Odpoczywam w ogrodzie. Schowalam się z kawką u pani natury, dawno tam nie byłam.

Po trzech tygodniach nieobecności ogród jest bardzo zaniedbany, ale i tak kojąco na mnie działa. Wydaje się najbezpieczniejszym miejscem w domu😂

Odpoczywam w ogrodzie. Schowalam się z kawką u pani natury, dawno tam nie byłam.

Po trzech tygodniach nieobecności ogród jest bardzo zaniedbany, ale i tak kojąco na mnie działa. Wydaje się najbezpieczniejszym miejscem w domu😂

Nie odpuszczę tym przyjaciółkom Mi, które wprowadziły się do naszego łóżka.
Idę na wojnę.
Dokonałam zakupów broni krótkiego i dalekiego zasięgu: odkurzacz parowy, ziemia okrzemkowa, specjalne powłoczki do materaców i wreszcie oprysk profesjonalny.
Dziś sypialnia wywrócona do góry nogami i jedziemy z czyszczeniem parą, może w końcu będę miała pierwszą spokojną noc od powrotu z wakacji, może w końcu się wyśpię.
Profesjonalni najemnicy zamówieni na poniedziałek za jedyne 650 euro, jakby ktoś był ciekawy, będą pryskać cały dom, więc kontynuujemy chowanie wszystkiego do czarnych worów. Nie dałabym rady walczyć jedynie domowymi sposobami i nie spać parę tygodni, wojna podjazdowa za dużo by mnie kosztowała. Za dwa tygodnie brygada eksterminacyjna przyjdzie ponownie, żeby dobić ewentualne niedobitki.
Mojego Mi to nie rusza, śpi całą noc bez problemu. Nie wiem, jak to w ogóle możliwe, dla mnie wkroczenie do mojej sypialni i mojego łóżka to naruszenie miru domowego, zaburzenie mojego bezpieczeństwa i spokoju, najgorsze przestępstwo, za które należy się kara śmierci.
Nieproszeni goście, rzeczy w czarnych worach, świetlica dzwoni, że Morinka spadła z huśtawki i są na pogotowiu, brak snu, bo ciągle mi się wydaje, że po mnie coś łazi, rozmrożona zamrażarka i ryba zjadana na szybko, żeby się nie zepsuła, sny o insektach, sprawy pracowe, zupełnie niejasne strony internetowe państwa polskiego, gdzie nic nie jest proste i wszystko wymaga dziesięciu logowań i pięciu maili, stres, że nie zdążę z dokumentami, które mam donieść, niestrawność po rybie, strach, czy sobie poradzę na nowych studiach kosztujących 10 tys euro, stres, potworny stres, bo wszystko wymyka się z rąk, bo boję się spać we własnym łóżku, budzę się w nocy i nie mogę zasnąć i śnię o insektach, albo że karmię całą moją rodzinę zatrutą zupą i wszyscy umrą, na dodatek guma w ostatnim środku transportu, na dodatek do gumy złapanej w rowerze Mi, czyli przedostatnim środku transportu i do auta pożyczonego na wycieczkę przez brygadę Adka, wszystko to, wszystko to zaowocowało wczoraj karetką pogotowia. A właściwie strażą pożarną, bo karetki nie było w pobliżu. Morinka przerażona, płacze, ja nie mogę złapać oddechu.
Wydawało mi się, że się duszę, a to był tylko atak paniki.
Wróciłam w sam środek Armagedonu.
A zatem, po pierwsze, przyjęli mnie na studia. Przez chwilę się zastanawiałam, czy w ogóle dołączyć do tej sekty – przecież tak się na nich wkurzyłam i znielubiłam na całego – ale po krótkiej, dość oczywistej rozkmince, postanowiłam przyjąć zaproszenie. Tak, teraz ja też będę należeć do kliki.
Zaczynam za dwa tygodnie, na sam początek pięć pełnych dni na uczelni. W związku z tym muszę teraz dostosować swoje plany i zobowiązania w pracy, a co najważniejsze przygotować się mentalnie.
Po drugie, okazało się, że mamy w domu nieproszonych gości, bardzo upierdliwych. I nie są to koledzy i koleżanki Adka. Choć nie wykluczam, że może kiedyś oni to cholerstwo przynieśli. A może my, z jakiejś podróży. Nieważne w sumie, istotne jest, że cholerstwo jest bardzo trudne do wytępienia, walka jest podobno długa i bardzo kosztowna, a jak ktoś nie chce płacić pieniędzmi, to zapłaci swoim zdrowiem psychicznym. Wczoraj, kiedy to odkryłam, byłam załamana, po nieprzespanej nocy siedziałam nad górą ciuchów z wakacji, jeszcze nie posortowanych, łóżkiem rozłożonym na części pierwsze i świeża wypraną pościelą, czytałam na necie komentarze zrozpaczonych ludzi bezskutecznie walczących od miesięcy i nie wiedziałam co robić – czy pakować wszystko w wory do wyrzucenia, czy zamawiać firmę, czy w ogóle sprzedać dom i uciekać. Dziś już jestem w nastroju do działania, na razie wszystkie rzeczy z wakacji i te, które nie były schowane do szafy popakowałam w czarne wory, w sobotę, jak Adek odda nam samochód zamierzam pojechać do pralni i wszystko wyprać i wrzucić do suszarki na najwyższą temperaturę. Potem być może będziemy musieli zrobić to samo ze wszystkimi rzeczami w domu. Zamówiłam przemysłową wręcz parownicę, na weekend będziemy wyparzać pod ciśnieniem wszystkie meble w sypialni i podłogi.
Nie będę się bawić w nieskończoność w domowe sposoby, mam ochotę spuścić bombę atomową na to cholerstwo, ale muszę się zadowolić opryskiem, więc do arsenału domowych środków dodaję zamglawianie wykonane przez profesjonalną firmę. Wyrzucam łóżka z pokoju Adka (i tak chciałam wywalić) i stary fotel z dużego pokoju, może materac z naszego łóżka, jest szansa że będę mogła oszczędzić sofę z dużego pokoju, bo tam nikt nie śpi. Najgorzej, że mamy drewnianą podłogę i jest to gówno na pewno schowane w szparach między deskami i pod listwą przypodłogową. Mam nadzieję, że nie będę musiała zrywać podłóg.
Okazało się, że mamy całą kolonię tego cholerstwa pod naszym łóżkiem, mamy pecha, bo ani ja ani Mi ani Mo nie mamy żadnej reakcji na pogryzienia, więc prawdopodobnie gryzło nas już od jakiegoś czasu – parę miesięcy – ale my nic nie czuliśmy. Idealni żywiciele;) Wykryli to dopiero goście Adka, którzy po nocowaniu w naszym domu podczas naszej nieobecności obudzili się cali w bąblach. Mi mówi, żebym się tak nie przejmowała – to przyjazne zwierzątka które gryzą tylko nieproszonych gosci😅
Chodziliśmy w Berlinie dziwnymi ścieżkami:

Często upojeni bez kropli alkoholu:

Odwiedziliśmy squat:


I alternatywny sklep:

…gdzie Mo przeżyła instant friendship, bo zaprzyjaźniła się z angielską dziewczynką w 3 minuty. Obie były zachwycone, że mówią w tym samym języku, tylko inaczej.
Berlin zaskoczył nas mnóstwem rzeczy, a wśród nich popularnością wegańskiej diety, mnóstwem knajp i taniego wegańskiego jedzenia w sklepach.
Zaskoczył nas również najlepszą kawą jaką piłam w życiu, być może chodzi o świadome picie, bo może i kiedyś gdzieś tam była lepsza. Kawę dostaliśmy w małym sklepiku tuż obok naszego hotelu, miejscu specjalizującym się w profesjonalnych ekspresach do kawy, bez zadęcia i dizajnerskiego wystroju wnętrz, z dwoma jedynie stolikami i przyjaznym właścicielem. Postanowiłam sobie kupić ekspres na pięćdziesiątkę, ale już wiem, że nie ma co kupować taniego, bo cały sens posiadania ekspresu w domu to ten nieziemski smak, którego bylejaki sprzęt nie odtworzy.
Mi ułożył nam maksymalny plan kulturalny i w ciągu trzech dni odwiedziliśmy trzy galerie.

Mo w każdej z nich znalazła coś dla siebie i okazało się, że jej ulubionym rodzajem sztuki są obecnie instalacje multimedialne. W zaciemnionych salach z dziwnymi dźwiękami i jeszcze dziwniejszymi obrazami potrafi spędzić całą godzinę.
Z dużą satysfakcją obserwuję, jak w Mo rozwija się umiejętność odbioru sztuki. Chodzimy z nią na różne wystawy od lat, głównie w IMMA, bo mieszkamy tuż przy i pamiętam, że jeszcze całkiem niedawno mogliśmy liczyć na 15-20 minut zainteresowania ekspozycją, potem zawsze musiała być kawiarnia i duże ciacho, czyli klasyczne wzmocnienie behawioralne:) A w sobotę zorientowałam się, że spędziliśmy w galerii ponad dwie godziny, ja byłam już głodna, a Mo nie chciała jeszcze wychodzić. Ale trzeba jej pozwolić zwiedzać na własną rękę, biegać po schodach, smakować sztukę samodzielnie i spędzać tyle czasu przed każdnym eksponatem, ile uzna za stosowne. I ufać, że się nie zgubi.
Zaliczyliśmy oczywiście również bardziej normalne zabytki, jak brama Brandenburska i najstarszy zachowany kościół, ale muszę przyznać, że alternatywny Berlin był bardziej pociągający.
Nic przecież ciekawego nie ma w widoku powielonym i widzianym tysiące razy, symulakrum zawłaszczonym przez mass media, którego autentyczne doświadczenie tu i teraz ma się nijak do nieautentycznego symbolu kultury, bo jedyne, co człowiekowi zostało to myśl ‚a więc TO JEST TO…. Hmm … jest większe/mniejsze/brzydsze/piękniejsze niż myślałam’.
Mo generalnie daje radę, chodzi z nami wszędzie, tylko trzeba się zmiescic w zakresie czasu do około godziny, nie licząc dotarcia na miejsce. Potem musimy coś wymyśleć specjalnie dla niej. Ale da się pójść do jakiegoś muzeum czy na zwiedzanie miasta z przewodnikiem, trzeba tylko pamiętać o lodach, napojach i placach zabaw w parku co jakiś czas.
Dziś pierwszy raz miała małe załamanie, było gorąco i późno i kiedy wreszcie siedliśmy coś zjeść późnym wieczorem rozpłakała się i stwierdziła, że chce wracać do Irlandii.


Dziś kontynuacja: muzeum Grosza i lewacki spacer po miescie.
Grosz bardzo na czasie – skrajna bieda i bogactwo Republiki Weimarskiej, upiory wojny i amerykański konsumpcjonizm.



Spacer zapowiadał się bardzo ciekawie, było warto, choć Mo wytrzymała jedynie godzinę i piętnaście minut, więc zahaczyliśmy tylko o Marxa i Engelsa.

Przypomina mi moje miasto. Architektura, kasztany, parki, place zabaw. Parki są otwarte nawet w nocy, ludzie siedzą na ławkach, śmieją się i rozmawiają.
Dużo knajp i restauracji, o 20 pełnych po brzegi. Etnicznie wieksze zróżnicowanie niż w Polsce, ale chyba mniejsze niż w Dublinie.
Fajna alternatywnie ubrana mlodziez. Może dlatego, że mieszkamy w Berlinie Wschodnim.
Nareszcie słońce, bo przez cały pobyt w Pl pogoda była iście irlandzka. Cudna ciepła środkowoeuropejska pogoda. Coś za czym tęsknię, a moja urodzona w Dublinie córka nie lubi. Ja w podkoszulce, koszulce, sweterku i lekkiej przeciwdeszczowej kurtce, a ona w sukience na ramiączkach ‚mamo, gorąco!’. Nie ma szans pojechać z nią do Hiszpanii czy Grecji w lecie.

Wszyscy mówią świetnie po angielsku.

Jutro Berlin.
Kąpalismy się w morzu, jak w pierwotnych wodach matki ziemi, wracając do początku. Często dwa razy dziennie, pomiędzy nimi spacery w balsamicznym sosnowym lesie. Pogoda idealna – pada, wieje, chmurzy, burzy, a potem nagle słońce. Nie było upałów, nie było powolnego snucia się jak muchy w topniejącym asfalcie.
Poziom cielesny harmonizowal z uczuciowym, bo wyjazd nad morze jest wyjazdem rodzinnym. Miałam więc swoje dwie siostry i dwóch braci na miejscu, z mamunia i szwagierkami, Mo miała swoich kuzynów. Przez tydzień nastrajałam odbiornik społeczny, regulowałam uczucia i poszerzałam perspektywy.
Nie było to zawsze łatwe, tak jak bycie z morzem łatwe nie jest. Momentami zastanawiałam się, po co mi ta emocjonalna zupa, wysłuchiwanie o różnych potrzebach i chęciach, planach, zranieniach i pragnieniach, czemu co roku muszę się zanurzyć w tych odmętach uczuć i rozmów. Godzinami krążyłam od siostry, do brata i z powrotem do mamuni, dzieci, drugiej siostry ze szwagrem i tak dalej, w kółko i wciąż. A wieczorem jeszcze raz, wszyscy siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy.
Ale teraz czekam na spokój, wiem wszystko co powinnam wiedzieć, jestem na nowo połączona z tymi, z którymi tak długo dzieliłam swia dzieliłam nowymi pędami emocji, dostrojona do nich wszystkich i wibracji każdego z osobna.