Czasem
są takie piosenki
które nijak nie mogą wyjść z głowy.
I można je słuchać
raz
i jeszcze raz
i jeszcze raz
i ciągle nie ma się dość.
Obudziłam się dobrego dnia
A świat był cudowny…
Czasem
są takie piosenki
które nijak nie mogą wyjść z głowy.
I można je słuchać
raz
i jeszcze raz
i jeszcze raz
i ciągle nie ma się dość.
Obudziłam się dobrego dnia
A świat był cudowny…
Jednak jesień, wącham, lubię.
Ludzi otula wilgotna mgielka, wszystko pachnie zbutwialoscia i mchem.
Mały spacerek w środku dnia, akurat, żeby nie zgnusniec.

Dzień niby wolny, ale zajęty, obiecuje wiele, a potem cały dzień gonię własny ogon. Szybka rozmowa zoomowa z ‚szefową’ rano (dobre wiesci – dostałam to, co chciałam, ale wychodzi na to, ze ostatni gasi światło), potem maile, spisywanie wczorajszej sesji, wyjazd do pani, spacerek,
odebranie Mo że szkoły i nagle jest 15.30, pół dnia swisnelo mi tylko koło ucha, a ja nawet nie zabrałam się poważnie za robotę! Freud i nieświadomość czekają, dwa inne przedmioty czekają, książki czekają, życie czeka. Obiad dla Mo, ja od dwóch dni piję niedzielny rosół, godzinkę pracy udaje mi sie wcisnąć, ale zaraz jedziemy na gimnastykę, czekając w samochodzie znowu spisywanie sesji. Dom, 18.30 a ja jeszcze nawet nie zajrzalam do slajdów na jutro. Kończę spisywanie, potem zagladam do 20.30.
Nie wiem jak to się dzieje, ta intensywność dnia, to wieczne gonienie i jeszcze przecież miałam czytać.
(Ale wczoraj po raz pierwszy miałam poczucie, że mój klient sie rozwija, że jest coraz bardziej refleksyjny, że chyba idzie to w dobrym kierunku. I taki spokój i zadowolenie z dobrze wykonanej roboty).
Jestem. Złapałam równowagę, zaczęłam spać, a to od razu lepiej robi człowiekowi.
Pierwszy wolny weekend, żadnych podłóg, żadnych ślubów, żadnych remontów i malowań. Nawet godzinka zajęć z wieczorowymi mnie w sobotę nie ruszyła, może dlatego, że pogoda przepiękna, ostatni słoneczny weekend września. Ludzie w kafejkach, porozbierani, roześmiani. Na ulicach tłumy.
Ja na rowerze, wracam do aktywności, wlasciwie do normalności, co bardzo cieszy. Trochę jeszcze się boję, szczególnie stracham się hamować, więc nie pędzę.
Przed zajęciami udało mi się kupić bilety na 4.48 Psychosis i miałam dobry humor przez resztę dnia.
A w środę dostałam od studentki kwiaty, na dobry początek roku szkolnego. Studentka jest pół Irlandką-pół Rosjanką, na wakacjach była w Moskwie, opowiadała o klimacie strachu i niepewności, braku internetu i rwącym się zasięgu sieci komórkowych. Też nie lubi Putina i kiedy tylko się zaczęła wojna, tato Irlandczyk ją wywiózł ją z Rosji. Pokiwałyśmy sobie głowami, jak to ta demokracja ma ciężko.
W niedziele rzuciłam się na gotowanie. Starczyło mi zapału na pasztet z fasoli dla osobistego wegana i z kury zrobiłam rosół, bo znowu katar u Mo.
A poza tym jesienny spacer niedzielny – rano lało, ale po południu zrobiło się idealnie, słonecznie, nie za gorąco. Niestety, Mo z katarem, więc nie bardzo gdzieś się mogliśmy wybrać na dłuższe łażenie, ani do lasu na grzyby, ani nad morze, ale jesienny park zawsze warto.



Dziś nie bedzie lekko. Rano superwizja, po południu wykład, później dwóch klientow, a zaraz potem kolejny wyklad do 21.30. O 21 będę już mówiła co mi ślina na język przyniesie, ale – jak to mówił Pan, który zrobił mi pogrzeb odkurzacza w domu – trzeba spiąć d i za…
Powoli kończę Say Nothing – przemoc rodzi przemoc rodzi przemoc… Nabrałam szacunku do Gerry Adamsa – żeby wyjść ze zbrojnej walki i zamachów bombowych do procesu pokojowego, sprzeciwiając się równocześnie niektórym ludziom we własnej organizacji (znanej z porywania i odstrzeliwania dysydentow i tych, ktorzy byli podejrzani o kolaboracje z Brytyjczykami), potrzeba dużego kalibru polityka.
Ot taki wieczorny spacer, jesienny, piątkowy.
Ja w spokojnym nastroju niepewności i nadziei, jednak trochę, a jednak. Niepokoju, niepewności i nadziei. Przypomnial mi sie podobny nastrój i podobny spacer jesienny 25 lat temu. Wtedy w pożyczonym od siostry przepięknym oberzynowym płaszczu, w parku wrocławskim, z wózkiem. Mi wtedy wlasnie po długim, paromiesiecznym procesie rekrutacji dostal pracę jako DZIENNIKARZ największej i najlepszej gazety w kraju i miało już być tylko lepiej. Nie było dobrze, właściwie było źle, a potem jeszcze gorzej. Dwa lata później wkurwiony, napchany po same uszy prestiżem, którym mieliśmy siebie i dziecko wykarmić, bo z etatu i wierszówki nie sposób było wyżyć, odszedł z gazety, potem w ogóle z mediów.
To był jeden z pierwszych plaskaczy od życia, można by powiedzieć, że mialam dobre życie, skoro dopiero wtedy oczy mi się otworzyły. Pewno tak. Jest wiele wersji tej samej historii.

Tyle lat, dwa kraje, dziecko z tego wózka jest starsze niż ja bylam wtedy i mieszka samo z dziewczyną w Dublinie. I też się oczywiście z życiem mocuje, bo wiadomo, nie ma inaczej.

Zmiany zmiany zmiany, niektórzy piszą, że lubią zmiany, niektórzy nic nie piszą, niektórzy mówią ‚lubię zmiany’ z zaciśniętymi zębami, a inni lubią zmiany, bo w ogóle lubią porzucać ludzi i rzeczy, jak zużyte podpaski. (I z ręka na sercu nie piję tutaj do żadnych blogów, więc proszę się nie obrażać, bo to nie było o nikim z was!)
Ja myślę sobie – zależy jakie zmiany – jeśli podwyżka w pracy, to witam z otwartymi ramionami, ale jeśli to nagły znienacka plaskacz, to hmmm… dziękuję, nie zamawiałam.
Podobno otwartość na nowości to dość stabilna cecha charakteru, jedna z tak zwanej Wielkiej Piątki (czy można zrównać ‚lubienie zmian’ z otwartością na nowe doświadczenia?), w dodatku spokrewniona z kreatywnością, zainteresowaniem sztuką, odpornością psychiczną, co ciekawe jest również dodatnio powiązana ze stresującymi wydarzeniami w życiu, no proszę, tego bym się nie spodziewała. Otwarci ludzie wolniej się starzeją- albo może Ci, co się nie starzeją to są otwarci? Może po prostu otwartość to cecha młodości? Otwartość maleje z wiekiem.
Ale na razie trochę mnie mieli, nie mogę spać na przykład, wczoraj wystrzeliło mnie w kosmos i spałam tylko trzy godziny, a dziś raniutko do studentów, tak bywa, na szczęście w tym roku mam takie przedmioty, że mogę z zamkniętymi oczyma i palcem w …
Teatru się pyta, co terapeuta robi jak go coś filcuje, i to jest dobre pytanie, hehe. Po pierwsze, najpierw się wstydzi ‚to ja jestem terapeutą, a tu mnie coś tak filcuje, tak znienacka z kapcia dostałem’, po drugie, oczywiście rozumie, że życie będzie filcować każdego, niezależnie od zawodu, powołania, płci i kasy, każdy dostanie plaskacza z kapcia, nie dziś to jutro. Oczekiwanie, że oto się będzie zawsze jako ten kwiat lotosu jest nierealne, maniakalne, niektórzy by powiedzieli, że nawet psychotyczne, zaprzecza bowiem naturze rzeczywistości i prawdzie psychiki ludzkiej. Bo życie mieli, filcuje i wałkuje całkiem rzeźko każdego i naprawdę dziwne, powtarzam DZIWNE BYŁOBY gdyby nie. Dla mnie sekret polega chyba na tym paradoksie właśnie – na rozumieniu, że jestem taka jak inni, że to normalne, że każdego życie boli czasem o 5 rano. Oprócz tego myślę też sobie, że mam wrażliwy układ współczulny i muszę tego małego wariata jakoś uspokoić. Masaż by pomógł, seks pomaga (ale ile można ;D, nie wiem – może sztuka? ale nie każda, i nawet nie chodzi tu żeby sztuka była jakoś wyjątkowo łagodna czy spokojna, tylko raczej żeby wyrażała prawdę wewnętrzną i pomagała sobie jakoś ułożyć coś w głowie. Dlatego już się cieszę na pójcie na kolejny teatr, kolega obiecał bilety na Sarah Kane, 4.48 Psychosis, to coś akurat dla mnie, prawdziwa godzina szaleństwa. A po trzecie, i ostatnie, młody (no nie przesadzajmy hehe) terapeuta ma jeszcze często własną terapię, co oczywiście pomaga.
Pomaga jeszcze poznanie siebie, pewne rzeczy mogą z czasem złagodnieć, ale ogólne tendencje się diametralnie nie zmieniają, temperament, sposób reagowania, pomaga znajomość własnych ograniczeń (oraz oczywiście gotowość pracy z nimi, o co jest zawsze najtrudniej, hehe) i oczywiście pamiętanie o nich w chwilach największej zadymy. Ale wiadomo, że o to trudno.
U mnie stres się zaczyna w ciele i musi trochę czasu upłynąć, żebym mogła z nim jakoś pracować, żeby zaczął przenikać do snów i żebym mogła go sobie jakoś w głowie obracać. Wtedy już jest łatwiej, wtedy można by powiedzieć z górki. Czasem pomaga zanurzenie się, popłynięcie z prądem strachu, kiedy człowiek przestaje się opierać i nie zgadzać na to, żeby było tak jak jest, nagle robi się tak dziwnie łatwiej. Tak, jest trudno, tak, niepewność to trudna perspektywa do utrzymania, nikt nie lub niepewności – chyba bardziej nawet niż niefajnej pewności.
A poza tym w szkole dobrze, szkoła to moja strefa komfortu obecnie, to jest bardzo śmieszne zważywszy, jak bardzo to było dla mnie trudne.
Noga też dobrze, nagle poczułam, że naprawdę mniej mnie boli, to już taki ból bardziej jak się coś przetrenuje, niż złamie. Pan fizjo wczoraj był bardzo zadowolony i powiedział, że za miesiąc, jak dalej będę grzecznie ćwiczyć, zaczniemy na niej skakać. To znaczy jak zacznę, a on mi będzie kibicował. A za parę miesięcy może… może.. może BĘDĘ MOGŁA BIEGAĆ! To wracanie do zdrowia jest naprawdę dziwne, bo nie jest to proces linearny, tylko skokowy, nomen omen.
I tak to już jesień, oczywiście.
Pierwsze koty za płoty, czyli za mną pierwsze zajęcia. Studentów mało, nie wróży to najlepiej. Nie wiem, czy pisałam, ale odczuwamy w moje fabryce obecnie pewne ruchy tektoniczne idące z góry, a ruchy tektoniczne na górze często kończą sie źle dla zwykłych płotek, takich jak ja. Już parę głów średniego managementu poleciało, no i oczywiście możliwa jest całościowa zmiana kursu całej fabryki. Wszystko to napawa niepokojem. Ale może mi ułatwi sprawę z decyzjami, które się tak trudno podejmuje. Mi mówi, że za bardzo się martwię
Zdałam sobie sprawę, że mój rozkład zajęć oraz opieka nad Mo zostawiają mi bardzo mało czasu na potencjalnych klientów, całe dnie mam tak pociachane na małe kawałeczki, że ciężko te wszystkie kawałki razem zintegrować. Czuję się jakbym grała w tetris – to pasuje, to się wciśnie, tutaj wejdzie i bedę miała bonus, ale czasem nic nie pasuje i nic nie da sie zrobić.
Z newsów to skończyliśmy podłogę w kuchni i nie mogę się przestać na nią patrzeć – jest taka piękna!
Życie nie odpuszcza, jakoś mnie to bardziej dotyka niż zwykle. A może normalnie mnie dotyka, ale miałam już taką fantazję, że dotykać nie będzie? ale ono ciągle dotyka;D
Bo w tak zwanym międzyczasie zaproponowano mi poniekąd awans, potem się okazało, że sprawy naszego wydziału wyglądają bardzo nieciekawie, więc mogę być tym ostatnim który gasi światło, potem dostaliśmy bardzo smutną wiadomość, a potem wydarzyła się rodzinna drama, i tak cały tydzień coś mnie pchało w górę, a za chwilę w dół, no i było tak jak w tym słynnym powiedzonku: proszę zatrzymać świat, ja wysiadam. Coś w tym stylu. Czas najwyższy zostać stoikiem, jakieś takie złudzenie miałam, że tak jestem wyterapeutyzowana, że mnie już nic nie dotknie. A tu proszę. Dotyka i dotyka, no paczpani!
Mi znowu bawi się w edukację i z tej okazji musiał w piątek pojechać na północ, uszczęśliwił mnie biletem na teatr, to znaczy mieliśmy we dwoje pójść, a poszlam sama. Ale warto było, śmieszne, świeże, sexi i niesmaczne, czyli takie jak lubię 😜
This show contains strong language, scenes of a sexual nature and references to potential sexual assault and paedophilia.
W sobotę kolejne wyjście, prawie równie dobre. W tym roku poszlismy na Fringe Festival, zamiast na Dublin Theatre Festival, FF to taka młodsza siostra dorosłego festiwalu i chyba bardziej dla nas. Bałagan, rozpierdol, tak zwany messing na scenie, gołe tyłki i szaleństwo, czyli akurat coś dla psychoanalityka😅. Kolorowy chaos i balonówka która robi BANG! Uwielbiam.
Ale zamierzam też coś zobaczyć na dorosłej scenie, w końcu jestem dorosła.
Teraz albo nigdy, trzeba napisać o weselu, bo powoli pokrywa się w pamięci piaskiem uczuć, myśli i wrażeń, malutkimi kamyczkami nowych doświadczeń, powolutku, powolutku, z każdą godziną osypuje się na wesele lawina codzienności i wkrótce się nie dogrzebię do tego jak było.
A było ciekawie. Jechałam tam trochę z duszą na ramieniu, tak się czułam, jak to tutaj mówią, ‚an odd one out’, czyli trochę na przyczepkę – ani rodzina panny młodej, ani pana młodego, ani ich znajoma, para Polaków która się wzięła nie-wiadomo-skąd. Ale rodzice panny młodej, którzy są rodzicami narzeczonej syna, bardzo o nas zadbali, oddali nam do dyspozycji cały przepiękny dom gościnny nad samym brzegiem zatoki w Carlingford (Mo oczywiście – mamo, a czy możemy tutaj przyjechać też jak nie będzie ślubu?), dopytywali się, czy czegoś nam nie potrzeba i tak dalej. Było nam wygodnie i luksusowo.
Wesele było w malutkim zameczku już po stronie UK, niedaleko Newry.

Ceremonia – prowadzona przez humanistycznego celebranta w sali na terenie obiektu – bardzo mi się podobała – była o miłości, wspomnieniach i wspólnym życiu, były wiersze, jak Heaney’go, poety z Derry, skąd pochodzi mama panny młodej. Była rodzina panny młodej z Płn Irlandii, i rodzina pana młodego ze Szkocji, większość mężczyzn w tradycyjnych kiltach. Byli milionerzy i całkiem zwyczajni ludzie.

Rozśmieszyły mnie troche te kilty, bo się okazało, że młodym kolor Pana młodego kiltu nie bardzo współgrał z oprawą wesela, wzięli więc kilt innego klanu dla Pana młodego i drużby (Isle of Men, bodajze). Tylko ojciec pana młodego miał swój rodowy kolor, nie moge powiedzieć jaki ród, wiadomo. Jak widać na zdjęciu, mężczyźni mieli też tradycyjne nożyki w skarpetach, tak tylko dodam a propos tradycji.
Byli też amerykańscy kuzyni, oczywiście, bo każda Irlandzka rodzina ma amerykańskich kuzynów.
Na obiedzie posadzili nas właśnie przy stole z Amerykanami, dwóch braci i rodzina jednego z nich, z Teksasu, z którymi początkowo rozmowa była dość sztywna, ale po przełamaniu lodów na weselu, w niedzielę na poprawinach nie mogliśmy się nagadać. Bardzo mi się ich szkoda zrobiło jak opowiadali o tym swoim życiu w Teksasie – niby się wie takie rzeczy, niby się o tym wszyskim czyta, ale jak się człowiek spotyka z żywą osobą, to zupełnie inaczej się odbiera na przykład to, jak pracuja po 60-70 godzin w tygodniu, albo takie coś, że starszy człowiek jest brany do szpitala bo się źle poczuł, jest tam dwie godziny, a potem szpital wystawia rachunek na 48 tysięcy dolarów, za sam pobyt, bez podania jakichkolwiek leków. To historia ktora sie przydarzyla ich ojcu, Irlandczykowi, który wyjechał do USA w latach 60tych jako katolicki ksiądz, tam się zakochał w Meksykance i poprosił o zgodę na porzucenie stanu duchownego, którą uzyskał i się ożenił z Meksykanką. Napisał o tym do rodziny w Irlandii, dla której był to wielki WSTYD – wyobrażacie sobie, syn wyjechal do Stanów jako ksiadz, a nagle pisze, ze sie hajtnal z Meksykanka i bedzie mial dziecko? To się nazywa niespodzianka😅
Wesele do trzeciej rano, w klimacie bardzo podobne do polskiego, niektórzy tańczyli, niektórzy pili, młode kobiety szalały na parkiecie. Kobiety miały przepiękne kreacje z takim bajecznymi fikuśnymi kapelusikami na wesele, co się nazywają fascinator. Wszystkie na niebotycznych obcasach, które po północy zostały zamienione na wygodne płaskie, albo po prostu na bose stopy do tańca, czyli jak w Polsce.
Największa różnica pomiedzy polskim weselem, a irlandzkim to chyba ta, że oprócz szampana do toastów i wina do obiadu alkohol był dostępny tylko do kupienia w barze. Nie było, jak to na polskich weselach, flachy na stole i wujów polewających kolejkę za kolejką, nie było gościa od połowy imprezy pod stołem, nikt się nie upił tak, żeby się awanturować, odgrzebywać stare rany i robić zadymę. Co w sumie mi się podobało:) Ja do toastów i wina dokupiłam sobie dwa drinki, więc można powiedzieć, że spędziłam imprezę na trzeźwo, Mi w ogóle nie pił, bo się zgłosił na ochotnika, żeby nas odwieźć po weselu do Carlingford. Za to odbił sobie to następnego dnia dwoma Guinessami w pubie na poprawinach, ja w tym czasie jadłam ostrygi – najtańsze i najświeższe w całej Irlandii.
Najlepiej bawiła się Mo, oczywiście z towarzystwem Ad i Re.
Tutaj jeszcze przed obiadem, czas na maly rysunek:


Jedziemy!!!

Uff, skończyliśmy podloge, ale ledwo – ledwo, te ostanie dwa rzędy dały nam popalić 🙄 trudno było manewrować i te panele odpowiednio zaczepić o siebie. A na końcu jeszcze cieniutki pasek szerszy na jednym końcu, a węższy na drugim – skos 3.5 do 2 cm na 120 cm😵💫 i pod kaloryfem 🫥 Siedzieliśmy wczoraj do północy, bo wcześniej ciągle coś, jak to bywa – jak nie lekcje muzyki po szkole, to moi klienci i tak dalej, wciskanie remontu w czas wolny po pracy to mordęga, o siódmej już mi mózg nie działa.

Jeszcze tylko progi założyć, zasłonić łączenia i tyle. Bardzo mnie to cieszy, bo niczego tak w zyciu nie nienawidziłam, jak tej podłogi, szorowania jej na kolanach i tego odglosu przyklejących się kapci… ślurp…ślurp…
A teraz mkniemy na północ, za nami Drogheda, przed nami ślub irlandzko-szkocki i North of Ireland:)
Śpimy w Carlingford, w domu gościnnym znajomej teściowej mojego syna, która była taka miła i użyczyła nam jeden ze swoich domów.
A tu już Carlingford, widok z okna:


Chowder w lokalnym gastro pubie:

Siedzę pod Joycem:

A tymczasem na dworze …

Zrobiliśmy zakupy na śniadanie w Centrze i teraz na każdym zdjęciu Mi z żółta reklamówką 😄


Byłam dziś po raz pierwszy w ŻYCIU (nie licząc manualnej fizjoterapii stopy) na masażu – dostałam voucher na urodziny wiele miesięcy temu, w lipcu ulegał przeterminowaniu i musialam nagle zabukowac 8 masaży
😄
Było bosko i dlaczego dopiero teraz odkrylam takie coś cudownego?
Pani jest prawdziwa profesjonalistka, z medalami i certyfikatami, gabinet 10 minut od miejsca gdzie mieszkam.
Masaż limfatyczny calego ciała, teraz oczy mi się kleją i najchętniej to bym się zdrzemnęła😄 a tu sesje do spisania 😄
Muszę częściej chodzić, zwłaszcza przed snem, bo coś mi się znowu ze snem spieprzyło, no niestety stresik szkolny już chyba wchodzi na całego.
Nie mogłam się oprzeć I kupiłam sobie piękne kwiatuszki, pasujace mi do drzwi wejsciowych:

To tak na pocieszke, bo ogród się mną załamał i zarasta na potęgę. Co widać.
U Rybenki malutka dyskusyjka o imigrantach i religiach, i tak mi się przypomniał mój ulubiony mer NY nie dość, że socjalista to jeszcze muzułmanin. I to jeszcze urodzony w Ugandzie!!!
I jaką ma fajna żonę, takie ciekawe rzeczy robi https://www.ramaduwaji.com/animation
No i tak, jak nie gender to imigranci, boze czy ja nie mogę być mniej WOKE? 😑