Jeszcze tydzień temu

napisałabym coś w stylu ‚Każdy zna taką osobę. Osobę, która wbije ci nóż w plecy w najmniej spodziewanym momencie.’ (choć akurat w przypadku TEJ OSOBY noża w plecach spodziewam się ZAWSZE).

Albo ‚Nieszczęściem ludzi głupich jest to, że ciągle muszą udowadniać, że głupi nie są’. Albo nawet ‚Głupia pizda. Inaczej o niej nie myślę’.

I wszystko to byłoby prawdą, a jednak tak nie napiszę.

Nieporozumienia w pracy często wymykają się spod kontroli i im MNIEJSZĄ praktyczną wartość ma sedno sporu, tym bardziej sprawa jest rozdmuchana i idzie na (symboliczne) noże.

Bo sedno sporu bardzo rzadko jest tą kwestią, o którą się spór na pierwszy rzut oka toczy, bo on zwykle dotyczy samego jądra naszego ja – naszych kompleksów, uprzedzeń, zazdrości, strachu i znikomości.

Parę miesięcy temu zostałam poproszona o radę przez młodego wykładowcę i nie zgodziłam się wtedy z opinią pewnej osoby z mojej pracy, a co gorsza, ów wykładowca, zresztą prawnik, zgodził się z moją interpretacją i posłuchał MOJEJ rady. Wydawało się wtedy, że osoba-której-nie-będę-obrzucać-inwektywami (za często) uznała moją rację, bo wysłała ugodowego maila jeszcze w sierpniu. Niestety, kiedy tydzień temu wykładowca zwrócił się do nas z finalną prośbą, osobie coś się odwidziało i wytoczyła ciężkie działa.

Nie wiem, może powinnam wtedy odpuścić i napisać coś w stylu ‚Może lepiej będzie, jak posłuchasz V’ – ale znacie mnie – jestem trochę przemądrzała i ZAWSZE MAM RACJĘ, a tym bardziej wtedy, kiedy naprawdę mam:) Poza tym znając tę osobę wiem, że ustąpienie sugeruje jej jedynie, że oto zostałaś pochyłym drzewem i można skakać.

Więc odpuścić oczywiście nie mogłam, ale wszystko grzecznie, nadając temu formę ‚academic disagreement’. Osoba-o-której-staram-się-nie-mówić-źle-ale-myslę-że-jest-głupią-p… zaczęła sprawę rozdmuchiwać, i dmuchała tak, aż opary dotarły do Head of School, czyli głównej szefowej (odpowiedzialnej za kwestie akademickie), oprócz tego zaatakowała również mnie (choć bez personaliów) i obsmarowała wykładowcę (tym razem z personaliami) na naszej zamkniętej, pięcioosobowej grupie nauk społecznych – musielibyście widzieć jak mi głowa parowała kiedy to czytałam i jak Mi okładał mi ją lodem, bym nie wdała się w głupią przepychankę. Afera została rozdmuchana, a jak każdy pracownik fabryki wie, kiedy słuchy zaczynają docierać do samej góry zaczyna się robić niebezpiecznie, bo góra nie lubi być niepokojona.

Młody wykładowca znalazł się na celowniku.

Nasza reputacja – departamentu Nauk Społecznych – została podważona.

A moja bezpośrednia szefowa, po mailu z samej góry i nieprzespanej ze stresu nocy, zrezygnowała ze stanowiska.

Młody wykładowca pewno pluje sobie w brodę, że w ogóle chciał zrobić ze studentami coś oryginalnego i ciekawego, a nie zwykłe ‚Napisz esej na temat teorii, która najlepiej wyjaśnia bla bla bla’.

A wszystko to dlatego, że ktoś nie mógł przeżyć tego, że ktoś inny zgodził się ze mną, a nie z nią. I tak poleciało. Bezpośrednia szefowa nie zdaje sobie sprawy, że tak naprawdę jest ofiarą tej tej-którą-bezgłośnie-obrzucam-inwektywami, bo osoba owa jest od wielu lat jej protegowaną.

I kiedy układam sobie to wszytko w głowie przychodzi mi na myśl, że osoba, której jednak nie będę obrzucać inwektywami, żyje w jakimś okropnej rzeczywistośći wiecznej walki, w jakimś Hobbsowym stanie ‚wojny wszystkich przeciwko wszystkim’, w Darwinowskim świecie, gdzie tylko silni wygrywają, gdzie musisz kogoś zagryźć, żeby nie zostać zagryzionym, albo się podlizać, kiedy jeszcze nie jesteś dość silny, żeby zagryźć i gdzie ludzie muszą bez przerwy pokazywać, że są mądrzejsi, lepsi i w ogóle bardziej zasługują na to, żeby być słuchanym.

Z osobą ową mamy długą historię – w sumie nie wiem czego? Nawałabym to prześladowaniem, ale być może jest to po prostu konflikt. Dwa lata temu odkryłam, że wyssała sobie z palca pytanie egzaminacyjne (dzielimy razem przedmiot – ona uczy dziennych a ja wieczorowych, każda z nas układa po pięć pytań i kiedy przesłała mi swoje pytania zorientowałam się, że pyta się studentów o NIEISTNIEJĄCĄ teorię, po prostu kartki w podręczniku jej się skleiły, nigdy nie przyznała się do błędu, moderator wymusił zmianę pytań, a ja nie nagłośniłam sprawy wyżej, czego obecnie żałuję), sześć lat temu, będąc w wysokiej ciąży zrobiła mi karczemną awanturę, kiedy zapytałam się o materiały, które mogę wykorzystać szykując się na zastępstwo za nią, czyli o coś, co jest u nas zwykłą praktyką.

W międzyczasie jest dla mnie bardzo miła, np. chce mi przesłać słuchawki dla dziecka POCZTĄ, kiedy się na naszej zamknięj grupie poskarżyłam, że Mo słucha bardzo głośno bajek i trudno mi pracować jak dzieci nie chodzą do szkoły.

Więc nie ogarniam. I naprawdę chciałabym już wrócić do mojej beczki.

Być może będę musiała zmienić beczkę. Niech tylko Mi skończy studia.

Nie piszę, bo cały czas sprzątam po bombie, a w głowie przeszłam tę historię tam i z powrotem sto razy, a teraz dochodzę do wniosku, że nie wiem, czemu się tak nakręciłam i dałam porwać temu tornadu. Czas przypomnieć sobie Diogenesa.

Ale tydzień dopiero się zaczynał…

W poniedziałek odkryłam, że właśnie tego dnia mija termin złożenia papierów egzaminacyjnych do moich dwóch przedmiotów. Jest to okropnie upierdliwa robota, której naprawdę nie cierpię, bo nie tylko trzeba ułożyć pytania z przedmiotu zgodne z poziomem nauczania (na przykład na pierwszym roku nie można używać wyrazów ‚analyse’, czyli przeprowadź analizę, w ogóle nie można używać takich słów, jak ‚discuss’, czyli poddaj dyskusji itd itp), ale też jeszcze wymysleć odpowiedzi zaznaczając, co studenci powinni napisać na trójkę, a co na piątkę. A w dodatku Mo wróciła ze szkoły z kolejną skargą na kolegę, który w świetlicy podszedł ją od tyłu i walną pięścią w głowę, krzycząc, że jej rysunki są okropne. Sytuacja jest dodatkowo skomplikowana, bo jego rodzice to nasi dobrzy znajomi, z uwagi na których wybraliśmy właśnie tę szkołę. Z tym wszystkim skończyłam robotę koło pierwszej w nocy i tak się nakręciłam, że nie nie zasnęłam aż do szóstej rano.

We wtorek rano pojechałam do świetlicy poprosić, aby nauczycielki bardziej zwróciły uwagę na to co się dzieje. Na szczęście miałam tylko jeden wykład wieczorem, ale musiałam się do niego przygotować, a w głowie cały dzień przerabiałam jak mam porozmawiać z naszymi przyjaciółmi. Dziecko ma problemy z agresją i nie byłam do końca pewna, czy oni o tym wiedzą, czy po prostu o tym z nami nie rozmawiają. Po setnym obróceniu problemu w głowie postanowiłam rozmowę na razie odłożyć na później.

Środa przebiegła normalnie, jak to zwykle bywa przed burzą. Miałam dużo pracy i sobie spokojnie pracowałam zadowolona, że podjęłam właściwą decyzję.

A w czwartek wybuchła bomba.

To był tydzień

pełen fajerwerków i emocjonalnych wybuchów, ostrych jazd bez trzymanki i niespodziewanych zakrętów akcji, ocierający się o szaleństwo.

Miał się zacząć dość łagodnie Halloweenowym ulicznym przyjęciem dla dzieci, bo skoro nie można chodzić po domach, to będziemy sobie chodzili po naszej ulicy, grzecznie i z dystansem społecznym. Na pomysł wpadła jedna sąsiadka i od właściwie miesiąca mamy się umawiały co gdzie i kiedy, zrobiły zrzutkę i kupiły sztuczne ognie, słodycze, gorącą czekoladę, dynię do bicia (piniata), papier toaletowy do obwiązywania mumii, przygotowały wypieki, stoły i dekoracje. Ja za bardzo nie miałam czasu, więc tylko udawałam, że pomagam – kupiłam papierowe kubki i talerze z motywem okolicznościowym:D

Przyjęcie udało się nadspodziewanie, było sto i jedna atrakcja, dzieci na jeden wieczór wstąpiły do nieba, a raczej w inne czeluście, wszystkie poprzebierane, napchane słodyczami, obwiązywały samochody papierem toaletowym, rzucały kapiszonami, w karnawałowym szaleństwie biegały w tę i z powrotem po ulicy i w ogóle miały niesamowitą zabawę. A na koniec seans filmowy na świeżym powietrzu, bo na szczęście nie lało – opatulone kocami i zaopatrzone w gorącą czekoladę oglądały The Night Before Christmas.

Rodzice też się bawili.

Ja zabawy nie miałam w planach, ale (niestety/na szczęście – zależy którego dnia po byłoby zadane to pytanie) udzielił mi się nastrój bachanaliów, tym bardziej, że my też byliśmy przebrani.

To my, makijaz by Ren

Nawet nie zakupiłam żadnego alkoholu, ale tak skutecznie zostałam poczęstowana, że siedziałam do trzeciej rano, po tym jak Mo zupełnie padła koło 11, jakby jej ktoś wyciągnął bateryjki i Mi zabrał ją do domu.

Na niebie świecił ogromny, niebieski księżyc, żółty, piętrowy kotobus

ghibli-gifs.tumblr.com post 82038221598 photoset_iframe ghibli-gifs  tumblr_n1jq9mEa0W1sujz4s 500 false | Studio ghibli, Ghibli, Totoro

autobus pomylił trasę i przejechał przez naszą ulicę, a policjanci pilnujący porządku zatrzymali się przy nas i spytali o żelki.

I być może dlatego, kiedy koło dwunastej zaczął padać deszcz, ośmioro rodziców niedobitków bardzo nieodpowiedzialnie schroniło się w jednym z domów. A tam jadło, piło i lulki paliło do (prawie) rana). Ja tam też byłam, miod i wino pilam, ale obiecuję poprawę;) Zwiódł nas ciągnący ulicami tłum, wino wypite na ulicy, albo zachód słońca…

Niedziela, jak się domyślacie, była ciężka, ale tak naprawdę halloween był tylko wstępem do emocjonalnej karuzeli całego tygodnia.

Co za czasy

Nie piszę, bo próbuję choć trochę się uspokoić, ułagodzić, przemyśleć, nabrać dystansu, ale się nie da, jak historia dzieje się na naszych oczach, jak wieje wiatr historii, jak szaleje tornado losu i nie wiadomo kogo zmiecie, a kto się ostanie. A najbardziej się tego boję, że się w ogóle nie boję, a powinnam się bać, bo jak idzie rewolucja to trzeba się bać. I to jest najstraszniejsze.

Brawo dziewczyny, brawo młodzież, cieszę się, jestem z nimi na tych ulicach, choć przeważnie tylko duchem, bo przecież w innym kraju, bo przecież mamy lockdown, a ja swoje obowiązki i pracę. Młodzież się wkurwiła, i jak to młodzież – gorące głowy – pojechała po całości, ale bez takiego zarzewia, bez takiego zacietrzewienia, wkurwienia, bez tego ‚wypierdalać’, które mi też ciężko było krzyczeć na demonstracji, żadna zmiana nie jest możliwa. Jestem z nich dumna – 20 lat religii katolickiej w szkołach i wciskania kitu na nic się zdało, pokolenie JP2 schowało się nareszcie do lamusa.

Martwi mnie oczywiście czas w jakim to wszystko się dzieje, jak w jakimś złym śnie – wszystko jednocześnie, wszystko na raz, 20 000 zakażonych (czy raczej wykrytych testami) i bunty na ulicach, to się nie może skończyć dobrze i naprawdę wygląda, jakby ktoś to zaplanował, tylko nie spodziewał się aż takiego odzewu.

Napięcie jest prawie dotykalne, jak wyładowanie elektrostatyczne, kiedy się szura wełnianymi skarpetami po plastikowych panelach podłogowych, jak ta błyskawica na plakatach i twarzach prostestujacych. Wyrok Trybunału nieKonstytucyjnego będzie albo gwoździem do trumny dla obecnego rządu, albo ostatnią deską ratunku w kraju pogrążonym w rosnącym chaosie pandemii, z coraz większą liczbą przypadków śmiertelnych i zupełnie zakorkowaną służbą zdrowia. Bo władza będzie mogła zwalić na protesty. Myślę, że sprawa nie jest jeszcze przesądzona, jest to właśnie ta chwila w historii, ten moment, kiedy ma się wrażenie, że rzeczywistość dopiero się staje, kiedy następuje kreacja świata na naszych oczach.

Dla rozrywki czytam sobie TVP info i NAPRAWDĘ jest to rzeczywistość kompletnie alternatywna, odklejona po całości, rzeczywistość z paździerza i dykty, podparta styropianem. To mnie uspokaja, bo nabieram pewności, że ten świat już się skończył – jeśli nie teraz, to za chwilę, za 5 minut, za parę lat. Ale na zawsze. W dodatku odkryłam, że można komentować i bardzo mnie to śmieszy, że na oficjalnej stronie TVP jest pięć komentarzy na krzyż a większość bez ogódek jedzie po partii rządzącej ;D Mimo, że trzeba się zalogować kontem z fb. I taki mały troll się we mnie obudził, trolik, naprawdę malutki i w miarę grzeczny, odkopałam swoje alter ego na fb (mam taką sekretną personę, którą kiedyś używaliśmy do prowadzenia strony kina społecznego, ma bardzo adekwatny pseudonim) i też dokładam swoje trzy grosze, bez wulgaryzmów i napieprzania, tylko rzucam drobniaki komentarzy partii na tacę, taki perlisty, szyderczy śmieszek, może nie aż takich lotów jak dziadki z Muppet Show, ale radochę mam.

TWÓJ KOT GŁOSOWAŁBY NA HOŁOWNIĘ – JA NA LEWICĘ.

U mnie zawsze

kapusta z grochem, na tym blogu. To i dziś zgodnie z tradycją.

Rodzina sobie kupiła szybkie testy (takie, jakie są używane w Niemczech przed każdą próbą chóru, na przykład, w szkołach i w pracy), coby jakby co wiedzieć, czy dzieciaki mogą odwiedzać babcię. Bo o babcię najbardziej tu chodzi – ma już 80 lat, 20 chorób współistniejących, idealny kandydat na ‚zmarcie z powodu chorób’ w przypadku wirusa. A ja bym chciała jeszcze mamę żywą zobaczyć. No i przetestowali test i wyszło im, że bratanek ma covida.

O-O

Testy nie są bardzo czułe, fałszywie pozytywnych wyników prawie nie ma (większym problemem są fałszywie ujemne), ale dla pewności zrobili jeszcze raz – no i jak byk: wynik dodatni. Bratanek ma tylko lekki ból gardła i chrypkę, cała rodzina czuje się dobrze. A ja sobie gratuluję, że tak bardzo naciskałam na brata (i siostrę), żeby byli ostrożni, uważali z tym odwiedzaniem mamy. Trzy inne osoby z rodziny na razie mają ujemny. Zobaczymy.

Poza tym KURWA MAĆ CO SIĘ W TEJ POLSCE DZIEJE. Jak można zmuszać kobiety do rodzenia dzieci potwornie chorych? Z wrodzonymi wadami? Czyż to nie powinna być decyzja tej osoby, która przed takim potwornym dylematem staje? Moje pytania są – wiadomo – retoryczne, przeraża mnie konsterwatyzm i świętoszkowatość decydentów. I Godek z psychopatycznym uśmiechem. Nawet nie chce mi się o tym pisać, okrutne, bezmyślne, fałszywe. I do tego zrobili to samym środku pandemii. Mam nadzieję, że nikt im tego nie zapomni. W Irlandii Savita Halapanavar umarła na sepsę, bo lekarze nie mogli usunąć ciąży, mimo, że dziecko nie miało szans przeżycia. I dopiero jej śmierć ostatecznie przekonała opinię publiczną, że aborcja ratuje życie.

W weekend moja ulubiona zmiana czasu – już nie mogę się doczekać, wstawanie o 7.30, kiedy jest jeszcze ciemno, to dla mnie tortury.

No i wprowadzili lockdown

całego kraju. Tak jak przewidywałam.

Na szczęście (dla mnie) moje modlitwy zostały wysłuchane i szkoły nie są zamykane, ciekawe jak długo zanim związki zawodowe nauczycieli zaczną naciskać na rząd. W sumie się z nimi zgadzam – dzieciaki i nauczyciele powinni być co trzy dni testowani szybkimi testami, a nie tak puszczeni na żywioł.

Zamknięte jest wszystko, oprócz ‚essential services’, czyli siłownie, kina, sklepy ogrodnicze (to mój największy ból!), sklepy meblarskie itd itp. Restauracje tylko na wynos. Można przemieszczać się tylko w obrębie 5 km od swojego domu.

Ale SZKOŁY SĄ OTWARTE.

Niektórzy zwolennicy ‚otwierania gospodarki’ wysuwają argument, że przez koronawirusowe obostrzenia będzie umierało dużo ludzi nie zdiagnozowanych – ale przecież bez tych obostrzeń będą umierać zdiagnozowani, bo wiemy, że śmietelność przy chorobach współistniejących jest wysoka. Nie rozumiem więc logiki wywodu – nie zamykajmy, diagnozujmy, ale jak już zdiagnozujemy, to mogą umierać, bo nie umierają na tego wirusa, tylko na raka/choroby serca/niewydolność oddechową. Coś tu się nie zgadza.

Rząd irlandzki słusznie jest krytykowany za niewydolny system śledzenia kontaktów, brak szybkich testów, reaktywne, a nie proaktywne działania. Ale służba zdrowia na razie w miarę działa, nie ma kolejek karetek przed szpitalami jak w Polsce, nikt nie umiera w karetce, w ogóle mało jest ofiar śmiertelnych. Mimo, że mam wiele wątpliwości wobec polityki rządu, cieszę się, że mamy takie same priorytety.

Acha, mamy wyniki prześwietlenia Mi – WSZYSTKO W NORMIE, i to jest super wiadomość. Teraz pewno będą go diagnozować w kierunku alergia/astma, czekamy jeszcze z wynikami krwi na konsultację.

Jak lockdown, to kolejny coronasweterek, tym razem żółty, bawełniany. Odkryłam, że mogę robić na drutach w trakcie wykładów, bo studenci widzą tylko moje popiersie;D

Paradoksalnie, pomimo ogólnej katastrofy, po raz pierwszy w swoim życiu czuję się naprawdę bezpiecznie. Od kiedy urodził się Adek mieliśmy cały czas pod górkę, pod wiatr i to jeszcze na ruchomych piaskach, a teraz po raz chyba pierwszy od dwudziestu lat ten potworny strach ‚gdzie będziemy mieszkać i co będziemy jeść’ odpuścił. Jak dużo daje dom! Praca wydaje się również jak skrojona na pandemię- bez problemu mogę ją wykonywać zdalnie, a i studia Mi pasują jak ulał do niepewnych czasów. Mamy tym razem szczęście. Ale staram się pamiętać, że inni nie, bo taka natura ludzka, że waży rzeczywistość podług siebie.

Chodzę nocą po domu

I wącham.

Dom.

Pachnie inaczej niż w dzień, to oczywiste.

Trochę pachnie włoskami Mo, trochę suszącymi się ubraniami, a trochę chlebem, który piecze Mi.

Pachnie też oczywiście naszymi czapkami i szalikami, butami i odkurzaczem. Brudnymi skarpetami w koszu na bieliznę. Wełnianym swetrem. Moimi perfumami.

Adka pokój pachnie najgorzej, ale kto by tam wąchał pokój młodego chłopaka, sam pot i testosteron. I talerze niezaniesione do kuchni, a na nich resztka pomidorka z cebulką.

Kiedy nie mogę zasnąć wącham.

Przeważnie rączkę Mo, która oczywiście z nami śpi od tygodnia (i już się lepiej czuje). Paluszki pachną zawsze czymś słodkim, truskawkami, lodami, ciasteczkami, kanapką z masłem, mlekiem z miodem i jabłuszkiem i nawet wieczorne mycie nie tego nie zmienia.

Kiedy wąchanie Mo nie pomaga, wyruszam na wąchanie domu. Snuję się po pustych pokojach wyczuwając ślady naszej przednocnej obecności. Cały dom pachnie życiem, a to mnie uspokaja.