Czajnik

Peniam po całości. Nie, że sobie jeżdżę teraz tam i z powrotem, do sklepu, do lasu i na spacer z psem (psa też brakuje), tylko w ogóle nie jeżdżę, najchętniej odfajkowałabym cel osiągnięty i schowałabym prawko w szufladzie.

Kto mi w ogóle dał to prawko, myślę sobie, chyba na głowę upadł, przecież ja nie umiem jeździć! Mi tydzień po egzaminie pojechał 20 km autostradą do klienta, ja trzęsę się i boję 700 m do sklepu. W końcu pojechałam z Mi przywieźć Mo od koleżanki, przy skręcie w prawo (tak jakby wasze lewo, ten trudniejszy skręt), Mi mówi ‚możesz teraz, są daleko, zmieścisz się’ a ja, zamiast poczekać aż mój mózg przerobi sygnały wzrokowe, przemieli i wyda decyzję, odruchowo go posłuchałam, nie wiem dlaczego, może dlatego, że przeważnie słucham jego rad, ale się w połowie zakrętu przestraszyłam i przycisnęłam gaz tak, że zarzuciło mnie na drugi pas.

Na szczęście nic nie jechało.

Dziś po raz pierwszy pojechałam SAMA do sklepu, mówię sobie, raz kozie śmierć, no chyba się nie zabiję, za wolno jeżdżę, najwyżej będę miała stłuczkę, albo na mnie trochę potrąbią, nic się nie stanie, muszę tylko uważać na rowerzystów i hulajnogi, i niech pieski nie wyskakują na jezdnię. Wysiadłam pod sklepem i trzęsły mi się nogi, dwadzieścia minut chodziłam po Tesco zbierając siły na siedmiominutową jazdę powrotną;)

Pod koniec egazaminu parkuję.

– Zdałam? – pytam się gościa. W czasie egzaminu cały czas coś tam sobie klikał, ale tak dyskretnie, żeby mnie nie stresować – Jest pan bardzo dyskretny w punktowaniu mnie. – Proszę nie myśleć o punktach, tylko jechać!

– Zapraszam do biura, przekażę pani wynik w biurze.

-Czyli nie zdałam.

-Zapraszam do biura.

Za krzakiem czaił się Mi z kciukiem i pytającym wzrokiem. Pokręciłam głową.

Usiadłam na krzesełku przed biurkiem.

-Chcę pani powiedzieć, że pani zdała.

-Jest pan sadystą! – Gościu się uśmiechnął.

Jałowy bieg

Pachnie wiosną. Wyłażą z ziemi te wszystkie żonkile, krokusy, tulipany, jeszcze małe zielone podrostki ledwo co ponad powierzchnią, ledwo co żyją, ale już się zaczęło, ten pęd do życia, to parcie do słońca. Muszę przyciąć róże, powyrywać chwasty i może posadzić letnie kwiaty, muszę się w końcu zająć trochę ogrodem. Na szczęście nie razi na razie jak wyrzut sumienia, zwłaszcza w kontekscie mojego sąsiada, który nożyczkami trawę do równa przycina, bo przyszedł pan i skosił trawę za 10 euro, z przodu i z tyłu. I będzie tak przychodził co 3 tygodnie, amen.

Nie będę znowu narzekać, że nie mam czasu na ogród, no bo kto by chciał o tym w kółko czytać, prawda? Ale nie mam czasu.

Właściwie nie mam czasu na nic, poza tym, na co czas muszę mieć, pracowe sprawy wciągają mnie bardziej niżbym sobie tego życzyła, chciałabym się jakoś wywinąć, ale szkoda mi studentów, nie mogę ich tak zostawiać z różnymi głupimi sprawami, boże, pomyślałby ktoś, że stałam się taka odpowiedzialna. No, ale głupio olewać ludzi, którzy w sumie cię utrzymują.

Trochę się czasami niepotrzebnie nakręcam i stresuję, czuję w ciele to lekkie mruczenie jakbym miała gdzieś w środku silnik elektryczny, który cały czas pracuje na jałowych obrotach, który mnie budzi w nocy i nie pozwala spać. Ostatnio obudził mnie o 2 i do 5 leżałam i leżałam, czytając książkę o zastosowaniu teorii psychoanalitycznych w pracy socjalnej z dziećmi, bo tylko takie rzeczy mnie wyciszają o czwartej nad ranem.

Jeden pożar ugaszony, a nowy się szykuje – zwalnia się kolejny wykładowca, którego akurat bardzo lubię, i zostawia pięć rozgrzebanych przedmiotów przed końcem roku akademickiego. Dostał pracę w Banku Centralnym, co go w sumie tłumaczy, też bym się przeniosła na jego miejscu.

Choć w sumie po przemyśleniu nie wiem – siedzieć w prawniczych papierach 8 godzin dziennie, zamiast w klasie z żywymi ludźmi?

Hmmm…

Ostatnio zszkowało mnie odkrycie, że moi Amerykanie płacą za rok studiów 60 tys. dolarów. Za semestr w Irlandii 35 tys., nie licząc wyżywienia. Ameryka to jednak dziwny kraj, jeśli jest jakiś kraj w którym NIE chciałabym mieszkać, to jest to właśnie USA. Nie no, jest takich miejsc oczywiście więcej, w Rosji nie chciałabym jeszcze bardziej na przykład, ale Ameryka jest taką legendarną, mlekiem i miodem płynącą krainą dla Irlandczyków (i dla Polaków w latach 80tych), a ja zupełnie nie mogę zrozumieć dlaczego. Jak to mówią, jeśli chcesz żyć jak w American Dream, pojedź do Danii. Albo Szwecji, prawda Takajedna? 😀

Paradoksalnie, Adek leci do USA za dwa miesiące. Pozwiedzać. Wygrał pieniądze na zakładach sportowych, nie żartuję, mają jakiś system obstawiania z kolegami z matmy.

Za parę dni mój egzamin na prawko. I to jest kolejny powód mojego braku czasu.

A do tego muszę w końcu zająć się moją nową drogą życia. Podobno można aplikować do lipca, ale jak zmienią termin przysyłania dokumentów to będzie katastrofa, Mi mówi, żebym nie odkładała na ostatnią chwilę.

Ale dziś piątek, na razie czuję, że silnik się wyłączył, pachnie wiosną i w ogóle. Pomyślę o tym jutro.

Dzień Św Brygidy

Celtyckie swieto płodności, symbolizujące początek wiosny. (Ten Kościół to wszystko kradnie;).

Z tej okazji wprawdzie nie zjedliśmy żadnego Colcannon (czyli tłuczonych ziemniaków z masłem i gotowaną kapustą), ale pojechaliśmy na wycieczkę.

Mo pozuje jak prawdziwa nastolatka

Pojechaliśmy PIERWSZY RAZ SAMOCHODEM NA WYCIECZKĘ.

Bardzo proszę o chwilę ciszy, to wielkopomna chwila;)

I jak kompletni nuworysze wymyśliliśmy sobie najbardziej zatłoczoną turystyczną atrakcję, gdzie przez godzinę nie mogliśmy znaleźć parkingu, czyli PO RAZ PIERWSZY W ŻYCIU poczuliśmy co to ból każdego prawdziwego samochodziarza.

Ale było warto.

Pożyjemy, zobaczymy

Zgodziłam się ‚pełnić obowiązki’ i wpadłam jak śliwka w kompot.

Jeden błąd szkoły, niedopatrzenie, niedoinformowanie i studenci czują się zlekceważeni, a wręcz olani z góry na dół. Sama bym się tak czuła na ich miejscu, kiedy wykładowca wyłączył im głos na wykładzie hybrydowym.

Nie nadaję się na managera, bo za bardzo identyfikuję się z ludźmi i zaczynam walczyć z systemem. A system, jak wiadomo, zawsze wygra. Na razie pomogę jak mogę, staram się stąpać delikatnie i rozważnie i pokazywać systemowi, że też zyska, jak będzie miły. Po jednej stronie rozżaleni studenci, którzy poczuli, że o jeden błąd za daleko, po drugiej stronie młody, niedoświadczony wykładowca, surowością nadrabiający pewność siebie, który w dodatku wylądował w samym środku 80 osobowej klasy i ambiwalentnej sytuacji – szkoła mu powiedziała, że robi się tak, studenci są przyzwyczajeni do robienia siak, a całej sprawy by nie było, gdyby od początku ktoś się studentami zajął, a nie spuszczał ich na drzewo.

Piątek, a ja jestem tak okropnie zmęczona, że nie wiem, czy zdążę odpocząć przez weekend, tym badziej, że będę musiała choć trochę popracować. Dostałam artykuł do poprawek.

Z dobrych wiadomości – przestało mnie boleć za lewą gałką oczną, bo od trzech dni zastanawiałam się, czy będę mogła dalej uczyć jak oślepnę i czy dam radę się przekwalifikować: braila się tak szybko nie nauczę, więc będę musiała polegać na programach głośnomówiących. Nie mówiąc już o egzaminie na prawko za dwa tygodnie. Ale chyba jeszcze pożyję.

Karma

W domu cisza.

Zawiozłam Mo do koleżanki. Samochodem. Trenuję z Mi, przełożyli mi egzamin na 14 lutego.

Człowiek to jednak istota symboliczna. Wystarczyło tylko wczoraj rozebrać choinkę i już czuć, że idzie wiosna. Ciepło. Wilgotno. Jasno.

Nareszcie odkopałam się ze światecznych esejów – wczoraj sprawdziłam ostatnią partię. Teraz trzy tygodnie spokoju. Wiosna. Prace ogrodowe.

W czwartek wieczorem ukradli mi mój rower 😦

Przypięłam pod pracą o dziewiątej rano, o ósmej wieczór już go nie było. Na szczęście nie elektryczny, ale dwa lata temu kosztował tysiąc euro. Zupełnie nie wiem jak teraz dopniemy cały plan z odwożeniem i przywożeniem Mo. No i boję się zostawiać teraz elektryka pod szkołą. Myślałam, że jest tam bezpiecznie, bo wiecznie kręcą się studenci. Wyszłam wieczorem z pracy i nie mogłam uwierzyć własnym oczom, im bardziej oglądałam to miejsce, tym bardziej go nie było, obeszłam barierki dookoła, przeszłam się jeszcze kawałek w dół i w górę ulicy, jakby złodziej mógł być tak głupi, żeby go gdzieś tam zostawić. Nieprzyjemne uczucie, trochę nierzeczywiste, przez chwilę nie możesz uwierzyć, że dzieje się to naprawdę.

Śni mi się teraz, że kradną mi walizy, jakieś rzeczy, ciągle biegam i czegoś szukam i nie mogę uwierzyć, że tego nie ma.

Będę musiała kupić nowy.

Następnego dnia kierowniczka pyta, czy bym nie podjęła się pełnienia obowiązków szefowej zespołu na dwa miesiące, za dodatkowe wynagrodzenie prawie dokładnie odpowiadające cenie roweru. Karma jednak dziwnie działa. Żmijessa jest bowiem na zwolnieniu z powodu migreny. Współczuję ludziom z migreną, ale jestem pewna, że Żmijessa coś knuje, już od dłuższego czasu wydaje się jakby nie e na, jakby jej za bardzo na tej pracy nie zależało. Od września pracuje tylko dwa dni w tygodniu, ze sztuczną emfazą perrorowala niedawno, jak to trudno znaleźć opiekę nad dziećmi w Irlandii, wobec czego musiała sobie wziąć urlop rodzicielski na trzy dni w tygodniu. Tereferekuku, jedzie mi tu czołg i tak dalej. Znam ją jak zły szeląg i intuicja mówi mi, że ma już coś innego na oku, tylko musi szybko skończyć doktorat, który zaczeła pięć lat temu. Właściwie siedem chyba. No i super, zawsze dobrze NIE mieć kogoś takiego w pracy, niż mieć. Choć zaczynam się obawiać, że w ciągu tych lat powoli powoli stała się moją ‚frenemy’, wrogiem-przyjacielem, nauczyłam się wymieniać słowa z nią słowa jak sztuczny miód, opowiadać głodne kawałki i nie poświęcać jej za dużo uwagi, bo z góry wiem jak się zachowa.

Muszę przywieźć Mo od koleżanki.

DNA

Mo nie lubi czytać.

Niby ma dopiero 7 lat, niby jeszcze ma czas, ale ja w jej wieku przecież odkryłam już rozkosz czytania. A tu czytamy z nią codziennie, kupujemy komiksy i śmieszne książki dla dzieci, sami czytamy bez ustanku (choć większość, niestety, na komputerze), a ta ciągle jeszcze traktuje czytanie jak karę. Oboje jesteśmy humanistami, dziadkowie ze strony Mi to polonistka i poeta. Nagradzany, hehe, ale to inna historia.

Skąd się te dzieci biorą?

Jest za to dobra z matmy. Następna. Kiedyś, dawno temu, nie wiem skąd – z przedszkola albo z internetu – przytargała dziewczyny nie są dobre z matmy. ‚Girls and NOT good at maths, mama!’. Strasznie mnie to wtedy ruszyło, wiadomo, cholerne stereotypy, choć myślałam, że może akurat ona nie jest dobra. Bywa. Nie każdy musi.

A tu się okazuje, że jest świetna. Uwielbia zadania domowe. Tak, jak czytanie, to ciągła walka – to jeszcze stronę, mówiłaś, że przeczytasz 4! Nie! nie nie nie! – z matmy robi dodatkowe zadania z RADOŚCIĄ. Podsumowanie tygodnia. Extra zagadki matematyczne. Ostatnio się nawet pomyliła i zrobiła zadania z miesiąca do przodu. Bez problemu. O przepraszam, jedyny problem jest taki, że nie umie przeczytać poleceń;D

Jedziemy do Wietnamu

Znowu słońce. I ciepło, tym razem jakieś 8 stopni, czyli ponad dziesięć stopni różnicy od zeszłego tygodnia. Typowa Irlandzka zima. Praktycznie nie włączamy w dzień ogrzewania, z ziemi wystają już całkiem pokaźne zielone pędy, mam wrażenie, że cały świat przycupnął i czeka, jeszcze tylko tydzień-dwa i będzie można oficjalnie zaczynać wiosnę, wtedy pędy dostaną przyśpieszenia i zacznie się zielone szaleństwo. Mo zaczęła już produkcję Wielkanocnych ozdób, które powoli rozpychają się na kominku, choć w dużym pokoju ciągle jeszcze króluje choinka (wiem, wiem). Wystój wnętrza dominują zatem bożonarodzeniowo-wielkanocne przepychanki. Sugerowałam, zamiast od razu, z grubej rury, króliczki i jajka, łagodne przejście do św. Walentego, ale prychnęła pogardliwie, że to za małe święto, żeby nawet wyciągać kredki. Phi.

Egzamin mi odwołali, a potem wyznaczyli nowy termin. Mam jeszcze dwa tygodnie. Z każdą kolejną jazdą idzie mi gorzej, może dlatego, że zmieniam instruktorów jak rękawiczki, a każdy ma trochę innych styl prowadzenia lekcji. Ostatnio zapomniałam jak się parkuje przy krawężniku i dwa razy w niego walnęłam, a oznacza to ostatecznie i na miejscu oblany egzamin.

Właśnie chciałam uroczyście ogłosić na blogu, że Mo nie była chora przez SIEDEM tygodni, ale zdążyła się rozłożyć pomiędzy moją chęcia, a przekuciem jej w czyn, w sobotę wieczorem, patrzę: szkliste oczy i stan podgorączkowy. Tylko tym razem jakoś to lepiej idzie i dziś jest już praktycznie zdrowa. Jeszcze nie odtrąbię sukcesu, tfu tfu, ale wszystko na to wskazuje, że katar został na swoim miejscu, czyli jest tylko katarem, a nie zapaleniem oskrzeli. Zastanawiam się, co się zmieniło od tych siedmiu tygodni i jedyne, co mi przychodzi na myśl, to to, że przestała chodzić do Polskiej szkoły. Nie no, wiem, że to przypadek…. ale czy na pewno? Hehe.

Jedziemy do Wietnamu.

To znaczy dopiero planujemy, dopiero dziś szczerze mówiąc przyszła mi ta myśl do głowy, ale wszyskie kołcze internetu zawsze powtarzają, że trzeba swoją nieświadomość traktować jak przygłupie dziecko i mówić jej, co będzie się robić, jakby się to już robiło. Tonem nie znoszącym sprzeciwu.

A zatem jedziemy do Wietnamu.

Za rok.

Albo dwa.

Jest to piękny socjalistyczny kraj z przyjaznymi ludźmi, niesamowitym jedzeniem i przecudną przyrodą, i właśnie usłyszałam, że mnie WOŁA głębokim głosem.

Mróz

W dni takie jak dziś czuję, że chyba jednak uda się nam przeżyć ten styczeń. Zimno, ale świeci słońce. Dzień dłuższy od najkrótszego o 36 minut.

Zaczynam zajęcia.

Powoli odkopuję się ze stosów esejów, miałam mieć w tym semestrze luz, ale na razie nie widać Luz Island na horyzoncie . Wcisnęli mi dodatkowe godziny, postawiłam warunek i się zgodzili, więc teraz zaciskam zęby i trzymam mocno, bo dodatkowa kasa akurat starczy, mam nadzieję, na moje rewolucyjne plany. Które niestety bardzo dużo kosztują. Ale się wszyscy zdziwią! Ha! Rodzina popiera, co zanotowałam z pewnym zaskoczeniem, nikt jeszcze nie powiedział mi, że się nie nadaję.

Mo zawzięła się i nie choruje, chodzi na basen i jeździmy do szkoły na rowerze, ale terroryzuję ją zjadaniem warzyw – z lubością opowiadam jej straszne historie, jak to chłopczyk stracił wzrok, bo nie jadł warzyw. True story. Najważniejsze, żeby była zdrowa, traumy będzie mogła sobie przegadać na terapii ;D

Może się to szybko zmienić, bo w klasie ognisko covida zatacza coraz większe kręgi. Ale, dzięki moim chytrym knowaniom, jesteśmy ubezpieczeni – nie mam wykładów w poniedziałki rano, wtorki i piątki. Daje mi to ogromny spokój ducha, już nie musimy kłócić się z Mi, kto tym razem MUSI iść do pracy.

Ćwiczę z Mi jazdę do tyłu po łuku i zawracanie. Umówiłam jeszcze 10 godzin dodatkowych lekcji. Jedyne, czego mi jeszcze potrzeba to odrobiny szczęścia. Ale nie wszystko można kupić za pieniądze. Bądź płacąc w naturze.