Rozkminki przy grypie żołądkowej

Ale nam się udało!

Mo ma grypę żołądkową, najkrótsza noc w roku skończyła się dla nas o czwartej rano.

Mieliśmy szczęście, że nie zaczęło się cztery dni temu, albo trzy, na lotnisku.

Ja ogarniam sprawy pracowe i zbieram dokumenty potrzebne do mojego planu.

I zaczynam się bać – czy ja NAPRAWDĘ tego chcę? Potrzebne mi kolejne wyzwanie w życiu? Będzie mnie to dużo kosztowało – dużo pięniędzy i dużo czasu. Będę musiała zrezygować z części obecnych obowiązków, choć ciągle będę mogła pracować.

A na dodatek, kiedy tylko podjęłam tę decyzję ponad pół roku temu, nagle moje życie pracowe zaczęło się rozwijać jak szalone, jakbym przesadziła z nawozami. Dostałam podwyżkę, awans i możliwości rozwoju. Przełamałam swój strach i skończyłam rozdział do druku.

Z drugiej strony, mam jeszcze 20 lat pracy przed sobą. Jeśli coś zmieniać, to teraz. Jest trochę czasu, żeby okrzepnąć w nowej karierze. Od 14 lat pracuję w mojej szkolej, czy zamierzam tam pracować przez następne 20? Nową pracę można poza tym łączyć ze starą, robiąc starą trochę bardziej pewną i bezpieczną.

Obecnie nie jestem przyciśnięta do muru i teraz to ja decyduję o zmianie. Jest do dużo bardziej komfortowe, niż gdyby zmiana decydowała za mnie.

Ale strach pozostaje.

PS. Róże w tym roku OSZALAŁY, specjalnie dla Grażyny wrzucę fotkę, jak tylko będę mogła.

Bardzo krótka relacja z bardzo krótkich wakacji

Ach! Jakie Porto jest piękne! Skradło mi serce i zawróciło w głowie.

Pierwszego dnia szwędaliśmy się po starym mieście, schodami w górę, schodami w dół, zaułkami, uliczkami, pomiędzy suszącym się praniem, stoliczkami kawiarnianymi a kamiennym murem.

Błękitne niebo i słońce, iberyjskie, malutkie kolorowe domeczki na zboczu rzeku Douro, mury pokryte kwitnącym właśnie wilcem purpurowym, mosty, skały i widoki zapierające dech.

Pyszna kawa (ale mleko roślinne tylko w centrum, w kawiarniach nastawionych na turystów). Pyszne wino (wszędzie i zawsze – kiedy zamawiałam herbatę do posiłku wiązało się to z przewracaniem oczami przez kelnera). I oczywiście porto, którego jednak spróbowałam tylko naparsteczek, bo w takich upałach od razu uderza do głowy, a ja przecież już miałam zupełnie zawrócone w głowie.

Porto jest tak intensywne, tak przemożne, tak uwodzące, że w nocy nie mogłam spać. Po całym dniu łażenia i słońca, leżałam rozbudzona prawie do rana, zbyt poruszona, zbyt wzruszona, żeby zasnąć.

Miasto, na które nie trzeba mieć planu, bo za każdym rogiem jest coś przepięknego, wystarczy iść przed siebie, gdziebądź, gdzie fantazja poniesie, tak, jak lubię najbardziej.

Miasto domów i kościołów o ścianach pokrytych mozaiką.

Tylko trzy dni, a czułam się, jakby to był tydzień. Płynęliśmy statkiem po rzece,

odwiedziliśmy muzeum sztuki współczesnej, kąpaliśmy się w Oceanie Atlantyckim, weszliśmy na skałki na brzegu rzeki, gdzie odezwał się mój lęk wysokości i bałam się, że zemdleję, więc zamknęłam oczy, bo było tak strasznie i pięknie (a Mo przytulała mnie i mówiła ‚jest OK, mama’).

A przede wszystkiem łaziliśmy w górę i w dół niezliczonymi schodami, otwierając oczy coraz bardziej szeroko, bo jak może być coś tak pięknego.

Porto mnie zachwyciło, i może to miasto, może pogoda, a może to, że byliśmy wszyscy razem: Mo, Mi, Ren, Adek i ja. Pierwszy raz w życiu zabraliśmy Adka na ‚wakacje do ciepłych krajów’ i to od razu z dziewczyną.

Mo nie odstępująca Ren na krok, jedząca śniadanko z Ren na balkonie, kiedy my jeszcze szykowaliśmy się do wyjścia.

Adek, którego pierwszy raz w życiu wyraźnie ucieszyła kąpiel w oceanie, mimo zimnej wody i fal.

Wszystko było tak bardzo, że potem, w nocy, kiedy wszyscy już poszli spać, chciało mi się płakać.

Ikigai

Zaatakował mnie wczoraj anonimowy troll na innym blogu, że jestem pracoholiczką i zapieprzam dla Irlandczyków z przysłowiowe g… (przepraszam za wyrażenie, pisownia oryginalna). Okazuje się, że czytają mnie ludzie, którzy się nigdy nie odzywają w komentarzach, tak, oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę, że czyta mnie wujek Józek, pani ze sklepu, była koleżanka z pracy i stara Antkowa, czyli tak zwana szeroka publiczność, która może sobie myśleć na mój temat dokładnie cokolwiek, enjoy, jak to mówią Irlandczycy, ale jakoś o tym zawsze zapominam.

I tak się zastanawiam – też mnie tak odbieracie? Ci, którzy się czasem odzywacie:)

Jak wczoraj zapytałam się Mi, czy jestem pracoholiczką, to umarł ze śmiechu. (Musielibyście zobaczyć, jak on pracuje! mordercy, narkomani, bite żony i dzieci, ludzie bezdomni, sądy, więzienia, policja, kliniki odwykowe, centra kryzysowe, wizyty domowe, szpitale i obozowiska).

Problem jest chyba taki, że moje godziny pracy są – na szczęście – dość, jak to się mówi, flexible, więc często się rozlewają na cały dzień, bo mam dziecko, które chciałabym, żeby uczestniczyło w jakiś zajęciach pozaszkolnych. A potem marudzę. Weźmy na przykład poniedziałek, kiedy Mo ma szkołę muzyczną i muszę ją odebrać ze świetlicy i zawieźć na lekcje, więc wychodzę z pracy o 2. Jestem z powrotem o 5. Niestety, w trakcie roku akademickiego te 3 godziny muszę odpracować, więc jadę na wykład z wieczorowymi na 6.15 i kończę zajęcia o 9.30. Cały dzień. Czwartek wygląda podobnie. Ale w piątek i we wtorek nie pracuję, haha!

I co roku od dziesięciu lat mam pięć miesięcy wolnego. Cztery w lecie, jeden w zimie. Cztery miesiące, które spędzałam na tym, co tylko sobie wymyślę. Co lubię. Co chcę. Co jest moim obowiązkiem (jak miesiąc opieki nad rodzicami). Oraz ikigai.

Bo mam oczywiście mnóstwo dodatkowych projektów, takich, dzięki którym czuję, że warto jest żyć. Za które nikt mi nie płaci. Moje ikigai.

Ikigai nie jest odpoczynkiem, ani przyjemnością, jest PASJĄ, jest mocowaniem się ze światem, jest czymś, dzięki czemu za 20 lat stwierdzę, jak Bauman, że choć nie byłam cały czas w życiu szczęśliwa, to ‚miałam bardzo szczęśliwe życie’. Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.

W tym roku wzięłam też dodatkowo płatne obowiązki kierowniczki, z uwagi, jak już pisałam, na mój Wielki Plan, Asa w rękawie albo Kryzys Wieku Średniego, jak można to również nazwać. Na który potrzebna mi kasa. I to nie mało. Więc zaciskam zęby i idę do przodu. Te dodatkowe maile i zebrania sfinansują mi połowę Wielkiego Planu i jeszcze trochę zostanie na Porto. I Polskę.

Ale mam nadzieję, że Mój Plan pozwoli mi na większą swobodę w przyszłości, na bycie bardziej niezależną, na większy spokój i bezpieczeństwo.

Nigdy nie dałabym się wykorzystywać pracodawcy, nie o wszystkim tu oczywiście piszę, a zwłaszcza nie o tym, co jest w trakcie dysputy, więc nie bardzo powinno być upubliczniane, coś jak dokumenty procesowe, ale na przykład dziś mogę się pochwalić, że właśnie wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że jednak zapłacą mi 3 tys euro dodatkowo za pewną robotę, o której szkoła twierdziła, że należy do moich etatowych obowiązków, a ja miałam inne zdanie. Po miesiącu i wymianie paru spokojnych, wyważonych, merytorycznych maili okazało się, że jednak mam rację. Nie byłam do końca pewna, oczywiście, jeśli chodzi o prawo to zawsze jest czyjaś interpretacja przecież, ale byłam gotowa iść do sądu pracy i najwyżej ‚stand corrected’.

Kończę, bo Rada Egzaminacyjna się kończy na Zoomie i muszę się pakować.

Lecimy do Porto!

PS Rozważam zamknięcie bloga, bo jeśli mój plan się uda, to nie będę się mogła wywnętrzać publicznie.

Jednak kocham Irlandię

Wróciłam. Irlandia przywitała mnie chłodem i choć Mi i Mo przekonywali mnie, że jest bardzo ciepło i fajna pogoda, moje ciało czuło inaczej. Po gorącej końcówce maja i początku czerwca w Polsce, czułam Irlandię zimną i deszczową. Dopiero teraz, po czterech dniach, wewnętrzna temperatura dostosowała się do Dublińskich klimatów i nie muszę chodzić w grubym wełnianym swetrze. (A w domu 19.5 stopnia! ciepło, mówi Mi, zimno, mówi moje ciało).

Ale wróciłam jak do chłodnej pościeli, przyjemnej, pachnącej, mięciutkiej, wygodnej. Bezpiecznej. Znowu zaczęłam dobrze spać mając koło siebie ciało Mi. Nie tęskniłam, ale kiedy wróciłam poczułam, jakbym wróciła do domu. Do miejsca, gdzie jest przestrzeń na mnie, do formy powietrza w kształcie mojego ciała, która idealnie pasuje do moich ludzi i rzeczy tutaj.

Tym razem pobyt w Polsce był trudny, bo i przeprowadzka rodziców i moja praca na głowie. Codzienne sortowanie góry ciuchów i drobiazgów domowych, typu spinacze, nitki, guziki, wstążki, gumki, sznurki, pudełeczka, sitka, leki, leki, leki, bandaże. Tato tracący pamięć, mama coraz bardziej nieporadna. Upał. Nieporozumienia rodzinne. A do tego nadal mnóstwo pracy w pracy. I tak ten czas, który zawsze dawał mi wytchnienie, pozwalał oddawać się się nieskrępowanej refleksji ile jeszcze mnie w tamtej A., ile tamtej A. we mnie dzisiejszej, był napięty, stresujący, trudny. Wisienką na torcie była trudna walidacja programu, egzamin 4 godzinny na Zoomie, w napięciu i skupieniu, z notatkami i przećwiczonymi odpowiedziami.

Uciekłam jak co roku

Tym razem krótko, za krótko, bo weszłyśmy i następnego dnia zeszłyśmy, bez tego leniwego dnia z książką w hamaku lub cydrem na hustawce, albo bez wprost przeciwnie – Śnieżnych Kotłów, Odrodzenia czy Śnieżki w nogach.

Było ognisko, psy, człowiek, który był przyjacielem dawno temu, i odkrylam, że nadal jest, gadanie do drugiej w nocy.

I las. Tęsknię za lasem, jak mnie nie ma.

Był las.

Mech. Igliwie. Buki. Zapach taki, że człowiek by wąchał i wąchał.

Szkoda, że nie można przekazać zapachu, bo tak macie tylko sztampowy widoczek
Wstałam rano i wyszłam na balkon

Spisek

W domu rodziców panuje remont, jego królowanie zaczyna się od wczesnego rana i trwa do późnych godzin popołudniowych. Dziś słoneczko obudziło mnie o 5 rano, a Pan od Remontu zastukał w drzwi tarasu o 6.30. Od 7 rano na górnym piętrze wesoło już wrzała praca.

U rodziców jak na koloniii, przygoda goni przygodę. Zamknęłam się w pokoju mamy na spotkaniu online, usiadłam na łóżku a komputer postawiłam wyżej, na wielkim kartonie. Niewygodne dżinsy uwierały w brzuch, więc rozpiełam guzik. Dwadzieścia minut w trakcie rozmowy z zespołem Pan od Remontu zaczął wiercić mi dziurę w brzuchu, wróć, dziurę w ścianie mamy pokoju od strony kuchni na szafki wiszące. Wybiegam z pokoju ze spadającymi spodniami, żeby go zatrzymać.

Ale może nie było by źle, gdyby dzieci rodzice kładli się spać o 22, ale oni mają swoje Ważne Sprawy Wymagające Światła do północy, a już szczególnie w kuchni. Ciepła woda, zimna woda, kromka chleba, gdzie położyłam mój telefon, gdzie zapisałam moje leki. Nie ma zmiłowania dla wychowawcy nieszczęśnika śpiącego w ich kuchnio-salonie, którym to nieszczęśnikiem akurat jestem ja.

Rodzice oczywiście mają swoje drzemki w ciągu dnia, bo kto maluchom staruszkom zabroni drzemek, a ja nie wiem czy mnie bardziej roczulają czy wkurzają.

Zarządzę ciszę nocną o 22 i pozamykam w pokojach!

Wychodzę na taras. Wystawiam twarz do słońca. Piję kolejną kawę

– czarną, bo wypijają mi mleko owsiane i wyjadają wafle ryżowe –

świat pachnie latem. I sosnami z ogrodu rodziców.

Chowam się do pokoju mamy, żeby dokończyć sprawy, które trzeba dokończyć przed zamknięciem roku akadamickiego.

– Anka, chcesz coś, bo robimy spisek? – Mamunia i tatuś krzyczą z kuchni. Zapisują listę zakupów.

Idę, bo coś chyba chcę.

Mamunia

Mamunia miała trupio-zielony odcień skóry, lubiła się bowiem smarować olejem z pestek dyni. Cudowny ów Olej, prawie tak zdrowotnie korzystny jak woda świecona z Medjugorje, w plastikowej buteleczce-Maryji z odkręcaną koroną, albo sławny Ocet od Pana Henia, który Jej Życie Uratował

(mamunia nie da złego słowa powiedzieć na Pana Henia, bo przecież dwa tygodnie spać nie mogła przez okrutne swędzenie i myślała, że już umiera, po pięciu dniach picia octu i smarowania się octem wstała z łoża swędzącego i poczuła, że żyć będzie),

ale wróćmy do Oleju, który nadawał jej lekko upiorny koloryt, zwłaszcza, że była staruszką już dość wiekową. Skóra być może i była dobrze odżywiona i aksamitna, jak mi mamunia zachwalała, ale była to skóra dobrze odżywionego i aksamitnego truposza, odzianego w truposzowe fatałaszki. Olej bowiem kapał i wyciekał podczas smarowania, brudząc kolorem brązowo-zielonego gluta ciągle na nowo kupowane piżamki, bluzeczki, podkoszulki i staniki. Cała bielizna mamuni za sprawą cudownego Oleju z Pestek Dyni wyglądała jak garderoba bezdomnego, plam bowiem nie dało się doprać żadnym proszkiem. Nie, żeby zaraz proszkiem były ubrania prane, albowiem bielizna mamuni była prana li tylko i jedynie w orzechach do prania, z uwagi na mamuni skórę delikatną i skłonną do podrażnień, skłonności odziedziczone przez troje z pięciorga jej dzieci.

Jestem w Polsce.

Ogród

– Najbardziej w naszym ogrodzie to lubię huśtawkę! Mówi Mo.

A ja najbardziej w naszym ogrodzie to lubię Mo.

Dziś znowu sadziłyśmy. Mo lubi że mną sadzić. Ja też.

Na razie wyglądają marnie, ale na przyrodę można liczyć.