Dzień siódmy

Czuję się już zupełnie zdrowa i zaczynam dostawać bzika w domu. Dlatego dziś pozwoliłam sobie na szybkie wyjśćie do apteki, po testy, w sumie legalnie, bo okres izolacji w Irlandii to siedem dni po teście pozytywnym (w tym co najmniej dwa po ustąpieniu objawów).. W aptece nie było ludzi, pani aptekarka oddzielona pleksi, ja w masce, spędziłam tam może z 5 minut, więc chyba nikogo nie zaraziłam. W spożywczaku mam nadzieję, że też nie.

Test mi jeszcze wyszedł pozytywny, ale kreska już słaba.

Zmęczona jestem już tym siedzeniem w domu. I pracą. Pojechałabym nad morze, zrobiłabym coś zaskakującego, szalonego, innego niż codziennie. Tym bardziej, że przez całą przerwę świąteczną też właściwie siedziałam w domu, tyle tylko, że u brata, kiedy mój synek nam przyniósł covida i wszyscy zaczęli po kolei chorować.

Nie mogę się już patrzeć na studenckie eseje. Zostało mi jeszcze 24 😦 ale na szczęście 20 z nich to takie bardziej krótkie refleksje.

Niby mam dobre książki do czytania (niektóre czekają od roku!), ale nie mogę się za nic zabrać, bo podryzają mnie wyrzuty sumienia, że nie kończę roboty. A wtedy nie mogę się skupić na książce.

Praca mi się rozlewa na cały dzień, coś, co mogłabym skończyć w trzy godziny, zajmuje mi osiem z przerwami na sprawdzanie wiadomości, odpisywanie na maile, czytanie bzdur i ogólną mamałygę. A przy tym mam wyrzuty sumienia, że się nie bawię z dzieckiem.

Aaaa, ratunku, nie mogę już samej siebie znieść – ani porządnie nie choruję, ani porządnie nie odpoczywam, ani nie pracuję. Zawiesiłam się po całości.

Dojrzałam do tego, że warto mieć więcej czasu, więc od stycznia zrezygnowałam z dwóch przedmiotów na dwóch moich uczelniach. Najpierw poczułam wyrzuty sumienia, bo jak to tak – rezygnuję z pracy, i to dobrze płatnej – a potem poczułam ulgę.

A dzięki temu udało mi się tak ułożyć plan zajęć, że nie będziemy mieć problemu w razie choroby Mo.

Wszystko się układa, ale ja muszę już wyjść z domu, bo ZWARIUJĘ;)

Idę w poniedziałek do pracy, najwyżej pojadę i wrócę taksówką;D

Dzień szósty

Objawy w większości minęły. Zostało tylko osłabienie i lekka utrata węchu. Chętnie zrobiłabym test, żeby zobaczyć kolor kreski;) Ale nie mam.

Mi się rozłożył podobnie jak ja – katar, osłabienie, bóle mięśni. Ból gardła. Zobaczymy.

Mo całkiem zdrowa.

W międzyczasie rząd Irlandii zmienia restrykcje – jeśli przegłosują, osoby zaszczepione mieszkające z chorymi nie będą musiały się izolować W OGÓLE. Tzn. nie tylko pójść do sklepu, czy na spacer z futrzakami, ale będą mogły chodzić do pracy, jeśli test antygenowy będzie negatywny.

A osoby chore będą mogły wrócić do pracy po 7 dniach. Bez żadnego testu.

Moja praca oczekuje mnie w poniedziałek w pracy, ale się zastanawiam, czy jednak nie poprosić o zdalne nauczanie na jeden dzień – na razie mój organizm stanowczo odmawia wejścia na rower.

A teraz muszę skończyć sprawdzanie 94 esejów i wystawić studentom oceny, Mo znowu jest skazana na bajki przez parę godzin dziennie, znowu się tym gryzę, ale nie mam wyjścia. Plan minimalny – nie ma bajek do 11 rano i musi przeczytać 2 strony książeczki.

To był ostatni odcinek serii, chyba już mogę napisać, że jestem zdrowa, choć osłabiona.

PS. Szefowa się zgodziła na zmianę planu i mam wtorki oraz piątki wolne!!!! No w sumie z tym wolne to nie przesadzałabym, ale bez zajęć w szkole, co oznacza, że w razie czego odpada problem opieki nad chorą Mo:))))) Jak bardzo jest to radosna nowina wie tylko ten, kto od pół roku ze ściśniętym sercem codziennie obserwował smarki swojego dziecka szacując, czy już musi zostać w domu, czy jeszcze się uda wysłać je do szkoły a siebie do pracy.

Dzień piąty

To już staje się nudne, czuję się coraz lepiej! Katar sobie poszedł, zostało lekkie osłabienie. Ale doszedł nowy objaw – straciłam węch, ale tylko na brzydkie zapachy. Czuję wyłącznie, jeśli coś pachnie pięknie – kawka, perfumy, kwiaty. Nie czuję nic śmierdzącego. Jest to na razie wygodne, choć to pewne utrudnienie w gotowaniu – wyciągnęłam mięso z lodówki i nie wiem, czy jeszcze ok i może poczekać do jutra, czy trzeba je natychmiast przyrządzać. (Chciałabym mieć tak ze słuchem).

Dostałyśmy wyniki, u mnie bez niespodzianki, ale Mo mnie zaskoczyła – też jest pozytywna. To naprawdę dziwna choroba – w grudniu Mo wylądowała w szpitalu z niewydolnością oddechową z powodu zwykłego przeziębienia, a teraz NIE MA ZADNYCH OBJAWÓW. Jeden dzień była bardziej marudna, ale nawet gorączki nie miała.

Zaraza dopadła i Mi i zaczyna mizernie wyglądać. Oczywiście jak to on – cały czas pracuje i nie pozwala sobie na luz. Od kiedy nam koleżanka podrzuciła test, wiemy już, że jest też pozytywny.

A zatem siedzimy w domu. Mi pracuje osobnym pokoju cały dzień, więc ja z Mo i zaczynamy już dostawać obie bzika. Znacie takie uczucie zmęczenia, kiedy musicie być z kimś 24 godziny na dobę? Nawet, jak to własne dziecko. A może przede wszystkim, bo z kimś dorosłym nie musiałabym w kółko grać w Makao;) oprócz tego mam jeszcze trochę swojej pracy i jak normalnie zabrałaby mi może z 3-4 godziny, ciągnie się teraz przez cały dzień.

Pociesza mnie tylko kawka z nowego kubeczka:

Seksistowski czy feministyczny?

Dzień czwarty

Mo marudzi, Mi pracuje z domu, a mi przechodzi katar. Zostało tylko małe osłabienie. Zero gorączki, zero kaszlu, zero innych objawów. Katar. To wszystko.

Czas się wziąć do roboty.

Dziś zrobiłam sobie dla zabawy test ze śliny, pozytywny, oczywiście. Czekamy na oficjalny wynik PCR, choć dla mnie to formalność. Ciekawa jestem Mo – śpi ze mną w jednym łóżku, przebywa 24 na dobę, a antygenowe ciągle jej wychodzą negatywne (jeden nie do końca pewny).

Ciepło. Tulipany wychodzą z ziemi. Swędzą mnie palce, żeby grabić, pielić, przesadzać, ale nie będę przesadzać. Trzeba się oszczędzać.

Specjalnie dla Takiej jednej – styczeń w Irlandii

Dostałam plan na nowe półrocze, jest piękny, a jak przychylą się do mojej prośby, to będę miała wtorek i piątek wolny, a czwartek tylko online. Odpadnie nam problem opieki nad chorym dzieckiem, bo Mi może pracować dwa dni z domu.

Dzień trzeci

Dzień trzeci przywitaliśmy bladym świtem, mimo, że była już godzina ósma. Jak to w zimie. Zza opuszczonych rolet prześwitywało blade, nieprzyjemne światło zimnego styczniowego poranka. Ale choć w łóżeczku było mi jeszcze przyjemnie ciepło, trzeba było wstawać, bo Mo kategorycznie zarządziła pobudkę. Śpimy razem, żeby nie zarażać Mi, który w związku z tym śpi w pokoju Adka.

Spało nam się zaskakująco dobrze, choć wieczorem Mo skarżyła się już na brzuszek, plecki, nóżki, główkę, właściwie wszystko ją bolało, więc spodziewałam się gorączki, albo przynajmniej ciągłego nocnego wiercenia, a tu nic.

Ja też nadal nie mam gorączki, ani kaszlu i moim jedynym objawem pozostaje katar. Może jeszcze lekkie zmęczenie i delikatne bóle mięśni, ale tak minimalne, że właściwie prowadzę normalne życie, tyle tylko, że bez wychodzenia z domu. Choć poranne pompki sobie odpuściłam, żeby nie kozaczyć, jak pisze Milagros.

Moja praca oczekuje, że za tydzień w poniedziałek pojawię się w szkole i takie też mam plany, ale zobaczymy. A tymczasem, jak tylko dostanę dodatni wynik oficjalnego testu, mogę wystąpić o covidowy zasiłek, który wynosi 350e na tydzień. Być może to jest właśnie powód dla którego tak dużo ludzi się w Irlandii testuje;D Ja się akurat lubię testować, moja dusza naukowca ma dużą frajdę, najchętniej testowałabym się codziennie i patrzyła, jak wartości sobie rosną bądź maleją.

Pojechałyśmy zatem dziś z Mo na oficjalny PCR, wynik będziemy miały jutro. Ja jestem na pewno chora, co do Mo pewności nie mam, ale w sumie byłoby dobrze gdyby była pozytywna, bo nie mam się jak od niej izolować – na pewno złapie, a im później, tym dłużej będzie musiała siedzieć w domu.

Styczeń to taki nielubiany miesiąc, w zeszłym roku nic mnie tak nie zmechaciło, jak styczeń właśnie. Zmęczony, szary, zimny, smutny, jak poranek noworoczny po upojnym balowaniu. Mimo, że nie balowałam. W styczniu nie ma na co czekać, znowu zaczyna się praca, trzeba wstawać ciemnym rankiem, a kraj odwiedzają sztormy zaczynające się na kolejne litery alfabetu: i tak Aoife, Berie, Cathy, Darragh po kolei wieją mi w oczy i sieką mi w twarz deszczem, kiedy jadę na rowerze do pracy.

Na taki właśnie styczeń zrobiłam dla Mo sweterek, który skończyłam przed świętami. Jest idealny – ciepły, mechaty, złoty, miękki i ślicznie w nim wygląda.

Dzień drugi

Kreska wyraźna, z objawów tylko katar. I lekki ból mięśni.

Po prawej dziś, po lewej wczoraj.

Szczepionka działa, co potwierdzają dowody anegdotyczne na próbie osób dorosłych N=9, zakres wiekowy od 20 do 82, wszyscy szczepieni. Najgorzej zniósł wirusa mój tato, dwie dawki, ale i choroby współistniejące (cukrzyca). Mój brat, pomimo tego, że młody i zupełnie zdrowy, męczy się już drugi tydzień, łącznie z kaszlem i bólami pleców. Jest dużo lepiej, ale nadal słaby. Szczepił się najsłabszą szczepionką dawno temu, jednodawkowym Johnsonem w maju. Bratowa szczepiona Pfizerem znosi dużo lepiej. Moj syn, dużo młodszy, który również dostał Pfizera pięć miesięcy temu, miał jeden dzień gorączkę, trochę kaszlu, ale już antygenowy test ujemy i kompletny brak objawów dnia ósmego. Ale na razie najlepiej mam się ja, bo w ogóle bez gorączki, bez kaszlu, bez osłabienia. Jutro zaczynam biegać 😀 (Żartuję). Booster działa!

Mo dalej negatywna według testu ze śliny, ale dziś zaczęła się źle czuć. Boli główka, brzuszek, gardło, gorączki brak. Mi zdrowy. Na razie biedaczek. Nie izolujemy się, miał boostera, przeżyje 🙂

Mam i ja!

Złapany tuż przed świętami we wrocławkiej knajpie, wychodowany wyhodowany (chyba tylko umysłowa mgła covidowa może mnie tłumaczyć) przez mojego synka, który go przed końcem roku przekazał mojemu bratu, który go przekazał żonie, potem ona dzieciom, ja się dzielnie broniłam dawką przypominającą, dwa testy antygenowe negatywne później (a przy okazji, nie dziwie się, że w Polsce rzadko się ludzie testują – w aptece test 45 złotych, o czym się przekonałam jak wydałam 270 zł na testy dla całego gospodarstwa domowego). Prawie dziesięć dni walczyłam dzielnie, ale właśnie dziś przyszedł do mnie katar, zaczęło mi kapać z nosa dokładnie w momencie, kiedy usiadłam w moim ulubionym fotelu. W domu. W Irlandii.

Przetestowałam też Mo, która ciągle negatywna, pomimo codziennego spania ze mną w jednym łóżku i ciągłych zabaw z kuzynami, którzyp[adali w nierównym boju z wirusem jeden po drugim. Choć wydaje mi się, że widzę u niej cień cienia kreski, będziemy wiedzieć pojutrze, kiedy dostaniemy wynik PCR. Paradoksalnie byłoby lepiej, żeby była chora, bo wtedy siedzi w domu dni dziesięć, bycie zdrową będzie ją kosztowało prawie 3 tygodnie szkoły, bo liczy się od ostatniego ze mną kontaktu. I jeszcze pod warunkiem, że dnia 17 ma test negatywny.

A zatem teraz tego wypasionego wrocławskieg wirusa, który gdzie to panie nie bywał, przywiozłam Mi. I teraz nie wiadomo, czy może być z Mo i właśnie powinien, bo ja jestem na pewno chora, czy raczej to on miałby się od nas obu separować. I gdzie. A przyznam, że jestem zmęczona i przeraża mnie wizja bycia zamkniętej samej w pokoju z dzieckiem. Na szczęście na razie pandemia stulecia objawia się u mnie zwykłym przeziębieniem: katar i ból głowy, nawet nie mam gorączki, i niech tak zostanie.

Mo za to nie ma nawet kataru, a to jest człowiek, który łapie WSZYSTKIE wirusy, a zwykłe przeziębienie wysyła ją do szpitala z objawami niewydolności oddechowej. I jest szansa, że się zupełnie wywinie, bo otóż te właśnie sterydy, które bierze od miesiąca, okazują się skutecznie zapobiegać ciężkiemu przebiegowi choroby. Astmatycy cieszcie się.

Ja za to liczę, że mój booster mnie ochroni przed zupełnym wymiętoleniem i po siedmiu dniach wrócę do pracy, akurat na rozpoczęcie drugiego semestru. Tylko Mi nieszczęśliwy zaczyna żałować, że przyjechałyśmy.

A w Polsce było … by cudownie, gdyby nie to, że wszyscy byli akurat chorzy ;D Bo jak mój synek przyniósł wirusa, to synka wysłałam do dziadków, którzy dwa tygodnie temu właśnie wyzdrowieli, czyli teoretycznie odporni, u mojej przyjaciółki akurat chorowała córka, więc kiedy brat z rodziną polegli, to już nie mieliśmy się gdzie uciekać. Opatrzność czuwała, żebyśmy mogli przylecieć do Irlandii, bo dwa testy negatywne i brak objawów, więc bez poczucia winy wsiadłam do samolotu.

Dom nas przywitał ciepłem i porządkiem, umytą lodówką i świeżą dostawą jedzenia.

Dużo przyjemniej się wraca do domu, kiedy ktoś w nim mieszka, muszę już zawsze zostawiać męża żeby pilnował ogniska domowego.

Jest coraz wyraźniej

Wigilijna noc była ciężka. Żółw Zenon nic nie powiedział, za to Mo świszczała i rzęziła przez pół nocy i od trzeciej rano spała tylko na mnie, na siedząco, bo tak lepiej jej się oddychało. Ale nie pogarszało się i wraz z nadejściem poranka powoli, powoli zaczęła z tego wychodzić. Tym razem nie było tragedii, choć inhalatory nie mają aż takiej magicznej mocy na jaką liczyłam.

Jest na tyle dobrze, że jutro lecimy do Polski.

Od tygodnia wyjazd wisiał na włosku z tysiąca i jeden powodów: a może będzie lockdown, a może Mo będzie chora, a może ja się rozchoruję, jeszcze we wtorek dostaliśmy smsa od mamy Joanki, z którą się AKURAT widzieliśmy w niedzielę, kiedy właśnie po dwóch tygodniach siedzenia w domu, albo w szpitalu, wybraliśmy się pierwszy raz na urodziny koleżanki z klasy do parku, a potem z Joanką, najlepszą przyjaciółką Mo i jej rodzicami na kawkę i ciastko, no więc dostaliśmy wiadomość, że mieli lecieć do Hiszpanii (właściwie do Katalonii, bo mama Katalonka) ale mamie wyszedł pozytywny test, a jeszcze miała z kimś tam chorym kontakt i dupa blada. Nie lecą. A zatem nasz wyjazd też zaczął coraz bardziej być niewyraźny, jak w tej reklamie rutinoscorbinu. Tym bardziej, że Mo przecież zaczynała ‚mieć objawy’, wprawdzie tylko zwykły katar, ale ‚a może to covid?’ wisiało w powietrzu jak siekiera w pokoju pełnym palaczy. I choć w czwartek nowa wiadomość, że mama Joanki jednak nie ma covida, bo PCR nie potwierdził, nie zmieniło to faktu, że Mo zaczynała się ze swoją chorobą rozkręcać i wyjazd niewyraźniał coraz bardziej.

Ale się udało, zapominam więc o trudnościach i oddaję się Reisefieber.

Dzień przed Wigilią.

Apogeum chaosu. Przez chwilę zastanawiałam się, czy w końcu nie zostać feministką w praktyce, a nie tylko w teorii, i pieprznąć to całe okołoświąteczne sprzątanie, bo przez cały ten tydzień czułam się jakbym była spóźniona ze wszystkim, z życiem, ze Świętami, z odbieraniem Mo, która to Mo poszła do szkoly na trzy dni i oczywiście jest chora, ze sprawdzaniem prac, bo znowu naobiecywałam studentom od trzech tygodni i o północy w poniedziałek dopiero im wystawiłam oceny. Ale to tylko 1/5 a może nawet 1/6 całości, co mnie zupełnie załamało we wtorek, kiedy okryłam, że mam w sumie 94 wypociny do sprawdzenia, a ja ledwie co 16 pierwszych, męczonych od dwóch tygodni wrzuciłam.

Ale, po sprzątnięciu szafki pod zlewem, a przed szorowaniem drzwiczek od szafek kuchennych, wycierając malutki witrażyk z niebieskim aniołkiem, stwierdziłam, że nie. Nie muszę nie sprzątać, żeby być feministką. Mąż wymył łazienkę.

Mo chora. To znaczy przeziębiona. Zawsze zaczyna się tak samo – katarem i ogólnym osłabieniem, a potem przechodzi w świszczenie i rzężenie, a potem bujamy się całą noc na siedząco i boję się, że się udusi, ale tym razem mamy inhalatory oraz nadzieję, że zadziałają i moja córka po raz pierwszy w życiu będzie miała NORMALNE PRZEZIĘBIENIE i po czterech dniach katar jej przejdzie, alleluja! Jutro się okaże.

Wszystkiego dobrego, kochane, na Święta, żebyście je spędziły, tak, jak lubicie, z tym, których kochacie.

Wstydliwy sekret

Mam taki wstydliwy sekret: w tym szpitalu było mi całkiem dobrze. Dawno tak dobrze nie spałam – z córeczką w małym dziecięcym łóżeczku, z maszyną, która robi ping, kroplówką i inhalacjami, a jednak. Spałam jak dziecko, jakby ktoś ze mnie zdjął tę nieustającą odpowiedzialność za dobrostan, zdrowie i życie mojej progenitury. Miałam piękne sny, koleżanka która popełniła samobójstwo odnalazła się na wsi gdzieś na Roztoczu, na granicy polsko-ukraińskiej, ‚P mnie uratował’, powiedziała ‚teraz mam takie życie i jestem szczęśliwa’.

Szpital to była taka przerwa w nieustającym biegu przez płotki, taki wymuszony czas na zwolnienie tempa, bo oprócz pierwszej doby, kiedy naprawdę się o dziecko martwiłam, reszta tygodnia to sanatorium.

Jedzenie podstawione pod nos, Mo zaopiekowana zdrowotnie, pracą przestałam się przejmować, bo cóż mogłam zrobić? W środę odwołałam zajęcia, Mi był w pracy, w czwartek i piątek Mi wziął wolne, a ja poszłam do pracy. Ze spokoją głową, że Mi jest z Mo, a w razie czego ma cały sztab pielęgniarek i lekarzy. I sprzątaczek i kucharek. Salowych. Woźnych.

Mo też było dobrze w szpitalu. W czwartek odwiedził nas Mikołaj i Mo dostała mnóstwo prezentów, siedziała sobie w łóżku i rysowała, układała, oglądała bajki, mama, tato i pielęgniarki na każde żądanie, czegóż chcieć więcej. Do tego stopnia, że kiedy przyszła wieczorem pielęgniarka zmienić jej wenflon przynieść jej zamówione soczki jabłkowe (których nie pozwalamy pić w domu), Mo cała się rozmarzyła ‚I wish my home was like the hospital’ (chciałabym, żeby mój dom był jak ten szpital’).