Może coś urośnie

Znowu chorujemy. Żałuję, bo 20 stopni, turkusowe niebo, słońce. Weekend. Można by pojechać nad morze. A nas rozłożył kolejny wirus, chyba ten od Mo tym razem. Jestem tak wycieńczona końcem roku akademickiego, że zawsze przez kolejny miesiąc zamiast jeżdzić na wycieczki i chodzić na spacery, leżę w łóżku, jak tylko mogę sobie na to pozwolić. To znaczy na sofie. Taki cholerny wirus, niby nic wielkiego, bo nawet kataru porządnego nie mam, a jednak w sobotę, po dwóch godzinach prac w ogrodzie zrobiło mi się słabo.

Mi za to rozłożyło dokumentnie, od tygodnia kicha i prycha, teraz kaszle, wczoraj leżał od rana, dziś wstał, zrobił test, ucieszył się, że nie covid, zaległ znowu na sofie i pracuje pół dnia z domu. Potem, niestety, musi iść do więzienia, założy maskę i nie będzie się całował z więźniami;) Mam nadzieję, że nie zarazi pół ZK. Gorączki nie ma. Ale musi iść, bo drugi pracownik pojechał na pogrzeb, a samej kobiety nie można zostawić z 30 więźniami na warsztatach, o które się starali parę miesięcy.

W sobotę Mo zasiała pietruszkę, szczypiorek, rzeżuchę, rzodkiewkę i przeróżne malutkie kwiatuszki. Było ciepło, teraz znowu zimno, zobaczymy, czy coś wyrośnie. Zagryzam wargi i powściągam zapędy zwracania jej uwagi, że nie tak, za dużo, za mało, za płytko, za głęboko, zniecierpliwienia czającego się zawsze gdzieś pod powierzchnią. Naprawdę, bardzo się pilnuję, żeby nie studzić jej zapału ciągłym upominaniem. Niech robi jak potrafi, najważniejsze, żeby poczuła tę radość, to szaleństwo, tę rozkosz, że możemy przyczynić się do nowego życia.

Nie mam pańskiego płaszcza po Irlandzku

Jeśli ktoś myśli, że ‚nie mam pańskiego płaszcza, i co mi Pan zrobisz?’ zdarza się tylko w Polsce, albo tylko w komuniźmie, to się myli. Beszczelność wynikająca z bezkarności jest raczej popularną ludzką cnotą.

Zapłaciłam szkole nauki jazdy z góry za 36 lekcji, z czego ostatnią miałam mieć parę dni przed egzaminem. Był to, jak się później okazało dzień wolny – nowo wprowadzone święto Św. Brygidy, patronki Irlandii. Ja tego nie wiedziałam i szkoła także nie zorientowała się, więc dopiero na dwa dni przed tym feralnym poniedziałkiem dostalam maila, że z powodów niezależnych lekcja jest odwołana. Zadzwoniłam, żeby umówić jeszcze te dwie godziny jakoś przed egzaminem, ale w gąszczu moich zobowiązań pracowych i planów szkoły nie znaleźliśmy żadnego pasującego terminu. Pani zapewniła, że zwrócą mi pieniądze, jak nie będę już potrzebować jazdy. Umówiłam jeszcze prywatnie dodatkową lekcję tuż przed egzaminem, z innym instruktorem. Egzamin zdałam, a szkoła zamiast oddać mi kasę, proponuje ‚vouchery na naukę jazdy’, haha.

Klasyczny brak płaszcza, ale nie odpuszczę, choć więcej mnie to będzie kosztowało czasu, niż to warte.

Szlag mnie trafia

Ogród szaleje, dobrze, że mam pana do koszenia, to mam luz. W rezultacie jedyne, co jest w ogrodzie zrobione, to skoszony trawnik ;D A ja siedzę na kanapie i się nudzę nad Excelem, prawda. Mam plany kupienia trochę kwiaciorków i posadzenia tego i owego, miałyśmy to właściwie robić w tym tygodniu z Mo, ale się rozchorowała.

Marzyliśmy o wyjeździe do Kopenhagi, bo dziewczyna Adka tam studiuje. Ale Kopenhaga taka droga, no i pogoda może być średnia, i po co nam z deszczowej Irlandii lecieć do deszczowej Danii i tak rozkminialiśmy i rozkminialiśmy, aż nas proces myślowy zaprowadził do Porto.

A zatem Porto! koniec czerwca, pięć dni, cztery noce, zabukowałam dla naszej trójki bilety i noclegi w samym centrum, na zdjęciach mieszkanie duże, z dużym łóżkiem i dodatkową rozkładaną sofą. Piszę więc do Adka tak z głupia frant, bo oni mają swoje plany i pomysły, no i się okazuje, że w sumie oni bardzo chętnie, akurat Ren będzie zaraz po egzaminach. Zafundowałam więc synowi bilet lotniczy tam i z powrotem i jedziemy w piątkę.

To może być nasz ostatni europejski miejski wypad przed-wakacyjny, bo przez następne dwa lata moje plany będą nam pożerać większość dodatkowych funduszy (jeszcze tajemnica).

*****

Czytam prasę polską i się we mnie gotuje. Po śmierci tego biednego dzieciaka, ci kretyni chcą przywrócić karę śmierci. Kara śmierci jeszcze nikogo nie odstraszyła od popełnienia przestępstwa, jest na to mnóstwo badań. Zamiast dofinansować sprawny system ochrony dzieci, wprowadzić obowiązkowe zgłaszanie przez nauczycieli, lekarzy, pielęgniarki i inne osoby pracujące z dziećmi podejrzeń o maltretowaniu odpowiednim organom (tak jest w Irlandii, pod groźbą kary), dofinansować różne organizacje, które od lat walczą z karami cielesnymi, zdelegalizować DAWANIE KLAPSÓW, zwiększyć fundusze i podnieść prestiż pomocy społecznej i pracowników socjalnych, którzy będą pracować z rodziną bądź kierować do sądu wnioski o odebranie dzieci, wprowadzić prymat dobra dziecka, nad prawami rod (‚Główny problem polega na tym, że nadrzędnym celem [pieczy zastępczej], zapisanym w prawie jest ochrona i wzmacnianie rodziny biologicznej. Nie dziecka. Czyli jedność rodziny jest ważniejsza niż dobro dzieci’) itd itp, ci kretyni mówią o legalizacji kary śmierci. I do tego rozpoczynają kampanię ‚stop seksualizacji dzieci’. Za grubą kasę będą straszyli gejami i masturbacją, a rodzice dalej będą tracić cierpliwość i wyładowywać swoją agresję na dzieciach, albo po prostu lać gdzie popadnie. Bezkarnie, dopóki dzieciak nie zostanie zakatowany. Sama nazwa ‚Rodzice chronią dzieci‚ brzmi jak jakiś ponury żart.

Takimi właśnie sprawami zajmuje się Mi w swojej pracy i właśnie ostatnio był w sądzie na rozprawie o zabranie dzieci. Postępowanie zostało wszczęte, kiedy naćpany ojciec przewrócił sie na ulicy, mając pod opieką trzylatkę. Sąd nie zgodził się na natychmiastowe zabranie dzieci, jest jeszcze matka, która wydaje się mieć z nimi dobry kontakt, ale rodzina natychmiast została wzięta pod lupę przez agencję ds. dzieci i jej pracownicy rozpoczęli bardzo drobiazgowe badanie sytuacji. Dzieci przy tym wydają sie zadbane, nie mają siniaków ani żadnych innych oznak maltretowania, a i tak sąd orzekł, że dzieci mają być umieszczenie w pieczy zastępczej. Czy i kiedy wrócą do rodziców, będzie zależało od tego, jak bardzo rodzicę będą się chcieli i mogli zmienić.

A tymczasem w Polsce walczy się z ‚prowadzeniem lekcji / zajęć/ warsztatów /apeli/ pogadanek/ projekcji filmów itp. na takie tematy, jak:

edukacja seksualna, antykoncepcja, profilaktyka ciąż wśród nieletnich i chorób przenoszonych drogą płciową (np. HIV i AIDS), dojrzewanie i dorastanie, równość, tolerancja, różnorodność, przeciwdziałanie dyskryminacji i wykluczeniu, przeciwdziałanie przemocy, LGBT, homofobia, tożsamość płciowa, gender’.

Bardzo Ci dziękuję, kochanie

Ale w ramach dbania o siebie, relaksu i odpoczynku oraz doceniania życia i piękna świata, szczególnie w maju, pojechałam wczoraj wieczorem na zakupy do Tesco.

Niebo było takie różowe, z pomarańczowo-białymi chmurkami.

Wyrzuciłam słoiki i butelki do punktu zbiorczego. Zielone do zielonego szkła, przeźroczyste do przeźroczystego. Transparentnie i odważnie, bez przyczajki, bo przecież żadnych butelek po winie ani po piwie, tylko musztarda, majonez, oliwa z oliwek.

Pachniało bzami. I świeżo skoszoną trawą, trochę już przywiędłą, bo już wieczór. I tym specyficznym kurzem miejskim po ciepłym dniu.

Wrzuciłam ubrania do kontenera. Spokojnie, na luzie, z uśmiechem. Ubrania czyste i nie poplamione. Po prostu za małe.

Zrobiłam zakupy. Owoce, warzywa, sałatki, mleko i wędliny. Baterie. Papier toaletowy. Chleb. Bób, humus, włoszczyzna.

Zapomiałam karty tesco, miła, młoda pani na kasie podpowiedziała, że z apką miałabym taniej. Zaczęła instalować i prawie by się udało, ale robiła się za mną coraz dłuższa kolejka i starsza pani tuż za mną zaczęła się niecierpliwić.

Zapłaciłam, przeprosiłam starszą panią za spowolnienie kolejki. Starsza pani przeprosiła mnie za swoją niecierpliwość i tłumaczyć, że bardzo bolą ją plecy.

Przepraszałyśmy się jeszcze z pięć minut, a potem z czterema wielkimi siatami poszłam do samochodu. Nie musiałam ich wieźć na rowerze, nawet nie wiecie, jaka to wygoda! Jeszcze pół roku temu przepasałabym się jedną wielką torbą, inne bym przytroczyła do roweru, jedną z przodu, drugą z tyłu i dwie po obu stronach kierownicy i jakoś dotarabaniłabym się do domu.

A teraz – włożyłam torby do bagażnika.

Włączyłam Edytę Geppert.

Niebo zmieniało kolory na ciemniejszy róż i pomarańcz, pomieszany z lazurem.

Edyta śpiewała ‚przeciwnie, bardzo ci dziękuję’.

W przerwie na życie

No dobra wysłałam. Trzecią wersję, poprawioną. W nagrodę pozwoliłam sobie na lunch przy Sukcesji. Oraz post na bloga. Edytorzy w kółko poprawiają moje długaśne zdania. A zatem postanowiłam się wprawiać w krótkości i zwięzłości. Do kitu, nie podoba mi się.

W każdym razie jest maj. Wyszłam do ogrodu.

Jak człowiek wyjdzie na zewnątrz, to przez chwilę myśli, że jednak był grzeczny i dostał się do raju – wszystko pachnie, kwitnie, bzyczy, świeci. Jest ciepło i jasno. Małe owady robią co trzeba, duże też, kwiatki wiadomo, listki wystawiają się do słońca. W maju ogród udaje, że jest zadbany. Podmalował oko i idzie na podryw.

A Mo idzie dziś na pierwszą w życiu nocowankę. Mam zamiar skorzystać i odwalić kawał roboty. Oraz się wyspać.

Ostatnio jak mi się trafia dzień wolny, to się cieszę, że będę mogła pracować w spokoju.

Czy to nie jest trochę przerażające?

Porucznik Colombo na tropie raportu rocznego

Pasmo sukcesów ciągle aktualne, zgodnie z propagandą jest więcej, lepiej, szybciej, na razie dotyczy to jedynie pracy i mam nadzieję, że tak zostanie. Mam dużo WIĘCEJ pracy, którą muszę LEPIEJ i SZYBCIEJ wykonać, jak mogło mi coś takiego wpaść do głowy, że wraz z końcem zajęć zacznę się nudzić, paznokcie piłować i seriale oglądać? Szefowa tylko strzeliła batem i się zaczęło, rewizje, raporty i porównania, zebrania, maile, przygotowania, przeglądy, oceny kwartalne i planowanie roczne. Do tego setki esejów do sprawdzenia i oczywiście nadchodzące egzaminy.

System ma się bardzo dobrze, machina biurokracji i produkcji papierków, tfu, elektronicznych dokumentów rozkwita, ja mam się trochę gorzej, a nawet okresami całkiem marnie, już nawet nie Lady, tylko zwykły wyrobnik, chłopka pańszczyźniana, nie wspominająć już w ogóle o Leisure (co to takiego w ogóle jest?).

Ogród nie ruszony, książki nie przeczytane, sweter na drutach nie dokończony, dom nie posprzątany.

To są chyba jakieś jaja, naprawdę.

Siedzę w środku tego wszystkiego i zastanawiam się, jak to jest że niektórzy ludzie czerpią z tego przyjemność, z tych niezliczonych spotkań, tabelek i pierdół, no naprawdę, wiem, że część z tego musi być zrobione, ale jak to jest, że niektórzy wydają się to LUBIĆ?? To przechodzi moje pojęcie.

Mam również wrażenie, że zawsze trzeba coś mądrego powiedzieć, wymyśleć, pokazać się, a aktualnie moim ideałem jest porucznik Colombo. (Muszę sobie kupić prochowiec).

Raczej nie zrobię kariery, hehe.

Moje życie to pasmo sukcesów

Jako świeżo upieczona Lady of Leasure będę Was teraz zanudzać co oglądałam, co przeczytałam, co widziałam, gdzie pojechałam, co zrobiłam, w jakim nastroju wstałam.

Fantastycznym, jeśli pytacie 🙂 Nie ma to jak skończyć rok szkolny w środku kwietnia! Wczoraj miałam OSTATNI WYKŁAD w tym roku, z tego przedmiotu na którym się znam jak kura na gwoździach, nie było łatwo, przygotowałam im slady powtórzeniowe do egzaminu i sama zapomniałam (części) odpowiedzi na jedno pytanie 😀

Ale zapisuję całe doświadczenie w rubryce ‚sukces’, postanowiłam się bowiem nie obciążać rozkminianiem porażek które są niezależne ode mnie. Nie jestem ekspertem, nie jest to moja dziedzina, dałam z siebie wszystko, przygotowania do przedmiotu zabrały mi masę czasu, bo przecież nie mogłam sobie z palca wyssać teorii, nazwisk, eksperymentów, dat. A ile się przez ten rok nauczyłam! I jeszcze na tym zarobiłam. Po prostu win-win. Kiedy wczoraj za dziesięć dziesiąta w nocy oddałam do biblioteki dwie cegły pt. Psychology poczułam się lekka jak piórko, choć bogatsza o wiedzę, doświadczenie i pieniądze. Jak to nie jest sukces, to nie wiem, czym jest.

Oprócz tego zakwalifikowali mi do druku mój tajemny projekt. To tylko rodział w książce, nic wielkiego, Takajedna mówi, żebym się opamiętała, nikt nie pisze przez rok rozdziału, nikt oprócz mnie chyba. Nie było łatwo, nie ma za dużo badań na ten temat, więc musiałam smarować bardzo cieńko, tak cieńko, że miejscami widać prześwity. Pomimo używania języka angielskiego na codzień, miałam ogromne opory przed pisaniem poważnych rzeczy, cały czas wszystkie ‚the’ i ‚a’ wstawiam na czuja i często wcale nie w odpowiednich miejscach, nic nie wiem o gramatyce i angielskiej interpunkcji (która, niestety, różni się od polskiej), do tego dochodzą różnice w pisowni amerykańskiej i brytyjskiej (jeden recenzent w kółko poprawiał mi ‚organization’ na ‚organisation’). Moja cała wiedza o języku opiera się na tym, że dużo czytam.

Można gratulować 😄

Okoliczności przyrody

Jak już tak lecę rabatkami, to proszę wystawa północna:

Też nie jestem pod wrażeniem, jedno słowo przychodzi na myśl: słabo.

Ale winobluszcz zaczyna wypuszczać liście, po prawej stronie powojnik Montana szukuje się do szaleństwa kwiatowego. Musiał zostać przywołany do porządku, bo już był wybujały i rozszalały na potęgę, więc go na jesieni porządnie przycięłam, co mu wcale, jak widać, nie przeszkodziło.

Po lewej stronie huśtawka i wydeptany goły placek, z którym nie zamierzam nic robić, bo barcholce też ludzie i mają prawo do zabawy w ogrodzie. Dalej hortensja pnąca, która wyjątkowo dobrze sobie radzi (choć powoli), w przeciwieństwie do głogownika (ten z czerwonymi listkami), który sobie nie radzi. Klon japoński i zwykła hortensja już w zeszłym roku padły i zostały wykopane.

Tylko geranium się nie przejmuje i przepycha się z paprociami. Mam dwa gatunki: kwiatki niebieskie i kwiatki różowe, oba czują się świetnie w tym zapomnianym zakątku, pełnym budowlanego gruzu z lat 50tych ubiegłego wieku.

Muszę jeszcze to całe towarzystwo jakoś uporządkować i wziąć w karby, oraz dokwaterować im kolejnych lokatorów na tym spłachciu ziemi.

A tutaj drugi klon japoński, który inaczej niż pierwszy, ma się całkiem dobrze w donicy pod domem. I moja ukochana róża pnąca, wyhodowana z malutkiej gałązki ukradzionej z cudzego ogrodu (kradzione tuczy).

Poniżej Mo w naszym ulubionym parku, nawiększym parku w centrum miasta w Europie, do którego mamy 10 minut na piechotę.

Wbrew pozorom cały szoł na tym zdjęciu kradnie trawa, które w rzeczywistości ma jeszcze bardziej żywy kolor. Jeśli możecie to sobie w ogóle wyobrazić.