nas zawieźć. Taksówka – no chyba odpada, głupio byłoby mi pytać o coś takiego taksiarza. Zdecydowałam więc, że po prostu będziemy się izolować przez te parę dni w domu – kwarantanna i tak ma się jej skończyć w poniedziałek, bo takie mają opóźnienia. I zdążyłam tylko kliknąć opcję, że nie mamy transportu, kiedy zadzwoniła L, nasza znajoma Hiszpanka, że znalazła kogoś, kto nas zawiezie. Na nasze nieszczęście. Zgodziłam się w sumie bardziej ze względu na nią, bo widziliśmy się w czasie świąt, a ona trochę jest panikara.

A zatem pojechaliśmy. Mo było niedobrze w samochodzie przez całą drogę. Przed samym centrum zwymiotowała na siebie i do samochodu koleżanki. Zatrzymaliśmy się na parkingu, gdzie jej zdjęłam brudną spódniczkę, a obsługa centrum zaczęła na nas krzyczeć, że mamy wsiadać z powrotem, bo pobierają wymazy z samochodów. W końcu, po paru minutach wyjaśnień, kazali nam iść do innej części, gdzie się testuje pieszych. Szłyśmy dobre parę minut, Mo coraz bardziej zmarnięta, w brudnych, mokrych rajtuzkach i obrzyganej kurtce. W budynku centrum chyba ze sto osób i 20 miejsc do pobierania. Mo cała zapłakana, ale dzielnie dała sobie zrobic wymaz.

Dziś już wiemy, że wynik ujemny, ale tam w centrum to dopiero było duże prawdopodobieństwo zarażenia!

Po takiej końcówce byłam tak wykończona, że ostatni dzień TEGO roku spędziłam w łóżku, zajadając ostatni sernik (w życiu) i oglądając film miły dla oka, niezbyt lekki, choć też i niezbyt głęboki (Marriage Story – pierwszy raz podoba mi się jak gra Scarlett Johanson.)

A dziś pierwszy dzień bez kawki, na całe szczęście było słonecznie i pięknie, choć chyba i tak jeszcze się nie obudziłam;)

Zimny księżyc

Wczoraj poszłam sobie wieczorem pobiegać, pierwszy raz od dwóch tygodni i przepiękny księżyc mi oświetlał drogę. A potem przeczytałam u Salmiaki, że to Zimny Księżyc, albo Księżyc Długiej Nocy. I tak właśnie było – bardzo zimno. Pięknie.

Tak było pięknie, że kiedy wróciłam zabrałam jeszcze Mo przed spaniem do ogrodu i oglądałyśmy sobie gwiazdy.

Niebo było wyjątkowo bezchmurne, oprócz księżyca najbardziej świecił Mars i oczywiście Wielki Wóz i Mały Wóz. A Mo stwierdziła, że na tych wszystkich gwiazdach i planetach NA PEWNO żyją ufoludki i może teraz właśnie się na nas patrzą, tak, jak my patrzymy się na nich. Bardzo to było podnoszące na duchu, nie chciałabym być sama w kosmosie.

A teraz piję moją ostatnią kawkę (ale już z mlekiem owsianym). Przed północą zjem ostatnią czekoladkę. I może kawałek ciasta – taki pyszny sernik czeka w lodówce.

A przez następne miesiące zawalczę o to, żebym dalej mogła biegać.

A Wam wszystkim życzę w Nowym Roku takich właśnie chwil – żeby zobaczyć gwiazdy i zimny księżyc i porozmawiać o ufoludkach, chociaż od czasu do czasu, bo to bardzo na duszę pomaga.

We are all in the gutter, but some of us are looking at the stars,

jak powiedział pewien znany Irlandczyk.

Dieta (czytaj: tortury)

Nowy Rok zatem rozpoczynam bardzo oryginalnie – dietą. I czarną rozpaczą z jej powodu.

Dieta owa, jak każdy szanujący się jadłospis dla zdrowotności, jest po prostu obrzydliwa i naprawdę nie znajduję w niej niczego pocieszającego, oprócz tego, że ma zadziałać na to, co trzeba.

Ale nie można ani serka koziego, ani gorgonzoli, ani nawet mleczka do kawki, nie mówiąc już o tym, że oczywiście kawki nie można. KAWKI. Poproszę o chwilę ciszy.

Bo jestem jak Loraine z Gilmore Girls, jeśli chodzi o kawkę.

Nie można również żadnego glutenu, a Ci którzy próbowali go wykluczyć kiedykolwiek z jadłospisu wiedzą, jakie to upierdliwe. A zatem żadnego pysznego chlebka, świeżo pieczonego przez mojego Mi (właśnie w kuchni pachnie, poezja!), masełko też odpada oczywiście, ciasteczka – zapomnij, pierożki – nawet mnie nie rozśmieszaj, makaronu też nie wolno! (no za tym obrzydlistwem nie będę tęsknić). Nie można też używać zamienników bezglutenowych, bo w nich dla odmiany znajdują się przecież różne SUBSTANCJE CHEMICZNE (konserwanty, polepszacze, ubarwiacze, gluty do łączenia wszystkiego w całość), więc oczywiście wykluczone.

Nie można też jeść – przynajmniej przez pierwszy miesiąc – kaszy, ryżu i różnych soczewic, ziaren (dyni i słonecznika), olejów z ziaren (słonecznikowy, rzepakowy itd). Przyprawy z nasion – kumin, pieprz, ziele angielskie – również żegnajcie nam dziś!

Można za to jeść prawie wszystkie warzywa, oprócz oczywiście tych najsmaczniejszych: psiankowatych (ziemniaczki, pomidorki, bakłażanki…) i fasolowych (czy fasola to warzywo?). Czyli bobu, fasolki mung, ciecierzycy, czerwonej fasolki, szparagowej fasolki i tak dalej NIE MOŻNA.

Oczywiście orzechy zabronione, ale to oczywista oczywistość, co wie każdy alergik. Cukier. Alkohol. Wiadomo. Wszystkie chemiczne słodziki na czele ze stewią i innym aspartamem.

Ale najgorsze w tej diecie jest nie jest coś, czego nie można, ale właśnie coś, co można, a nawet trzeba jeść. Dla mnie jest to po prostu wisienka na torcie (nie można, oczywiście), grzyb w barszczu a nawet kwiatek do kożucha: mięso. W tej diecie TRZEBA JEŚĆ MIĘSO. Bo jak się wykluczy soczewice i fasole i ciecierzyce, to zaczynają się niedobory żelaza. Jak się wykluczy nabiał to oczywiście niedobory witaminy b. Dwa dni temu próbowałam znaleźć jakieś źródla żelaza w produktach dozwolonych, poza mięsem, i im dłużej szukałam tym bardziej płakałam. Musiałabym zjeść 600 g oliwek dziennie. Albo kilo natki pietruszki. (Chyba sobie zasadzę pole).

Na razie będę kombinować z suplementami. Jak zobaczycie, że nie mam nawet siły pisać bloga – zamówcie mi soczysty stek z dostawą do Dublina;)

Ale teraz pytanie dla wytrwałych – dlaczego zamierzam tak się męczyć? Co mi strzeliło do głowy, żeby pozbawiać się jedynych  tylu przyjemności i torturować się systematycznie dzień po dniu przez miesiąc, a być może dłużej?

‘Da liegt der Hund begraben’, jak mawiają poligloci. Od początku listopada zaczęły mi się delikatne objawy RZS, przed samymi świętami, kiedy w nocy znowu obudził mnie ból nadgarstka i zaczęłam sobie delikatnie szlochać (bo boli, bo lockdown, bo zima i brak słońca), Mi zmusił mnie do pójścia do lekarza. Czekam na wynik testów.

Boję się tej choroby od kiedy moja starsza siostra dwadzieścia lat temu leżała w łóżku i płakała z bólu przez rok, bo zachorowała na agresywną jej postać. Choroby autoimmunologiczne są bowiem w rodzinie: młodsza siostra cztery lata temu dostała diagnozę Hashimoto. Bratanica ma cukrzycę dziecięcą. A ja dotychczas wyłgiwałam się przeznaczeniu zwykłymi alergiami, kichaniem i egzemą. Luzik. Kto by się przejmował. Nieustająco piłam i jadłam rzeczy zakazane (orzechy!), bo przecież głupia wysypka na dłoniach nie pozbawi mnie tej przyjemności.

Młodsza siostra, ta z Hashimoto, dwa lata temu nagle zwariowała i zaczęła jeść w kółko makrelę z sałatą, wołowinę z burakami, poprawianą gotowanymi batatami i okazało się, że skutecznie zaleczyła sobie w ten sposób Hashimoto (czytaj: obniżyła wskaźnik zapalny). Przysięga teraz na wszystkie naukowe świętości, że ten potworny! sposób odżywiania działa. Jest przy tym doktorem (chemii, ale zawsze;), więc wie, jak się porządnie wyciąga wnioski z danych i interpretuje wyniki badań. Już dawno mnie namawiała, żebym spróbowała zredukować sobie alergię w ten sposób, ale musiałabym upaść na głowę, żeby wyrzeć się tylu przyjemności dla zmniejszenia pokrzywki na rękach.

Ale teraz przeznaczenie mnie dopadło. Trzymajcie kciuki.

Co roku sobie postanawiam, że będę więcej czytać książek, bo mi się styl pisania degeneruje i niedługo nie będzie się dało tego czytać.

I co roku mi się nie udaje, bo jak tu jeszcze więcej, jak się nagle okazuje, że muszę codziennie zarzucić te 30 – 70 stron wypocin studenckich. I w tym roku będzie to samo, bo znowu od miesiąca siedzimy po uszy w esejach. Miałam mieć przerwę świąteczną i miało być trochę lżej, ale Mi wyskoczyło sprawdzanie 150 postów blogowych i 50 esejów, pomogę mu oczywiście, bo już biedak się nie wyrabia.

Trudna końcówka roku ze spiętrzeniem spraw pracowych i niepokoi zdrowotnych, ale tym razem uroczyście sobie obiecuję, że w przyszłym roku nie bierzemy dodatkowych zajęć – tych dla zarobku i tych prestiżowych. Namówiłam Mi, żeby wziął fuchę na swoim uniwerku, a teraz wydaje się, że fucha sobie wzięła jego, bo ciągle go nie ma, to znaczy jest w domu, ale duchem nieobecny. Pracuje.

Święta spokojne, ze stresem świątecznym w normie i tylko we czwórkę. Miała dojechać koleżanka/dziewczyna Adka, ale się w samą Wigilię okazało, że rodzice mają robić test i już po Świętach odebrali dodatni wynik. Ona jeszcze nie, ale jak wiecie to skomplikowane.

W nowy rok zaczynam przeokropną dietę, która mam nadzieję pozwoli wyciszyć pewne zaczynające się u mnie objawy, ale wcale mi się nie uśmiecha, bo jest naprawdę niefajna. Jedynym pocieszeniem to, że jako skutek uboczny się chudnie:D

Wczoraj nareszcie spotkaliśmy się z naszymi ulubionymi znajomymi (ona Hiszpanka, on Irlandczyk), tymi, których namówiliśmy na kupno domu koło nas i których nie widzieliśmy naprawdę dawno – jak na to, że mieszkają prawie że za rogiem. Spotkania osobiste jednak mają zupełnie inną dynamikę. Ona zrobiła mnóstwo naprawdę przepysznych różności i do tego dużo wegańskich dla Mi, który nie pił i wrócił wcześnie z Mo do domu. Ja zostałam i piłam, i to takie dziwne alkohole, że dziś cały dzień mnie boli głowa. Ale o dziewiątej wieczorem już myślę, że było warto, bo o dziewiątej rano nie byłam tego taka pewna;)

Najdłuższa noc za nami

choć słońce dziś nie przedarło się przez chmury, żeby zaświecić w Newgrange.

Trzymam się tego ‚lepiej’ kurczowo, bo nastrój pikuje jak ciśnienie przed burzą.

Ale jutro już będzie lepiej. Dzień będzie dłuższy.

Już wkrótce nie będziemy musieli się budzić w ciemnościach, z piaskiem pod oczami i ociężałym ciałem.

Czekam na więcej światła.

Czekam na moment, kiedy dzieci zaczynają zauważać, że rodzice są ludźmi. Kiedy Adek przestanie wspominać, że musi się dokładać do budżetu, tylko zauważy, że od roku sobie nie kupiłam butów, bo skoro nie chodzę do pracy, to mogę oszczędzić.

Czekam, kiedy lekarz wreszcie coś poradzi na moje stawy, które zaczęły mnie boleć i puchnąć. Boję się, że to choroba reumatyczna, do której mam rodzinne skłonności. Opuchlizna wędruje po moich kończynach, schodzi z nadgarstka i za parę dni zaczyna się na stawie barkowym. Nieprzyjemne i upierdliwe. Nie mogę ćwiczyć, nie mogę nosić niczego ciężkiego, nie mogę spać w nocy.

Czekam, kiedy będę miała choć trochę mniej pracy, kiedy Mi złoży w końcu magisterkę i skończy ostatni esej. Wczoraj czytałam mu ją jeszcze po raz ostatni, pięćdziesiąt stron zastanawiania się, czy ‚the’ czy jednak ‚a’. Nigdy się tego dobrze nie nauczę.

Czekam, kiedy będę się mogła zobaczyć z mamą, która ma osiemdziesiąt lat i sto chorób współistniejących.

Czekam, kiedy pozwolą mi zdawać test na prawko, bo chyba znowu w styczniu będzie kolejny lockdown.

Ale najdłuższa noc za nami.

Nadzieja

Wiecie co mi daje nadzieję?

Dzisiejsza młodzież.

No bo posluchajcie:

Jaka ta młodzież wrażliwa! Jaka delikatna!

A tu trochę ostrzej:

https://www.youtube.com/embed/tDvEedOUaEI

Ale też fajnie!

(Ostrzegam – są wulgaryzmy;)

(Pamiętam jak dawno, dawno temu, na wizycie rodzinnej powiedziałam ‚dupa’ przy moich trzech starszych ciotkach i dostałam za to straszną burę, ale uparcie, przez łzy prawie, broniłam swojego zdania, że czasem trzeba, a nawet powinno się używać takich wyrazów. Bo są sytuacje, kiedy nie można inaczej tego powiedzieć. I tak mi się skojarzyło ze słynnym ‚wypierdalaj’. Ciekawe, czy ciotki pamiętają, bo jeszcze żyją – jedna ma 60 lat, druga 90 a trzecia 93 lata;)

Toż to dzieciaki młodsze od mojego syna. A takie ogarnięte.

A ta pandemia, to wszystko wkrótce minie. Ważne tylko, żeby sobie potem świat lepiej poukładali, niż ich rodzice/dziadkowie.

No i co myślicie?