Wody, prądy, wibracje

Kąpalismy się w morzu, jak w pierwotnych wodach matki ziemi, wracając do początku. Często dwa razy dziennie, pomiędzy nimi spacery w balsamicznym sosnowym lesie. Pogoda idealna – pada, wieje, chmurzy, burzy, a potem nagle słońce. Nie było upałów, nie było powolnego snucia się jak muchy w topniejącym asfalcie.

Poziom cielesny harmonizowal z uczuciowym, bo wyjazd nad morze jest wyjazdem rodzinnym. Miałam więc swoje dwie siostry i dwóch braci na miejscu, z mamunia i szwagierkami, Mo miała swoich kuzynów. Przez tydzień nastrajałam odbiornik społeczny, regulowałam uczucia i poszerzałam perspektywy.

Nie było to zawsze łatwe, tak jak bycie z morzem łatwe nie jest. Momentami zastanawiałam się, po co mi ta emocjonalna zupa, wysłuchiwanie o różnych potrzebach i chęciach, planach, zranieniach i pragnieniach, czemu co roku muszę się zanurzyć w tych odmętach uczuć i rozmów. Godzinami krążyłam od siostry, do brata i z powrotem do mamuni, dzieci, drugiej siostry ze szwagrem i tak dalej, w kółko i wciąż. A wieczorem jeszcze raz, wszyscy siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy.

Ale teraz czekam na spokój, wiem wszystko co powinnam wiedzieć, jestem na nowo połączona z tymi, z którymi tak długo dzieliłam swia dzieliłam nowymi pędami emocji, dostrojona do nich wszystkich i wibracji każdego z osobna.

Straszna słabizna

No i dostałam odpowiedź od Szanownej Komisji, rozmowa, moi drodzy, poszła mi dobrze i byłam ‚successful’, niestety, okazuje się, że była to ongoing rekrutacja i już wszystkie miejsca na kursie są zajęte. Ale jakby były miejsca, to bym się dostała.

Wpisali mnie na ‚waiting list’, mam pierwszeństwo przy następnym naborze.

WTF???

No to się porządnie wkurzyłam, po pierwsze, NIGDZIE na stronie nie było napisane, że miejsca przydzielają temu, kto się zgłosi PIERWSZY. Noż cholera jasna! Papiery można było składać od listopada, termin mijał z końcem czerwca, gdybym wiedziała, to wysłałabym im pięćdziesiąt wymaganych dokumentów dokładnie 1 listopada!

Po drugie PIERWSZY raz się spotykam z czymś takim, to tak, jakby zrobić egzamin po francusku i o tym nie wspomnieć w prospekcie. To chyba ważna informacja, nie?

A w dodatku napisałam do nich w listopadzie, pytając do kiedy trwa rekrutacja, odpisał dyrektor kursu, że do końca czerwca, ale gdy będą mieli dużo kandydatów może zakończyć się wcześnie. Ani słowem się nie zająknął, że przeprowadzają rozmowy już wcześniej i oferują miejsca od samego początku. Sprawdzałam regularnie, czy nie zamykają okienka do aplikowania, ale nie.

Wygląda na to, że była to rekrutacja tak skonstruowana, żeby dostały się osoby, które powinny się dostać, czyli te, które wiedziały. Czyli dziadek wiedział, nie powiedział, a to było tak.

Jeszcze z takim NIESPRAWIEDLIWYM, NIETRANSPARENTNYM I NIEUCZCIWYM potraktowaniem kandydatów się nie spotkałam. Ręce mi opadły.

A to niby najlepszy Uniwerek w Irlandii. W pierwszej setce na całym świecie.

A ja czuję, że to po prostu szuje.

Straciłam zaufanie.

Jeszcze nie wiem co zrobię.

Ptasie mleczko z szałwią

Pokój Mo

Daliśmy radę pomalować przed przyjazdem chłopaków, reszta zmian musi poczekać po wakacjach.

Kolory wybierała sama, dała się przekonać, że wszystko na różowo będzie trochę za bardzo.

Przyjechały chłopaki i codziennie sobie gratuluję, że wpadłam na pomysł wysłania ich na oboz/półkolonie, przecież do trzeciej rozniesliby mi cały dom.

Dojeżdżamy na oboz 15 km w jedną stronę, wydawało mi się to mało, kiedy placilam, ale nie wpadło mi do głowy, że to jest razem 60 km codziennie. Przez całe miasto. 😅

Chłopaki śpią w piankowo-groszkowym pokoju.

Teraz mam trochę wątpliwości

Miałam dziś rozmowę rekrutacyjną. Komisja podkreślała, że kierunek jest szalenie oblegany, a tylko 10 miejsc. Nie byłam jakoś specjalnie zestresowana, trudno mi stwierdzić, kogo oni szukają. Trochę mnie chcieli przestraszyć i zniechęcić, trochę wybadać, podkreślali, jak duże to będzie poświęcenie, że nie jest to typowy rok akademicki, który trwa 7 miesięcy, bo spotkania i seminaria są właściwie przez cały rok miesięcy. No i do tego trzeba być bogaczem, dwa lata studiów i potem jeszcze dwa praktyki, żeby zdobyć uprawnienia. Ale nie jest to 60 tys. euro rocznie, jak u moich Amerykańskich studentów:D

Mówiłam raczej swobodnie, spokojnie, starałam się nie być zbyt pewna siebie ani też zbyt zalękniona. Mnóstwo ciekawych rzeczy przychodziło mi do głowy, moje wcześniejsze obawy, że nagle nie będę mogła nic wymyśleć, bo nowa dziedzina, stres i jeszcze po angielsku, nie sprawdziły się.

Ale mam trochę wątpliwości, czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy stać mnie na takie poświęcenie. Czy to jest to, czemu się chcę poświęcić.

Może się nie dostanę i dylemat się rozwiąże;)

Koniec balu

Mam prawdziwą zagwozdkę w pracy – jak pokazać, że pracuję, ale się poobijac trochę 😁

Summertime to dla wykładowców tradycyjnie czas na lekturę, także profesjonalną, czas uzupełniania wiedzy i slajdow, czas na eksplorowanie nowych dróg i obszarów, pisania artykułów czy planów badawczych, ale także – może nawet przede wszystkim – czas odpoczynku. W ciągu roku akademickiego naprawdę rzadko się zdarza, żebym miała wolny weekend, pracuję również większość wieczorów w tygodniu, plus zajęcia dzienne. Potem maj czyli egzaminy, sprawdzanie prac, wystawianie ocen końcowych itd itp, okres w sumie prawie równie intensywny. No, ale z końcem czerwca i ostatnią radą egzaminacyjną robimy juhuuu!!!! PARTY!

Żartowałam, zaczyna się wyciszenie, spowolnienie, czas na naładowanie akumulatorów (i głowy!) na następny rok.

Niestety, moja nowa funkcja kierownicza (hahaha), z niewielkim dodatkiem funkcyjnym, muszę dodać dla uczciwości, powoduje, że niektórzy menagerowie mają wrażenie, że powinnam pracować w lecie! W przyszłym roku czekają nas pewne urzędowe sprawy związane z pozwoleniem na kontynuację prowadzenia zajęć na jednym z kierunków, do tego mam zupełnie nowego szefa (w sumie podlegam pod czterech, nie ma to jak silna kadra managerska😁: główna od spraw akademickich, dwoje zastępców i managerka od spraw, powiedzmy, organizacyjnych), który chyba zastanawia się cały czas, co ja takiego robię, kiedy nie ma mnie o 9 rano przy komputerze. I zleca mi ciągle nowe zadania. Wyobrażacie sobie?? Które w sumie nie do końca należą do moich obowiązków, ale nie chcę się na razie o to kłócić, bo przecież niedługo zamierzam się z funkcji wykręcić.

Ale myślałam sobie, że przechytrze system, do tego czasu przycupne sobie cichutko na stogu siana przez całe lato i zniknę. Ale nie z nimi takie numery, okazuje się, muszę siedzieć w biurokratycznych bardzo nudziarskich papierzyskach, koniec balu panno Lalu!

To sobie tylko westchne cichutko, ech…

Dziś słońce

Prace ruszyły z kopyta, w piątek dokończyłam wynoszenie/wywalanie wszystkiego, pakowanie Adka rzeczy do pudeł, w sobotę machnęliśmy pokój Mo na biało na razie, trzeba było podkład dać na czerwoną ścianę. Dziś dokupujemy farb – stanęło na zestawie szałwia plus róż – i kończymy malowanie. Duża biała szafa zostaje, łóżko piętrowe dokupimy po wakacjach, i wtedy też będziemy myśleć co dalej.

Aplikacja złożona w piątek, a mnie ogarnął nastrój ‚czy mi to rzeczywiście potrzebne’ na całego. Tym bardziej, że w sobotę odkryłam, że zalewany blat w kuchni gnije, czyli wymiana blatu, ale stare szafki pewno nie lepsze, czyli tak naprawdę powinien być remont, na który nas nie będzie stać przez co najmniej dwa lata. Remont kuchni, łazienka też się trzyma przecież na klocki lego, no i cała elektryka powinna być zrobiona, nie mówiąć już o parapetach.

Ale dziś dostałam podwyżkę, a sklep koło mojej pracy wygląda tak:

Staram się

coś robić, ale szału nie ma.

Idzie opornie i powoli, nie pomaga to, że Mo jeszcze dziś w domu. Wczoraj słabo jeszcze jadła, więc zdecydowaliśmy przetrzymać ją jeden dzień dłużej.

A tu za trzy dni koniec szkoły o_o

Mój Wielki Plan musi zostać dopięty na ostatni guzik w tym tygodniu, myślę, że nie zdradzę za wiele, jak powiem, że są to kolejne studia. Dwa lata i potem jeszcze dwa lata praktyki i będę miała uprawnienia. Miejsc mało, uniwerek prestiżowy, mogę się nie dostać. Będziecie pocieszać.

Z najnowszych newsów – GDZIE UCIEKŁ TEN CZERWIEC??? Miałam tyyyyle zrobić, a pokój Mo ledwie ruszony. Żadna z innych letnich prac nawet nie zaczęta. Nie zdążę przed naszym wyjazdem na wakacje, tym bardziej, że już za 10 dni przyjeżdżają chłopaki do nas, czyli zaczyna się lato u cioci, a potem my z nimi nad polskie morze.

Mo by chciała pokój Alicji z Krainy Czarów, obawiam się, że wyjdzie Królicza Nora.

Na razie wyrzucam, sortuję, oddaję co się da, ale da się niewiele.

Męczy mnie to kombinowanie i decydowanie, kolejny raz w tym roku muszę wywalać, przeglądać, sprzątać. Dręczy wszechobecny plastik, śmieci, papierki, koraliki, gryzą w sumienie Barbi prawie nie zniszczone, których nikt nie chce. Boli mnie serce przy wyrzucaniu zabawek i nie mogę się przemóc by zrobić to samo z resztką ciuchów Adka, któremu się WYDAJE SIĘ, że je jeszcze kiedyś założy. Pokój malutki jak garderoba służącej i jak mam tam urządzić królestwo dla niedługo już nastolatki?

Proszę nie czytać, bo nic ciekawego tu nie ma

Chorowanie mnie wkurza! Nie, nie wkurza – irytuje.

Irytuje.

No bo co – ani nie da się pracować, ani odpoczywać. Trzeba z-w-o-l-n-i-c. Poleżeć. Posiedzieć. Pomarudzić. A już najgorzej gdy nic mi nie jest – nie boli, nie kłuje, nie wymiotuję, nie mam gorączki. Nawet nie mam się jak nad sobą poużalać – bo tak naprawdę nic mi nie jest. Nikt mi nie współczuje, bo tak naprawdę tylko nie mogę przestać kichać. Hahaha.

Jestem osłabiona. Hahaha. Sama sobie nie współczuję.

Ani nie mogę mieć luziku i się rozkoszować relaksem, bo sprawy pracowe czekają, ani nie mogę pracować, bo – w sumie nie wiem dlaczego. Organizm mówi nie i odmawia otwierania pracowych maili. O remoncie pokoju Mo nawet nie wspominając.

Chorowanie jest takie bez sensu. Piękna pogoda, słońce, środek lata. Mamy czas, samochód, pełny bak i prawo jazdy. Kupiłam sobie nawet kubek-termos do kawki, w kolorze brzoskwiniowym. Morze pół godzinki drogi od nas – a musimy siedzieć w domu.

Pisze Kasia Freya, co tam u nas i czy sie wybierzemy – a my covid.

Więcej nic ciekawego nie napiszę, ale ostrzegałam w tytule.

Różom odjechał peron

… a ja mam covid.

Zdjęcie dla Grażyny!

Róże w tym roku tak ciachnelam, że myślałam że się nie pozbierają. A one oszalaly!

A pachną tak, że sąsiedzi specjalnie zwalniają, kiedy przechodzą obok mojego płotu. Wiem, bo mi mowili:)

(Test zrobiłam bardziej z ciekawości, bo męczy mnie katar i boli mnie głowa, więc co mi tam szkodzi, a tu niespodzianka! Wyznam w sekrecie, że troche się cieszę, bo mam wymówkę dlaczego od wczoraj leżę z dzieckiem w łóżku i nic nie robię, tzn. oddaje się czytaniu blogów 😅

Nie, przepraszam, wczoraj byłam rano w pracy, na szczęście wszystkie Rady Egzaminacyjne są teraz online i nikogo nie zarazilam, a mikrofon zawsze można wyłączyć przy kichaniu👍