

Leczy, uspokaja, koi. Pomaga walczyć z przewlekłym stresem. Samochodem tylko pół godzinki drogi od nas, największy plus bycia zmotoryzowanym.


Leczy, uspokaja, koi. Pomaga walczyć z przewlekłym stresem. Samochodem tylko pół godzinki drogi od nas, największy plus bycia zmotoryzowanym.

W poniedziałek rano zaczynam zajęcia. To pierwszy etap mojego Wielkiego Planu. Codziennie osiem godzin w szkole, przez tydzien.
Dopiero teraz o tym zaczęłam rozmyślać, chyba insekty zajęły mi cały umysł, tak, że niewiele zostało na strach przed studiami. A może tylko przykryły moje obawy.
Ale czuję, że wróciłam do siebie. Do (umiarkowanego, ale jednak) spokoju umysłu i poczucia, że będzie dobrze.
Zastanawiam się, czemu akurat te owady wywołują tak wiele emocji. Przecież to jak komary, tylko bez skrzydeł, prawda? A nawet lepiej – bo moskity jednak przenoszą okropne choroby, a one nie. A jednak komary nie wywołują takiego obrzydzenia, nikt się również nie wstydzi powiedzieć ‚mam komary w domu’.
Może dlatego, że włażą do łóżka? Czyli najbardziej intymnej, prywatnej, osobistej przestrzeni. To jest dla mnie natrudniejsze, przez to nie mogłam spać przez tydziń. Oprócz tego śmierdzą. Takim okropnym słodkawym zapachem brudnej pościeli. (No ale pies też śmierdzi i wielu osobom to nie przeszkadza😁)
Ostatni tydzień był dla mnie bardzo, bardzo trudny. Niby nic takiego, żadna wielka tragedia, wszyscy zdrowi i żywi, ale spadły na nas takie małe, drobne plażki – cały dom wywrócony do góry nogami, trucizna na podłodze i ciuchy w worach, powrót do pracy po urlopie, gdzie czekały maile i mnóstwo niecierpiących zwłoki spraw, dopięcie na ostatni guzik papierów na studia, o których dowiedziałam się przecież w ostatnim momencie (spróbujcie załatwić sobie zaświadczenie o niekaralności online! mam wrażenie, że specjalnie zatrudniają tam osobę, której zadaniem jest zrobić to najbardziej user unfriendly jak się da), ostatnie poprawki do artykułu, zepsute dętki i rowery i wszechogarniający chaos. Już znalezienie rano czystych rzeczy do ubrania to wyzwanie, grzebie się w worach i grzebie, a skarpetek ciągle nie ma.
Ale koniec, finito, zapisuję do przygód. Przeżyliśmy. Od dwóch dni nie znalazłam żadnego dowodu obecności, jeszcze tylko pan przyjdzie popryskać drugi raz, jeszcze raz wypierzemy wszystkie rzeczy, które nie są schowane w szczelnych workach, porozsypuję ziemię okrzemkową i zostanie mi tylko monitorowanie.
Zaczął padać deszcz. Jest wieczór, ulice Dublina w deszczu, a w głośnikach Coltrane.
Zawiozlam Adkowi monitor, który chce zabrać do koleżanki. Umówiliśmy się w centrum, koło Connolly station.
Wracam. Po prawej stronie mam Liffey i pięknie oświetlone mosty Dublinskie.
Jest gwarnie, ludzie łapią ostatnie dni lata. Przebiegają przez ulicę prosto do pubów, nikt nawet jeszcze nie myśli o parasolu.
Nie wiedziałam, że jazda samochodem może być taka przyjemnością!
Wracam do siebie. Do domu, który znowu powoli powoli staje się przyjazny.

Odpoczywam w ogrodzie. Schowalam się z kawką u pani natury, dawno tam nie byłam.

Po trzech tygodniach nieobecności ogród jest bardzo zaniedbany, ale i tak kojąco na mnie działa. Wydaje się najbezpieczniejszym miejscem w domu😂

Nie odpuszczę tym przyjaciółkom Mi, które wprowadziły się do naszego łóżka.
Idę na wojnę.
Dokonałam zakupów broni krótkiego i dalekiego zasięgu: odkurzacz parowy, ziemia okrzemkowa, specjalne powłoczki do materaców i wreszcie oprysk profesjonalny.
Dziś sypialnia wywrócona do góry nogami i jedziemy z czyszczeniem parą, może w końcu będę miała pierwszą spokojną noc od powrotu z wakacji, może w końcu się wyśpię.
Profesjonalni najemnicy zamówieni na poniedziałek za jedyne 650 euro, jakby ktoś był ciekawy, będą pryskać cały dom, więc kontynuujemy chowanie wszystkiego do czarnych worów. Nie dałabym rady walczyć jedynie domowymi sposobami i nie spać parę tygodni, wojna podjazdowa za dużo by mnie kosztowała. Za dwa tygodnie brygada eksterminacyjna przyjdzie ponownie, żeby dobić ewentualne niedobitki.
Mojego Mi to nie rusza, śpi całą noc bez problemu. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, dla mnie wkroczenie do mojej sypialni i mojego łóżka to naruszenie miru domowego, zaburzenie mojego bezpieczeństwa i spokoju, najgorsze przestępstwo, za które należy się kara śmierci.
Nieproszeni goście, rzeczy w czarnych worach, świetlica dzwoni, że Morinka spadła z huśtawki i są na pogotowiu, brak snu, bo ciągle mi się wydaje, że po mnie coś łazi, rozmrożona zamrażarka i ryba zjadana na szybko, żeby się nie zepsuła, sny o insektach, sprawy pracowe, zupełnie niejasne strony internetowe państwa polskiego, gdzie nic nie jest proste i wszystko wymaga dziesięciu logowań i pięciu maili, stres, że nie zdążę z dokumentami, które mam donieść, niestrawność po rybie, strach, czy sobie poradzę na nowych studiach kosztujących 10 tys euro, stres, potworny stres, bo wszystko wymyka się z rąk, bo boję się spać we własnym łóżku, budzę się w nocy i nie mogę zasnąć i śnię o insektach, albo że karmię całą moją rodzinę zatrutą zupą i wszyscy umrą, na dodatek guma w ostatnim środku transportu, na dodatek do gumy złapanej w rowerze Mi, czyli przedostatnim środku transportu i do auta pożyczonego na wycieczkę przez brygadę Adka, wszystko to, wszystko to zaowocowało wczoraj karetką pogotowia. A właściwie strażą pożarną, bo karetki nie było w pobliżu. Morinka przerażona, płacze, ja nie mogę złapać oddechu.
Wydawało mi się, że się duszę, a to był tylko atak paniki.
Wróciłam w sam środek Armagedonu.
A zatem, po pierwsze, przyjęli mnie na studia. Przez chwilę się zastanawiałam, czy w ogóle dołączyć do tej sekty – przecież tak się na nich wkurzyłam i znielubiłam na całego – ale po krótkiej, dość oczywistej rozkmince, postanowiłam przyjąć zaproszenie. Tak, teraz ja też będę należeć do kliki.
Zaczynam za dwa tygodnie, na sam początek pięć pełnych dni na uczelni. W związku z tym muszę teraz dostosować swoje plany i zobowiązania w pracy, a co najważniejsze przygotować się mentalnie.
Po drugie, okazało się, że mamy w domu nieproszonych gości, bardzo upierdliwych. I nie są to koledzy i koleżanki Adka. Choć nie wykluczam, że może kiedyś oni to cholerstwo przynieśli. A może my, z jakiejś podróży. Nieważne w sumie, istotne jest, że cholerstwo jest bardzo trudne do wytępienia, walka jest podobno długa i bardzo kosztowna, a jak ktoś nie chce płacić pieniędzmi, to zapłaci swoim zdrowiem psychicznym. Wczoraj, kiedy to odkryłam, byłam załamana, po nieprzespanej nocy siedziałam nad górą ciuchów z wakacji, jeszcze nie posortowanych, łóżkiem rozłożonym na części pierwsze i świeża wypraną pościelą, czytałam na necie komentarze zrozpaczonych ludzi bezskutecznie walczących od miesięcy i nie wiedziałam co robić – czy pakować wszystko w wory do wyrzucenia, czy zamawiać firmę, czy w ogóle sprzedać dom i uciekać. Dziś już jestem w nastroju do działania, na razie wszystkie rzeczy z wakacji i te, które nie były schowane do szafy popakowałam w czarne wory, w sobotę, jak Adek odda nam samochód zamierzam pojechać do pralni i wszystko wyprać i wrzucić do suszarki na najwyższą temperaturę. Potem być może będziemy musieli zrobić to samo ze wszystkimi rzeczami w domu. Zamówiłam przemysłową wręcz parownicę, na weekend będziemy wyparzać pod ciśnieniem wszystkie meble w sypialni i podłogi.
Nie będę się bawić w nieskończoność w domowe sposoby, mam ochotę spuścić bombę atomową na to cholerstwo, ale muszę się zadowolić opryskiem, więc do arsenału domowych środków dodaję zamglawianie wykonane przez profesjonalną firmę. Wyrzucam łóżka z pokoju Adka (i tak chciałam wywalić) i stary fotel z dużego pokoju, może materac z naszego łóżka, jest szansa że będę mogła oszczędzić sofę z dużego pokoju, bo tam nikt nie śpi. Najgorzej, że mamy drewnianą podłogę i jest to gówno na pewno schowane w szparach między deskami i pod listwą przypodłogową. Mam nadzieję, że nie będę musiała zrywać podłóg.
Okazało się, że mamy całą kolonię tego cholerstwa pod naszym łóżkiem, mamy pecha, bo ani ja ani Mi ani Mo nie mamy żadnej reakcji na pogryzienia, więc prawdopodobnie gryzło nas już od jakiegoś czasu – parę miesięcy – ale my nic nie czuliśmy. Idealni żywiciele;) Wykryli to dopiero goście Adka, którzy po nocowaniu w naszym domu podczas naszej nieobecności obudzili się cali w bąblach. Mi mówi, żebym się tak nie przejmowała – to przyjazne zwierzątka które gryzą tylko nieproszonych gosci😅
Chodziliśmy w Berlinie dziwnymi ścieżkami:

Często upojeni bez kropli alkoholu:

Odwiedziliśmy squat:


I alternatywny sklep:

…gdzie Mo przeżyła instant friendship, bo zaprzyjaźniła się z angielską dziewczynką w 3 minuty. Obie były zachwycone, że mówią w tym samym języku, tylko inaczej.
Berlin zaskoczył nas mnóstwem rzeczy, a wśród nich popularnością wegańskiej diety, mnóstwem knajp i taniego wegańskiego jedzenia w sklepach.
Zaskoczył nas również najlepszą kawą jaką piłam w życiu, być może chodzi o świadome picie, bo może i kiedyś gdzieś tam była lepsza. Kawę dostaliśmy w małym sklepiku tuż obok naszego hotelu, miejscu specjalizującym się w profesjonalnych ekspresach do kawy, bez zadęcia i dizajnerskiego wystroju wnętrz, z dwoma jedynie stolikami i przyjaznym właścicielem. Postanowiłam sobie kupić ekspres na pięćdziesiątkę, ale już wiem, że nie ma co kupować taniego, bo cały sens posiadania ekspresu w domu to ten nieziemski smak, którego bylejaki sprzęt nie odtworzy.
Mi ułożył nam maksymalny plan kulturalny i w ciągu trzech dni odwiedziliśmy trzy galerie.

Mo w każdej z nich znalazła coś dla siebie i okazało się, że jej ulubionym rodzajem sztuki są obecnie instalacje multimedialne. W zaciemnionych salach z dziwnymi dźwiękami i jeszcze dziwniejszymi obrazami potrafi spędzić całą godzinę.
Z dużą satysfakcją obserwuję, jak w Mo rozwija się umiejętność odbioru sztuki. Chodzimy z nią na różne wystawy od lat, głównie w IMMA, bo mieszkamy tuż przy i pamiętam, że jeszcze całkiem niedawno mogliśmy liczyć na 15-20 minut zainteresowania ekspozycją, potem zawsze musiała być kawiarnia i duże ciacho, czyli klasyczne wzmocnienie behawioralne:) A w sobotę zorientowałam się, że spędziliśmy w galerii ponad dwie godziny, ja byłam już głodna, a Mo nie chciała jeszcze wychodzić. Ale trzeba jej pozwolić zwiedzać na własną rękę, biegać po schodach, smakować sztukę samodzielnie i spędzać tyle czasu przed każdnym eksponatem, ile uzna za stosowne. I ufać, że się nie zgubi.
Zaliczyliśmy oczywiście również bardziej normalne zabytki, jak brama Brandenburska i najstarszy zachowany kościół, ale muszę przyznać, że alternatywny Berlin był bardziej pociągający.
Nic przecież ciekawego nie ma w widoku powielonym i widzianym tysiące razy, symulakrum zawłaszczonym przez mass media, którego autentyczne doświadczenie tu i teraz ma się nijak do nieautentycznego symbolu kultury, bo jedyne, co człowiekowi zostało to myśl ‚a więc TO JEST TO…. Hmm … jest większe/mniejsze/brzydsze/piękniejsze niż myślałam’.