Mo

Mo generalnie daje radę, chodzi z nami wszędzie, tylko trzeba się zmiescic w zakresie czasu do około godziny, nie licząc dotarcia na miejsce. Potem musimy coś wymyśleć specjalnie dla niej. Ale da się pójść do jakiegoś muzeum czy na zwiedzanie miasta z przewodnikiem, trzeba tylko pamiętać o lodach, napojach i placach zabaw w parku co jakiś czas.

Dziś pierwszy raz miała małe załamanie, było gorąco i późno i kiedy wreszcie siedliśmy coś zjeść późnym wieczorem rozpłakała się i stwierdziła, że chce wracać do Irlandii.

Lewacki Berlin

Dziś kontynuacja: muzeum Grosza i lewacki spacer po miescie.

Grosz bardzo na czasie – skrajna bieda i bogactwo Republiki Weimarskiej, upiory wojny i amerykański konsumpcjonizm.

Disturbed While Eating
The Menace

Spacer zapowiadał się bardzo ciekawie, było warto, choć Mo wytrzymała jedynie godzinę i piętnaście minut, więc zahaczyliśmy tylko o Marxa i Engelsa.

Berlin na szybko

Przypomina mi moje miasto. Architektura, kasztany, parki, place zabaw. Parki są otwarte nawet w nocy, ludzie siedzą na ławkach, śmieją się i rozmawiają.

Dużo knajp i restauracji, o 20 pełnych po brzegi. Etnicznie wieksze zróżnicowanie niż w Polsce, ale chyba mniejsze niż w Dublinie.

Fajna alternatywnie ubrana mlodziez. Może dlatego, że mieszkamy w Berlinie Wschodnim.

Nareszcie słońce, bo przez cały pobyt w Pl pogoda była iście irlandzka. Cudna ciepła środkowoeuropejska pogoda. Coś za czym tęsknię, a moja urodzona w Dublinie córka nie lubi. Ja w podkoszulce, koszulce, sweterku i lekkiej przeciwdeszczowej kurtce, a ona w sukience na ramiączkach ‚mamo, gorąco!’. Nie ma szans pojechać z nią do Hiszpanii czy Grecji w lecie.

Założyła bunny ears i jest gotowa na zwiedzanie Berlina

Wszyscy mówią świetnie po angielsku.

Wody, prądy, wibracje

Kąpalismy się w morzu, jak w pierwotnych wodach matki ziemi, wracając do początku. Często dwa razy dziennie, pomiędzy nimi spacery w balsamicznym sosnowym lesie. Pogoda idealna – pada, wieje, chmurzy, burzy, a potem nagle słońce. Nie było upałów, nie było powolnego snucia się jak muchy w topniejącym asfalcie.

Poziom cielesny harmonizowal z uczuciowym, bo wyjazd nad morze jest wyjazdem rodzinnym. Miałam więc swoje dwie siostry i dwóch braci na miejscu, z mamunia i szwagierkami, Mo miała swoich kuzynów. Przez tydzień nastrajałam odbiornik społeczny, regulowałam uczucia i poszerzałam perspektywy.

Nie było to zawsze łatwe, tak jak bycie z morzem łatwe nie jest. Momentami zastanawiałam się, po co mi ta emocjonalna zupa, wysłuchiwanie o różnych potrzebach i chęciach, planach, zranieniach i pragnieniach, czemu co roku muszę się zanurzyć w tych odmętach uczuć i rozmów. Godzinami krążyłam od siostry, do brata i z powrotem do mamuni, dzieci, drugiej siostry ze szwagrem i tak dalej, w kółko i wciąż. A wieczorem jeszcze raz, wszyscy siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy.

Ale teraz czekam na spokój, wiem wszystko co powinnam wiedzieć, jestem na nowo połączona z tymi, z którymi tak długo dzieliłam swia dzieliłam nowymi pędami emocji, dostrojona do nich wszystkich i wibracji każdego z osobna.

Straszna słabizna

No i dostałam odpowiedź od Szanownej Komisji, rozmowa, moi drodzy, poszła mi dobrze i byłam ‚successful’, niestety, okazuje się, że była to ongoing rekrutacja i już wszystkie miejsca na kursie są zajęte. Ale jakby były miejsca, to bym się dostała.

Wpisali mnie na ‚waiting list’, mam pierwszeństwo przy następnym naborze.

WTF???

No to się porządnie wkurzyłam, po pierwsze, NIGDZIE na stronie nie było napisane, że miejsca przydzielają temu, kto się zgłosi PIERWSZY. Noż cholera jasna! Papiery można było składać od listopada, termin mijał z końcem czerwca, gdybym wiedziała, to wysłałabym im pięćdziesiąt wymaganych dokumentów dokładnie 1 listopada!

Po drugie PIERWSZY raz się spotykam z czymś takim, to tak, jakby zrobić egzamin po francusku i o tym nie wspomnieć w prospekcie. To chyba ważna informacja, nie?

A w dodatku napisałam do nich w listopadzie, pytając do kiedy trwa rekrutacja, odpisał dyrektor kursu, że do końca czerwca, ale gdy będą mieli dużo kandydatów może zakończyć się wcześnie. Ani słowem się nie zająknął, że przeprowadzają rozmowy już wcześniej i oferują miejsca od samego początku. Sprawdzałam regularnie, czy nie zamykają okienka do aplikowania, ale nie.

Wygląda na to, że była to rekrutacja tak skonstruowana, żeby dostały się osoby, które powinny się dostać, czyli te, które wiedziały. Czyli dziadek wiedział, nie powiedział, a to było tak.

Jeszcze z takim NIESPRAWIEDLIWYM, NIETRANSPARENTNYM I NIEUCZCIWYM potraktowaniem kandydatów się nie spotkałam. Ręce mi opadły.

A to niby najlepszy Uniwerek w Irlandii. W pierwszej setce na całym świecie.

A ja czuję, że to po prostu szuje.

Straciłam zaufanie.

Jeszcze nie wiem co zrobię.

Ptasie mleczko z szałwią

Pokój Mo

Daliśmy radę pomalować przed przyjazdem chłopaków, reszta zmian musi poczekać po wakacjach.

Kolory wybierała sama, dała się przekonać, że wszystko na różowo będzie trochę za bardzo.

Przyjechały chłopaki i codziennie sobie gratuluję, że wpadłam na pomysł wysłania ich na oboz/półkolonie, przecież do trzeciej rozniesliby mi cały dom.

Dojeżdżamy na oboz 15 km w jedną stronę, wydawało mi się to mało, kiedy placilam, ale nie wpadło mi do głowy, że to jest razem 60 km codziennie. Przez całe miasto. 😅

Chłopaki śpią w piankowo-groszkowym pokoju.

Teraz mam trochę wątpliwości

Miałam dziś rozmowę rekrutacyjną. Komisja podkreślała, że kierunek jest szalenie oblegany, a tylko 10 miejsc. Nie byłam jakoś specjalnie zestresowana, trudno mi stwierdzić, kogo oni szukają. Trochę mnie chcieli przestraszyć i zniechęcić, trochę wybadać, podkreślali, jak duże to będzie poświęcenie, że nie jest to typowy rok akademicki, który trwa 7 miesięcy, bo spotkania i seminaria są właściwie przez cały rok miesięcy. No i do tego trzeba być bogaczem, dwa lata studiów i potem jeszcze dwa praktyki, żeby zdobyć uprawnienia. Ale nie jest to 60 tys. euro rocznie, jak u moich Amerykańskich studentów:D

Mówiłam raczej swobodnie, spokojnie, starałam się nie być zbyt pewna siebie ani też zbyt zalękniona. Mnóstwo ciekawych rzeczy przychodziło mi do głowy, moje wcześniejsze obawy, że nagle nie będę mogła nic wymyśleć, bo nowa dziedzina, stres i jeszcze po angielsku, nie sprawdziły się.

Ale mam trochę wątpliwości, czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy stać mnie na takie poświęcenie. Czy to jest to, czemu się chcę poświęcić.

Może się nie dostanę i dylemat się rozwiąże;)

Koniec balu

Mam prawdziwą zagwozdkę w pracy – jak pokazać, że pracuję, ale się poobijac trochę 😁

Summertime to dla wykładowców tradycyjnie czas na lekturę, także profesjonalną, czas uzupełniania wiedzy i slajdow, czas na eksplorowanie nowych dróg i obszarów, pisania artykułów czy planów badawczych, ale także – może nawet przede wszystkim – czas odpoczynku. W ciągu roku akademickiego naprawdę rzadko się zdarza, żebym miała wolny weekend, pracuję również większość wieczorów w tygodniu, plus zajęcia dzienne. Potem maj czyli egzaminy, sprawdzanie prac, wystawianie ocen końcowych itd itp, okres w sumie prawie równie intensywny. No, ale z końcem czerwca i ostatnią radą egzaminacyjną robimy juhuuu!!!! PARTY!

Żartowałam, zaczyna się wyciszenie, spowolnienie, czas na naładowanie akumulatorów (i głowy!) na następny rok.

Niestety, moja nowa funkcja kierownicza (hahaha), z niewielkim dodatkiem funkcyjnym, muszę dodać dla uczciwości, powoduje, że niektórzy menagerowie mają wrażenie, że powinnam pracować w lecie! W przyszłym roku czekają nas pewne urzędowe sprawy związane z pozwoleniem na kontynuację prowadzenia zajęć na jednym z kierunków, do tego mam zupełnie nowego szefa (w sumie podlegam pod czterech, nie ma to jak silna kadra managerska😁: główna od spraw akademickich, dwoje zastępców i managerka od spraw, powiedzmy, organizacyjnych), który chyba zastanawia się cały czas, co ja takiego robię, kiedy nie ma mnie o 9 rano przy komputerze. I zleca mi ciągle nowe zadania. Wyobrażacie sobie?? Które w sumie nie do końca należą do moich obowiązków, ale nie chcę się na razie o to kłócić, bo przecież niedługo zamierzam się z funkcji wykręcić.

Ale myślałam sobie, że przechytrze system, do tego czasu przycupne sobie cichutko na stogu siana przez całe lato i zniknę. Ale nie z nimi takie numery, okazuje się, muszę siedzieć w biurokratycznych bardzo nudziarskich papierzyskach, koniec balu panno Lalu!

To sobie tylko westchne cichutko, ech…