Żarówka

Studenci uciekli mi z zajęć, więc może coś napiszę. Ostanie zajecia, w domu, godzina online – potem do szkoły na trzy godziny, potem znowu online wieczorem w domu. Już wiadomo, że taki mieszany system będzie też w przyszłym roku, nie jest to złe rozwiązanie, bo niektóre rzeczy można ze studentami zrobić online a niektóre w klasie, najgorsze są zajęcia hybrydowe, kiedy część siedzi w domu, a część w klasie, a całość jest nagrywana. Wykładowca przez cały czas czuje się jakby się drapał w lewe ucho przez pachę – ci w klasie nie mają jak czytać materiałów (od roku nie możemy drukować artykułów na zajęcia), ci online siedzą przy wyłączonych kamerach i nie regaują, nie wiadomo, czy śpią, czy nie żyją, czy tylko na chwilę poszli po kawę.

Ostatni tydzień zajęć.

Jeszcze tego nie czuję, jeszcze jestem bardzo zajęta nowym projektem, o którym wspominałam w poprzednim poście, gdzie właśnie jestem na etapie ‚bycia w d…’, Mi pociesza, że najgorzej jest, jak d…. jeszcze nie widać.

Ale w poniedziałek trochę rozkleiłam się sentymentalnie, skończyłam zajęcia z jedną grupą, gdzie prawie same dziewczyny na socjologii rodziny, nie ma egzaminu, więc właściwie rozmawiamy o czym nam tylko w duszy zagra, byle w miarę w temacie. Przez ostatnie cztery tygodnie debatowaliśmy o ludzkiej seksualności w kontekście rodziny i nie tylko, oglądaliśmy sobie takie filmiki jak na przykład ten, który, jak stwierdzili studenci choć zabawny, jednak za bardzo upraszcza TE SPRAWY. Cudowne zajęcia, na które przynosiłam temat i nigdy nie kończyłam slajdów, bo dyskusja zabierała nas w takie odległe rejony, że trudno było wrócić.

Święta za cztery dni. W tym roku podchodzę do nich jak do (mięsnego) jeża. Nie jestem wierząca, więc wymiar religijny do mnie nie przemawia, wymiar symboliczny jest ciekawy (odrodzenie natury, nowe życie i tak dalej), ale mam wrażenie, że symbolicznie świętuję już od początku marca, od kiedy kwiaty powyłaziły z ziemi. Nie mogę jeść jajek, Mi weganin, Mo nie bardzo lubi, nie mogę sernika, który kocham, ani żurku (gluten) i tak odechciało mi się gotowania zupełnie. W dodatku rok temu, na Wielkanoc właśnie, zupełnie postradała zmysły pewno bliska osoba z rodziny, symbolika śmierci, ukrzyżowania i zmartwychwstania widać ją przerosła i tak pozamiatała, że nie było co zbierać. Do dziś zmysłów nie odzyskała i nadal zastanawiamy się, co się u niej dzieje, choć przyznam, że z pewną ulgą, że to już nie nasz problem. Z maili, które czasem dostajemy (choć staramy się unikać wymiany korespondencji, bo nieodmiennie prowadzi to do litanii oskarżeń, ponurych fantazji, odlejonych projekcji i nieprzyjemnych podejrzeń) wiemy, że żyje, choć jest jej bardzo ciężko, ale jak można pomóc osobie, która nie chce dać sobie pomóc.

To jak w tym kawale: ilu potrzeba psychoterapeutów, żeby odkręcić żarówkę? Jeden, ale żarówka musi bardzo chcieć.

Z rzeczy pozytywnych: kupujemy samochód. Jak ogromnie pozytywna będzie to zmiana w naszym życiu poczułam wczoraj, kiedy musiałam wziąć siebie i Mo na badania. Nie daleko, obie wizyty blisko siebie przestrzennie i czasowo, do załatwienia za jednym zamachem. Dopiero zaczynało lekko kropić, jak wyjeżdżałyśmy na rowerze i choć przemknęła mi myśl o taksówce, oznaczałoby to cztery taksówki, a nie jedną, więc rower wydawał się takim idealnym środkiem transportu. Finalnie spędziłyśmy ponad cztery godziny poza domem, z czego połowę czasu w strugach deszczu, a połowę w zupełnie mokrych ubraniach w gabinetach lekarskich. Nawet w kafejce, gdzie wstąpiłyśmy pomiędzy wizytami, Mo ciągle się trzęsła z zimna w przemoczonej sukience, a gorąca czekolada pomogła jedynie na krótką chwilę, bo potem musiałyśmy założyć ociekające wodą kurtki i rękawiczki. Mo była bardzo dzielna i przez całą drogę w ogóle nie marudziła, strumienie deszczu jej spływały po kasku prosto na twarz i pod kurtkę, a ona zamykała oczka i coś sobie cicho śpiewała.

Ale coś tam zaoszczędziliśmy, dostałam też pożyczkę i jak jej nie wydam za szybko, to wkrótce będziemy mieli samochód! Codziennie śledzę ogłoszenia i wyraźnie jestem już ekspertem od okazji, bo kiedy się decyduję i dzwonię, że chcę kupić, okazuje się, że już sprzedane. Po wielu przemyśleniach i konsultacjach, i pójściu po rozum do głowy względem skrzyni biegów, stanęło na Hondzie Jazz, albo Toyocie Aqua, automacie, hybrydzie, młodszej niż 10 lat, bo starszej nie będziemy mogli ubezpieczyć. Ubezpieczenie na nas dwoje wariatów bez tzw. pełnego prawa jazdy to i tak 1500 euro na rok, ale niektóre ubezpieczalnie życzą sobie nawet ponad 3000 e.

Czas się zbierać do szkoły.

π razy drzwi

Wiosna przyszła i poszła, zostało tylko słońce. Dobre i to, choć jest bardzo zimno.

Ostatnie dwa tygodnie wykładów, byłabym w bardziej radosnym nastroju, gdyby nie nieprzespana noc. Mo znowu chora – katar, kaszel, świszczenie. Całą noc mnie kopała, a ja nadsłuchiwałam, czy się już dusi. Ale nie musiałam ją trzymać w pozycji pionowej, czyli nie jest tak tragicznie, jak ongiś bywało. Zastanawiałam się, czy iść z nią dziś do lekarza, ale jak pomyślę o telefonicznej rejestracji i testach na covid, to mi się odechciewa, zważywszy, że też nie bardzo wiem, co by lekarka pomogła. Na razie trochę zwiekszylam sterydy i włączyłam Ventolin i czekamy, aż sobie organizm sam poradzi. Noc była kiepska, ale od rana jest w dobrym humorze i najważniejsze, że nie mówi, żeby jej się ciężko oddychało.

W pracy względny spokój końca roku, mam trochę mniej pracy niż przez ostatnie miesiące, ale ogarnął mnie jakiś okropny marazm, jestem zmęczona, marudna i nic mi się nie chce.

Z pewnymi wyrzutami sumienia kupiłam bilety do Kolonii i Brukseli – dokładnie w jego urodziny, lecimy odwiedzić Adka. Pięć dni, Kolonia, Bonn, Bruksela, nic jeszcze nie zaplanowałam, mamy tylko bilety, trzeba będzie poszukać noclegów, pociągów, miejsc wartych zwiedzenia, wyrzuty sumienia uspokajam 25 rocznicą związku, mniej-więcej. Bo skoro Adek kończy 23 lata, to musieliśmy być ze sobą co najmniej 9 miesięcy przed i jeszcze trochę, i tak na oko, pi razy drzwi, wychodzi właśnie ćwierć wieku.

Wczoraj byłam w aptece i bardzo mnie rozśmieszyły ramki do zdjęć pamiątkowych – były takie z napisem z małych diamencików na 10 lecie, 20 lecie i 40 lecie, i te na 40 lecie były przecenione.

Adek zdał najtrudniejszy egzamin w swoim życiu, nie super, ale wystarczająco, i mówi ‚mama, ale to jest taka dziedzina matmy, że niektórych działów nawet jeszcze w polskiej Wikipedii nie ma!’. Bardzo dumny z siebie, a ja dumna z niego. Po raz kolejny zastanawiam się, w jaki sposób to, że miał w Irlandii tak ciężko, wpłynęło na jego wybory życiowe – bo kiedy poszedł tutaj do szkoły i nie rozumiał ani słowa z tego, co mówi nauczyciel, jedyne co potrafił, to rozwiązać zadania z matmy na tablicy. Bo π r2 to zawsze to samo, po polsku i po angielsku.

Dobrze, że tej Marzanny nie utopiłam

A wiosna przyszła pieszo

Tak wygląda nasza codzienna droga ze szkoły. To znaczy przeważnie tak NIE wygląda, bo jest zimno i piździ wieje, oraz leje, ale oto przyszła wiosna i możemy się cieszyć ptakami dziwakami, łabędziami i kaczkami.

Ta wojna nas tutaj tak nie dotyka. Jesteśmy daleko (albo przynajmniej tak nam się wydaje). Tutaj wszyscy współczują Ukrainie, trochę się martwią losem Ukraińców, ale potworności tej wojny nie orzą duszy, jak w Polsce. Moja szkoła zorganizowała zbiórkę darów, zastępca premiera ogłosił, że przyjmie rodzinę ukraińską do swojego domu, ale wygląda to bardziej na polityczny gest, niż prawdziwe wyrzeczenie. Kiedy rozmawiam z rodziną z Polski (albo czytam blogi) wyczuwam potworny strach przyczajony pod codziennością. Poczucie katastrofy, przerażenie potwornościami, które się tam dzieją jest wręcz namacalne.

A Irlandczycy żyją spokojnie.

Propozycja

Dostalam ciekawa propozycje w pracy. Podjelam sie czego, co od dawna bylo dla mnie wyzwaniem i jest zwiazane z tym, o czym od dluzszego czasu myslalam (marzylam?). Ale czy dam rade? Bardziej prestiz niz pieniadze, ale za pieniadze pracuje juz od dawna, moze czas na troche prestizu.

Odzywaja sie wszystkie moje kompleksy, najchetniej teraz wsadzilabym glowe pod koldre i sie schowala. I zeby nikt mnie nie widzial. Przeciez ja nic nie umiem i jestem nikim! Moj Mi nigdy nie ma takich rozkminek. Nie wiem, czy jest to zwiazane z byciem kobieta, czy po prostu byciem mna.

I teraz przemysliwuje – czy ja naprawde tego chce? Czy sie nadaje? Czy to jest cos dla mnie? Czy chce tego, bo jest to prestizowe, czy naprawde mnie to kreci?

Ciekawe, ze propozycja przyszla, jak zrobilam troche miejsca w moim zawodowym zyciu – zrezygnowalam z czesci zajec. Jak sobie w glowie poukladalam, ze nie musze tak duzo zarabiac i nie musze pracowac na okraglo. Ze nareszcie, dzieki pracy Mi, mamy tzw. bezpieczenstwo finansowe.

Czy jest to cos duzego? Obiektywnie nie, ale dla mnie tak. Bo byloby przelamaniem mojego wewnetrznego oporu, wyjsciem ze strefy komfortu. (Tak naprawde kon by sie usmial – bo bardzo niekomfortowo mi dalej w mojej strefie komfortu).

I na koniec optymistycznie: trudno sobie wyobrazic, ze Putin, ktos, kto tak obsesyjnie boi sie Coronawirusa, nie balby sie bomby atomowej;D

Tak, życie pomimo płynie normalnie

Nie mamy telewizji w domu, więc nie czuję się napastowana obrazami wojny i potworności, ,the medium is the message’ jak pisał McLuhan i kiedy wiadomości się czyta, a nie ogląda ,człowiek nie odbiera tego tak boleśnie, tak emocjonalnie, tak bezpośrednio. Nie wiem, czy to lepiej czy gorzej, na pewno pomaga chronić swoją psychikę przed obrazami terroru, wdzierającymi się w duszę jak pożar.

A w sobotę były moje urodziny. Naspraszałam gości, gdyż w końcu po dwóch latach po raz pierwszy mogliśmy kogoś w domu ugościć, ale i tak musiałam się ograniczać, bo już przy dziesięciu osobach z dziećmi było ciasno. Z tradycyjnych polskich potraw zrobiłam to, co zwykle, czyli polską pizzę (na cieście drożdżowym) i syryjską sałatkę z zielonej pszenicy z granatem, miętą i pistacjami. Absolutny HIT wszelkich przyjęć, dwie osoby poprosiły o przepis. I bigos, który uwielbia wielu naszych Irlandzkich znajomych. Nakupiłam alkoholu, głównie bezalkoholowego, oraz cydru. Starzejemy się, bo cała bateria piw bezalkoholowych została wypita, a w kuchni do dzisiaj stoi 30 butelek cydru. I dwa wina. Na urodziny dostałam prawdziwy OBRAZ:

(Mo nazwała ją wróżką cycuszką).

Wszystkich gości zaprosiłam spontanicznie, zaledwie tydzień wcześniej pomysł mi wpadł do głowy, a po paru dniach już mi się odechciało – ale po co? ale czemu sobie biorę na głowę dodatkową robotę? – tym bardziej, że Mi ma akurat znowu jakieś szkolenie w pracy i projekt na zaliczenie dziś, więc był wyłączony z pomagania.

Ale miałam wrażenie, że wszystkim brakowało takiego spotkania, swobodnych rozmów na tematy polityczne i obyczajowe. Posiedzenia, posączenia drinków i pogadania. Ludzie muszą się spotkać twarzą w twarz, nawet w czasie wojny (a kiedy nie było na ziemi wojny, to inne pytanie).

Teorie spiskowe mnożą się jak króliki, moze jestem optymistką, ale czekam, kiedy ruscy ogłoszą, że Putin był tajnym współpracownikiem USA i jego działanie było antyrosyjskie. I go wsadzą do łagru.

Z siekierą na strychu

Dobrzy jesteśmy w takich zrywach podykowanych odruchami serca, w pospolitym ruszeniu na ratunek światu. Czytam jak Polacy pomagają, przyjmują do swoich domów, goszczą, pocieszają, a moje rodzinne ukochane miasto jest podobno szczególnie gościnne. W sumie nic dziwnego, duża część mieszkańców to potomkowie (nomen omen) uchodźców z Ukrainy sprzed ponad 70 lat. Lwów zawsze we Wrocławiu cieszył się wielką estymą, profesorowie ze Lwowa wykładali na Wrocławskim Uniwersytecie, moją mamę uczył słynny Hugo Steinhaus (a mnie statystyk ze Lwowa, ś.p. prof. Iwanuś).

Mama urodziła się na Ukrainie i musieli stamtąd uciekać w 1943. Babcia była nauczycielką na podlwowskiej wsi, uczyła polskie i ukraińskie dzieci. Pewnej nocy zapukał do niej Ukrainiec ‚pani Regina, pani bierze dzieci i się chowa. Teraz’. Miała 32 lata jak schowała się na strychu z dwójką malutkich dzieci – mama miała trzy latka, a wujek roczek. Babcia była w ciąży. Stanęła z siekierą nad włazem na strychu, gotowa zaciukać każdego żołdaka, który się pojawi. Często wobrażam sobie tę scenę – dziadek gdzieś w AK, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kiedy wróci, dwójka dzieci schowana w sianie na strychu, na razie nie kwili, babcia się modli, błaga, żeby nie zapłakały, przycupnęła zmęczona koło włazu z siekierą w ręku, nadsłuchuje, godzina po godzinie, na chwilę przyśnie, oparta o trzonek siekiery, gwałtownie się budzi, z jednego złego snu do jeszcze gorszego. Następnego ranka uciekli ze wsi. Uciekali pociągami bydlęcymi, na pace samochodów towarowych, po drodze urodziła dziecko, które zmarło, prawdopodobnie zatrute spalinami.

Więc pomagamy. Może dlatego, że pamiętamy, jak to jest uciekać z jednym tobołkiem i kupą dzieci, przecież wyrośliśmy na tych opowieściach o wielkiej wędrówce, o bestialstwach wojny i okruchach serca, które pomogły przetrwać, kiedy śmierć była oddalona o jeden gest, o jedno pukanie do drzwi, o jedną pomocną dłoń.

Na wszelki wypadek na WhatsApp piszę rodzinie, że w razie czego, to ugościmy ich w Irlandii. Tak, żeby wiedzieli.

(Choć nie sądzę, żeby do czegoś takiego doszło).

Wolna Ukraina!

Pewno tak samo jak tysiące ludzi właśnie w tej chwili odświeżam strony wiadomości, GW, Guardian, Irish Times, Polityka, OKO press, ciągle i ciągle, bo nie mogę uwierzyć, że raz jeszcze nacjonalizmy, uprzedzenia, mafijna wspólnotowość i przede wszystkim żądza władzy biorą górę i w Europie, w 21 wieku jakieś państwo wypowiada wojnę innemu państwu. A to po prostu Rosja. I nie przekonują mnie argumenty, że Ukraina też jest nacjonalistyczna, że mniejszość Rosyjska była niezłą większością w Donbasie, że Rosjanie się słusznie obawiają NATO – ludzie, przecież ten kretyn straszy bronią nuklearną! Uchodźcy, dzieci w schronach, miliardy na rachunkach w Londyńskich bankach, a Chiny tylko zacierają ręce. Putin jako obrońca ‚słowiańskości’ i chrześcijaństwa przed zgniłą cywilizacją zachodu, no naprawdę koń by się uśmiał! A w tym wszystkim moi rodzice jak zaczadzeni, mama bredzi coś o ‚zbrodniach ukrańskich’ sprzed 80 lat, ojciec już w ogóle odjechał w swojej pro-rosyjskości. Jest mi wstyd.

Kula

Zostało mi 10 minut do wyścia po Mo, więc co tu robić, może popisać na blogu. Uświadomiłam sobie niedawno/jakiś czas temu/właściwie nie wiem kiedy, że ogólnie jestem szczęśliwą osobą. Aż się boję o tym pisać, jakby los czytał blogi i tylko na to czekał, żeby złośliwie zachichotać. No ale cóż i tak się będę musiała zmierzyć z tym, co przyniesie, niezależnie, czy jestem szczęśliwa teraz, czy nie. Nie będę karmić swojej paranoi, ignoruję wszystkie swoje prywatne teorie spiskowe i nie słucham szalejącej wyobraźni.

Jest taka archetypowa, psychoanalityczna opowieść, jak dziecko gubi złotą kulę, która wpada do stawu/do dziury/do lasu i wiele lat minie zanim już dorosłe znowu ją odnajdzie, jeśli w ogóle. I nie będzie to łatwe. Będzie wymagało pocałowania żaby/zabrania klucza spod poduszki matki/pokonania smoka albo innych poświęceń i bohaterstwa, stanięcia twarzą w twarz z własnym cieniem i zaakceptowania brzydoty i głupoty świata. Bardzo lubię tę opowieść. Kiedy patrzę na Mo, wyraźnie widzę jak się bawi złotą kulą, jak promienieje z radości od wewnątrz. Ale ją zgubi, nieuchronnie. Kiedyś. Nie można zostać na zawsze dzieckiem.

Ale opowieść mówi nam, że można kulę odzyskać. Jak już sie wie, że świat jest też zły, brzydki i okropny. I czasem teraz wydaje mi się, że ją widzę.

Zupełne szalenstwo

Pogoda kontyunuuje swoje szaleństwo, dziś kolejny sztorm Ferdynand Franklin. Według windy.com jeszcze długo nie będzie spokoju. Ale kwiatki powoli wychodzą z ziemi, żonkile zaczynają kwitnąć, magnolia lada chwila, krokusy pchają się do słońca, w różach już buzują soki (a na kuchennym parapecie to już prawdziwe szaleństwo).

Powsadzałam na jesieni cebulki w donice byle jak, byle szybko, byle by było, stare, nowe, pomieszane, co roku kupuję jak wariatka nowe, ale szkoda mi starych, więc im też daję szansę. Sama jestem ciekawa co z tego wyrośnie.

W kuchni od dwóch miesięcy kwitnie duży, czerwony, plastikowy Anthurium, kończy występy zygokaktus i po raz pierwszy w moim życiu zakwitła ponownie orchidea. Dotychczas kupowałam je w Aldiku czy Lidlu, przynosiłam do domu, gdzie kwiaty powoli opadały, a rośliny zaczynały marnieć. W tym roku wyniosłam dwie na letnie miesiące do ogrodu, może tego było im trzeba? Choć jej siostrę zjadły ślimaki.

Tak, nadal nie mamy parapetów. Jak sobie pomyślę o fachowcach, to wolę parapetów nie mieć.