Jak już tak lecę rabatkami, to proszę wystawa północna:
Też nie jestem pod wrażeniem, jedno słowo przychodzi na myśl: słabo.
Ale winobluszcz zaczyna wypuszczać liście, po prawej stronie powojnik Montana szukuje się do szaleństwa kwiatowego. Musiał zostać przywołany do porządku, bo już był wybujały i rozszalały na potęgę, więc go na jesieni porządnie przycięłam, co mu wcale, jak widać, nie przeszkodziło.
Po lewej stronie huśtawka i wydeptany goły placek, z którym nie zamierzam nic robić, bo barcholce też ludzie i mają prawo do zabawy w ogrodzie. Dalej hortensja pnąca, która wyjątkowo dobrze sobie radzi (choć powoli), w przeciwieństwie do głogownika (ten z czerwonymi listkami), który sobie nie radzi. Klon japoński i zwykła hortensja już w zeszłym roku padły i zostały wykopane.
Tylko geranium się nie przejmuje i przepycha się z paprociami. Mam dwa gatunki: kwiatki niebieskie i kwiatki różowe, oba czują się świetnie w tym zapomnianym zakątku, pełnym budowlanego gruzu z lat 50tych ubiegłego wieku.
Muszę jeszcze to całe towarzystwo jakoś uporządkować i wziąć w karby, oraz dokwaterować im kolejnych lokatorów na tym spłachciu ziemi.
A tutaj drugi klon japoński, który inaczej niż pierwszy, ma się całkiem dobrze w donicy pod domem. I moja ukochana róża pnąca, wyhodowana z malutkiej gałązki ukradzionej z cudzego ogrodu (kradzione tuczy).
Poniżej Mo w naszym ulubionym parku, nawiększym parku w centrum miasta w Europie, do którego mamy 10 minut na piechotę.
Wbrew pozorom cały szoł na tym zdjęciu kradnie trawa, które w rzeczywistości ma jeszcze bardziej żywy kolor. Jeśli możecie to sobie w ogóle wyobrazić.
I wreszcie słońce! Pachnie jabłoń i jakpoński krzew, którego nazwy nie znam (to znaczy znałam, ale zapomniałam). Koniec roku akademickiego i nagle czuję wiosnę, kwiaciory, zielona trawa i ten zapach, co nie wiadomo co to jest, a człowiek do tego tęskni przez resztę roku. I nawet o tym nie wie.
Ogród jest całkiem zapuszczony, zwykle pierwsze miesiące roku pracuję tak intensywnie, że jak znajdę czas, żeby obciąć róże, to już jest sukces. Od lat w ogrodzie w tym czasie robię tylko dwie rzeczy: sadzę tulipany, bo bez tulipanów nie ma wiosny, i przycinam róże. A i te dwie prace jawią mi się czasami jak robota nie do przerobienia.
Wraz z ostatnim wykładem wychodzę do ogrodu.
Dziś siedziałam na słoneczku dziesięć minut. Przeczytałam kiedyś, że zakładanie ogrodu powinno się zacząć od znalezienia miejsca, gdzie będziemy sobie siedzieć i się nim cieszyć, bo inaczej zawsze będzie się kojarzył z harówką.
Zgodnie z zalecaniami zatem zaczełam od siedzenia i wąchania jabłoni. Ale kątem oka oczywiście lustrowałam rabatkę pod murem, rabatkę wschodnia i rabatkę z malinami, co przyciąć, co wyciąć, co wyplewić. Honeysuckle, co miała mi przepięknie pachnąć i zakrywac betonowy murek, została pożarta przez mszyce, na jesień jeszcze poobcinałam najbardziej zjedzone pędy i miałam nadzieję, że odrośnie, ale ostałe się listki wyglądają jak popiół z żużlem, więc nic z tego nie będzie. Nie mam pomysłu, co tam posadzić, chciałabym mieć coś co by zakryło betonowe pustaki, ale co to może być nie mam pojęcia. Jest to wschodnia wystawa i słońce jest tylko przed dwie godziny wcześnie rano.
Nie potwierdziłam spotkania, które ma się odbyć jutro rano i być może pojawię się przed drzwiami z trzydziestoma Amerykańskimi studentami, i paroma Irlandzkimi, a drzwi okażą się zamknięte, bo nie wiem, czy spotkanie było organizowane specjalnie dla nas, czy też dla szerszej publiczności.
Oskarżyłam studentkę o wykorzystanie chata GPT do napisania eseju, dostaję dziś bardzo oburzonego maila i zaczynam się zastanawiać, czy miałam podstawy, czy może to już paranoja wykładowcy. Robi mi się jej szkoda.
Biegnę coraz szybciej, potykam się w biegu, ale dalej biegnę, może się uda i nie upadnę, koniec roku akademickiego już za dwa tygodnie.
W piątek moja ulubiona sąsiadka robiła wielką urodzinową imprezę, w czwartek rozłożyła się Mo, a ja dostałam okres, Adek z Ren lecieli do Niemiec, no i w ogóle zaczęło lać, a ja wiedziałam, że w sobotę i niedzielę nie będę miała przerwy, będę musiała dalej biec, bo przez ostatnie trzy miesiące nie mam weekendów. Wieczorem miałam jedynie ochotę schować się pod kołdrę. Nie poszłam.
A w sobotę poczułam się staro i zaczęłam żałować, że ominęła mnie ostatnia szalona impreza w tym półwieczu, Hiszpanie, hiszpański rap i tańce do białego rana. A ja w takim wieku i w takim stanie, że wybieram pozostanie w domu. Jak to mówi ostatnio Mi: po prostu SŁABO.
Na święta jedziemy na zachodni brzeg Irlandii, jestem w tym obcym kraju już 14 lat a przez ten czas widziałam tylko Cork i Limeryk, oprócz Dublina. Nigdy nie mieliśmy kasy ani możliwości, żeby pozwiedzać.
Zamierzam moczyć się w jacuzzi pod otwartym niebem, nawet, jak będzie padało, i wykąpać się w Oceanie Atlantyckim.
Jakby mi ktoś kazał poodpoczywać, to byłoby mi łatwiej – może mi ktoś wysłać maila z rozkazem poodpoczywania?
Doszłam do wniosku, że jestem w stanie jakoś przeżyć zmianę godziny na wcześniejszą, mając w perspektywie półrocznej zmianę godziny na późniejszą. Ale nie zdarzyło mi się jeszcze w marcu, żebym wstała z łóżka wyspana i bez zupy w głowie. Nie wiedziałam, że w momencie kiedy człowiek decyduje się na dzieci, powinien się pożegnać z Morfeuszem – córka wprawdzie wyrosła z nocnego budzenia się, za wyjątkiem chorób, ale syn za to dorósł do nocnego trybu życia i te dwa tygodnie z nim i jego dziewczyną to dwa tygodnie chodzenia do tyłu z niewyspania. Są niby cicho, starają się, ale ich tryb życia jest zupełnie niekompatybilny z naszym i często kładą sie spać właśnie wtedy, kiedy my za chwilę musimy wstawać.
Marzę o dużym domu z pokojem gościnnym z łazienką, oddalonym od naszej sypialni o trzydzieści metrów w linii prostej, czyli położonym gdzieś powiedzmy w okolicy grządki malin, z dźwiękoszczelnymi ściankami działowymi na całej długości. A tak, ciche wchodzenie po starych skrzypiących drewnianych schodach, ciche nocne mycie, w łazience położonej metr od naszych drzwi od sypialni, ciche śmichy-chichy w pokoju tuż obok, ciche robienie jedzenia i ciche dyskusje w dużym pokoju skutkowały u mnie oczami królika na porannych wykładach i to pomimo zatyczek do uszu. Kocham ich bardzo, smutno mi, że wyjechali, ale też cieszę się (w skrytości ducha);D
Wszystko wyłazi z ziemi, chciałam napisać, że nawet to, co chcielibyśmy, żeby tam pozostało, ale zabrzmiało to dość mrocznie, więc nie napiszę.
Rzutem na taśmę przedwczoraj udało mi się przyciąć róże, korzystając pierwszego prawdziwie wiosennego dnia, na nic innego zupełnie nie mam czasu.
Na kwiatki można zawsze liczyć, robią swoje bez mojego udziału, w przeciwieństwie do porządków w domu.
Najgorsze, że oczy zaczynają mnie boleć od siedzenia przed ekranem i zastanawiam się, czy szukać pracy, którą będę mogła wykonywać z zamkniętymi oczami.
Podpisałam aneks do umowy na pół roku, najlepsze w tym jest to, że za dwa tygodnie kończy się rok akademicki, co oznacza, że będzie to te pół roku, kiedy (prawie) nic nie będzie trzeba robić – studenci nie mają tendencji do pisania maili i marudzenia na wykładowców podczas wakacji. Poziom mojego sprytu przerósł moje oczekiwania.
Kiedyś dawno temu obiecaliśmy sobie z Mi choć jedną wycieczkę na rok, z uwagi na moje tegoroczne plany myślałam, że nas w tym roku nie stać, ale teraz się zastanawiam… Dziewczyna Adka studiuje w Danii, więc myśleliśmy o Kopenhadze, może też 2 dni w Malmo… Hmmm… Może teraz my im potupiemy nad głową;D
Jak się spodziewałam, zaproponowali mi pracę mojej frenemy i teraz mam zagwozdkę. Jest to awans, ale czy ja chcę awansować? Jest to pozycja kierownicza, ale czy ja chcę być kierowniczką? Większa kasa, ale czy… nie no wiadomo, tego akurat jestem pewna.
Ale nigdy nie chciałam mieć władzy, wierzę w POWER TO THE PEOPLE, jestem do szpiku kości lewaczką, a jak wiadomo władza korumpuje itd itp. Ja lubię rozmawiać z ludzmi i lubię uczyć, lubię sie zastanawiać i rozkminiać, lubię się skupiać na poszerzaniu ludzkich horyzontów, a nie zwiększaniu zysków akcjonariuszy.
Mam takie rozkminki, jakbym co najmniej miała zostać prezydentem albo papieżem. Pytam się wczoraj Mi ‚czy myślisz, ze jakbym była papieżem, to też bym ukrywała pedofilię w kościele?
Frenemy, zwana również na łamach tego pamiętnika Żmijessą, jak niektórzy mogą pamiętać, odchodząc ze stanowiska zostawiła taki burdel, że od dwóch miesięcy sprzątam i musiała oczywiście nasrać mi na głowę, pisząc na naszej pracowej WhatssAppowej grupce ‚postanowiłam rzucić [stanowisko], żadne pieniądze nie są warte bycia chłopcem do bicia [imię jeszcze wyższej managerki]’. Tak mi się miło oczywiście zrobiło, że ciągle jeszcze musi się poczuć lepszą ode mnie, co oznacza, że dalej uważa się za gorszą;)
Kierownikowanie to też mierzenie się z ludzką zazdrością i innymi trudnymi uczuciami. Wyczuwam od ludzi taką zazdrość, leciutko tylko przykrytą uprzejmością. I tak na przykład wykładowca, którego dość cenię, a który miał przez ostatnie lata bardzo mocną pozycję kierownika innego, powiedzmy, działu, a który skończył kierownikowanie w atmosferze narodowego skandalu (w sumie nie ze swojej winy, ale komentowanego nawet przez Irlandzkiego ministra edukacji, hehe) nagle kłania mi się w pas na korytarzu pytając, czy już odbieram hołdy. WTF?
A do tego jest to naprawdę dużo więcej pracy, i przy tym oprócz tej, którą lubię (ze studentami) są jeszcze spotkania, zebrania i sprawozdania. Mobilizowanie swojego zespołu do różnych mniej lub bardziej durnych excelowych tabelek, kiedy już i tak wszystkim nam ledwo spod stosu esejów koniuszek nosa wystaje. No i walka z wiatrakami, nie zapominajmy, czyli teraz chatGPT i wymuszenie na uczelni podjęcia działań w tym względzie.
Czy wszystko wróci do normy, kiedy za parę miesięcy zrezygnuję z bycia papieżem?
Myślałam, że już mnie stosy zadań, prac domowych, esejów i nie-cierpiących-zwłoki ‚action points’ przywaliły zupełnie, ale chyba jednak powoli się odgrzebuję. Na razie jak ogarnę jeden stosik, to drugi rośnie, pytanie brzmi: czy szybciej ograniam, czy szybciej rośnie, tego jeszcze nie wiem.
Powoli słońce zaczyna zaglądać do mojej jaskini protestanckiej etyki pracy. Kusi. Żeby wyjść na spacer, zapatrzeć się jak trawa rośnie, powąchać mokre pąki i takie tam. Podciąć róże. Posadzić kwiatki.
Moja frenemy napisała, że nie wraca do swojej roli kierowniczki, wraca tylko do wykładów, tak dobrze ją znam, że wiem, że kombinuje jak sto pięćdziesiąt, pewno niedługo odejdzie. Chyba się sprzedam za te marne trzy stówki na rękę miesięcznie, przynajmniej na kolejne pięć miesięcy, akurat mi się przyda na mój Wielki Plan.
Przyjechał Adek z Ren, skończyli semestr i mają chwilę przerwy. Adek zaliczył wszystkie przedmioty dość dobrze, oczywiście zawsze się pytam, czemu nie na 100%🙂
Postanowił spróbować swoich sił jako profesjonalny gracz w pokera, no przecież po coś studiował tę matematykę tyle lat, prawda?
Nie muszę dodawać, że z rodzicielskiego punktu widzenia to tak, jakby chciał zostać influencerem, albo jutuberem, no ale cóż, wiadomo – jego życie. Podpisał jakiś kontrakt na jakies tysiace rozdań, z którego nie może się wycofać dopóki będzie na minusie. Hehe, mam tylko nadzieję, że nie skończy jako dożywotni niewolnik z – 1 000000 $. No, ale co zrobisz z dorosłymi dziećmi?
Powiem wam, nic nie zrobisz🤷
Został mu jeszcze rok studiów i moja głowa produkuje mnóstwo czarnych fantazji, że zawali magisterkę, bo będzie grał w pokera. On przekonuje mnie, że kiedy ma być pokerzystą, jak nie teraz – przecież nie jak będzie miał czterdziestkę, toby dopiero była porażka. Świetny plan, prawda? 😅
Dobrze chociaż, że dalej są z Ren, wydają się dość szczęśliwi razem.
To tyle u Adeczka, bo Trolla się pytała.
Znowu zaczęliśmy biegać, aplikacja pokazuje, że ostatni raz biegliśmy w październiku. Nie wierzę! Kondycja pod zdechłym azorkiem, ale jest cudnie:
Chciałam wyciąć niepotrzebną przestrzeń, ale nie potrafię…
Nie wiem, kiedy się wreszcie nauczę, być dla siebie dobra, zamiast sobie ciągle jechać, biczować się i poganiać i ogólnie zajeżdżać siebie samą jak konia na westernie.
Ubiegły tydzień był bardzo intesywny, choć intensywny to za mało powiedziane, był zupełną jazdą bo bandzie. Pracowałam nad poprawkami do tekstu, na które miałam miesiąc, miesiąc, ha! brzmi jak kupa czasu, otóż jest to oczywiście jest tego czasu bardzo mało, jak człowiek oprócz tego ma swoje zajęcia, w tym z przedmiotu na którym się zna jak kura na gwoździach, ogólną opiekę nad studentami, którzy mają swoje małe dramaty, i swoim dzieckiem, które akurat nie ma dramatów, ale gile do pasa albo kaszel starego palacza, do tego egzamin na prawko, co się wiąże z dodatkowymi jazdami, do tego .. do tego nie wiem co, chyba życie w ogóle i szczególe, codzienne mycie naczyń i gotowanie obiadów ze współtowarzyszem niedoli.
W poniedziałek byłam już nakręcona jak mały samochodzik, rankiem wysłałam tekst, a przez resztę dnia wszystko mi się ze wszystkim kojarzyło, na dopaminowym haju przeżywałam eureki co 10 minut, potem koniecznie musiałam się podzielić nimi ze światem bombardując biedną rodzinę na WhasApp, a że wieczorem miałam jeszcze stresujący wykład, z tego kurzego przedmiotu, to samochodzik nie mógł już wyhamować o żadnej porządnej porze i zatrzymał się grubo po północy. Dokładnie o czwartej rano.
Czwarta rano
Jak się nad ranem zatrzymał, tak od rana nie ruszył, a powinien. Miałam Bardzo Ważne Spotkanie, w sumie dla mnie dość marginalne, ale Ogólnie Ważne, no i głupio przecież wypaść głupio. Na spotkanie powinnam się była jeszcze trochę przygotować, a tu we wtorek rano Mo chora, więc oczywiście leży na kanapie z Netfliksem na cały regulator, ja po dwóch godzinach snu wlewam w siebie dwa litry kawy, żeby choć oczy otworzyć i te dwie komórki mózgowe co się jeszcze nie wyłączyły trochę zmotywować. Zoom otworzyłam w swojej sypialni, siedząc na malutkim krzesełeczku KRITTER przed stolikiem nocnym HEMNES, a kiedy zobaczyłam Starą Babę Zmęczoną Kobietę na ekranie, postanowiłam sobie trochę twarz poprawić, zmienić kąt padania światła, złagodzić rysy twarzy i korzystając z ostatniej gdzieś zaplątanej w zwojach mózgowych eureki, wymyśliłam konstrukcję z czterech książek pod cztery nogi stoliczka. A do tego komputer na dwóch dodatkowych. A na półeczce gorąca herbata. No geniusz po prostu.
Po 20 minutach telespotkania przesuwając komputer, strąciłam niechcąco książki, albo przesuwając książki, strąciłam komputer, nie ważne, nikt już nie wie od czego się zaczęło, ale wszyscy widzieli czym się skończyło. Komputer spadnięty na podłogę, herbata wylana, przedłużacz zalany, ja wyrzucona ze spotkania, w pędzie przenoszę się do drugiego pokoju, w którym oślepiające słońce pada prosto na Najbrudniejszą Ścianę, którą Widzieliście Kiedykolwiek na Zoomie, bo to był pokój Mo, który czeka na pomalowanie, łączę sie w końcu ponownie (w żalu), na ekranie widać Starą Babę Zmęczoną Kobietę i Brudną Ścianę Dziwne Tło, Szanowna Komisja ma do mnie pytania, a ja w panice szukam w głowie słów, a tam pustka. Jak bardzo pusto może być, wie tylko immigrant, który nauczył się języka na starość, tfu, za dorosłości, wie on również jak bardzo jest to męczące, stresujące i w ogóle beznadziejne.
A potem zamiast sobie to zawieruszenie języka w gębie wybaczyć, całe popołudnie muszę to rozkminiać i przeżuwać.
Do tego zima, wieją wichry, piździ i pada śnieg. Smutny zwierz wychylił głowę ze swojej nory.
Trzeba go teraz trochę porozpieszczac, przekupić kokosowymi ciasteczkami i dobrymi filmami.