Słońce

Chwila przed burzą. Gdyby nie drzewa za oknem, z gałęziami prawie przy ziemi, można by mieć wrażenie, że wiosna na całego. Ale tu Irlandia – wiatr, deszcz, śnieg, słońce. Dziś przyszedł sztorm Eunice, wczoraj mieliśmy chwilę przerwy, w środę sztorm Dudley.

Piątek, poranna nauka jazdy. Jeżdżę nadal bardzo okropnie. Już 18 godzin za mną, jestem w głębokim lesie, ale najważniejsze, że jeżdżę. Dziś prowadziłam w śniegu, deszczu i wietrze – cieplutko i wygodnie, sucho, bez wysiłku, jest jednak różnica między samochodem a rowerem;D Przed rozpoczęciem nauki wstępnie szacowałam, że będę potrzebować 100 godzin jazdy, cokolwiek poniżej tej liczby będzie dużym sukcesem. I oszczędnością, bo jedna godzina to 45 euro.

Zaraz muszę jechać po Mo i już czuję, że w takiej wichurze nie mam siły na rower, w środę Dudley wiał i siekł nam deszczem w twarz przez całe 6 km po górkę. Mo z tyłu na siodełku 20 kg, rower 16 kg, pracowa torba przerzucona przez ramię z komputerem i drobnymi zakupami kolejne 10 kg. Wczoraj wprawdzie nie wiało, ale Mo miała lekcję muzyki, więc tam i z powrotem, z dzieckiem z tyłu 20 km, w tym połowę pod lekką górkę. Przyjechałam do domu spocona jak mysz i zdyszana jak Szurkowski, może dlatego wciąż ważę tyle, co na studiach;D

Mo nie była chora od 6 tygodni, od czasu covida w styczniu. Jestem pod wrażeniem nowoczesnej medycyny i skuteczności sterydów. Tzn. miewa katar, większy bądź mniejszy, ale tylko katar.

W poniedziałek zaczynają się tygodniowe ferie. Chwila przerwy w biegu, potem 7 tygodni i koniec roku akademickiego O_O

Zupełnie przestało wiać i wyszło słońce, ale nie ufam tej pogodzie;) Jadę autobusem.

W poniedziałek ja nie mogę, bo

Mamusiu, jak ty dziś ślicznie wyglądasz, jak klaun!

Powiedziało moje dziecko rano. Już było za późno, żeby się przebierać, ale jadąc do szkoły stwierdziłam, że chyba trochę mnie wczoraj zamroczyło, żeby przygotować sobie do ubrania bluzeczkę w paski, czerwony sweterek, zielone spodnie, czerwone rajstopy i czerwone buty.

Przynajmniej jest wesoło.

Tak wyglada dziś moje stanowisko pracy.

Zakupy z Lidla i robótka. Jeszcze mi nikt nic nie powiedział, ale zaczynam się zastanawiać, czy czasem nie przesadzam.

Poniedziałek. Studenci jak zwykle śpią na zajęciach porannych, tym bardziej, że mamy wykład online, choć ja jestem w klasie. Wszystkie kamery wyłączone, zawsze mam wrażenie, że większość nawet nie wstała z łóżka. Powiedzialam im dziś, żeby w środę się przygotowali – wypili kawę, lub herbatę, albo wzięli coś innego, co ich nakręca. Z taką śpiącą grupą nawet bycie klaunem nie pomaga, dwie godziny ciągą się jak cztery. Zupełnie inaczej się pracuje, jak się ma studentów w klasie, przed sobą, nie w łóżkach.

Pojechali

Do szkoły i do pracy. Zamknęłam szybko za nimi drzwi, bo mimo słońca – zimno! Nastawiłam pranie, które po całym zaganianym tygodniu zwykle w piątek wysypuje się już z kosza, pomyłam resztkę naczyń, zjadłam śniadanie. Gimnastykę odfajkowałam jeszcze zanim wyszli, kiedy Mo jadła bułeczkę.

Zrobiłam sobie kawę.

O dziesiątej zaczęłam wyglądać przez frontowe okno, bo miała przyjechać Suzana. Zawsze jedzimy nieco dłużej niż opłacone dwie godziny, tydzień temu jeździłam dwie godziny siedemnaście minut, więc napisałam do niej wczoraj, żeby zrobiła sobie przerwę na kawę i przyjechała dwadzieścia po. Ale mi odpisała, że będzie tylko parę minut później. Więc od dziesiątej miotałam się pomiędzy dużym pokojem, gdzie było ciepło i kawka, i drzwiami, które musiałam otwierać, żeby sprawdzić, czy już jest.

Lekcja jazdy w piątkowy poranek, w pełnym słońcu, w Dublinie. Suzana zaczęła od tego, że wyczerpała już limit pecha, bo miała z uczniami w tym tygodniu już dwa wypadki. Jedna dziewczyna wjechała w kolumnę, inny chłopak w samochód. Ja po calych czternastu godzinach nauki też jestem jeszcze beznadziejna, samochód gaśnie na skrzyżowaniach, na światłach staje dęba, włączam lewy kierunkowskaz skręcając w prawo, wciskam sprzęgło kiedy powinnam hamulec, hamuję, kiedy zmieniam pas. Ale już miewam te chwile ulotne jak ulotka, przelotne chwile, kiedy czuję, że frunę. Podobno świetnie przerzucam biegi;)

Od tygodnia oglądam samochody na carzone, porównuję cenę, przebieg, wygląd, kolor, mój kochany mąż nie jest tym w ogóle zainteresowany, ja wkręciłam się po same uszy. Czytam, jak jest zbudowany silnik.

Moja miłość do elektryka na razie pozostanie nieodwzajemniona, bo żeby go mieć, oprócz 20 tys. euro musimy zainstalować punkt ładowania na podjeździe (2 tys), a żeby mieć ładowanie, musimy wymienić instalację elektryczną w całym domu (8 tys., już dawno powinniśmy to zrobić – niedawno przyszedł elektryk z elektrowni, tym razem pan, nie samochód, i zostawił nam OSTRZEŻENIE, bo nie mógł znaleźć głównego uziemnienia. Czyli teoretycznie ładunek może sobie latać po całym naszym domu – muszę pamiętać, żeby chodzić w gumowych kapciach. Choć prawdopodobnie uziemnienie gdzieś jest. Ale gdzie???), a wymiana kabli wiąże się ze zrywaniem kafli w kuchni (i tak ich nie lubię), ale kiedy zerwiemy kafle, to już dobrze byłoby ocieplić jedną ścianę kuchni (?? euro), tę, która nie ma ocieplenia zewnętrznego, bo nie było miejsca, żeby się do niej dostać od zewnątrz i w zimne, lutowe wieczory wieje nam z kontaktów. A skoro będziemy zrywali sufity (kable idą też w sufitach), dobrze by było też przy okazji wymienić i ocieplić dach kuchni (nie wiem – może z 3 tys?), a jak już ocieplamy, to przy okazji okno dachowe przydałoby się zrobić (cholera wie ile to kosztuje), coby trochę światła docierało do stołu jadalnego w dużym pokoju. Potem trzeba by tylko otynkować cały dom po wyrwaniu kabli ze ścian i pomalować (??? euro). A jak już skończymy remont całego domu, to jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że będzie nas stać na elektryka, haha. Bo chcę jeszcze wymienić w kuchni podłogę, przy okazji. Oraz bardziej ocieplić strych. Trzeba jeszcze zrobić dach, bo dachówki są bardzo luźne, jak nam pan dekarz powiedział, za co skasował w tym tygodniu 80 euro. (No nie tylko za to, zacementował jedną pękniętą dachówkę i chwała mu za to!).

Także widzicie, taka kosztowna miłość.

Łatwiej się kocha skarpety, które zaczęłam robić korzystając z przepisu Takiej jednej. Zawsze chciałam sobie zrobić skarpety, bo marzną mi stopy uwielbiam kolorowe skarpety, ale myślałam, że jakoś to strasznie jest upierdliwe, a to przecież cudowna robótka w sam raz do słuchania podcastów i oglądania filmów dokumentalnych (wczoraj Sex and the Church, polecam, jakby ktoś gdzieś miał okazję).

Słońce w ogrodzie. Zniszczyłam Przycięłam róże. Znalazłam pierwszego żonkila!

Muszę zacząć robić trochę bardziej nieprzyjemną atmosferę na zajęciach, bo w czwartek kolejno studento powiedziało, że jest niebinarne. Ja ich wszystkich lubię bardzo i cieszę się, że się u mnie czują tak bezpiecznie, tylko mam problemy z zaimkami.

Zakochałam się

Wiosna.

Prawie niezauważalnie, ale niewątpliwie. Przyszła wiosna. Moje tulipany mają już 10cm!, lada chwila – czyli dwa tygodnie może – zakwitną żonkile. W powietrzu pachnie wilgotną ziemią. Muszę jeszcze posadzić resztę nabytków z Aldika, zostało mi dziesięć cebul ukrytych w szafce pod zlewem. Dam im szansę, a nuż zakwitną.

Wiosna.

Miałam dziś ogromną przyjemność jechać PROWADZIĆ elektryka, to znaczy nie pana, tylko samochód.

ACH…

CO WAM BĘDĘ PISAĆ….

(Gdzie się wstawia serduszka???)

Uwielbiam. Jeździło się niesamowicie, od dziś mam nowe marzenie i wiem, na co zbieram do mojej Marksistowskiej skarbonki DAS KAPITAL.

Dziś zrozumiałam ludzi, którzy się podniecają przyśpieszeniam, łagodnością jazdy, wygodą. A co najważniejsze – zapachem. W elektryku W OGÓLE NIE ŚMIERDZI. Tak wiem, co zaraz napiszecie: ‚u mnie w samochodzie nie śmierdzi’. Otóż – przykro mi to mówić, ale – w każdym samochodzie na ropę ŚMIERDZI, wąchałam już mnóstwo takich, których właściciele zarzekali się, że co jak co, ale u nich wcale! Nie-e, niestety, u ciebie także śmierdzi, benzyną i spalinami. W droższych mniej, w tańszych bardziej. (U mojego ojca autentycznie można się zatruć). Mo właśnie dlatego nie znosi jazdy samochodem, mi też się robiło niedobrze od tego zapachu, kiedy byłam mała, teraz już mniej, ale i tak nie jest to nic przyjemnego. (Mo się już parę razy porzygała).

Bo jak nie mam za grosz słuchu, tak mam naprawdę bardzo dobry węch, mój mąż oskarża mnie, że z sypialni na górze wywącham, że robi sobie herbatę w kuchni na dole, po przeciwnej stronie domu (i zaraz krzyczę, żeby mi też zrobił|).

Ale wracajmy do mojego elektryka, który nie wydmuchuje spalin do atmosfery, jeździ bardzo cichutko, hamuje od razu, a żeby zaparkować, włącza się jeden guziczek;D Inny guziczek, żeby jechać do tyłu. A jeszcze innym się włącza silnik. Silnik nie krztusi się, nie kaszle, nie ciągnie ledwo ledwo na jednym biegu, tylko łagodnie, jakby niezauważalnie przyśpiesza i masz wrażenie, że jedziesz ciągle jeszcze dwadzieścia na godzinę, a to już sześćdziesiątka…

Tylko, że jest to zabawka dość droga. Właściwie droga jak cholera.

Ale wygląda na to, że się zakochałam. W elektryku.

Piąte piętro bez windy, z toaletą na zewnątrz

Mo znów z katarem do pasa w sobotę, w niedzielę lepiej, a dziś poszła do szkoły. Wygląda na to, że sterydy działają.

Mierzymy się teraz z innym problemem. Bliska osoba, rodzina, na tyle bliska, że czujemy się za nią odpowiedzialni. Mieszka i pracuje w Polsce, choruje na Bardzo Poważną Chorobę. Nie ma gdzie mieszkać, ma jakieś pieniądze po podziale majątku po rodzicach, dwa razy mniej niż kosztuje najmniejsze mikro mieszkanie w naszym rodzinnym mieście (a jak mówię mikro to mam na myśli 23 m2). Nie kwalifikuje się na żadną pomoc, na żaden lokal z gminy, nawet do remontu. Pracuje w zakładzie pracy chronionej, ma również przyznaną rentę i razem z rentą ma za wysoki dochód. Nie może się wyprowadzić poza miasto rodzinne, bo sobie nie da rady – tutaj ma pracę, jakiś pojedynczych znajomych, siatkę życzliwych ludzi, którzy w razie czego wesprą, choćby dobrym słowem czy zupą. Tutaj ma również kuratora, bo naprawdę życia nie ogarnia. DPS się jej nie należy, bo (na razie, oby jak najdłużej) pracuje, kredytu z taką Poważną Chorobą nie dostanie. Po wyjściu ze szpitala mieszka teraz w tzw. domu pomocowym, może tam być parę miesięcy.

Wygląda na to, że będziemy musieli dołożyć i kupić jej mieszkanie, albo wyląduje w schronisku dla bezdomnych. Takie opcje przedstawił nam kurator. Jakby nie pracowała, to państwo by jej pomogło (może), tak wpada w dziurę – za biedna na samodzielne życie i kredyt, za bogata na pomoc państwa. Która i tak jest, powiedzmy, dość słaba. Wygląda jakby w Polsce ludzie nie dający sobie rady nie byli naprawdę luźdmi, kurator opowiedział mi parę mięsistych historii, jak to na przykład pan po próbie samobójczej, w której pociąg obciął mu dwie nogi, dostał mieszkanie z gminy w starej kamienicy na piątym piętrze bez windy. Z toaletą na zewnątrz.

Ale wkurza mnie, jak sobie pomyślę, że będziemy teraz spłacali następną dużą pożyczkę przez kilka ładnych lat. Oznacza to, że muszę zapomnieć o adaptacji strychu i remoncie domu. A już miało być łatwiej! Ale przecież nie zostawimy rodziny na ulicy. I tak mamy dziesięć razy lepiej w życiu.

Coming out

Miałam dziś zajęcia o gender i seksualności. I chyba dobrze mi poszło, bo wykład zakończył się coming outem – jedna studentka zdecydowała się powiedzieć w klasie, że jest lesbijką.

Traktuję to jako komplement dla mnie, jako wykładowcy.

Wiecie, że jedno na 300 dzieci w USA rodzi się z na tyle nie przystającymi do norm społecznych genitaliami, że zostaje skierowane do specjalistów? A jedno na 1000 wyglą na tyle odmiennie pod tym względem, że od razu wołany jest zespół neonatologów? Którzy po konsultacji z rodzicami często decydują o chirurgicznym ‚przycięciu’ noworodka tak, żeby nic już nie wystawało i nie kłuło w oczy. Czy mamy prawo ‚przycinać’ ludzi, bo nam nie pasują do żadnego z dwóch pudełek – ani tego z napisem ‚kobieta’, ani tego z napisem ‚mężczyzna’?

Na przykład tutaj macie jeden z filmików, które omawiamy. Czy powinniśmy zatem wychowywać dzieci jako ‚gender neutral’? Czy może jednak jest to łamanie praw dziecka? A może wręcz przeciwnie?

Kiedy urodziła się moja córeczka, myślałam sobie, że teraz im (temu społeczeństwu) pokażemy! Rzucimy wyzwanie sztywnym normom płciowym, będzie się bawiła samochodzikami i dinozaurami, będzie chodziła w spodniach khaki, lubiła matmę (oczywiście) i klocki Lego. A trafiła mi się taka dziewczęca dziewczynka, która NIGDY jeszcze nie zgodziła się założyć spodni do szkoły – na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy w życiu udało mi się ją namówić na coś innego, niż sukienka albo spódnica, na trening albo z powodu zimna. Normalnie zakładamy po prostu DWIE pary rajstop;D Uwielbia biżuterię, maluje sobie paznokcie, kradnie moje szminki i apaszki, nosi mnóstwo brązoletek i naszyjników, nie da sobie obciąć włosów. Ja nigdy taką ‚girly girl’ nie byłam i naprawdę zachodzę w głowę, skąd się to bierze.

(Ale jak jest zła, słucha Slayera).

Aż tu nagle …

… wszystko otworzyli! Wszystko!

Ludzie jeszcze niechętnie, z pewną taką nieśmiałością, z rezerwą, z wahaniem, choć od soboty można chodzić do knajp, pubów, nocnych klubów, można zapraszać nieograniczoną liczbę gości i imprezować, hej! Zostały tylko maseczki w przestrzeni publicznej i – niestety, bez sensu – restrykcje w szkołach. Liczba przypadków nadal ogromna (10 tys dziennie na 4.7 mln), ale wyraźnie spada, szpitale dały sobie radę, nie było żadnych kolejek karetek ani zamykania oddziałów, jedynie pojedyncze przypadki odwoływania zabiegów czy operacji. Średnia liczba zmarłych – siedem osób. Tygodniowo.

96% dorosłej populacji zaszczepione.

A w naszym prywatnym gospodarstwie domowym wprowadziliśmy podział pracy: w poniedziałki i środy idę do szkoły ja, a Mi pracuje w domu, jak jest taka potrzeba, we wtorki i piątki Mi idzie do pracy, a ja pracuję z domu. Czwartki nieokreślone, mam jedną niewygodną godzinę w szkole, potem dwie trzy i pół online, z domu, niestety, Mo jeszcze za mała, żeby ją samą w domu zostawić na dwie godziny, więc czwartki trochę pokręcone na razie. Do dogadania, kto tam bardziej pilnie musi być.

Ustalenie tych zasad dało mi dużo spokoju, w niedzielę wieczorem przygotowuję wykłady, a nie kłócę się z Mi kto tym razem idzie do pracy. On sobie nie ustawia ważnych spotkań na poniedziałki i środy, ja jestem dyspozycyjna we wtorki i piątki.

Mo znowu przeziębiona, od wczoraj w domu, Mi zarządził kwarantannę ( w sumie bardziej niż chorobowe), bo zależy mu, żeby w środę jednak poszła. I wygląda na to, że po raz pierwszy skończy się to na dwóch dniach kataru, a nie tygodniowej wizycie Lorda Vadera. Wydaje się, że sterydy działają.

Wkoło smutek, zawierucha i tragedie, sąsiad parę domów dalej został zastrzelony, tato koleżanki Mo, dziewczynki tak jak Mo sześcioletniej, wydawał się miłym facetem i nie wyglądał na mafioza, jeździł starym samochodem a na fb chwalił się tylko córkami. Takie coś nie mieści mi się w głowie, szkoda gościa, jak myślę o tej małej dziewczynce chce mi się płakać. Koleżanka ze studiów Mi umarła rano po imprezie uroczystego wręczenia dyplomów, nocowała u koleżanki, poszła spać i się nie obudziła, pękł jej tętniak, miała wylew do mózgu.

Jakoś dużo takich poważnych tragedii wokoło.

W pracy

Blada wczorajsza kreska nie powstrzymała mojej szefowej przed decyzją, żebym już wróciła do klasy. Zgodnie zresztą z zaleceniami Ministerstwa Zdrowia – po dodatnim teście trzeba się izolować przez siedem do dziesięciu dni i można wracać, jeśli się nie ma objawów. Nie trzeba robić żadnych dodatkowych testów. Czy ma to sens? Pewno trochę, jak wszystko. Myślę, że mogę zarażać, ale mam dużo mniejszą siłę rażenia niż na początku choroby;D Więc omijam kantynę, chodzę w masce, nie zagaduję do ludzi, nie staję blisko.

Mo od poniedziałku w szkole. Jak na razie jest dobrze, mimo, że siedzą tam jak w lodówce z cały czas otwartymi oknami. Plany sa takie, że będą zainstalowane oczyszczacze powietrza z HEPA filtrami, podobno nawet juz jest na to kasa, ale oczywiscie na razie czekamy. Pewno przyjdzie nam poczekać całą zimę. Dzieci nie łapią covida, ale są tak przemarznięte, że ciągle chorują na całą masę innych wirusów. Do tego skrócili im przerwę na lunch do 10 minut (bo muszą się wymieniać na przerwach z innymi klasami) i w konsekwencji dzieciaki są wiecznie zmarznięte i głodne. Szlag mnie jasny trafia, ale również w Irlandii ma się dobrze biurokratyczna niemoc i nasze walki o przedłużenie przerwy obiadowej na razie skończyły się na ‚takie są regulacje departamentu edukacji’. Siostra, która ma bzika na punkcie zdrowego odżywiania, namawia mnie na wywołanie rewolucji;D

Lubię być w pracy. Lubię ten mały stres przed wykładem i poczucie, jak mnie niesie fala w trakcie. A potem ulgę, że jeszcze raz przedstawienie się udało.

Już miałam iść jutro do pracy, ale jeszcze dziś test pozytywny, linia blada, ale niewątpliwa.

Dzień dziesiąty

A zatem, zgodnie z najnowszymi wytycznymi, poinformowałam szefową i chyba nie mogę jeszcze wrócić do roboty – ma to w sumie sens, bo w szkole jestem w średnio wietrzonym pomieszczeniu z wieloma osobami przez wiele godzin.

W sumie dla mnie to może lepiej, bo jednak 12 godzin w pracy to trochę męczące tuż po chorobie. Będę pracować, bo czuję się dobrze, może się uda mieć wszystkie wykłady online, może tylko część, zależy od planu studentów. Ale rano zawiozę Mo do szkoły taxi (i tu przydałby się samochód), jej wychodzą testy negatywne. Już od wczoraj biega z dzieciakami po ulicy.

Wczoraj się czułam kiepsko, cały dzień mnie bolała głowa – może to jeszcze ostatnie podrygi covida? A może po prostu niewyspanie, bo lekki stres pracowy nie pozwolił mi już zasnąć, kiedy zbudziłam się po sześciu godzinach rano.

Dziś zrobiłam standardową gimnastykę z trzydziestoma pompkami, więc jest już dobrze.

Dzięki covidowi ponownie odkryłam zakupy online i zastanawiam się, czemu się przez ten ostatni rok tak męczyliśmy z kilogramami ziemniaków, litrami mleka i pudłami proszków do prania na rowerze. Jest trochę taniej, ale naprawdę te 10 euro więcej warte jest ponad godzinnej wycieczki do sklepu i powrotu z siatami prawie, że na głowie.

Baby tylko siedzą w domu i kasę wydają

Coś napisz, tak dobrze ci ostatnio idzie, szepce aniołek, same nudy, szepce diabełek, po co coś takiego w ogóle w świat posyłać?

Karuzela pisze, że mężczyźni są stworzeni do pracy, ach, jak bardzo się nie zgadzam! Wszyscy jesteśmy stworzeni do pracy i do odpoczynku, do tańca i do różańca, jesteśmy równi, choć nie tacy sami:) Lubię pracować i nie oddam tego skrawka mojej wolności, rezygnuję z przedmiotów, bo dostałam w tym roku cały etat, więc nie muszę łatać budżetu domowego michałkami, jak to robiłam od lat.

Badania pokazują, że mamy, które nie pracują zawodowo częściej mają depresję, siedzenie w domu z dziećmi to przecież taki dzień świstaka przez 10 lat. Praca bardzo obciążająca emocjonalnie, ciężka i jeszcze bezpłatna. Ja jestem za absolutną równością w tym względzie: wiadomo, że jak są dzieci, ktoś musi się nimi opiekować, a instytucje nie zapewnią opieki np. w czasie choroby, więc to obowiązek mamy i taty. Po równo. Dlaczego to kobieta ma mieć mniej płacone, mniejszą emeryturę, gorsze możliwości kariery, mniej szansy na awans? Wiemy, że nierówności w obowiązkach opiekuńczych są główną przyczyną różnic w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Dlaczego kobieta miałaby ‚prosić’ męża o pieniądze? Przemoc ekonomiczna jest jedną z form przemocy – facet może nie uderzy, ale będzie kontrolował, ile baba wydaje. Dodatkowo, jeśli już uderzy, to ta baba, która nie pracuje, nie ma żadnych funduszy, więc nie odejdzie tak łatwo od takiego damskiego boksera. Wszystko dobrze, jak jest dobrze, ale nie żyjemy przecież w idealnym świecie. Moje starsze studentki opowiadały mi o ‚runaway fund’ – w społeczeństwie, gdzie jeszcze nie dawno normą była nie pracująca wielodzietna mama, matki córkom radziły mieć zawsze jakieś zaskórniaki, pieniądze potrzebne gdyby były zmuszone uciekać od męża. Nie zdarzało się to często, bo kobiety nie pracowały (do 1973 obowiązywał tzw. Marriage ban, czyli kobieta była zwalniana z pracy w administracji publicznej po wyjściu za mąż), nie miały doświadczenia zawodowego, nie miały wykształcenia (rodzice zniechęcali córki do pójścia na studia – to też wiem z opowieści moich studentek, które studiują dopiero teraz, w wieku 70 lat, bo zawsze chciały), nie miały prawa do własnego domu itd itp (do lat 1950 mąż mógł sprzedać dom rodzinny nawet bez wiedzy żony, nie mówiąc o jej zgodzie).

Paradoksalnie, praca daje wolność.

Dlaczego więc ’emancypantki są nieszczęśliwe’? Bo dalej tylko ich obarcza większość obowiązków domowych – kobiety częściej opiekują się dziećmi i osobami starszymi, sprzątają, piorą i gotują, nawet te, które pracują zawodowo na cały etat. Sekret tkwi nie w zrezygnowaniu z pracy zawodowej, ale w RÓWNYM PODZIALE OBOWIĄZKÓW.

Dzieci to dobro całego społeczeństwa, a państwo powinno wspierać równościowy podział obowiązków, inaczej dziewczyny nie będą chciały rodzić dzieci. Moje studentki wcale się nie palą do macierzyństwa, właśnie dlatego, że często oznacza ono koniec równości w związku. W Europie i Ameryce Północnej kobiety są lepiej wykształcone niż mężczyźni, nie będą już ‚siedzieć w domu’.

Opieka nad dziećmi jest obowiązkiem obojga rodziców. Jest dobra dla facetów – rozwija u nich empatię, przywiązanie do rodziny, odpowiedzialność, umiejętność zauważania potrzeb innych ludzi, kooperację i współpracę. Jest zatem antidotum na tzw. toksyczną męskość, która od lat prowadzi nas w stronę katastrofy ekonomicznej i ekologicznej;)

Obecnie mogę pracować z domu 2 lub 3 dni w tygodniu. Mój mąż ma o tyle łatwiej, że jego pracę można teoretycznie zawsze wykonywać z domu, więc dla niego te dwa lub trzy dni w ogóle nie powinny być problemem, podczas, gdy ja muszę być w klasie we własnej osobie. Oczywiście praca z domu z chorym dzieckiem jest najgorszą formą rodziecielkiej tortury i po jednym dniu łączenia takich dwóch etatów człowiek się czuje jak przejechany walcem. Niezależnie czy jest kobietą czy mężczyzną. Dlatego rodzice powinni móc brać zwolnienie na dziecko, tato i mama, po równo.

Dwa dni w tygodniu w domu pociągają za sobą to, że w poniedziałek muszę być w szkole od 9 do 21.30, 12 godzin (z czego dziewięć godzin wykładów), w środę podobnie. W tym czasie mój mąż odbiera Mo ze szkoły i jest z nią aż do wieczora. W trzy dni (czwartek tylko online) wyrabiam etat, czyli 20 godzin wykładów (nie licząc dalszych wielu godzin pracy w domu). A mam też weekendowe i wieczorowe zajęcia na innym uniwerku, na szczęście tylko online (z części których właśnie zrezygnowałam). We wtorek ja odbieram Mo wcześnie ze szkoły i jestem z nią sama do piątej. W piątek również.

Czy mnie to męczy? Oczywiście. Życie jest męczące. Ale zwariowałabym, gdybym nie pracowała. Byłabym zgorzkniałą, zawiedzioną, rozczarowaną, smutną, złośliwą zołzą, wyżywającą się na wszystkich młodych matkach i niematkach. Lubię chodzić do pracy (mimo, że nie lubię wstawać rano), lubię zarabiać pieniądze, lubię mieć wyzwania, lubię przebywać między dorosłymi ludźmi, elegancko wyglądać i pić biurową kawę.

Gdyby mnie mąż zostawił, spokojnie bym utrzymała siebie i dziecko. (Choć on zarzeka się, że w życiu nie oddałby mi dziecka).

Zarabiam teraz dokładnie tyle samo, co mój mąż. Nie mam żadnych przerw i dziur w CV. Odkładam na swoją emeryturę. Wyżywam się na studentach;)