Wszędzie chodzę z zieloną torebką.
Noszę ze sobą same najpotrzebniejsze rzeczy, a więc dwie szminki, labelkę, krem sterydowy na ręce, krople na uczulenie do oczu, lusterko, kartę do bankomatu, nitkę do zębów, witaminę C w saszetce, pilnik do paznokci, gumę do żucia, 55 złotych w papierku i monecie, telefon, lusterko, krem do rąk, rachunki za zakupy rodziców, tusz do rzęs, fenistil, ciemne okulary, kabelek do power banku (power bank w plecaku), jedną chusteczkę (cała paczka gdzie indziej). Podpaskę. Listę zakupów. Czarny japoński cieńkopis 0.5. Mogłabym ewentualnie zostawić tusz to rzęs i jedną szminkę w kosmetyczce w którejś z łazienek – na przykład tę różową, czerwoną zostawiając w kieszonce torebki – bo cała reszta nie wiadomo kiedy się nagle (i zupełnie niespodziewanie) okazuje się niezbędnie potrzebna. NIEZBĘDNIE. Bo na przykład rodzice mają płyn do mycia naczyń Ludwik, po myciu naczyń którym okropnie swędzą mnie ręce, więc smaruję sterydem (niestety). (Oczywiście kupiłam dobry płyn do naczyń, bez metyloizothiazolinone, ale ktoś go znowu schował). Poza tym te kosmetyczki w kółko noszę z łazienki rodziców do naszej łazienki na górze, przez trzy piętra, potem biegam z ta nogą z góry na dół, albo z dołu do góry, zależy gdzie akurat jestem w tym momencie, i szukam. Czy na pewno nić dentystyczna jest w kosmetyczce? a może jednak w walizce/plecaku/na stoliku nocnym?
Noszę wszędzie, czyli na parter do rodziców, na pierwsze pietro do siostry, a potem na drugie piętro, do naszej sypialni. Do brata za rogiem. Do sklepu. Na kawę z przyjaciółką i do tramwaju.
Wszystkich moich bliskich też najchętniej umieściłabym w torebce.
Żebym nie musiała od jednego do drugiego, zmienić mamie opatrunek na odparzenie pod piersią (upały!), skoczyć do apteki, brat dzwoni, czy bym nie przyszła dziś na 2-3 godziny, bo ma ważnego calla w pracy, pracuje z domu, a tu dzieci trzy latka i sześć same włażą do basenu w ogrodzie. Mo schodzi z góry, że jest głodna, a taty znowu nie upilnowałam – wprawdzie nalał mamie zupę, jak prosiłam przez telefon, ale sam właśnie wcina drugą kromkę szczodrze posmarowaną miodem. (Ma cukrzycę). Cukier wystrzela w kosmos, piszę do opiekunki, która była rano, czy tato wziął insulinę. Nie widziała, ja też nie widziałam. Chyba tak. Cholera. Chowam kolejny miód do szuflady, są tam już trzy, nie znajdzie, nie będzie pamiętał przecież, ale kiedy pójdzie do sklepu z całą listą zakupów (z których nie kupi nic) znowu kupi sobie miód, pasztet i śledzie. Kolejny miód, kolejny pasztet, kolejne śledzie.
Siostra po operacji stopy dzwoni, czy nie przyszłabym na drugie piętro do niej na kawkę. Jeszcze nie może chodzić.
Wracam od brata, rodzice siedzą przy stole w ciszy.
Mama przygarbiona, zamknięte oczy, może śpi? Kiedy wchodzę przez taras głośno do nich mówię, żeby się nie przestraszyli.
-Chodź córko – mówi ojciec – porozmawiaj z nami, co tam u ciebie?
Więc mówię, nie ważne, że to samo mówiłam wczoraj, tato nie pamięta, mogę opowiadać dokładnie te same historie.
-A co u Mi? Ooo, to fajną ma pracę! A co u A? To ile ma lat Mo? A kiedy wyjeżdzasz? Ooo, to jeszcze trochę z nami będziesz!
Tato nie pamięta, a dla mamy to nie ma znaczenia, ją cieszy sam mój głos, to, że jestem, nie ważne, co mówię, ważne, że rozmawiam.
Mama też chce brać udział w rozmowie:
-A co ja teraz robię? – pyta. Kiedyś odpowiadałam „nie wiem mamuś, a co robisz? co chcesz robić?”, ale już tak nie odpowiadam, bo wtedy mama na to „nie wiem, czekać na kolację?” Więc tylko mówię:
-Siedzisz sobie i rozmawiasz ze mną.
-A coś mam robić? – mama nie daje za wygraną. – Chyba zakropić oczy muszę, bo mi się zepsują zupełnie!
-Pani Bożena zakropi ci oczy wieczorem mamuś, nie teraz, jest dopiero 15.
Mama chce siusiu. Mama chce pić. I miskę z wodą, żeby umyć ręce. Myje długo i głęboko, po łokcie. Potem dziesięć minut wyciera ręcznikiem, dokładnie, osobno wszystkie palce.
Mamy nie da się pośpieszyć.
Mama jest już zupełnie ślepa i porozumiewa się identyfikacją projekcyjną. Zawsze wiem, w jakim jest nastroju, wystarczy, że stanę koło niej, albo potrzymam ją za rękę. Czasem jej mówię o moich trudnych sprawach i nagle, z nienacka, jakby z innego wymiaru mówi mi coś bardzo mądrego. Trafnego. Jak wtedy, kiedy skarżyłam się na moją koleżankę z pracy, a mama tylko „ona jest jak dziecko, po prostu nie potrafi inaczej”.
I nagle cała złość mija.
W nocy śni mi się, że karmię piersią małego, białego, kudłatego pieska. Myślę sobie ‚znowu ludzie będą się dziwnie patrzeć, ale ten piesek jest taki malutki i inaczej nie przeżyje’.